Jesteś piękne - mówię życiu -
bujniej już nie można było,
bardziej żabio i słowiczo,
bardziej mrówczo i nasiennie.
Staram mu się przypodobać,
przypochlebić, patrzeć w oczy.
Zawsze pierwsza mu się kłaniam
z pokornym wyrazem twarzy.
Zabiegam mu drogę z lewej,
zabiegam mu drogę z prawej,
i unoszę się w zachwycie,
i upadam od podziwu.
Jaki polny jest ten konik,
jaka leśna ta jagoda -
nigdy bym nie uwierzyła,
gdybym się nie urodziła!
Nie znajduję - mówię życiu -
z czym mogłabym cię porównać.
Nikt nie zrobi drugiej szyszki
ani lepszej, ani gorzej.
Chwalę hojność, pomysłowość,
zamaszystość i dokładność,
i co jeszcze - i co dalej -
czarodziejstwo, czarnoksięstwo.
Byle tylko nie urazić,
nie rozgniewać, nie rozpętać.
Od dobrych stu tysiącleci
nadskakuję uśmiechnięta.
Szarpię życie za brzeg listka:
przystanęło? dosłyszało?
Czy na chwilę, choć raz jeden,
dokąd idzie - zapomniało?
Wisława Szymborska (z tomu Wszelki wypadek, 1972)
20 marca 2013
ballada. . .
To ballada o zabitej,
która nagle z krzesła wstała.
Ułożona w dobrej wierze,
napisana na papierze.
Przy nie zasłoniętym oknie,
w świetle lampy rzecz się miała.
Każdy, kto chciał, widzieć mógł.
Kiedy się zamknęły drzwi,
i zabójca zbiegł ze schodów,
ona wstała tak jak żywi
nagłą ciszą obudzeni.
Ona wstała, rusza głową
i twardymi jak z pierścionka
oczami patrzy po kątach.
Nie unosi się w powietrzu,
ale po zwykłej podłodze,
po skrzypiących deskach stąpa.
Wszystkie po zabójcy ślady
pali w piecu. Aż do szczętu
fotografii, do imentu
sznurowadła z dna szuflady.
Ona nie jest uduszona.
Ona nie jest zastrzelona.
Niewidoczną śmierć poniosła.
Może dawać znaki życia,
płakać z różnych drobnych przyczyn,
nawet krzyczeć z przerażenia
na widok myszy.
Tak wiele.
jest słabości i śmieszności
nietrudnych do podrobienia.
Ona wstała, jak się wstaje.
Ona chodzi, jak się chodzi.
Nawet śpiewa czesząc włosy,
które rosną.
Wisława Szymborska (z tomu Sól, 1962)
która nagle z krzesła wstała.
Ułożona w dobrej wierze,
napisana na papierze.
Przy nie zasłoniętym oknie,
w świetle lampy rzecz się miała.
Każdy, kto chciał, widzieć mógł.
Kiedy się zamknęły drzwi,
i zabójca zbiegł ze schodów,
ona wstała tak jak żywi
nagłą ciszą obudzeni.
Ona wstała, rusza głową
i twardymi jak z pierścionka
oczami patrzy po kątach.
Nie unosi się w powietrzu,
ale po zwykłej podłodze,
po skrzypiących deskach stąpa.
Wszystkie po zabójcy ślady
pali w piecu. Aż do szczętu
fotografii, do imentu
sznurowadła z dna szuflady.
Ona nie jest uduszona.
Ona nie jest zastrzelona.
Niewidoczną śmierć poniosła.
Może dawać znaki życia,
płakać z różnych drobnych przyczyn,
nawet krzyczeć z przerażenia
na widok myszy.
Tak wiele.
jest słabości i śmieszności
nietrudnych do podrobienia.
Ona wstała, jak się wstaje.
Ona chodzi, jak się chodzi.
Nawet śpiewa czesząc włosy,
które rosną.
Wisława Szymborska (z tomu Sól, 1962)
żona lota. . .
Obejrzałam się podobno z ciekawości.
Ale prócz ciekawości mogłam mieć inne powody.
Obejrzałam się z żalu za miską ze srebra.
Przez nieuwagę – wiążąc rzemyk u sandała.
Aby nie patrzeć dłużej w sprawiedliwy kark
męża mojego, Lota.
Z nagłej pewności, że gdybym umarła,
nawet by nie przystanął.
Z nieposłuszeństwa pokornych.
W nadsłuchiwaniu pogoni.
Tknięta ciszą, w nadziei, że Bóg się rozmyślił.
