Czesław Miłosz (fragment wstępu do Zniewolonego umysłu, 1953)
30 listopada 2012
portret uchodzi za najtrudniejszy z rodzajów. . .
Jest rzeczą znaną, że w malarstwie portret uchodzi za najtrudniejszy z rodzajów. Jedna z licznych trudności polega na niezbyt dużym stopniu zadowolenia, jakie zdradzają bracia, siostry i kuzyni portretowanej osoby. Ich zdaniem błysk oka nie został uchwycony: nos ma inny kształt niż w rzeczywistość; szal, który owija szuję, jest innego niż naprawdę koloru; i całość przypomina raczej karykaturę. Jednakże ktokolwiek próbował wiernie przedstawić rzeczywistość, wie, że na prawo selekcji składających się na nie elementów jest nie do uniknięcia. Wie również, że w swoim dążeniu do formy syntetycznej malarz wydobywa nieraz lepiej charakter modelu, niż gdyby w pełni zadowolił wymagania troskliwej rodziny.
jedno puff i już cię nie ma. . .
Ministrant ukazał się w drzwiach, niosąc mosiężny kubełek z czymś wewnątrz. Biało odziany
ksiądz wszedł za nim, prostując stułę jedną dłonią, a drugą przyciskając niewielką książkę do
swego ropuszego brzucha. Któż odczyta te strony? My, odrzekły gawrony.
Zatrzymali się przy katafalku i ksiądz zaczął czytać z książki, pokrakując płynnie.
Ojciec Truman. Wiedziałem, że jego nazwisko jest jak trumna. Dominenamine. Bycza morda. Dyryguje przedstawieniem. Muskularny chrześcijanin. Biada temu, kto nań spojrzy krzywo: ksiądz. Tyś jest Piotr. Może pęknąć od wzdęcia jak owca w koniczynie, powiada Dedalus. Ma brzuchojak struty szczeniak. Bardzo śmieszne określenia znajduje ten człowiek. Hmm, pęknąć od wzdęcia.
- Non intres in judicium cum servo tuo, Domine.
Wydaje im się, że są ważniejsi, kiedy się tak nad nimi modli po łacinie. Msza żałobna. Płaczki w krepie. Czarno obrzeżony papier listowy. Twoje imię wciągnięte do rejestru modłów kościelnych. Przejmujące chłodem miejsce. Trzeba się dobrze odżywiać, siedząc tam przez całe ranki w mroku, zbijając bąki, czekając na następnego, proszę. I oczy ropuchy. Cóż go wzdyma? Molly wzdyma po kapuście. Może tutejsze powietrze. Wygląda jak wypełnione złym gazem. Musi być piekielnie dużo złego gazu wszędzie tutaj. Na przykład rzeźnicy: robią się podobni do surowych befsztyków. Kto mi opowiadał? Mervyn Brown. Tam w dole w kryptach świętego Werburgha, te piękne stare organy sto pięćdziesiąt lat, muszą borować czasami dziury w trumnach, żeby wypuścić zły gaz i spalić go. Wylatuje: niebieski. Jedno puff i już cię nie ma.
Boli mnie rzepka w kolanie. Au. Tak lepiej.
Ksiądz wyjął zakończony gałką kijek z kubełka chłopca i potrząsnął nim nad trumną. Potem przeszedł w drugi koniec i potrząsnął nim znowu. Potem zawrócił i włożył go na powrót do kubełka. Jako byłeś, nim spocząłeś. Wszystko jest zapisane: musi to wykonać.
- Et ne nos inducas in tentationem.
Ministrant wyśpiewywał dyszkantem piskliwe odpowiedzi. Często myślałem, że lepiej byłoby mieć służących chłopców. Do piętnastu lat, mniej więcej. Potem, oczywiście...
To była święcona woda, przypuszczam. Rozsiewa tym sen. Przejadła mu się chyba ta robota, potrząsanie tą rzeczą nad wszystkimi tymi trupami, które mu tu zwożą. Nieźle byłoby, żeby widział, nad czym tak potrząsa. Każdego bożego dnia nowa porcja: mężczyźni w średnim wieku, stare kobiety, dzieci, kobiety zmarłe przy porodzie, brodaci mężczyźni, łysi przemysłowcy, gruźlicze dziewczęta o wąskiej, wróblej piersi. Przez cały rok w kółko odmawiał nad nimi wszystkimi te same modlitwy i kropił ich wodą: śpijcie. Teraz Dignam.
- In paradisum.
Powiedział, że on idzie do raju albo że jest w raju. Mówi to nad każdym. Nużące zajęcie. Ale musi coś mówić.
Ksiądz zamknął książkę i odszedł, a za nim ministrant.(...)
Zatrzymali się przy katafalku i ksiądz zaczął czytać z książki, pokrakując płynnie.
Ojciec Truman. Wiedziałem, że jego nazwisko jest jak trumna. Dominenamine. Bycza morda. Dyryguje przedstawieniem. Muskularny chrześcijanin. Biada temu, kto nań spojrzy krzywo: ksiądz. Tyś jest Piotr. Może pęknąć od wzdęcia jak owca w koniczynie, powiada Dedalus. Ma brzuchojak struty szczeniak. Bardzo śmieszne określenia znajduje ten człowiek. Hmm, pęknąć od wzdęcia.
- Non intres in judicium cum servo tuo, Domine.
Wydaje im się, że są ważniejsi, kiedy się tak nad nimi modli po łacinie. Msza żałobna. Płaczki w krepie. Czarno obrzeżony papier listowy. Twoje imię wciągnięte do rejestru modłów kościelnych. Przejmujące chłodem miejsce. Trzeba się dobrze odżywiać, siedząc tam przez całe ranki w mroku, zbijając bąki, czekając na następnego, proszę. I oczy ropuchy. Cóż go wzdyma? Molly wzdyma po kapuście. Może tutejsze powietrze. Wygląda jak wypełnione złym gazem. Musi być piekielnie dużo złego gazu wszędzie tutaj. Na przykład rzeźnicy: robią się podobni do surowych befsztyków. Kto mi opowiadał? Mervyn Brown. Tam w dole w kryptach świętego Werburgha, te piękne stare organy sto pięćdziesiąt lat, muszą borować czasami dziury w trumnach, żeby wypuścić zły gaz i spalić go. Wylatuje: niebieski. Jedno puff i już cię nie ma.
Boli mnie rzepka w kolanie. Au. Tak lepiej.
Ksiądz wyjął zakończony gałką kijek z kubełka chłopca i potrząsnął nim nad trumną. Potem przeszedł w drugi koniec i potrząsnął nim znowu. Potem zawrócił i włożył go na powrót do kubełka. Jako byłeś, nim spocząłeś. Wszystko jest zapisane: musi to wykonać.
- Et ne nos inducas in tentationem.
Ministrant wyśpiewywał dyszkantem piskliwe odpowiedzi. Często myślałem, że lepiej byłoby mieć służących chłopców. Do piętnastu lat, mniej więcej. Potem, oczywiście...
To była święcona woda, przypuszczam. Rozsiewa tym sen. Przejadła mu się chyba ta robota, potrząsanie tą rzeczą nad wszystkimi tymi trupami, które mu tu zwożą. Nieźle byłoby, żeby widział, nad czym tak potrząsa. Każdego bożego dnia nowa porcja: mężczyźni w średnim wieku, stare kobiety, dzieci, kobiety zmarłe przy porodzie, brodaci mężczyźni, łysi przemysłowcy, gruźlicze dziewczęta o wąskiej, wróblej piersi. Przez cały rok w kółko odmawiał nad nimi wszystkimi te same modlitwy i kropił ich wodą: śpijcie. Teraz Dignam.
- In paradisum.
Powiedział, że on idzie do raju albo że jest w raju. Mówi to nad każdym. Nużące zajęcie. Ale musi coś mówić.
Ksiądz zamknął książkę i odszedł, a za nim ministrant.(...)
James Joyce (fragment powieści Ulisses, 1922)
29 listopada 2012
wypływające lekko ku górze. . .
Wyobraził sobie swe blade ciało, spoczywające i wyciągnięte, nagie w ciepłym łonie wód,
namaszczone wonnym, topniejącym mydłem, łagodnie obmywane. Ujrzał swój tułów i swe
członki falujące i wypielęgnowane, wypływające lekko ku górze, cytrynowo-żółte: pępek, pąk
ciała: i kępkę ciemnych, wijących się kędziorów, pasemek nurtu przepływających,
przepływających wokół ojca tysięcy, omdlałego pływającego kwiatu.
James Joyce (fragment powieści Ulisses, 1922)
rozluźniony zwieracz. . .
Bum! Wywalona. Trumna wypadła na jezdnię. Rozpękła się. Paddy Dignam wyleciał i toczy
się sztywno w pyle, odziany w brunatny, zbyt obszerny habit. Czerwona twarz: teraz szara.
Rozdziawione usta. Pytające, co się stało. Bardzo słusznie, że się je zamyka. Otwarte
wyglądają okropnie. Poza tym wnętrzności rozkładają się szybko. Dużo lepiej zatkać
wszystkie otwory. Tak, też. Woskiem. Rozluźniony zwieracz. Zapieczętować wszystko.
(...)
Ale przypuśćmy, że to się wydarzyło. Czy krwawiłby, gdyby, powiedzmy, gwóźdź zadrasnął
go podczas tego obijania się? I tak, i nie, przypuszczam. Zależy gdzie. Krążenie ustaje. Ale
trochę może wysączyć się z arterii. Lepiej byłoby grzebać ich w czerwieni: w ciemnej
czerwieni.
James Joyce (fragmenty powieści Ulisses, 1922)
trudno jest przeżyć jeden dzień. . .
Gdy tak pomyślę,
że trzeba przeżyć cały dzień,
z tym wszystkim co mi się przydarzyło,
i co się jeszcze może stać –
Drżę o poranku.
W południe przeklina mnie mój cień.
O szarej godzinie
napełniam się sobą
do niebezpiecznych granic.
W nocy,
wołam o pomoc do gwiazd.
Zbigniew Jerzyna
że trzeba przeżyć cały dzień,
z tym wszystkim co mi się przydarzyło,
i co się jeszcze może stać –
Drżę o poranku.
W południe przeklina mnie mój cień.
O szarej godzinie
napełniam się sobą
do niebezpiecznych granic.
W nocy,
wołam o pomoc do gwiazd.
Zbigniew Jerzyna
nerki tkwiły w jego myślach. . .
