22 grudnia 2012

odrębnym bytem pepitowych galifetów. . .

Teraz żył, poraź pierwszy może naprawdę, w tym „innym świecie", o którym marzył — nasycał się rzeczywistością aż do najgłębszych fibrów swojej istoty. Gwałtem zwrócił mu głowę w inną stronę, Łohoyski. Z jakimże żalem rozstał się z tym odrębnym bytem pepitowych galifetów samych w sobie: „die Welt der Reiterhosen an und fur sich".
— Nie głupiej tak na jednym punkcie: wszystko jest takie same — mówił zgadując jego myśli Jędrek. I ujrzał Atanazy jakby nie w naszej codziennej, poczciwej, a w jakiejś psychicznie nie-euklidesowej, riemanowskiej przestrzeni cały pokój, jako jedną wielką świątynię dziwności. Przedwieczna („przedwieczna" — co za -okropne słowo!) harmonia absolutnej doskonałości objęła cały świat. Nie było przypadku: jakby pogląd fizyczny wcielił się z całą swoją koniecznością w obraz bezładu tego pokoju, który stal się symbolem wiecznych praw bytu, w tern właśnie swoim przypadkowym, wstrętnym, statycznym zamieszaniu. Planety i Droga Mleczna i wszystkie poza nią krążące mgławice gwiazd i zimnych gazów, wirowały z tą samą matematyczną precyzją, z jaką trwał konieczny nieład, tego jedynego w swoim rodzaju pokoju. Nie oglądał już Atanazy rzeczy, objętych prawem „tożsamości faktycznej poszczególnej" księdza Hieronima — raczej idee ich, trwające w niezmiennym bycie, poza czasem.

 Stanisław Ignacy Witkiewicz, ps. Witkacy (fragment powieści Pożegnanie jesieni, 1927)




.

razem zginiemy pięknie. beze mnie zamrzesz w najgłupszy sposób. . .

— Jednym słowem zastępuję ci w tej chwili demoniczną kobietę — zaśmiał się Atanazy z jadem. Bądź co bądź żałował w tej chwili, że nie jest hrabią. „Takiemu zawsze wypada zginąć w tych czasach. Może to zrobić z czystym sumieniem."
— Taziu Taziul Odbierasz mi jedyną wiarę. W ciebie tylko wierzę i to chcesz mi zabrać. Razem zginiemy pięknie. Beze mnie zamrzesz w najgłupszy sposób między tymi babami: ja wiem wszystko: Zosia i tamta, anioł z prawa i demon z lewa. Jedna warta drugiej. A potwory, puste doły, które zasypujemy diabli wiedzą poco, rzucając w nie, co mamy tylko najwartościowszego.
— Nas niema co żałować. Zupełnie dobrze obejdzie się bez nas ludzkość:
— Ludzkość?! A gdzież jest lin ja demarkacyjna między nami, a małpami? Czy to są ludzie, ci, którymi zajmuje się Tempe? Może lin ja przechodzi przeze mnie, przez każdego z nas przejść może, może się zmienia ciągle?
— O tak: to prawda. Zaczynasz mówić banalne nonsensy. Nie widzę, żeby kokaina dodawała ci wiele intelektualnie. Jestem pijany i czuję się daleko wyższym od ciebie.
— Zobaczysz jeszcze, zobaczysz...
— Jeśli raz jeszcze wspomnisz mi o tern, wrócę w tej chwili do domu — krzyknął sztucznie groźnie Atanazy, wiedząc już na pewno, że się nie oprze.
— Do Zosi? Ha ha — nie wrócisz. Nawet gdybym cię teraz chciał oddalić, nie opuściłbyś mnie. Już przeszedłeś tę linijkę: już mnie prosiłeś oto przed chwilą. Ja wiem wszystko: bo cię kocham. — Atanazy poczuł niemiły dreszczyk. Coś oblepiło go nagle, jak ciepły kompres. „Ten demon naprawdę wie wszystko: demon III klasy. Hrabia.