Dwie nasze córki znikały już za szczytem wzgórza.
Poczułam w sobie starość. Oddalenie.
Czczość wędrowania. Senność.
Obejrzałam się kładąc na ziemi tobołek.
Obejrzałam się z trwogi, gdzie uczynić krok.
Na mojej ścieżce zjawiły się węże,
pająki, myszy polne i pisklęta sępów.
Już ani dobre, ani złe – po prostu wszystko, co żyło,
pełzało i skakało w gromadnym popłochu.
Obejrzałam się z osamotnienia.
Ze wstydu, że uciekam chyłkiem.
Z chęci krzyku, powrotu.
Albo wtedy dopiero, gdy zerwał się wiatr,
rozwiązał włosy moje i suknię zadarł do góry.
Miałam wrażenie, że widzą to z murów Sodomy
i wybuchają gromkim śmiechem, raz i jeszcze raz.
Obejrzałam się z gniewu.
Aby nasycić się ich wielką zgubą.
Obejrzałam się z wszystkich podanych wyżej powodów.
Obejrzałam się bez własnej woli.
To tylko głaz obrócił się, warcząc pode mną.
To szczelina raptownie odcięła mi drogę.
Na brzegu dreptał chomik wspięty na dwóch łapkach.
I wówczas to oboje spojrzeliśmy wstecz.
Nie, nie. Ja biegłam dalej,
czołgałam się i wzlatywałam,
dopóki ciemność nie runęła z nieba,
a z nią gorący żwir i martwe ptaki.
Z braku tchu wielokrotnie okręcałam się.
Kto mógłby to zobaczyć, myślałby, że tańczę.
Nie wykluczone, że oczy miałam otwarte.
Możliwe, że upadłam twarzą zwróconą ku miastu.
Wisława Szymborska (z tomu Wielka liczba, 1976)
Ale prócz ciekawości mogłam mieć inne powody.
Obejrzałam się z żalu za miską ze srebra.
Przez nieuwagę – wiążąc rzemyk u sandała.
Aby nie patrzeć dłużej w sprawiedliwy kark
męża mojego, Lota.
Z nagłej pewności, że gdybym umarła,
nawet by nie przystanął.
Z nieposłuszeństwa pokornych.
W nadsłuchiwaniu pogoni.
Tknięta ciszą, w nadziei, że Bóg się rozmyślił.
Dwie nasze córki znikały już za szczytem wzgórza.
Poczułam w sobie starość. Oddalenie.
Czczość wędrowania. Senność.
Obejrzałam się kładąc na ziemi tobołek.
Obejrzałam się z trwogi, gdzie uczynić krok.
Na mojej ścieżce zjawiły się węże,
pająki, myszy polne i pisklęta sępów.
Już ani dobre, ani złe – po prostu wszystko, co żyło,
pełzało i skakało w gromadnym popłochu.
Obejrzałam się z osamotnienia.
Ze wstydu, że uciekam chyłkiem.
Z chęci krzyku, powrotu.
Albo wtedy dopiero, gdy zerwał się wiatr,
rozwiązał włosy moje i suknię zadarł do góry.
Miałam wrażenie, że widzą to z murów Sodomy
i wybuchają gromkim śmiechem, raz i jeszcze raz.
Obejrzałam się z gniewu.
Aby nasycić się ich wielką zgubą.
Obejrzałam się z wszystkich podanych wyżej powodów.
Obejrzałam się bez własnej woli.
To tylko głaz obrócił się, warcząc pode mną.
To szczelina raptownie odcięła mi drogę.
Na brzegu dreptał chomik wspięty na dwóch łapkach.
I wówczas to oboje spojrzeliśmy wstecz.
Nie, nie. Ja biegłam dalej,
czołgałam się i wzlatywałam,
dopóki ciemność nie runęła z nieba,
a z nią gorący żwir i martwe ptaki.
Z braku tchu wielokrotnie okręcałam się.
Kto mógłby to zobaczyć, myślałby, że tańczę.
Nie wykluczone, że oczy miałam otwarte.
Możliwe, że upadłam twarzą zwróconą ku miastu.
Wisława Szymborska (z tomu Wielka liczba, 1976)
wokaliza. . .
Sergei Rachmaninoff (Wokaliza Op.34 No.14, 1912)
taka nędzna przy takich ludziach jak wy, wielcy uczeni. . .
— A pan — rzekła — czy pan nie przyjdzie do
mnie kiedy na filiżankę herbaty?
Swann powołał się na swoje prace, na studium — w rzeczywistości porzucone już od lat — nad malarzem Ver Meerem van Delft.