PAN LEOPOLD BLOOM JADAŁ Z UPODOBANIEM WEWNĘTRZNE ORGANY BYDŁA
i drobiu. Lubił zawiesistą zupę z podróbek, orzechokształtne żołądki ptasie, nadziewane pieczone serca, płaty wątróbki podsmażane w tartej bułce, smażoną ikrę sztokfisza. A najbardziej lubił przypiekane nerki baranie, które napełniały jego podniebienie wyszukanym smakiem delikatnie pachnącego moczu.
Nerki tkwiły w jego myślach, gdy poruszał się po kuchni bezszelestnie, poprawiając na pogiętej tacy przybory śniadaniowe dla niej. Światło i powietrze w kuchni były lodowate, ale wszędzie na zewnątrz łagodny, letni poranek. To czyniło go nieco wygłodniałym.
i drobiu. Lubił zawiesistą zupę z podróbek, orzechokształtne żołądki ptasie, nadziewane pieczone serca, płaty wątróbki podsmażane w tartej bułce, smażoną ikrę sztokfisza. A najbardziej lubił przypiekane nerki baranie, które napełniały jego podniebienie wyszukanym smakiem delikatnie pachnącego moczu.
Nerki tkwiły w jego myślach, gdy poruszał się po kuchni bezszelestnie, poprawiając na pogiętej tacy przybory śniadaniowe dla niej. Światło i powietrze w kuchni były lodowate, ale wszędzie na zewnątrz łagodny, letni poranek. To czyniło go nieco wygłodniałym.
James Joyce (fragment powieści Ulisses, 1922)
28 listopada 2012
ponad muszlami spiętrzonymi w zimnym, kamiennym moździerzu. . .
A teraz jego skarbiec na złoto. Zakłopotana dłoń Stefana przesunęła się ponad muszlami
spiętrzonymi w zimnym, kamiennym moździerzu: trąbiki sfałdowane i te płaskie jak
pieniążki, trąbiki i muszle lamparcie: a ta skręcona jak turban emira, a ta: koncha świętego
Jakuba. Zbiór starego pielgrzyma, umarły skarb, puste muszle.
Suweren upadł, lśniący i nowy, na miękką, włochatą serwetę.
- Trzy, powiedział pan Deasy, obracając w dłoni swój mały skarbczyk. Bardzo poręcznie mieć coś takiego. Widzi pan. Tu są suwereny. Tu szylingi, sześciopensówki, półkorony. A tu korony. Widzi pan. Wytrząsnął z niego dwie korony i dwa szylingi.
- Trzy i dwanaście, powiedział. Myślę, że uzna pan to za słuszne.
- Dziękuję panu, powiedział Stefan, zgarniając pieniądze z wstydliwym pośpiechem i wsuwając je do kieszeni spodni.
- Nie ma za co dziękować, powiedział pan Deasy. Zarobił je pan. Dłoń Stefana, znowu wolna, powróciła do głuchych muszli. To także symbole piękna i siły. Ten ciężar w mojej kieszeni. Symbole zbrukane chciwością i skąpstwem.
- Trzy, powiedział pan Deasy, obracając w dłoni swój mały skarbczyk. Bardzo poręcznie mieć coś takiego. Widzi pan. Tu są suwereny. Tu szylingi, sześciopensówki, półkorony. A tu korony. Widzi pan. Wytrząsnął z niego dwie korony i dwa szylingi.
- Trzy i dwanaście, powiedział. Myślę, że uzna pan to za słuszne.
- Dziękuję panu, powiedział Stefan, zgarniając pieniądze z wstydliwym pośpiechem i wsuwając je do kieszeni spodni.
- Nie ma za co dziękować, powiedział pan Deasy. Zarobił je pan. Dłoń Stefana, znowu wolna, powróciła do głuchych muszli. To także symbole piękna i siły. Ten ciężar w mojej kieszeni. Symbole zbrukane chciwością i skąpstwem.
James Joyce (fragmenty powieści Ulisses, 1922)
skrzaty zrodzone z fantazji maurów. . .
W poprzek stronicy symbole poruszały się w poważnym, groteskowym tańcu mauretańskim,
maskarada liter, ubranych w dziwaczne czapki czworoboków i sześcianów. Podaj ręce,
skrzyżuj, skłoń się partnerowi: o tak: skrzaty zrodzone z fantazji Maurów. Oni także odeszli
ze świata, Awerroes i Mojżesz Maimonides, mężowie ciemnych rysów i postawy, odbijający
w swych drwiących zwierciadłach przyćmioną duszę świata, ciemność lśniącą pośród
jasności, której jasność nie mogła pojąć.
James Joyce (fragmenty powieści Ulisses, 1922)
pędzący świat rozdeptałby go pod stopą. . .
Brzydki i zbyteczny: cienka szyja, rozczochrane włosy i plama atramentu, ślad ślimaka. A
jednak ona kochała go, nosiła w swych ramionach i w sercu. Gdyby nie ona, pędzący świat
rozdeptałby go pod stopą, zgniecionego, bezkostnego ślimaka. To ona ukochała jego słabą,
wodnistą krew, wysączoną z jej własnej. Więc czy było to prawdziwe? Jedyna rzeczywista
rzecz w życiu? Na powabnym ciele jego matki płomienny Columbanus siadł okrakiem w
swej świątobliwej gorliwości. Nie było jej już: drżący szkielet suchej gałązki spłonął w ogniu,
woń różanego drzewa i wilgotnych popiołów. Uchroniła go przed rozdeptaniem pod stopą i
odeszła, zaledwie zaistniawszy. Biedna dusza, która wyruszyła do nieba: a na wrzosowisku
pod mrugającymi gwiazdami lis o bezlitosnych oczach, o futrze lśniącym czerwono oparami
grabieży, grzebał w ziemi, nasłuchiwał, odrzucał ziemię, nasłuchiwał, grzebał, grzebał.
James Joyce (fragmenty powieści Ulisses, 1922)
ojcze nasz. . .
Ojcze nasz, któryś jest na niebie błękitny i pusty.
Nie święcę twoich imion, nie znam twoich znaków.
Z pianą oceanowe miotają wychlusty
Do nóg mi martwe ryby z twojego zodiaku.
Górą noc jak pies leży i gwiazdami szczeka,
Więc dojrzeć cię nie mogę w ciemności i mrozie,
Przyjścia królestwa twego już nie czekam,
Przed pustką stygnę w grozie.
Więzi mnie wola ciała, wszystkiego stworzenia
Strachy i nędze w żyłach moich krzyczą
I na ziemi i w niebie czyhają cierpienia,
I poją chleb powszedni bezsilną goryczą.
Nie odpuszczone przez mych nieprzyjaciół winy
Budzą mnie, z sennej wołając czeluści,
I warczą w mózgu niestrudzone młyny:
– Jeśli wróg nie odpuścił, niech ci Bóg odpuści.
I wołam: – Ojcze nasz, którego nie ma
Wywiedzionego z otchłani kuszenia,
Niechaj cię noc obrośnie potężna i niema
I gwiaździstym milczeniem zbawi od istnienia.
V
Nie wiem, jak myślisz? Czy błyskawicami?
Zamętem wiosny? miłością? cierpieniem?
Czy myśli twoje powstają jak cienie
żywotów naszych i gasną wraz z nami?
Bo – gdyśmy myślą – możesz nas z otchłani
jednym wspomnieniem do bytu powołać,
i przeżyjemy krótki sen anioła,
wyrwani z grobu, istnieniu oddani.
Jeśliśmy ciałem twoim – zniszczejemy
i z prochów naszych nowe światy wstaną,
a nad wiecznością wichrem kołysaną
smugami świateł gasnących przejdziemy.
O bezimienny, wiem, że cię nie zgadnę,
bo wszystkie słowa są twoim imieniem.
Z nich narodzony, swym groźnym istnieniem
wdzierasz się w moje modlitwy nieskładne.
Władysław Sebyła (z tomu Obrazy myśli, 1932)
Nie święcę twoich imion, nie znam twoich znaków.
Z pianą oceanowe miotają wychlusty
Do nóg mi martwe ryby z twojego zodiaku.
Górą noc jak pies leży i gwiazdami szczeka,
Więc dojrzeć cię nie mogę w ciemności i mrozie,
Przyjścia królestwa twego już nie czekam,
Przed pustką stygnę w grozie.
Więzi mnie wola ciała, wszystkiego stworzenia
Strachy i nędze w żyłach moich krzyczą
I na ziemi i w niebie czyhają cierpienia,
I poją chleb powszedni bezsilną goryczą.
Nie odpuszczone przez mych nieprzyjaciół winy
Budzą mnie, z sennej wołając czeluści,
I warczą w mózgu niestrudzone młyny:
– Jeśli wróg nie odpuścił, niech ci Bóg odpuści.
I wołam: – Ojcze nasz, którego nie ma
Wywiedzionego z otchłani kuszenia,
Niechaj cię noc obrośnie potężna i niema
I gwiaździstym milczeniem zbawi od istnienia.
V
Nie wiem, jak myślisz? Czy błyskawicami?
Zamętem wiosny? miłością? cierpieniem?
Czy myśli twoje powstają jak cienie
żywotów naszych i gasną wraz z nami?
Bo – gdyśmy myślą – możesz nas z otchłani
jednym wspomnieniem do bytu powołać,
i przeżyjemy krótki sen anioła,
wyrwani z grobu, istnieniu oddani.
Jeśliśmy ciałem twoim – zniszczejemy
i z prochów naszych nowe światy wstaną,
a nad wiecznością wichrem kołysaną
smugami świateł gasnących przejdziemy.
O bezimienny, wiem, że cię nie zgadnę,
bo wszystkie słowa są twoim imieniem.
Z nich narodzony, swym groźnym istnieniem
wdzierasz się w moje modlitwy nieskładne.
Władysław Sebyła (z tomu Obrazy myśli, 1932)
27 listopada 2012
tańczące koniuszki źdźbeł. . .
- I pomyśleć, że musisz żebrać u tych świń. Jestem jedynym, który wie, kim jesteś. Dlaczego
mi bardziej nie zaufasz? Co masz w zanadrzu przeciw mnie?
fartuchu, zamaskowany twarzą Matthew Arnolda, popycha wzdłuż zamglonej łąki maszynkę
do strzyżenia trawników, śledząc uważnie tańczące koniuszki źdźbeł.
mi bardziej nie zaufasz? Co masz w zanadrzu przeciw mnie?
(...)
Wrzaski z otwartego okna płoszą wieczór na kwadratowym dziedzińcu. Głuchy ogrodnik wfartuchu, zamaskowany twarzą Matthew Arnolda, popycha wzdłuż zamglonej łąki maszynkę
do strzyżenia trawników, śledząc uważnie tańczące koniuszki źdźbeł.