 Stanisław Ignacy Witkiewicz, ps. Witkacy (Pożegnanie jesieni, 1927)




zwierciadeł, odbijających mu jego własną nicość. . .

„Jeśli się żyć w sposób twórczy nie umie, należy się chociaż w twórczy sposób zniszczyć", tak mówił kiedyś zupełnie już psychicznie spotworniały Ziezio. Tempe, Ziezio i Chwazdrygiel stawali mu się żywymi wyrzutami sumienia, ekranami, na których z piekielną wyrazistością, widział swoje bezpłodnie zmarnowane życie. Jakże strasznie zazdrościł wszystkim, którzy są kimś (czy „kimś?") — byle czym, ale czymś. Ale powoli Zosia wchodziła też w krąg tych zwierciadeł, odbijających mu jego własną nicość: gdzieś bardzo głęboko zaczynał ją nienawidzić, ale jeszcze nie przyznawał się do tego przed sobą. Jako przyszła matka stawała się też „kimś", bez względu na to jakiego potwora porodzić miała. Zdobyła tern nad nim jakaś niezrozumiała przewagę i to było też powodem utajonej nienawiści Atanazego. A jednocześnie kochał ją. jako jakieś dobre, poczciwe nawet, skrzywdzone zwierzątko i sprzeczność ta rozszarpywała resztki rdzenia jego sił. I do tego wszystkiego ten przeklęły, nudny jak chroniczne tuberkuliczne zapalenie otrzewnej, ciągły przewrót społeczny, wahający się obecnie między zupełną reakcją, a rewolucją socjalistów-chłopomanów, którzy rośli w siłę z dnia na dzień.

Stanisław Ignacy Witkiewicz, ps. Witkacy (fragment powieści Pożegnanie jesieni, 1927)

żyć jakkolwiek bądź — w „zniszczeniu" czy nie, chciało się jeszcze, bardzo chciało. . .

Atanazy coraz bardziej tracił związek między sobą obecnym, a tym, którym był przed pierwszą zdradą w stosunku do Zosi. Ale kwestia tego „zniszczenia" nie przedstawiała się też zbyt jasno, a nawet, mówiąc otwarcie, była zupełnie ciemną. Przy pomocy jakich środków miało to nastąpić nie miał Atanazy pojęcia — czekał w tym względzie jakichś wyższych objawień ale na razie na próżno. Ale nawet gdyby środki odpowiednie się znalazły, i trzeba by wtedy zaryzykować wszystko, a w razie gdyby i to okazało się nudnym...? Mogło być za późno na cofnięcie się, (ale cofnięcie się z czego?) Na próżno pytał się Atanazy niewiadomych potęg co czynić z coraz bardziej zbytecznym i nieznośnie ciążącym życiem. A żyć jakkolwiek bądź — w „zniszczeniu" czy nie, chciało się jeszcze, bardzo chciało. Otóż to: nie on chciał ale chciało się: protoplazmatycznie, nieomal bezosobowo. „Wszystko jeszcze jest przede mną, powtarzał sobie jeszcze tak niedawno. Bogactwo choćby oscylacji między sprzecznymi stanami zdawało się być niewyczerpanym. Teraz jak nędzny żebrak z zawiścią patrzył na tamtego siebie, widział wyraźnie jak to, co uważał za swój skarb trwały: artystyczne ujmowanie życia, przeleciało mu przez ręce nie wiadomo kiedy.

Stanisław Ignacy Witkiewicz, ps. Witkacy (fragment powieści Pożegnanie jesieni, 1927)


 

21 grudnia 2012

gorące, mokre, śmierdzące cielsko. . .

Hela obserwowała go uważnie, jak puchł tak od środka, od najtajniejszych ciemnych, krwawych bebechów, gdzie gorące, mokre, śmierdzące cielsko łączy się z tym małym pępuszkiem, z którego rodzą się potem jak aniołki wzniosłe myśli i wszystko: cały człowieczy świat. Zerwać ten związek, mieć go takim bydlęcym w upadku, słabym w nadmiarze i rozwichrzenia sił, panować nad nim, zniszczyć go w sobie, pochłonąć, nie dać mu być tym nieuchwytnym(...)