— Rozumiem, że to nie dla mnie, czuję się taka nędzna przy takich ludziach jak wy, wielcy uczeni — odpowiedziała. — Byłabym jak mucha przy katedrze Notre-Dame. A jednak tak bym lubiła kształcić się, wiedzieć coś, rozumieć. Jakie to musi być zabawne szperać w książkach, grzebać się w starych papieräch — dodała z ową zadowoloną z siebie minką, jaką przybiera wykwintna kobieta utrzymując, że jej rozkoszą jest paprać się bez obawy powalania się, coś tak jak gotować samej „zawinąwszy rękawy po łokcie". — Będzie pan sobie żartował ze mnie, ale nigdy nie słyszałam o tym malarzu, który nie pozwala panu przyjść do mnie (miała na myśli Ver Meera); czy on żyje jeszcze? Czy można zobaczyć jego obrazy w Paryżu, abym sobie mogła lepiej uzmysłowić to, co pan kocha, odgadnąć trochę, co jest pod tym szerokim czołem, które tyle pracuje, w tej głowie, która — widać t o ! — bez ustanku coś rozważa; móc sobie powiedzieć: „O, on właśnie o tym myśli." Jakie by to było rozkoszne móc dzielić pańską pracę!
Wymówił się obawą nowych przyjaźni, co nazwał — przez galanterię — obawą przed cierpieniem.
Swann powołał się na swoje prace, na studium — w rzeczywistości porzucone już od lat — nad malarzem Ver Meerem van Delft.
— Rozumiem, że to nie dla mnie, czuję się taka nędzna przy takich ludziach jak wy, wielcy uczeni — odpowiedziała. — Byłabym jak mucha przy katedrze Notre-Dame. A jednak tak bym lubiła kształcić się, wiedzieć coś, rozumieć. Jakie to musi być zabawne szperać w książkach, grzebać się w starych papieräch — dodała z ową zadowoloną z siebie minką, jaką przybiera wykwintna kobieta utrzymując, że jej rozkoszą jest paprać się bez obawy powalania się, coś tak jak gotować samej „zawinąwszy rękawy po łokcie". — Będzie pan sobie żartował ze mnie, ale nigdy nie słyszałam o tym malarzu, który nie pozwala panu przyjść do mnie (miała na myśli Ver Meera); czy on żyje jeszcze? Czy można zobaczyć jego obrazy w Paryżu, abym sobie mogła lepiej uzmysłowić to, co pan kocha, odgadnąć trochę, co jest pod tym szerokim czołem, które tyle pracuje, w tej głowie, która — widać t o ! — bez ustanku coś rozważa; móc sobie powiedzieć: „O, on właśnie o tym myśli." Jakie by to było rozkoszne móc dzielić pańską pracę!
Wymówił się obawą nowych przyjaźni, co nazwał — przez galanterię — obawą przed cierpieniem.
Marcel Proust
(fragment powieści W poszukiwaniu straconego czasu.
Tom 1: W stronę Swanna, 1913)
będących przeciwieństwem typu ciągnącego nasze zmysły. . .
Odęta wydała się Swannowi piękna, ale w rodzaju,
który mu był obojętny, który nie budził w nim
żadnych pragnień, poniekąd nawet odpychał go fizycznie;
wydała mu się jedną z owych kobiet (każdy
ma takie i każdy odmienne) będących przeciwieństwem
typu ciągnącego nasze zmysły.
Marcel Proust
(fragment powieści W poszukiwaniu straconego czasu.
Tom 1: W stronę Swanna, 1913)
na intencję niższych od siebie. . .
Inteligentny człowiek, jeżeli się boi
wydać głupim, to nie w oczach drugiego inteligentnego
człowieka; tak samo człowiekowi eleganckiemu
grozi nie to, że elegancji jego nie oceni wielki pan,
ale że może jej nie docenić prostak. Trzy czwarte
wysiłków i kłamstw z próżności, wyprodukowanych
od czasu jak świat istnieje (i to najczęściej z odwrotnym
skutkiem), popełnia się na intencję niższych od
siebie.
Marcel Proust
(fragment powieści W poszukiwaniu straconego czasu.
Tom 1: W stronę Swanna, 1913)
19 marca 2013
dzień zgłębiał przeciągłą nutą otaczającą samotność. . .