James Joyce (fragmenty powieści Ulisses, 1922)
intelekt nie może pogodzić. . .
Niewiele jest osób, nawet śród najspokojniejszych myślicieli, które by w pewnych razach nie ulegały przypływom nieuchwytnej, lecz niemniej wstrząsającej do rdzenia, połowicznej wiary w rzeczy nadprzyrodzone, gdy jakiś zbieg okoliczności przybierze tak osobliwy na pozór charakter, że intelekt nie może pogodzić się z wnioskiem, jakoby to był tylko zbieg okoliczności.
Edgar Allan Poe (fragment noweli Tajemnica Marii Rogêt, 1842)
26 listopada 2012
każę mu tylko i on. . .
Zaledwie powóz odjechał, drzwi natychmiast otwarły się ponownie i Rogożyn, który za nimi czekał, wpuścił
księcia i Agłaję, po czym znów zamknął drzwi.
- W całym domu nie ma teraz nikogo oprócz nas czworga - zauważył głośno i dziwnie popatrzył na księcia. Zaraz w pierwszym pokoju czekała Nastasja Filipowna, też ubrana niezwykle skromnie, całkiem czarno; wstała na przywitanie, ale się nie uśmiechnęła i nawet księciu nie podała ręki.
- A niby po co? - uśmiechnęła się z lekka Nastasja Filipowna.
- Pani chce skorzystać z mojej sytuacji... że jestem u pani w domu - ciągnęła Agłaja, śmiesznie i niezręcznie. - Tę sytuację nie ja spowodowałam, ale właśnie pani! - uniosła się nagle Nastasja Filipowna. - I nie ja panią zaprosiłam, ale pani mnie, i dotychczas nie wiem po co. Agłaja dumnie podniosła głowę.
- Niech pani powściągnie swój język; nie tą bronią przyszłam tu walczyć...
- O! Więc pani jednak przyszła "walczyć"? No, no, myślałam jednak, że pani jest... dowcipniejsza. Obydwie kobiety patrzały jedna na drugą, nie ukrywając już złości.
- Chcesz, to ja zaraz... każę mu, słyszysz? Każę mu tylko i on zaraz cię rzuci, i zostanie ze mną na zawsze i ożeni się ze mną, a ty pobiegniesz do domu sama? Chcesz, chcesz?! - krzyknęła jak szalona, sama bodaj nie wierząc, że z ust jej mogły wyjść takie słowa. Agłaja, przerażona, rzuciła się do drzwi, ale stanęła w drzwiach jak przykuta i słuchała.
- Chcesz, to przepędzę Rogożyna? A może myślałaś, że ja się dla twojej przyjemności wydałam za niego? Chcesz, to zaraz przy tobie krzyknę: "Wynoś się, Rogożyn!", a do księcia powiem: "Pamiętasz, co mi obiecałeś?" O Boże! Po co ja się tak poniżyłam przed nim? Czy to nie ty, książę, sam mnie zapewniałeś, że pójdziesz za mną, cokolwiek stałoby się, i nigdy mnie nie porzucisz; że mnie kochasz i wszystko mi przebaczysz, i mnie sza... nu... Tak, i to też mówił!
- Za nią? Za nią?...
Bez czucia padła mu na ręce. Dźwignął ją, zaniósł do pokoju, ułożył w fotelu i stanął nad nią w tępym oczekiwaniu. Na stoliku stała szklanka z wodą; Rogożyn, który już powrócił, złapał szklankę i prysnął jej wodą w twarz; otworzyła oczy i przez chwilę nie mogła nic zrozumieć; nagle jednak rozejrzała się, drgnęła i z krzykiem rzuciła się do księcia: - Mój! Mój! - zawołała. - Dumna panna uciekła! Cha, cha, cha! - śmiała się w napadzie histerii. - Cha, cha, cha! Ja go tej pannie oddawałam! I po co? Na co? Wariatka ze mnie! Wariatka!... Wynoś się stąd, Rogożyn, cha, cha, cha! Rogożyn przyjrzał im się badawczo, nie wyrzekł ani słowa, wziął kapelusz i wyszedł. Po upływie dziesięciu minut książę siedział obok Nastasji Filipowny, nie spuszczał z niej oka i gładził ją po główce i po twarzy oburącz, jak małe dziecko.
- W całym domu nie ma teraz nikogo oprócz nas czworga - zauważył głośno i dziwnie popatrzył na księcia. Zaraz w pierwszym pokoju czekała Nastasja Filipowna, też ubrana niezwykle skromnie, całkiem czarno; wstała na przywitanie, ale się nie uśmiechnęła i nawet księciu nie podała ręki.
(...)
- Pani rozumie wszystko... ale pani umyślnie udaje, że nie rozumie - niemal wyszeptała Agłaja, ponuro patrząc w
ziemię.- A niby po co? - uśmiechnęła się z lekka Nastasja Filipowna.
- Pani chce skorzystać z mojej sytuacji... że jestem u pani w domu - ciągnęła Agłaja, śmiesznie i niezręcznie. - Tę sytuację nie ja spowodowałam, ale właśnie pani! - uniosła się nagle Nastasja Filipowna. - I nie ja panią zaprosiłam, ale pani mnie, i dotychczas nie wiem po co. Agłaja dumnie podniosła głowę.
- Niech pani powściągnie swój język; nie tą bronią przyszłam tu walczyć...
- O! Więc pani jednak przyszła "walczyć"? No, no, myślałam jednak, że pani jest... dowcipniejsza. Obydwie kobiety patrzały jedna na drugą, nie ukrywając już złości.
(...)
Nagle jednak coś nowego zabłysło w jej oczach; uporczywie i badawczo
popatrzyła na Agłaję i wstała z miejsca.- Chcesz, to ja zaraz... każę mu, słyszysz? Każę mu tylko i on zaraz cię rzuci, i zostanie ze mną na zawsze i ożeni się ze mną, a ty pobiegniesz do domu sama? Chcesz, chcesz?! - krzyknęła jak szalona, sama bodaj nie wierząc, że z ust jej mogły wyjść takie słowa. Agłaja, przerażona, rzuciła się do drzwi, ale stanęła w drzwiach jak przykuta i słuchała.
- Chcesz, to przepędzę Rogożyna? A może myślałaś, że ja się dla twojej przyjemności wydałam za niego? Chcesz, to zaraz przy tobie krzyknę: "Wynoś się, Rogożyn!", a do księcia powiem: "Pamiętasz, co mi obiecałeś?" O Boże! Po co ja się tak poniżyłam przed nim? Czy to nie ty, książę, sam mnie zapewniałeś, że pójdziesz za mną, cokolwiek stałoby się, i nigdy mnie nie porzucisz; że mnie kochasz i wszystko mi przebaczysz, i mnie sza... nu... Tak, i to też mówił!
(...)
Ledwo jednak zdążył to wymówić, a już oniemiał pod okropnym wzrokiem Agłai. We wzroku tym odmalowało
się tyle cierpienia i zarazem tyle bezgranicznej nienawiści, że załamał ręce, krzyknął i podbiegł ku niej, ale już
było za późno. Nie zniosła nawet momentu jego wahania, zasłoniła twarz rękami, krzyknęła: "Ach, mój Boże!", i
wybiegła z pokoju, a za nią Rogożyn, by jej otworzyć drzwi na ulicę.
Pobiegł i książę, ale na progu chwyciły go czyjeś ręce. Tragiczna, wykrzywiona bólem twarz Nastasji Filipowny
patrzyła na niego z wytężeniem, a zsiniałe usta poruszały się, pytając:- Za nią? Za nią?...
Bez czucia padła mu na ręce. Dźwignął ją, zaniósł do pokoju, ułożył w fotelu i stanął nad nią w tępym oczekiwaniu. Na stoliku stała szklanka z wodą; Rogożyn, który już powrócił, złapał szklankę i prysnął jej wodą w twarz; otworzyła oczy i przez chwilę nie mogła nic zrozumieć; nagle jednak rozejrzała się, drgnęła i z krzykiem rzuciła się do księcia: - Mój! Mój! - zawołała. - Dumna panna uciekła! Cha, cha, cha! - śmiała się w napadzie histerii. - Cha, cha, cha! Ja go tej pannie oddawałam! I po co? Na co? Wariatka ze mnie! Wariatka!... Wynoś się stąd, Rogożyn, cha, cha, cha! Rogożyn przyjrzał im się badawczo, nie wyrzekł ani słowa, wziął kapelusz i wyszedł. Po upływie dziesięciu minut książę siedział obok Nastasji Filipowny, nie spuszczał z niej oka i gładził ją po główce i po twarzy oburącz, jak małe dziecko.
Fiodor Dostojewski (fragment powieści Idiota, 1869)
25 listopada 2012
motywy postępków ludzkich. . .
Nie zapominajmy, że motywy postępków ludzkich są zazwyczaj o wiele bardziej złożone
i różnorodne, niż my je zawsze potem tłumaczymy, i rzadko kiedy dadzą się ściśle określić.
Fiodor Dostojewski (fragment powieści Idiota, 1869)
24 listopada 2012
tysiące pocałunków. . .