Stanisław Ignacy Witkiewicz, ps. Witkacy (fragment powieści Pożegnanie jesieni, 1927)

po ultraarcykatolicku. . .

Ksiądz Hieronim, zaciągnąwszy Helę do konfesjonału rzucił ją brutalnie na kolana, a sam zapadłszy w mroczną głębię, głośno zadawał pytania. Po czym szeptał długo i nareszcie ustał. — Czołgaj się na brzuchu gadzino przed wielki ołtarz i tam przez 10 minut błagaj Najświętszą Marię Pannę o zmiłowanie — ja ci odpuszczam — puknął dwa razy stojąc, a potem patrzył nie bez pewnego odcienia subtelnego zadowolenia, jak Hela, bokiem, unosząc w górę lewą rękę, na prawym łokciu, brzuchem, pełzła ku ołtarzowi. Azalin i Atanazy byli zachwyceni. Łohojski za filarem łupnął nową dawkę i rżał wewnętrznie z rozkoszy. Stary Bertz z dziwną przyjemnością obserwował tę scenę. Był dumny teraz, że wszystko odbywa się tak po "średniowiecznemu", jak mu się zdawało, tak naprawdę po ultraarcykatolicku. Czuł się prawdziwym katolikiem w tej chwili i łzy napływały mu do oczu z rozkoszy.

 Stanisław Ignacy Witkiewicz, ps. Witkacy (fragment powieści Pożegnanie jesieni, 1927)




epoka kryzysów indywidualnych. . .

Była to dziwna epoka kryzysów indywidualnych, na tle kryzysu społecznego. Według tego przeklętego Sajetana Tempe, warstwa ustępująca — może pierwszy raz w historii — tak długo opóźniała swój ostateczny u-padek, broniąc się beznadziejnie, nie tyle wprost, ile przy pomocy kompromisów. Miało to przypominać skazańca, wybłagującego ostatnie sekundy już pod szubienicą. Poza kolosalnymi na pozór różnicami, całe towarzystwo składało się z odpadków kończącej się, „burżuazyjnej kultury", przed która była jedynie próżnia zupełnego wyczerpania i marazmu.

Stanisław Ignacy Witkiewicz, ps. Witkacy (fragment powieści Pożegnanie jesieni, 1927)


kiełkobranie. . .

Powoli,
głoska po głosce,
sylaba za sylabą
dorasta się do słowa.
Z niego
myśl pączkująca.
Rozkrzewiające się bujnie
zdania.
Ich sens,
pożywny owoc.
Drążę miąższ urody,
soczyste smaki.
Pod nimi
twarda pestka
rozumienia.
To z niej
kiełkuje
człowiek.

               Helena Raszka


dla świętego spokoju. . .

dla świętego spokoju
zgódźmy się na czarne
mówić białe
załóżmy
że jakoś to będzie
gdy będziemy mówić „tak”
zamiast „nie”

dla świętego spokoju
nie sprzeciwiajmy się
gdy nam za to
będzie ktoś wkładał
do kieszeni srebrniki
(drugą ręką pieszczotliwie
zakładając coś na szyję)

dla świętego spokoju
nie wyrywajmy się
nie rzęźmy gdyż
pętla jeszcze mocniej
może się zacisnąć

                        Józef Baran
 

modlitwa skundlonych. . .

Za ten strach co mam w sobie, za winy i długi
Znowu biegniemy rozliczać się z drugim.

Po co mi patrzeć w lustro i twarz swą spowiadać,
Jeszcze mogę wiatr chwycić i znowu ujadać.

Lepiej jest przecie gonić niźli być gonionym.
Popatrzcie, jak już merdam odważnie ogonem.

Deszcz krew obmyje. Burza się przewali.
Byśmy tylko wytrwali, gnali i szczekali...