Nie
było słychać żadnych kroków w alei. Gdzieś w połowie
niewiadomego drzewa niewidzialny ptak siląc się
skrócić dzień zgłębiał przeciągłą nutą otaczającą samotność;
ale otrzymywał od niej odpowiedź tak jednomyślną,
odzew tak nabrzmiały ciszą i bezruchem, iż
można by rzec, że zatrzymał na zawsze chwilę, której
bieg chciał przyspieszyć. Światło padało ze stężałego
nieba tak nieubłaganie, że byłbym rad umknąć się jego
baczności; nawet drzemiąca woda, której sen ustawicznie
drażniły owady, śniąc z pewnością o jakimś urojonym
Malströmie zwiększała zamęt(...)
Marcel Proust
(fragment powieści W poszukiwaniu straconego czasu.
Tom 1: W stronę Swanna, 1913)
parę książek, kilka obrazów i światło księżyca. . .
W gruncie kocham w świecie
jedynie kilka kościołów, parę książek, kilka obrazów
i światło księżyca, kiedy fala twojej młodości niesie do
mnie woń kwiatów, których moje stare źrenice już nie
dostrzegają.
Marcel Proust
(fragment powieści W poszukiwaniu straconego czasu.
Tom 1: W stronę Swanna, 1913)
w lazurowym, przeznaczonym dla nas kąciku rozpalił cały płomień życzliwości. . .
Przeszedł koło nas nie
przestając mówić do sąsiadki i kątem błękitnego oka
dał nam lekki znak — poniekąd wewnątrzpowiekowy —
znak, który, nie poruszając mięśni jego twarzy, doskonale
mógł ujść uwagi towarzyszki. Siłą uczucia starając
się skompensować ciasne nieco pole, w które wpisał
jego wyraz, pan Legrandin w lazurowym, przeznaczonym
dla nas kąciku rozpalił cały płomień życzliwości,
który przekroczył rozbawienie, otarł się o filuterność,
wydestylował finezje uprzejmości aż do znaczących
mrugnięć, półsłówek, domyślników, misteriów porozumienia;
w końcu wzbił zapewnienia przyjaźni aż do
zaklęć czułości, aż do oświadczyn miłosnych, rozświecając
w tej chwili dla nas samych — sekretnym i niewidocznym
dla swej damy liryzmem — swoją rozkochaną
źrenicę na twarzy z lodu.
Marcel Proust
(fragment powieści W poszukiwaniu straconego czasu.
Tom 1: W stronę Swanna, 1913)
może się napawać w długim żalu całą swoją czułością dla nas. . .
Gdyby
tak, w chwili gdy czuła się dobrze i nie była spocona,
zjawiła się wiadomość, że dom jest pastwą pożaru
i żeśmy wszyscy zginęli, i że niebawem nie zostanie
ani jeden kamień z tych murów, z których jednak
ona będzie miała czas uciec bez pośpiechu, pod
warunkiem że wstanie natychmiast? W marzeniu tym
korzyści uboczne — iż może się napawać w długim żalu
całą swoją czułością dla nas i być przedmiotem zdumienia
miasteczka, gdy będzie prowadziła nasz kondukt,
mężna i przybita, umierająca, ale trzymająca się
dzielnie — łączyły się z korzyścią o wiele cenniejszą,
że ją to zmusi w dobrym momencie, bez chwili czasu
do stracenia i bez możliwości denerwujących wahań
spędzić lato w jednej ładnej posiadłości Mirougrain,
gdzie był wodospad.
Marcel Proust
(fragment powieści W poszukiwaniu straconego czasu.
Tom 1: W stronę Swanna, 1913)
venus z lesbos. . .
Słodkie spajanie się dwojgu potoków
na łące czerwonej i cichą godziną.
Na falach smutku i zmroku
w różowych łódkach ciał panny się spłyną.
Cieniem wpłoszona w klasztorne krużganki,
siostro księżyca z panieńskich pokojów.
Spłynęły się słodko wieczorne kochanki,
żar, jak wargi czerwone, ukoić.
Jesteś żywą pieśnią nad pieśniami,
zamkniętą w soczystych rymach ciała.
Krew miłości parzystej, jak biodra i piersi,
w muszlach wstydliwych perłami załkała.
Miłości, która nie tworzysz,
jesteś jak piękno.
Jeszcze raz panny zapłoną w zorzy,
a potem w popiele świtu uklękną.
Światopełk Karpiński (z tomu Ludzie wśród ludzi, 1932)
na łące czerwonej i cichą godziną.
Na falach smutku i zmroku
w różowych łódkach ciał panny się spłyną.
Cieniem wpłoszona w klasztorne krużganki,
siostro księżyca z panieńskich pokojów.
Spłynęły się słodko wieczorne kochanki,
żar, jak wargi czerwone, ukoić.