Tysiące pocałunków, tysiące tysięcy
Raz za razem, z moich ust do twoich w depozycie
Miliony sekund, chwil szczęścia
Skasowanych, zabranych jednym uderzeniem serca
Tysiące czułych słówek na szybie samochodu
Wystukane numery i milczenie w słuchawce
Liściki z wyznaniami porwane i wyrzucone do kosza
Wyprostować je, ułożyć na nowo, czytać i zachować
Tysiące dotknięć na milimetr kwadratowy
Tysiące okrzyków i oddechów na naszych
twarzach
Poziomy niebios muskanych, dotykanych, pogmatwane sny
Przekreślone, jak gdyby nigdy nie miały miejsca
Chciałabym to wszystko zebrać do wielkich worków na śmieci
Zapomniane słowa: te banalne i te piękne
Tak, by nie strącić żadnej z tych cennych chwil
Te zdania upadły, a te momenty się wydarzyły
Wszystko to nagrać, dodać dźwięk i zapachy
DNA, odciski,ale by nic nie umarło
Miliony filmów o nas, ale nie kinowych
Wszystkie stracone sceny, te których nie zagraliśmy
Zaglądalibyśmy do nich w chwilach słabości
Do tych wszystkich zalążków miłości, do tych początków
Szczerych, otwartych, delikatnych i naiwnie prawdziwych
Więc być może to uczyniłoby nas lepszymi
Tysiące pocałunków, tysiące tysięcy
Raz po razie składamy na naszych ustach w depozycie
Tysiące myśli o wieczności
Spojrzenia wymieniane gdzieś na zgubionych dworcach
Tysiące pocałunków, o których w mgnieniu oka zapominamy
Jean-Jacques Goldman
Raz za razem, z moich ust do twoich w depozycie
Miliony sekund, chwil szczęścia
Skasowanych, zabranych jednym uderzeniem serca
Tysiące czułych słówek na szybie samochodu
Wystukane numery i milczenie w słuchawce
Liściki z wyznaniami porwane i wyrzucone do kosza
Wyprostować je, ułożyć na nowo, czytać i zachować
Tysiące dotknięć na milimetr kwadratowy
Tysiące okrzyków i oddechów na naszych
twarzach
Poziomy niebios muskanych, dotykanych, pogmatwane sny
Przekreślone, jak gdyby nigdy nie miały miejsca
Chciałabym to wszystko zebrać do wielkich worków na śmieci
Zapomniane słowa: te banalne i te piękne
Tak, by nie strącić żadnej z tych cennych chwil
Te zdania upadły, a te momenty się wydarzyły
Wszystko to nagrać, dodać dźwięk i zapachy
DNA, odciski,ale by nic nie umarło
Miliony filmów o nas, ale nie kinowych
Wszystkie stracone sceny, te których nie zagraliśmy
Zaglądalibyśmy do nich w chwilach słabości
Do tych wszystkich zalążków miłości, do tych początków
Szczerych, otwartych, delikatnych i naiwnie prawdziwych
Więc być może to uczyniłoby nas lepszymi
Tysiące pocałunków, tysiące tysięcy
Raz po razie składamy na naszych ustach w depozycie
Tysiące myśli o wieczności
Spojrzenia wymieniane gdzieś na zgubionych dworcach
Tysiące pocałunków, o których w mgnieniu oka zapominamy
Jean-Jacques Goldman
wystąpiły z mroku. . .
Niesiona świeca z wolna oświetlała pokój.Wystąpiły z mroku znajome szczegóły. Jelenie rogi, półki z książkami. Błyszcząca powierzchnia pieca z juszką, którą od dawna należało naprawić. Ojcowska jeszcze kanapa, wielki stół, na nim otwarta książka, nadtłuczona popielniczka, zeszyt zapisany jego własnym pismem. Gdy dojrzał to wszystko dopadło go zwątpienie czy zdoła rozpocząć to nowe życie, o którym myślał całą drogę. Wszystkie te ślady jego dotychczasowego bytowania jak gdyby osaczały go i mówiły: "Nie, nie uciekniesz od nas i nigdy nie będziesz inny. Na zawsze pozostaniesz taki jaki byłeś dotąd, z tymi wątpliwościami, z wiecznym niezadowoleniem z siebie, daremnymi próbami poprawy i upadkami oraz wiecznym oczekiwaniem szczęścia, którego nie osiągnąłeś i które jest dla ciebie niemożliwe".
Lew Tołstoj (fragment powieści Anna Karenina, 1877)
byt w sobie. . .
Istota ludzka istnieje jednocześnie jako byt-w-sobie – rzecz lub podmiot i jako byt-dla-siebie, czyli świadomość, będąca niebytem, niebędąca więc tą rzeczą, której jest świadoma.
Byt-w-sobie (czyli zjawiska lub rzeczy) jako "nieprzenikliwa dla samej siebie (...) dlatego że jest ona wypełniona samą sobą". Rzecz nie ma aspektów wewnętrznych i zewnętrznych – po prostu istnieje. Bytowi-dla-siebie, czyli świadomości nie przysługuje pełnia egzystencji, jest ona niebytem.
Jean-Paul Sartre
(fragment rozprawy filozoficznej Byt i nicość. Zarys ontologii fenomenologicznej, 1943)
zamyśleni i współczujący. . .
Jesteśmy opuszczeni jak zbłąkane dzieci w lesie. Kiedy stoisz przede mną i patrzysz na mnie, co wiesz o moich bólach i co ja wiem o twoich? A gdybym padł przed tobą na kolana i płakał, i opowiadał, co wiedziałbyś o mnie więcej niż o piekle, które ktoś określił ci jako gorące i straszne. Już dlatego my, ludzie, powinniśmy stać naprzeciw siebie tak zamyśleni i współczujący, jak przed wejściem do piekła.
Franz Kafka (fragment listu do Oskara Pollaka, 1903)
zwykła większość. . .
Są ludzie, o których trudno jest powiedzieć coś takiego, co by od razu i całkowicie wyraziło ich najbardziej
typowe i charakterystyczne cechy; to są ci ludzie, których zazwyczaj nazywa się ludźmi "zwykłymi",
"większością" i którzy rzeczywiście stanowią większość każdego społeczeństwa. Pisarze w swoich powieściach i
romansach starają się przeważnie brać pewne typy społeczne i przedstawiać je obrazowo i artystycznie - typy
nader rzadko spotykane w życiu jako pewne całości, a które jednak są niemal bardziej rzeczywiste niż sama
rzeczywistość.
(...)
Zresztą wypada
zaznaczyć, że ujęliśmy tu sprawę krańcowo: w olbrzymiej części wypadków ludzie z tej "mądrej" kategorii
kończą bynajmniej nie tak tragicznie; najwyżej pod koniec życia psuje im się mniej lub więcej wątroba, i to
wszystko. Zawsze jednak zanim się poddadzą i ukorzą, ludzie ci nieraz nadzwyczaj długo popełniają różne
ekstrawagancje, poczynając od młodości, kończąc na wieku rezygnacji, a wszystko dlatego, że koniecznie
pragną być oryginalni. Zdarzają się także dziwne wypadki: pragnąc być oryginalnym, niejeden uczciwy
człowiek gotów jest popełnić nawet czyn niegodziwy; a bywa i tak, że ten i ów spośród tych nieszczęśliwców
nie tylko jest uczciwy, ale nawet dobry, jest opiekunem rodziny, utrzymuje i żywi swoją pracą nawet obcych, nie
tylko swoich bliskich, i cóż? - przez całe życie nie może się uspokoić! Bynajmniej nie uspokaja i nie cieszy go
myśl, że jako człowiek tak dobrze spełnił swoje obowiązki, przeciwnie nawet, to go właśnie irytuje: "Więc na to
zmarnowałem całe życie, więc to mi krępowało ręce i nogi, więc to mi przeszkodziło wynaleźć proch. Gdyby nie
to, byłbym na pewno odkrył Amerykę albo wynalazł proch; nie wiem dokładnie co, ale na pewno coś bym
odkrył albo wynalazł!" Najbardziej charakterystyczne w tych panach jest to, że przez całe życie w żaden sposób
nie mogą stwierdzić na pewno, co właściwie mają odkryć i co przez całe życie gotowi są wynaleźć: proch czy
Amerykę? Ale ich cierpień i tęsknoty do odkryć i wynalazków doprawdy wystarczyłoby dla niejednego
Kolumba albo Galileusza.
(...)
Głębokie i trwałe poczucie tego, że jest człowiekiem bez talentu, a
jednocześnie przemożna chęć upewnienia się, że jest człowiekiem najbardziej samoistnym, silnie zraniły mu
serce, i to jeszcze w chłopięcych prawie latach. Był to młody człowiek pełen zawistnych i gwałtownych
pragnień, a przy tym jak gdyby urodzony już z roztrzęsionymi nerwami. Gwałtowność swoich pragnień brał za
ich siłę. Przy swojej namiętnej chęci odznaczenia się gotów był nieraz do iście szaleńczego skoku; gdy jednak
sprawa dochodziła już do tego skoku, bohater nasz okazywał się zawsze zbyt mądry, żeby się na to zdecydować.
To go zabijało. Może nawet przy sposobności zdecydowałby się na jakiś wybitnie podły uczynek, byle
urzeczywistnić chociaż cząstkę swoich marzeń; ale jakby umyślnie, gdy przyszło co do czego, okazywał się zbyt
uczciwy, aby popełnić jakiś wybitnie podły uczynek. (Na jakiś nie zanadto podły uczynek zawsze był zresztą
gotów się zgodzić.) Z obrzydzeniem i nienawiścią patrzył na ubóstwo i na upadek swojej rodziny. Nawet do
matki odnosił się wyniośle i z pogardą, mimo iż sam doskonale rozumiał, że reputacja i charakter jego matki
stanowiły na razie główny punkt oparcia w jego karierze. Obejmując posadę u Jepanczyna powiedział sobie od
razu: "Jak być podłym, to być podłym aż do końca, byle tylko wygrać" - i prawie nigdy nie był podłym aż do
końca. Bo i dlaczego sobie wyobraził, że koniecznie musi postępować podle?
Fiodor Dostojewski (fragment powieści Idiota, 1869)
ja prawie już nie istnieję. . .
A ja wyrzekłam się świata; Pani wydaje się to może
śmieszne, że tak mówię, a tymczasem widuje mię Pani wystrojoną w koronki i brylanty, w towarzystwie pijaków
i niegodziwców? Niech Pani na to nie zwraca uwagi, ja prawie już nie istnieję; i wiem o tym. Bóg raczy
wiedzieć, co we mnie żyje zamiast mnie. Czytam to codziennie w dwojgu strasznych oczach, które stale na mnie
patrzą, nawet wtedy, gdy ich przede mną nie ma. Te oczy teraz milczą (one ciągle milczą), ale ja znam ich
tajemnicę. On ma dom ponury, smutny, i w nim jest tajemnica.
Fiodor Dostojewski (fragment powieści Idiota, 1869)
niema i obojętna. . .
Patrzącemu na ten obraz przyroda wydaje się jakąś olbrzymią
nieubłaganą i niemą bestią albo, właściwiej mówiąc, o wiele właściwiej, chociaż bardzo dziwnie - jakąś
ogromną maszyną najnowszej konstrukcji, która bezmyślnie schwytała w swoje tryby, zmiażdżyła i wchłonęła w
siebie, niema i obojętna, wielką i nieocenioną Istotę - taką Istotę, która sama jedna warta była całej przyrody i
wszystkich jej praw, warta była całej ziemi, stworzonej, być może, jedynie po to, aby się na niej zjawiła taka
Istota! Obraz ten właśnie jak gdyby wyraża owo pojęcie o mrocznej, zuchwałej i bezmyślnie wiekuistej sile,
której wszystko podlega; i to pojęcie mimo woli udziela się każdemu, kto patrzy na obraz.