                                                       Ernest Bryll


to zdumiewające. . .

To zdumiewające, myślisz niekiedy, że faszystom nie wyrastają
kły i pazury, nie czernieją twarze, że tak niewiele ich różni
od nas: tylko strach, tylko obłęd, który ich wypełnia
szczelnie i bez ratunku. Tylko tyle: wystarczy
chwila zmęczenia, nieuwagi serca, byś się przechylił
w ich stronę.

                                                                       Bronisław Maj
 

19 grudnia 2012

organy, grające andante. . .

W jakie 3 kwadranse dopiero organy, grające Andante z 58-ej symfonji Szymanowskiego, dały znać zrewoltowanej już fagaserji, że państwo ich dopełnili obrządku.
Ksiądz Hieronim, zaciągnąwszy Helę do konfesjonału rzucił ją brutalnie na kolana, a sam zapadłszy w mroczną głębię, głośno zadawał pytania. Poczem szeptał długo i nareszcie ustał.

Stanisław Ignacy Witkiewicz, ps. Witkacy (fragment powieści Pożegnanie jesieni, 1927)

18 grudnia 2012

głos wewnętrzny, który nas powstrzymuje. . .

Lepiej jest czasem jąkać się z nadmiaru wzruszeń niż mówić okrągłymi zdaniami. Głos wewnętrzny, który nas powstrzymuje, kiedy trzeba za wiele wyrazić - jest mądry. Nie jest nieprawdopodobne, że Alfa nie znał tego głosu. Tylko namiętność prawdy mogłaby go uchronić od stania się tym, czym się stał.

Czesław Miłosz (fragment książki Zniewolony umysł, 1953)

ten, który nie widzi jasno drogi przed sobą. . .

Wierzę tylko w takich właśnie, którzy kończą obłędem. A te wszystkie typki pseudo-romantyczne i pseudoklasyczne to śmiecie takie same, jak ci, co dziś jeszcze rządzą tą bachanalją kłamstwa — ze wstrętem o nich myśleć będą nawet przyszli zmechanizowani przedstawiciele szczęśliwej ludzkości.
(...) 
— ...i to mnie przeraża, że zaczyna mnie fascynować ten drugi świat, od którego odwracałem się — i odwracam dotąd ze wstrętem. Możliwem jest, że aby widzieć jego piękność i wielkość, trzeba wyrobić w sobie inne kategorie, nie tylko myślenia, ale uczucia, inne instynkty, choćby na razie zaznaczone. Inaczej nie ma się klucza do syntezy: widzi się pojedyncze, rozdrobnione objawy, które nie zcałkowane, dają fałszywy obraz całości — tak mówił Tempe. To jest właśnie ten mikro-skopiczny pogląd na otaczające życie, którego nie uniknęli nawet wielcy pisarze naszych czasów. Nie ma prawa zabierać głosu, jako prorok, ten, który nie widzi jasno drogi przed sobą. Inaczej mąci tylko, zamiast tworzyć siły, po tej, czy tamtej stronie. Nikt nie ma odwagi mówić wszystkiego do końca, stawiać kropek nad i.

Stanisław Ignacy Witkiewicz, ps. Witkacy (fragment powieści Pożegnanie jesieni, 1927)



jaki on biedny, głupi, daleki ode mnie. . .

Trzymając teraz w obu rękach jego umęczoną głowę, myślała sobie: „Jaki on biedny, głupi, daleki ode mnie, jak jakieś stworzenie innego gatunku, mimo całej, wyjątkowej naprawdę inteligencji. Taki biedny, zagmatwany chłopczyk. Jakże mi go żal strasznie. A czasem, gdy ani się podoba, rozszarpałabym go na strzępki, żeby go już wcale nie było". Tu spojrzała w oczy Atanazego z nagłym błyskiem żądzy, która objawiła się na jej twarzy w postaci przelśnionego, jakby wizją zaświatów, zachwytu. „Ja wszystko dla niego zrobię. On musi być bardzo biedny gdy jest sam. Takim go nie znam i nie poznam nigdy. Takim nie zna się i on sam naprawdę. To jest miłość, to, co myślę, tak: to co myślę, a nie odczuwam — inaczej być nie może.

 Stanisław Ignacy Witkiewicz, ps. Witkacy (fragment powieści Pożegnanie jesieni, 1927)



17 grudnia 2012

kryształowe wnętrze brudnego człowieka (karykatura). . .

I

Żałujcie że nie możecie wejść we mnie

Zawsze pozostaniecie na zewnątrz
w tym świecie pozorów i zamętu
gdzie lampa znaczy lampa
a świnia świnia
widzicie mnie ze złej strony
w fałszywym świetle

Dziś otworzę przed wami
wszystkie bramy
prowadzące do mojego wnętrza
są tam cuda
przy których gaśnie słońce
a wiszące ogrody Semiramidy
opadają jak zwiędłe listki

Stańcie w kryształowym wnętrzu
mojego ducha
z otwartymi ustami
i będziecie mówić milcząc
jaki on dobry szlachetny czysty
jaki on wierny mężny prosty
jaki on skromny cichy pokorny

jaki wielki mądry jasny
jaki niewinny niepokalany
on który nie potrzebuje
ani lampy ani słońca
gdyż sam jest światłem

oczom waszym ukaże się
lew i baranek
gołębica i wąż
wół i osioł
myszka i piramida

Prometeusz skowany
po mordzie

to ja jestem
jeden ja jestem
którego widzicie
w plugawej skórze
a wnętrze moje
jako złoto czyste
jak szkło przeźroczyste

Kiedy patrzę w moje wnętrze
nie mogę wyjść z podziwu
czy jest na świecie drugie takie
czyste wnętrze głębokie wnętrze
doznaję zawrotu głowy
i mdłości

Lecz wy którzy widzicie mnie
z zewnątrz
błądzicie
widzicie moje brudne ręce
widzicie mój podwójny język
rozszczepiony na końcu
w którym jest trucizna i lukrecja
atrament i ślina
widzicie moje czoło wytarte
i moje ludzkie słabe serce
i żółć która zalewa mnie
i rośnie
jak czarne słońce na pustym niebie

O podajcie mi ręce
ludzie ślepi maleńcy
wprowadzę was do mego wnętrza
do pałacu kryształowego
który ulepiony z miłości do was
jako gniazdo jaskółcze z błota
i pełen śpiewu wisi
nad przepaścią życia

II

Zamknijcie oczy
gdyż światło mojego wnętrza oślepi was
i dostaniecie zawrotu głowy oraz mdłości
kryształowy pałac
który oglądaliście przed chwilą
jest tylko przedsionkiem
mrocznym i zimnym

teraz wprowadzę was
do drugiego mojego wnętrza
Oto drugi mój środek
lilia zamknięta biała
czysta jak skrzydło anioła
(to metafora
ja w anioły nie wierzę)

Całe nieporozumienie
polega na tym
że wy mnie widzicie z zewnątrz
w złym świetle
dajcie mi ręce
stańcie tutaj
gdzie wy stajecie
z tamtej strony lepiej widać
nie pacajcie się
co za bydło
no teraz wchodźcie we mnie
patrzcie
ukazuję wam teraz
moje prawdziwe oblicze
wchodzicie do mojego wnętrza drugiego
otwieracie usta
mówicie milcząc

oto on prawdziwy
przenosi góry
nie kopie dołków
pod innymi
oto on drugi
krzak ognisty
sokół nasz

o ludzie mali biedni prości
nie śpiewajcie na moją cześć
w złym świetle
z latami pokryłem się plamami
z zamkniętymi oczami
wymizerniałem innym sprawiedliwość
zarzynałem niewinnych
lecz nóż mój
był czysty jak łza
podajcie mi rączki
chodźcie za mną
zejdziemy głębiej