Fiodor Dostojewski (fragment powieści Idiota, 1869)
23 listopada 2012
indywiduum. . .
(...)przestawał być wrażliwy na jakiekolwiek elementy metafizyczne, takie objawy jak dzikie ekscesy sztuki przeżywającej “nienasycenie formą” traktował już jako głupstwa przyszłości(...), wśród swoich współobywateli żył jak zdrowe indywiduum, otoczone przez wariatów.
Czesław Miłosz (Zniewolony umysł, 1953)
21 listopada 2012
co znaczy. . .
Nie wie że świeci
Nie wie że lata
Nie wie że jest tym a nie innym
I coraz częściej z otwartymi ustami
Z gasnącym papierosem Gauloise
Nad szklanką czerwonego wina,
Myślę o tym co znaczy być tym a nie innym.
Tak samo było kiedy miałem dwadzieścia lat.
Ale wtedy nadzieja że będę wszystkim,
Może nawet motylem i kosem, przez zaklęcie.
Teraz widzę zapylone drogi powiatu
I miasteczko w którym urzędnik poczty upija się co dzień
Z żalu że jest tożsamy tylko ze sobą.
A gdyby tylko gwiazdy zamykały mnie
I gdyby tak się zwykle odbywało
Że jest tak zwany świat i tak zwane ciało
Gdybym chciał być nie-sprzeczny. Ale nie.
Montgeron, 1960
Czesław Miłosz (z tomu Król Popiel i inne wiersze, 1962)
Nie wie że lata
Nie wie że jest tym a nie innym
I coraz częściej z otwartymi ustami
Z gasnącym papierosem Gauloise
Nad szklanką czerwonego wina,
Myślę o tym co znaczy być tym a nie innym.
Tak samo było kiedy miałem dwadzieścia lat.
Ale wtedy nadzieja że będę wszystkim,
Może nawet motylem i kosem, przez zaklęcie.
Teraz widzę zapylone drogi powiatu
I miasteczko w którym urzędnik poczty upija się co dzień
Z żalu że jest tożsamy tylko ze sobą.
A gdyby tylko gwiazdy zamykały mnie
I gdyby tak się zwykle odbywało
Że jest tak zwany świat i tak zwane ciało
Gdybym chciał być nie-sprzeczny. Ale nie.
Montgeron, 1960
Czesław Miłosz (z tomu Król Popiel i inne wiersze, 1962)
20 listopada 2012
ciemność poza czasem i przestrzenią. . .
Krystyna poruszyła się. Poczuł na policzku jej włosy.
- Myślałem, że spisz - powiedział cicho.
-Nie.
Uniósł się na łokciu. Oczy miała otwarte. Były większe niż przy świetle. Wilgotne i ciepłe. Włosy jej delikatnym, złotawym poblaskiem rozjaśniały ciemność. Leżała tak cicha, jakby wcale nie oddychała.
Maciek też się nie ruszał. Przez moment wszystko to wydawało się mu nierzeczywiste. Ta ciemność poza czasem i przestrzenią. Cisza. Spokój, który miał w sobie nieogarniona rozległość snu. Przejmująca przejrzystość snu. Niebo rozgwieżdżone w głębi. I przede wszystkim to ciało, które trzymał w ramionach. Nikły jego zarys mógł dojrzeć wśród mroku. Posiadł je prędzej, niż zdążył poznać. Ale nie było obce. Wydawało się łagodna i nieruchoma fala blasków i cieni. Wystarczał z jego strony ruch ręki, aby odnaleźć mógł dłonią gładkość skóry i owym, jakby ze snu wywołanym, blaskom i cieniom przywrócić ich żywy, cielesny kształt. Ale nie uczynił tego ruchu. Doskonałość tej chwili wnikała w niego spokojem tak wielkim, jakiego ani przeczuć do tej pory nie umiał, ani wyobrazić sobie w przybliżeniu nawet nie potrafił. Z wieloma dziewczynami leżał tak jak z ta teraz. Ale wszystkie te łatwe historie były pospiesznie kradzione pomiędzy innymi ważniejszymi sprawami. Trwały krótko, nie pozostawiając żadnych prawie wspomnień. Były prostackie, gwałtowne i niecierpliwe, kończyły się wraz z nasyceniem zmysłów. Tu nie było końca. Nie pragnął niczego poza tym, co było teraz. Nie istniało wczoraj, nie istniało jutro. Przy piersi czuł równe pulsowanie serca Krystyny. Całym sobą wsłuchiwał się w ten niewidzialny ruch. Na koniec stracił orientacje, gdzie serce bije: w nim, czy w niej. Ogarnęła go naraz ogromna, oddech zatykająca tkliwość, nieznane wzruszenie. Pomyślał przez moment, że powinien to wszystko, co w tej chwili czuje i przeżywa, wyrazić - wypowiedzieć jakoś. Ale nie znalazł w sobie żadnych słów. Pochylił się tylko nad Krystyna i wolno, bardzo delikatnie, jakby się bał zmącić spokój i cisze, całować począł jej włosy, skronie, policzki. Żadnej dziewczyny do tej pory w ten sposób nie całował. Nie przypuszczał nawet, że można tak całować. I nagle doznał dziwnego wrażenia, że w tych pocałunkach, we własnych wargach, które pragnął uczynić lżejszymi od powietrza, odnajduje w ciemnościach nie tylko Krystynę, lecz i siebie samego. Chciał szepnąć: kochanie, najdroższa moja... lecz nie pozwolił mu na to odruch wstydu. Krystyna też milczała. Oczy miała otwarte. Była zamyślona, wydawała się nieobecna myślami. Patrzyła w ciemność ponad sobą. O czym mogła myśleć? Co w tej chwili czuła? Maciek mocniej ja ogarnął ramieniem.
- Zmęczona?
Zaprzeczyła ruchem głowy. Położył się. Zamknął oczy. W zupełnych ciemnościach ciało Krystyny wydawało mu się jeszcze bliższe. Wchłaniał w siebie jego ciepło, jego nieruchomość. Ciągle czuł przy piersi szelest jej serca. Powoli zatracał świadomość czasu. Mogło to trwać chwile krótka, mogło trwać wieczność. Aż wreszcie szczęście, w które wnikał i które go zalewało, wstrząsnęło nim tak gwałtownie, że zdjął go lek. Otworzył oczy i podniósł się, jak wpierw oparłszy się na łokciu. Słyszał teraz tylko własne serce. Pulsowało w nim pod sama skóra.
Krystyna spojrzała na niego.
-Co?
Zawahał się. Nie, tego, co w tej chwili czuł, nie mógł powiedzieć.
- Nic, głupstwo.
- Jakie?
- Jakie? Tak mi przyszło do głowy... Znamy się od kilku zaledwie godzin, a wydaje mi się, jakbyśmy się znali od bardzo dawna...
Chwile milczała.
- Nie wiem - powiedziała wreszcie. - Nie myślałam o tym. Była pewna, że odpowie jej cynicznie, tym samym stylem, jakim rozmawiał z nią był do tej pory. Milczał jednak. Mimo to czekała jeszcze chwile. Nic. Poczuła tylko, że ramie jego zadrżało lekko, jakby krótki dreszcz przez nie przeszedł. Pochylony, nie patrzył na nią w tej chwili. Tuż ponad sobą widziała zarys jego twarzy i szyi. [Przez moment zapragnęła objąć go i przyciągnąć do siebie. Ale [Stłumiła natychmiast to pragnienie. Po raz pierwszy od chwili, kiedy i tu przyszła, ogarnął ja niepokój. Zgodziła się łatwo na te cała (historie tylko dlatego, że skusił ja kaprys krótkiej, nic nieznaczącej przygody. Chciała przespać się przez jedna noc z przystojnym, i obcym chłopcem. To wszystko. Wydawał się tak dobrym partnerem! Sadziła, że będzie cyniczny, pewny siebie i w miarę wulgarny. Spodziewała się, że potraktuje ja trochę jak uliczna dziewczynę. Okazał się tymczasem nieśmiały w swojej młodzieńczej namiętności , delikatny i tkliwy. I Cisza, która się przedłużała, poczęła coraz bardziej Krystynie dokuczać. Wiedziała z doświadczenia, że w pewnych chwilach | milczenie bywa wymowniejsze od wszelkich słów. Postanowiła »przerwać je natychmiast.; - Ciekawa jestem, czy rzeczywiście był pan pewien, że przyjdę?
Pochylił się nad nią tak nisko, że poczuła na twarzy jego oddech.
-Pan? Roześmiała się:
- Wiec ty...
- Nie, wcale nie byłem pewien.
- A wie pan... przepraszam, wiesz, dlaczego przyszłam?
- Dlaczego?
- Nie domyślasz się?
-Nie.
- Ależ to proste! Dlatego, że nie mogłabym się w tobie zakochać.
Milczał.
- Halo! - odezwała się po chwili.
-Co?
- Mogę dostać papierosa?
Stolik nocny stał obok, przy łóżku. Wyciągnął rękę. Pudełko z papierosami leżało na samym brzegu.
- Masz?
- Tak.
Włożył jej papierosa do ust. Drugiego wziął dla siebie. Potem sięgnął po zapałki. Musiał jednak cofnąć ramie, którym obejmował Krystynę, aby zapalić. Skorzystała z tego i odsunęła się w głąb łóżka. Błysk zapałki rozjaśnił ciemność. Nie spojrzeli jednak na siebie w ciągu tej krótkiej chwili światła. Zresztą Chełmicki szybko zapałkę zgasił. Sięgnął jeszcze po popielniczkę i postawił ja na łóżku pomiędzy sobą a Krystyna. Rozdzielała ich teraz jak nagle wzniesiona przegroda.
Dłuższy czas palili w milczeniu. Dwa ogienki jarzyły się w ciemnościach.
- Co to za papierosy? - spytała Krystyna.
- Węgierskie.
- Mocne.
- Tak. Nie smakują ci?
- Owszem, dobre.
Znów stała się cisza. Nagle spytał:
- Nie chcesz się zakochać?
- W tobie?
W głosie jej zabrzmiał wyraźny akcent ironii. Lecz i tym razem nie odpowiedział tak, jak się spodziewała i jak chciała.
- Ależ nie, nie o sobie myślę! W ogóle.
- Raczej nie.
- To jako zasada?
- Powiedzmy. Po co sobie komplikować życie?
- Samo się komplikuje.
- Wiec tym bardziej. Po co dodawać nowe komplikacje? Żar papierosa wydobywał z mroku zarys jej dłoni i ramienia.