III

Oto wnętrze otwieram przed wami
wytrzyjcie nogi ręce i nosy
zamknijcie oczy

lilio biała
otwórz się do dna
korono opadnij
jedna czysta łza
ukryta przed światłem
spójrzcie w kryształową kulę
co z oka mego spływa

Tu biegam wśród kwiatów
i wierszyków i odpadków
za gwiazdami motylami
tutaj zrzucam trzy plugawe skóry
tu się oblewam łzami
tu anielskimi świecę lokami
tu się suszą
moje zbrukane sukienki
za siedmioma górami
za siedmioma rzekami


wrzesień - październik 1955

                     Tadeusz Różewicz (z tomu Poemat otwarty / Zasłony, 1956)


wigilia w obcym mieście. . .

1

SĘDZIOWIE I OSKARŻENI

W dzień poprzedzający Wigilię ludzie kupowali karpie. Na ulicy, obok hotelu, stały niewielkie drewniane kadzie. Niebieskie światło neonu schodziło w szklistą wodę. Granatowe grzbiety ryb, otwarte pyski z żółtą wargą. Sprzedawca wyjmował wielką rybę i tasakiem miażdżył głowę. Słychać było suche chrupnięcie, płaskie klaskanie ogona i ryba zaświeciwszy bokiem wpadła do torby.
Przy kadziach stało sporo ludzi, który nie kupowali ryb, tylko przyglądali się i słuchali trzasku łamanych kostek. Kobiety, dzieci. Na ich twarzach malowało się... Nie wiem, co się "malowało". Była pustka. Pustka napięta. Stałem razem z ludźmi. W gromadzie grzały się nasze ciała, ale jednocześnie podpatrywałem innych i nawet sądziłem. Choć nazajutrz jadłem smażonego karpia i nikt nie złożył w moje ręce prawa sądzenia. Jedynym pocieszeniem było dla mnie to, że wszyscy jesteśmy sędziami.

Tadeusz Różewicz 
(fragment Wigilii w obcym mieście z tomu Rozmowa z Księciem / Wizja i równanie, 1960)



w obcym mieście. . .

W 1957 roku Dvorackova odwiedziła go w Gliwicach. Różewicz był załamany - niedawno zmarła jego matka. Dvorackova zaprosiła go więc na Boże Narodzenie do Pragi. To były pierwsze święta poety poza domem (wtedy napisał Wigilię w obcym mieście), który zbyt boleśnie przypominał mu o stracie.

Gazeta Wyborcza Kraków


16 grudnia 2012

chcę żyć, a wszystko mi się. . .

— Przede w wszystkim jak pozbyć się tego gniotącego uczucia samotności? Ja chcę żyć, a wszystko mi się z rąk wymyka i wszystko „jest nie to". Chyba mam warunki, aby stworzyć sobie życie takie, jakiego bym pragnęła? A tu nic: życie płynie obok jakby, a ja wołam was wszystkich niemym głosem, którego nikt nie słyszy i mimo, że jesteście ze mną, uciekacie ciągle w dal przeszłości. Każda rzeczywistość ma dla mnie żałosny smak niepowrotnego wspomnienia nigdy nie byłego wypadku. Ja chcę wierzyć, bo to jedynie nada sens ostateczny wszystkiemu, mimo, że gdzieś na dnie duszy, a raczej intelektu, będę uważała to za rezygnację, za świadomy upadek.

 Stanisław Ignacy Witkiewicz, ps. Witkacy (fragment powieści Pożegnanie jesieni, 1927)


15 grudnia 2012

dzikie wino. . .

Dzikie wino obrasta okien moich story,
Co rano szare niebo znowu się powtarza,
Cicho jest i spokojnie, jak się czasem zdarza,
Gdy w mieszkaniu ktoś leży uprzykrzenie chory.

Wdzięczą się do mnie ranki, noce i wieczory,
Krwią zachodu mnie niebo złociste obdarza,
Co się w rosę pocieszeń i we mgłę przetwarza,
Kiedy znów jestem cierpieć i znów szaleć skory.