- Powiedz mi coś o sobie - poprosił niespodziewanie.
- O sobie? Po co? Cóż za pomysł! Nic nie odpowiedział.
- Zresztą, mogę powiedzieć - odezwała się po chwili. - Ale to nic ciekawego. Do wojny mieszkałam na wsi.
- Gdzie?
- W Poznańskiem. Niedaleko Mogilna.
- A potem?
- Potem? Przenieśliśmy się do Warszawy.
- My?
- Matka i ja. Ojca zaraz na początku aresztowali Niemcy.
- Zginał?
- Tak. W Dachau. Cóż jeszcze? To chyba wszystko.
- Matka twoja żyje?
- Nie. Zginęła w czasie powstania.
- Moja także. A rodzeństwa nie masz?
- Na szczęście nie.
- Na szczęście?
- Cóż, mniej przynajmniej bliskich zginęło.
- Ach to! - mruknął. - To prawda. Ja miałem brata. Zginał akcji. Jeszcze w czterdziestym trzecim.
- Wiec widzisz.
- Ojciec mój jest w Anglii. Wątpię jednak, czy wróci teraz.
- Żadnej rodziny?
- Bliskiej żadnej. Zostajesz w Ostrowcu?
- Nie wiem. Na razie tak.
- A dalej?
- Nie myślę, co dalej.
Zgasiła papierosa. Zaciągnął się głęboko i uczynił to samo. Popielniczkę odstawił na stolik. Przez dłuższa chwilę leżeli w mieleniu.
Obrócił się wreszcie ku niej i głowę podparł dłonią.
- Śpiąca?
- Nie.
Znowu uczuł się aż do bólu przepełniony tym samym wzruszeniem, które ogarnęło go po raz pierwszy przed kilku minutami, gdy trzymał Krystynę w ramionach.
- Naprawdę, nie byłem pewny, że przyjdziesz - powiedział cicho.
Głos jej dotarł jakby z bardzo daleka:
- Powiedziałeś to już przecież.
- Ale wierzysz mi?
- Czemuż bym miała nie wierzyć?
- Nie znasz mnie wcale.
- I ty mnie.
- O nie! Ja ciebie znam.
- Czyżby?
- Naprawdę.
Wydało mu się, że ciało jej lekko drży. Przysunął się bliżej.
- Zimno?
- Trochę.
Objął ja i przyciągnął do siebie.
- Teraz dobrze?
- W każdym razie cieplej.
Leżała w jego ramionach i znów czuł przy piersi pulsowanie jej serca. Naraz podniosła głowę.
- Powiedz...
-Co?
- Jaki ty właściwie jesteś?
- Jak to, jaki?
- Zupełnie inny teraz niż przedtem?
- Inny?
- Nie zauważyłeś sam? Zamyślił się na moment.
- Może... Czy to złe?
- Mój Boże! - odpowiedziała cicho. - Chyba bez znaczenia. Lecz oczy jej, bardzo teraz rozszerzone i w niego wpatrzone, zdawały się mówić co innego.
- Rzeczywiście bez znaczenia? Nic nie dopowiedziała.
- Powiedz...
- Nie wiem! - szepnęła. - Obejmij mnie mocniej. Uczynił to.
Teraz było jej dobrze. To wszystko. Lekko rozchylonymi wargami
całował jej wpółprzymknięte powieki.
- Wiesz - szepnął ~ nawet nie przypuszczałem...
-Że co?
- Nie, nic? - Umilkł, jakby mu zabrakło tchu. I jeszcze ciszej powiedział: - Dzięki tobie jestem inny.
- To chciałeś powiedzieć?
- Nie. Ale to także.
- A tamto?
Z korytarza dobiegł naraz odgłos ciężkich, przytłumionych chodnikiem kroków. Chełmicki podniósł głowę i począł nasłuchiwać. W drzwiach obok zazgrzytał klucz. Człowiek wszedł do sąsiedniego pokoju. Zamknął drzwi za sobą. Przekręcił kontakt. Wśród ciszy, która panowała dokoła, odgłosy dochodziły tak wyraźnie, jakby wcale od nich nie odgradzała ściana. Słychać było nawet skrzypienie podłogi.
Krystyna też podniosła głowę.
- Co się stało?
- Nasz sąsiad wrócił.
- Ktoś znajomy?
-Nie.
Położył się z powrotem, lecz nie mógł się od tamtych odgłosów oderwać. Teraz dopiero zdał sobie sprawę, że w ciągu ostatniej godziny, od chwili kiedy przyszła tu Krystyna, ani razu nie pomyślał, dlaczego się znalazł w tym obcym pokoju hotelowym? Ta godzina, która przeżył jak jedna krótka chwile, zdawała się spoczywać poza? całym jego życiem, oderwana od wszystkiego, co było i co miało być. Nagle wszystko wróciło. Słychać było, że Szczuka otwiera okno. Przez chwile trwała cisza. Stał zapewne w oknie. Potem kroki. Odgłos przesuwanego krzesła.
- Strasznie wszystko słychać - szepnęła Krystyna.
- Tak. Co robisz jutro?
- Jutro?
- Właściwie dzisiaj. Już jest dzisiaj.
- Wieczorem, jak zwykle. W barze.
- A w dzień?
- Nic. Pijatyce zaprosili mnie na obiad.
- Ach, ci! To twoi krewni?
- Bardzo dalecy. Przez Freda Teleszyńskiego. Dzisiaj ich zresztą dopiero poznałam. I ciebie przy tej okazji oficjalnie.
- Byłem śmieszny?
- Trochę. Ale to tylko ja mogłam ocenić. Po co się do nich przysiadłeś?
- Nie domyślasz się?
- Głuptas jesteś - szepnęła.
Szczuka chodził za ścianą. Tam i z powrotem. Uporczywie - tam i z powrotem po tej samej linii. W jednym miejscu, mniej więcej pośrodku pokoju, stale pod jego ciężkimi krokami skrzypiała podłoga. Maciek usiłował nie słyszeć tego. Zacisnął powieki i mocniej objął Krystynę, aby całym sobą skupić się na pieszczocie jej palców. Ręka jej zatrzymała się nagle. Na lewym boku poniżej żeber miał długa, szorstka szramę.
- Co to jest?
- Głupstwo! Blizna.
- Byłeś ranny!
- Coś w tym rodzaju.
-Kiedy?
-Jeszcze przed powstaniem. W jednej takiej historii.
- Jak do ciebie w domu mówili?
- W domu? Różnie. Ojciec: Maciej, matka i brat: Maciek.
- A koledzy?
- Maciek.
Poczuł, że się uśmiechnęła.
- się Z czego się śmiejesz?
- się Tak mi się przypomniało. Ojciec wołał na mnie, kiedy byłam
mała: Tania.
- Tania - powtórzył miękko. - To ładnie.
Dotknął wargami jej ust. Rozchyliły się natychmiast. Były wilgotne, pełne jątrzącego gorąca. Głębiej się w nie wcisnął i tak gwałtownie, jakby w tym pocałunku nie tylko wyrazić chciał wszystko, co czuł, lecz i znaleźć w nim pragnął ucieczkę, ratunek jedyny i bezpieczny. Ale poprzez szum krwi, która w nim szybko zaczęła pulsować, ciągle słyszał tamte kroki - tam i z powrotem, tam i z powrotem - a pod powiekami, z ciemności, którymi były po brzeg przepełnione, wyłaniała się do zjawy sennej podobna sylwetka Szczuki, taka sama, jaka ja dobrze zapamiętał, gdy tamten, przygarbiony i ciężko wspierając się na lasce, wchodził był na górę po schodach. Cóż złego uczynił mu ten człowiek? Dlaczego go musiał? zabić? Zabić. To słowo po raz pierwszy zabrzmiało w nim groźnie i niepokojąco. Tyle razy zabijał! To było tak proste. Życie i śmierć toczyły się obok. Ginęli wrogowie, ginęli przyjaciele. Życie ich i drugich wisiało nad stroma otchłanią. Śmierć jednych i drugich rozpływała się jak dym. Ale ten obcy człowiek, który w tej chwili, przed udaniem się na spoczynek, odbywał samotna wędrówkę wśród samotnych czterech ścian, ten nieznany a jednocześnie tak bliski człowiek, jeszcze żył, jeszcze się poruszał, miał jakieś swoje plany, pragnienia, nadzieje, swoje własne życie. Czy miał bliskich? Jaka wartością mogło być dla niego życie? Komu był potrzebny? Kto? go kochał, jaka kobieta, jaki przyjaciel? Wstrząsnął nim dreszcz niepokoju. Podniósł głowę. Wargi, które przed chwila pełne były ust Krystyny, wydawały mu się suche i sztywne.
- Pójdziesz na ten obiad? - spytał stłumionym głosem. W pierwszej chwili nie zorientowała się, o co mu chodzi.
- Na jaki obiad?
- Do tych...
- Ach, to! Skąd ci to przyszło do głowy?
- Nie pójdziesz?
- Nie wiem jeszcze.
- Nie idź! - szepnął błagalnie. Milczała.
- Nie idź. Spędzimy ten dzień razem. Przy tobie...
-Co?
- Wiesz przecież.
Oczy mu błyszczały, ciemne włosy zsunęły się na czoło.
- Krystyno! Cofnęła się nagle:
- Nie, nie!
- Co, nie?
- Nie chce. To nie ma sensu. Chciał ja objąć, lecz trafił na opór.
- Nie chce, nie chce... Głos jej drżał i łamał się.
- Dlaczego?
- Dlaczego? Nie rozumiesz? To takie proste. Wyjedziesz stad... Nie mógł zaprzeczyć.
- Tak. Musze.
- Wiec po co to wszystko, po co? Rano powiemy sobie: do widzenia...
- Nie wyjeżdżam zaraz. Potrząsnęła głowa:
- To wszystko jedno. Już nie chce żadnych rozstań, żadnych wspomnień. Niczego, co trzeba poza sobą zostawiać. Żadnych bagażów.
- Nawet wspomnień przyjemnych?
- Jeśli muszą być tylko wspomnieniami?
Szczuka ciągle chodził po swoim pokoju. Wtem przystanął. Cisza się rozwarła jak w głębokiej studni. Maciek położył się. Po chwili Krystyna pochyliła się nad nim i gładzic go poczęła po włosach.
- Kiedy wyjeżdżasz?
Chciał powiedzieć: za tydzień. Lecz nie mógł się na to zdobyć.
- We wtorek.
- Wrócisz?
- Nie wiem. Ale może mógłbym jeszcze wszystko zmienić.
- Co wszystko?