Jesteś mi, o Naturo, jak kochanka owa,
Co mnie słodyczą oczu zwiodła i ust czarem,
A potem mnie poiła współczucia nektarem,
Na rozedrgane usta kładąc zimne słowa.
Czymże jest, o Naturo, twych pocieszeń mowa
Wobec żądz, które budzisz twym mrocznym obszarem.

                                                                     Antoni Słonimski


  



się. . .

widocznie
tego nie widać bo
co prawda to jasne
lecz rozświetla się
tylko wewnątrz

głos który
sam się zagłusza

wzrok który
sam się odwraca

ciemność
co się zapadła

               Leszek Szaruga



14 grudnia 2012

utrapiona rzecz. . .

(...)śpi twardo dobrze się gdzieś bawił ale musiała mu dać bardzo wiele za jego pieniądze oczywiście musi płacić za to od niej Och cóż to za utrapiona rzecz mam nadzieję że będą mieli coś lepszego dla nas na tamtym świecie musimy się podwiązywać niech nas Bóg ma w swojej opiece(...)

 James Joyce (fragment powieści Ulisses, 1922)


   

w orzechowej łupinie. . .

O Boże! Ja mógłbym zamknąć się w orzechowej łupinie i uważać się za króla nieskończonych przestrzeni, bylem tylko snów złych nie miewał.

William Shakespeare (fragment dramatu Hamlet, 1598-1601)


   


para moich starych majtek. . .

(...)kiedy odkręciła ten swój kran ze łzami ja byłam zupełnie taka sama nie będą się mną wysługiwali w domu to jego wina oczywiście ma nas tu dwie jak niewolnice zamiast przyjąć już dawno jakąś kobietę czy będę jeszcze kiedyś miała porządną służącą oczywiście wtedy musiałaby go widzieć przychodzącego musiałabym ją wtajemniczyć albo by się zemściła czy to nie utrapienie z nimi ta stara pani Fleming trzeba za nią chodzić i wkładać jej rzeczy do rąk kicha i pierdzi do garnków cóż oczywiście jest stara nie może na to poradzić dobrze że znalazłam tę starą zgniłą śmierdzącą ścierkę do garnków która wpadła za kredens wiedziałam że coś się dzieje i otworzyłam okno żeby wypuścić zapach przyprowadza przyjaciół żeby ich przyjmować jak tej nocy kiedy wrócił do domu z psem jak ci się to podoba który mógł być wściekły a szczególnie tego syna Simona Dedalusa jego ojciec wszędzie szuka dziury z tymi okularami w tym cylindrze na meczu cricketowym i wielką dziurą w skarpetce jedna rzecz naśmiewała się z drugiej a jego syn który dostał te wszystkie nagrody za co by nie było w szkole średniej wyobraźcie sobie przełazi przez sztachety gdyby go widział ktoś kto nas zna dziwnie że sobie nie wydarł w tych wspaniałych pogrzebowych spodniach wielkiej dziury jak gdyby mu było mało tej którą mu dała natura sprowadził go do odrapanej brudnej kuchni i czy on ma dobrze w głowie pytam szkoda że to nie był dzień prania para moich starych majtek mogła tam wisieć na sznurze na pokaz ale co go to obchodzi z odciskiem od żelazka który ten stary głupi tłumok mi wypalił na nich a on mógł pomyśleć że to co innego i nie wytopiła wcale tego tłuszczu który jej kazałam a teraz zaczyna być taka beznadziejna jak dawniej przez tego sparaliżowanego męża któremu jest coraz gorzej zawsze jest z nimi coś nie w porządku choroba albo muszą iść na operację albo jeżeli nie to to będzie pijaństwo i on ją bije muszę upolować znowu kogoś innego każdego dnia kiedy wstaję wyskakuje coś nowego słodki Boże słodki Boże no cóż kiedy wyciągnę się wreszcie w grobie przypuszczam że będę miała trochę spokoju(...)

James Joyce (fragment powieści Ulisses, 1922)