- Różne rzeczy. Jedna przede wszystkim. Najważniejsza.
- Mógłbyś?
- Może...
- Ale po co?
Położyła się przy nim i dalej gładziła go po włosach. Dotknięcia jej palców miały delikatność pocałunków. - Widzisz - powiedziała patrząc w ciemność ponad sobą - ja mam swoje życie, ty masz swoje. Przypadkiem się spotkaliśmy. Jest przyjemnie. Czego więcej trzeba?
-Nic?
Za ściana skrzypnęło łóżko. Stuknął rzucony na podłogę but. Po chwili drugi.
- Obejmij mnie - szepnęła.
Serce jej biło bardzo mocno. Nagle poczuł na szyi jej gorące wargi. Tuż przy ścianie zaszumiała woda w umywalce.
- Kochanie.
I uczuł naraz taka ulgę, tak ogromne szczęście i tak pełny, oszałamiający zachwyt, jakby tym jednym małym słowem wyraził nie tylko siebie, lecz odgrodził się owym zaklęciem od wszystkiego, co wyrastało obok i było groźne, bolesne, splatane trudnymi sprzecznościami.
- Kochanie - powtórzył najtkliwiej, jak potrafił.
- Myślałem, że spisz - powiedział cicho.
-Nie.
Uniósł się na łokciu. Oczy miała otwarte. Były większe niż przy świetle. Wilgotne i ciepłe. Włosy jej delikatnym, złotawym poblaskiem rozjaśniały ciemność. Leżała tak cicha, jakby wcale nie oddychała.
Maciek też się nie ruszał. Przez moment wszystko to wydawało się mu nierzeczywiste. Ta ciemność poza czasem i przestrzenią. Cisza. Spokój, który miał w sobie nieogarniona rozległość snu. Przejmująca przejrzystość snu. Niebo rozgwieżdżone w głębi. I przede wszystkim to ciało, które trzymał w ramionach. Nikły jego zarys mógł dojrzeć wśród mroku. Posiadł je prędzej, niż zdążył poznać. Ale nie było obce. Wydawało się łagodna i nieruchoma fala blasków i cieni. Wystarczał z jego strony ruch ręki, aby odnaleźć mógł dłonią gładkość skóry i owym, jakby ze snu wywołanym, blaskom i cieniom przywrócić ich żywy, cielesny kształt. Ale nie uczynił tego ruchu. Doskonałość tej chwili wnikała w niego spokojem tak wielkim, jakiego ani przeczuć do tej pory nie umiał, ani wyobrazić sobie w przybliżeniu nawet nie potrafił. Z wieloma dziewczynami leżał tak jak z ta teraz. Ale wszystkie te łatwe historie były pospiesznie kradzione pomiędzy innymi ważniejszymi sprawami. Trwały krótko, nie pozostawiając żadnych prawie wspomnień. Były prostackie, gwałtowne i niecierpliwe, kończyły się wraz z nasyceniem zmysłów. Tu nie było końca. Nie pragnął niczego poza tym, co było teraz. Nie istniało wczoraj, nie istniało jutro. Przy piersi czuł równe pulsowanie serca Krystyny. Całym sobą wsłuchiwał się w ten niewidzialny ruch. Na koniec stracił orientacje, gdzie serce bije: w nim, czy w niej. Ogarnęła go naraz ogromna, oddech zatykająca tkliwość, nieznane wzruszenie. Pomyślał przez moment, że powinien to wszystko, co w tej chwili czuje i przeżywa, wyrazić - wypowiedzieć jakoś. Ale nie znalazł w sobie żadnych słów. Pochylił się tylko nad Krystyna i wolno, bardzo delikatnie, jakby się bał zmącić spokój i cisze, całować począł jej włosy, skronie, policzki. Żadnej dziewczyny do tej pory w ten sposób nie całował. Nie przypuszczał nawet, że można tak całować. I nagle doznał dziwnego wrażenia, że w tych pocałunkach, we własnych wargach, które pragnął uczynić lżejszymi od powietrza, odnajduje w ciemnościach nie tylko Krystynę, lecz i siebie samego. Chciał szepnąć: kochanie, najdroższa moja... lecz nie pozwolił mu na to odruch wstydu. Krystyna też milczała. Oczy miała otwarte. Była zamyślona, wydawała się nieobecna myślami. Patrzyła w ciemność ponad sobą. O czym mogła myśleć? Co w tej chwili czuła? Maciek mocniej ja ogarnął ramieniem.
- Zmęczona?
Zaprzeczyła ruchem głowy. Położył się. Zamknął oczy. W zupełnych ciemnościach ciało Krystyny wydawało mu się jeszcze bliższe. Wchłaniał w siebie jego ciepło, jego nieruchomość. Ciągle czuł przy piersi szelest jej serca. Powoli zatracał świadomość czasu. Mogło to trwać chwile krótka, mogło trwać wieczność. Aż wreszcie szczęście, w które wnikał i które go zalewało, wstrząsnęło nim tak gwałtownie, że zdjął go lek. Otworzył oczy i podniósł się, jak wpierw oparłszy się na łokciu. Słyszał teraz tylko własne serce. Pulsowało w nim pod sama skóra.
Krystyna spojrzała na niego.
-Co?
Zawahał się. Nie, tego, co w tej chwili czuł, nie mógł powiedzieć.
- Nic, głupstwo.
- Jakie?
- Jakie? Tak mi przyszło do głowy... Znamy się od kilku zaledwie godzin, a wydaje mi się, jakbyśmy się znali od bardzo dawna...
Chwile milczała.
- Nie wiem - powiedziała wreszcie. - Nie myślałam o tym. Była pewna, że odpowie jej cynicznie, tym samym stylem, jakim rozmawiał z nią był do tej pory. Milczał jednak. Mimo to czekała jeszcze chwile. Nic. Poczuła tylko, że ramie jego zadrżało lekko, jakby krótki dreszcz przez nie przeszedł. Pochylony, nie patrzył na nią w tej chwili. Tuż ponad sobą widziała zarys jego twarzy i szyi. [Przez moment zapragnęła objąć go i przyciągnąć do siebie. Ale [Stłumiła natychmiast to pragnienie. Po raz pierwszy od chwili, kiedy i tu przyszła, ogarnął ja niepokój. Zgodziła się łatwo na te cała (historie tylko dlatego, że skusił ja kaprys krótkiej, nic nieznaczącej przygody. Chciała przespać się przez jedna noc z przystojnym, i obcym chłopcem. To wszystko. Wydawał się tak dobrym partnerem! Sadziła, że będzie cyniczny, pewny siebie i w miarę wulgarny. Spodziewała się, że potraktuje ja trochę jak uliczna dziewczynę. Okazał się tymczasem nieśmiały w swojej młodzieńczej namiętności , delikatny i tkliwy. I Cisza, która się przedłużała, poczęła coraz bardziej Krystynie dokuczać. Wiedziała z doświadczenia, że w pewnych chwilach | milczenie bywa wymowniejsze od wszelkich słów. Postanowiła »przerwać je natychmiast.; - Ciekawa jestem, czy rzeczywiście był pan pewien, że przyjdę?
Pochylił się nad nią tak nisko, że poczuła na twarzy jego oddech.
-Pan? Roześmiała się:
- Wiec ty...
- Nie, wcale nie byłem pewien.
- A wie pan... przepraszam, wiesz, dlaczego przyszłam?
- Dlaczego?
- Nie domyślasz się?
-Nie.
- Ależ to proste! Dlatego, że nie mogłabym się w tobie zakochać.
Milczał.
- Halo! - odezwała się po chwili.
-Co?
- Mogę dostać papierosa?
Stolik nocny stał obok, przy łóżku. Wyciągnął rękę. Pudełko z papierosami leżało na samym brzegu.
- Masz?
- Tak.
Włożył jej papierosa do ust. Drugiego wziął dla siebie. Potem sięgnął po zapałki. Musiał jednak cofnąć ramie, którym obejmował Krystynę, aby zapalić. Skorzystała z tego i odsunęła się w głąb łóżka. Błysk zapałki rozjaśnił ciemność. Nie spojrzeli jednak na siebie w ciągu tej krótkiej chwili światła. Zresztą Chełmicki szybko zapałkę zgasił. Sięgnął jeszcze po popielniczkę i postawił ja na łóżku pomiędzy sobą a Krystyna. Rozdzielała ich teraz jak nagle wzniesiona przegroda.
Dłuższy czas palili w milczeniu. Dwa ogienki jarzyły się w ciemnościach.
- Co to za papierosy? - spytała Krystyna.
- Węgierskie.
- Mocne.
- Tak. Nie smakują ci?
- Owszem, dobre.
Znów stała się cisza. Nagle spytał:
- Nie chcesz się zakochać?
- W tobie?
W głosie jej zabrzmiał wyraźny akcent ironii. Lecz i tym razem nie odpowiedział tak, jak się spodziewała i jak chciała.
- Ależ nie, nie o sobie myślę! W ogóle.
- Raczej nie.
- To jako zasada?
- Powiedzmy. Po co sobie komplikować życie?
- Samo się komplikuje.
- Wiec tym bardziej. Po co dodawać nowe komplikacje? Żar papierosa wydobywał z mroku zarys jej dłoni i ramienia.
- Powiedz mi coś o sobie - poprosił niespodziewanie.
- O sobie? Po co? Cóż za pomysł! Nic nie odpowiedział.
- Zresztą, mogę powiedzieć - odezwała się po chwili. - Ale to nic ciekawego. Do wojny mieszkałam na wsi.
- Gdzie?
- W Poznańskiem. Niedaleko Mogilna.
- A potem?
- Potem? Przenieśliśmy się do Warszawy.
- My?
- Matka i ja. Ojca zaraz na początku aresztowali Niemcy.
- Zginał?
- Tak. W Dachau. Cóż jeszcze? To chyba wszystko.
- Matka twoja żyje?
- Nie. Zginęła w czasie powstania.
- Moja także. A rodzeństwa nie masz?
- Na szczęście nie.
- Na szczęście?
- Cóż, mniej przynajmniej bliskich zginęło.
- Ach to! - mruknął. - To prawda. Ja miałem brata. Zginał akcji. Jeszcze w czterdziestym trzecim.
- Wiec widzisz.
- Ojciec mój jest w Anglii. Wątpię jednak, czy wróci teraz.
- Żadnej rodziny?
- Bliskiej żadnej. Zostajesz w Ostrowcu?
- Nie wiem. Na razie tak.
- A dalej?
- Nie myślę, co dalej.
Zgasiła papierosa. Zaciągnął się głęboko i uczynił to samo. Popielniczkę odstawił na stolik. Przez dłuższa chwilę leżeli w mieleniu.
Obrócił się wreszcie ku niej i głowę podparł dłonią.
- Śpiąca?
- Nie.
Znowu uczuł się aż do bólu przepełniony tym samym wzruszeniem, które ogarnęło go po raz pierwszy przed kilku minutami, gdy trzymał Krystynę w ramionach.
- Naprawdę, nie byłem pewny, że przyjdziesz - powiedział cicho.
Głos jej dotarł jakby z bardzo daleka:
- Powiedziałeś to już przecież.
- Ale wierzysz mi?
- Czemuż bym miała nie wierzyć?
- Nie znasz mnie wcale.
- I ty mnie.
- O nie! Ja ciebie znam.
- Czyżby?
- Naprawdę.
Wydało mu się, że ciało jej lekko drży. Przysunął się bliżej.
- Zimno?
- Trochę.
Objął ja i przyciągnął do siebie.
- Teraz dobrze?
- W każdym razie cieplej.
Leżała w jego ramionach i znów czuł przy piersi pulsowanie jej serca. Naraz podniosła głowę.
- Powiedz...
-Co?
- Jaki ty właściwie jesteś?
- Jak to, jaki?
- Zupełnie inny teraz niż przedtem?
- Inny?
- Nie zauważyłeś sam? Zamyślił się na moment.
- Może... Czy to złe?
- Mój Boże! - odpowiedziała cicho. - Chyba bez znaczenia. Lecz oczy jej, bardzo teraz rozszerzone i w niego wpatrzone, zdawały się mówić co innego.
- Rzeczywiście bez znaczenia? Nic nie dopowiedziała.
- Powiedz...
- Nie wiem! - szepnęła. - Obejmij mnie mocniej. Uczynił to.
Teraz było jej dobrze. To wszystko. Lekko rozchylonymi wargami
całował jej wpółprzymknięte powieki.
- Wiesz - szepnął ~ nawet nie przypuszczałem...
-Że co?
- Nie, nic? - Umilkł, jakby mu zabrakło tchu. I jeszcze ciszej powiedział: - Dzięki tobie jestem inny.
- To chciałeś powiedzieć?
- Nie. Ale to także.
- A tamto?
Z korytarza dobiegł naraz odgłos ciężkich, przytłumionych chodnikiem kroków. Chełmicki podniósł głowę i począł nasłuchiwać. W drzwiach obok zazgrzytał klucz. Człowiek wszedł do sąsiedniego pokoju. Zamknął drzwi za sobą. Przekręcił kontakt. Wśród ciszy, która panowała dokoła, odgłosy dochodziły tak wyraźnie, jakby wcale od nich nie odgradzała ściana. Słychać było nawet skrzypienie podłogi.
Krystyna też podniosła głowę.
- Co się stało?
- Nasz sąsiad wrócił.
- Ktoś znajomy?
-Nie.
Położył się z powrotem, lecz nie mógł się od tamtych odgłosów oderwać. Teraz dopiero zdał sobie sprawę, że w ciągu ostatniej godziny, od chwili kiedy przyszła tu Krystyna, ani razu nie pomyślał, dlaczego się znalazł w tym obcym pokoju hotelowym? Ta godzina, która przeżył jak jedna krótka chwile, zdawała się spoczywać poza? całym jego życiem, oderwana od wszystkiego, co było i co miało być. Nagle wszystko wróciło. Słychać było, że Szczuka otwiera okno. Przez chwile trwała cisza. Stał zapewne w oknie. Potem kroki. Odgłos przesuwanego krzesła.
- Strasznie wszystko słychać - szepnęła Krystyna.
- Tak. Co robisz jutro?
- Jutro?
- Właściwie dzisiaj. Już jest dzisiaj.
- Wieczorem, jak zwykle. W barze.
- A w dzień?
- Nic. Pijatyce zaprosili mnie na obiad.
- Ach, ci! To twoi krewni?
- Bardzo dalecy. Przez Freda Teleszyńskiego. Dzisiaj ich zresztą dopiero poznałam. I ciebie przy tej okazji oficjalnie.
- Byłem śmieszny?
- Trochę. Ale to tylko ja mogłam ocenić. Po co się do nich przysiadłeś?
- Nie domyślasz się?
- Głuptas jesteś - szepnęła.
Szczuka chodził za ścianą. Tam i z powrotem. Uporczywie - tam i z powrotem po tej samej linii. W jednym miejscu, mniej więcej pośrodku pokoju, stale pod jego ciężkimi krokami skrzypiała podłoga. Maciek usiłował nie słyszeć tego. Zacisnął powieki i mocniej objął Krystynę, aby całym sobą skupić się na pieszczocie jej palców. Ręka jej zatrzymała się nagle. Na lewym boku poniżej żeber miał długa, szorstka szramę.
- Co to jest?
- Głupstwo! Blizna.
- Byłeś ranny!
- Coś w tym rodzaju.
-Kiedy?
-Jeszcze przed powstaniem. W jednej takiej historii.
- Jak do ciebie w domu mówili?
- W domu? Różnie. Ojciec: Maciej, matka i brat: Maciek.
- A koledzy?
- Maciek.
Poczuł, że się uśmiechnęła.
- się Z czego się śmiejesz?
- się Tak mi się przypomniało. Ojciec wołał na mnie, kiedy byłam
mała: Tania.
- Tania - powtórzył miękko. - To ładnie.
Dotknął wargami jej ust. Rozchyliły się natychmiast. Były wilgotne, pełne jątrzącego gorąca. Głębiej się w nie wcisnął i tak gwałtownie, jakby w tym pocałunku nie tylko wyrazić chciał wszystko, co czuł, lecz i znaleźć w nim pragnął ucieczkę, ratunek jedyny i bezpieczny. Ale poprzez szum krwi, która w nim szybko zaczęła pulsować, ciągle słyszał tamte kroki - tam i z powrotem, tam i z powrotem - a pod powiekami, z ciemności, którymi były po brzeg przepełnione, wyłaniała się do zjawy sennej podobna sylwetka Szczuki, taka sama, jaka ja dobrze zapamiętał, gdy tamten, przygarbiony i ciężko wspierając się na lasce, wchodził był na górę po schodach. Cóż złego uczynił mu ten człowiek? Dlaczego go musiał? zabić? Zabić. To słowo po raz pierwszy zabrzmiało w nim groźnie i niepokojąco. Tyle razy zabijał! To było tak proste. Życie i śmierć toczyły się obok. Ginęli wrogowie, ginęli przyjaciele. Życie ich i drugich wisiało nad stroma otchłanią. Śmierć jednych i drugich rozpływała się jak dym. Ale ten obcy człowiek, który w tej chwili, przed udaniem się na spoczynek, odbywał samotna wędrówkę wśród samotnych czterech ścian, ten nieznany a jednocześnie tak bliski człowiek, jeszcze żył, jeszcze się poruszał, miał jakieś swoje plany, pragnienia, nadzieje, swoje własne życie. Czy miał bliskich? Jaka wartością mogło być dla niego życie? Komu był potrzebny? Kto? go kochał, jaka kobieta, jaki przyjaciel? Wstrząsnął nim dreszcz niepokoju. Podniósł głowę. Wargi, które przed chwila pełne były ust Krystyny, wydawały mu się suche i sztywne.
- Pójdziesz na ten obiad? - spytał stłumionym głosem. W pierwszej chwili nie zorientowała się, o co mu chodzi.
- Na jaki obiad?
- Do tych...
- Ach, to! Skąd ci to przyszło do głowy?
- Nie pójdziesz?
- Nie wiem jeszcze.
- Nie idź! - szepnął błagalnie. Milczała.
- Nie idź. Spędzimy ten dzień razem. Przy tobie...
-Co?
- Wiesz przecież.
Oczy mu błyszczały, ciemne włosy zsunęły się na czoło.
- Krystyno! Cofnęła się nagle:
- Nie, nie!
- Co, nie?
- Nie chce. To nie ma sensu. Chciał ja objąć, lecz trafił na opór.
- Nie chce, nie chce... Głos jej drżał i łamał się.
- Dlaczego?
- Dlaczego? Nie rozumiesz? To takie proste. Wyjedziesz stad... Nie mógł zaprzeczyć.
- Tak. Musze.
- Wiec po co to wszystko, po co? Rano powiemy sobie: do widzenia...
- Nie wyjeżdżam zaraz. Potrząsnęła głowa:
- To wszystko jedno. Już nie chce żadnych rozstań, żadnych wspomnień. Niczego, co trzeba poza sobą zostawiać. Żadnych bagażów.
- Nawet wspomnień przyjemnych?
- Jeśli muszą być tylko wspomnieniami?
Szczuka ciągle chodził po swoim pokoju. Wtem przystanął. Cisza się rozwarła jak w głębokiej studni. Maciek położył się. Po chwili Krystyna pochyliła się nad nim i gładzic go poczęła po włosach.
- Kiedy wyjeżdżasz?
Chciał powiedzieć: za tydzień. Lecz nie mógł się na to zdobyć.
- We wtorek.
- Wrócisz?
- Nie wiem. Ale może mógłbym jeszcze wszystko zmienić.
- Co wszystko?
- Różne rzeczy. Jedna przede wszystkim. Najważniejsza.
- Mógłbyś?
- Może...
- Ale po co?
Położyła się przy nim i dalej gładziła go po włosach. Dotknięcia jej palców miały delikatność pocałunków. - Widzisz - powiedziała patrząc w ciemność ponad sobą - ja mam swoje życie, ty masz swoje. Przypadkiem się spotkaliśmy. Jest przyjemnie. Czego więcej trzeba?
-Nic?
Za ściana skrzypnęło łóżko. Stuknął rzucony na podłogę but. Po chwili drugi.
- Obejmij mnie - szepnęła.
Serce jej biło bardzo mocno. Nagle poczuł na szyi jej gorące wargi. Tuż przy ścianie zaszumiała woda w umywalce.
- Kochanie.
I uczuł naraz taka ulgę, tak ogromne szczęście i tak pełny, oszałamiający zachwyt, jakby tym jednym małym słowem wyraził nie tylko siebie, lecz odgrodził się owym zaklęciem od wszystkiego, co wyrastało obok i było groźne, bolesne, splatane trudnymi sprzecznościami.
- Kochanie - powtórzył najtkliwiej, jak potrafił.
Jerzy Andrzejewski (fragment powieści Popiół i diament, 1947)
Subskrybuj:
Posty (Atom)