Jesteś żywą pieśnią nad pieśniami,
zamkniętą w soczystych rymach ciała.
Krew miłości parzystej, jak biodra i piersi,
w muszlach wstydliwych perłami załkała.
Miłości, która nie tworzysz,
jesteś jak piękno.
Jeszcze raz panny zapłoną w zorzy,
a potem w popiele świtu uklękną.
Światopełk Karpiński (z tomu Ludzie wśród ludzi, 1932)
17 marca 2013
wzmagać milczenie wieży, zaostrzać jeszcze jej wierzchołek. . .
A wieczorem, kiedy wracałem
ze spaceru (...),
wieża była, przeciwnie, w kończącym się dniu tak ł a godna,
że wyglądała, jakby ją położono niby poduszkę
z ciemnego aksamitu na pobladłym niebie, które ustąpiło
pod jej naciskiem, wgłębiając się lekko, aby jej
zrobić miejsce, i otulając jej brzegi; a krzyki ptaków,
które krążyły dokoła, zdawały się wzmagać milczenie
wieży, zaostrzać jeszcze jej wierzchołek dając jej coś
niewysłowionego.
Marcel Proust
(fragment powieści W poszukiwaniu straconego czasu.
Tom 1: W stronę Swanna, 1913)
nasycone kwiatem ciszy. . .
Powietrze było nasycone
kwiatem ciszy, tak odżywczej i soczystej, żem
wchodził do pokoju z rodzajem łakomstwa, zwłaszcza
w owe pierwsze, zimne jeszcze, poranki Wielkiego Tygodnia,
w których smakowałem ją lepiej, bo dopiero
przybyłem do Combray.
Marcel Proust
(fragment powieści W poszukiwaniu straconego czasu.
Tom 1: W stronę Swanna, 1913)
jeden stopień sztuki więcej. . .
W istocie, nie umiała nigdy kupić czegoś takiego,
z czego by nie można wyciągnąć korzyści intelektualnej,
tej zwłaszcza, jaką nam sprawiają piękne rzeczy
ucząc nas szukać przyjemności w czym innym niż w zadowoleniu
dobrobytu i próżności. Nawet kiedy komuś
miała zrobić podarek tak zwany użyteczny, dać fotel,
nakrycie, laskę, szukała „antyków", tak jakby, zatarłszy
długim nieużywaniem swój użytkowy charakter,
przedmioty te zdolne były raczej opowiadać nam
o życiu ludzi dawnych niż służyć potrzebom naszego
życia. Pragnęła, abym miał w pokoju fotografie najpiękniejszych
gmachów i krajobrazów. Ale w chwili,
gdy miała je kupić, mimo iż wyobrażany przedmiot
miał wartość estetyczną, uważała, że pospolitość, użytkowość
zbyt szybko odzyskują miejsce w mechanicznym
sposobie odtwarzania, w fotografii. Próbowała szukać
wybiegu i jeżeli nie całkowicie wyrugować handlową
banalność, to przynajmniej uszczuplić ją, podstawić
pod nią możliwie najwięcej sztuki, wprowadzić
w nią jakby kilka warstw sztuki; zamiast ofiarować mi
fotografie katedry w Chartres, wodotrysków w Saint-
Cloud, Wezuwiusza — wypytywała Swanna, czy nie
odtworzył ich jaki wielki malarz; i wolała mi dać fotografię
katedry w Chartres malowanej przez Corota, wodotrysków
przez Huberta Robert, Wezuwiusza Turnera,
co tworzyło jeden stopień sztuki więcej. Ale o ile
usunięto fotografa od odtworzenia arcydzieła sztuki lub
przyrody i zastąpiono go wielkim artystą, odzyskiwał
on swoje prawa, aby odtworzyć tę interpretację. Zderzywszy
się z pospolitością, babka próbowała jeszcze
ją odsunąć. Pytała Swanna, czy owo dzieło nie było
rytowane, przekładając, o ile to było możliwe, ryciny
stare, a wreszcie przesuwała wartości jeszcze o stopień
dalej; szukała na przykład sztychów przedstawiających
arcydzieło w stanie, w którym nie możemy go już widzieć
dzisiaj (na przykład Wieczerza Leonarda przed
jej uszkodzeniem, przez Morghena). Trzeba przyznać,
że wyniki tego rodzaju podarków nie bywały zbyt
świetne. Pojęcie, jakie powziąłem o Wenecji z rysunku
Tycjana, który ma rzekomo za t ł o lagunę, było z pewnością
mniej dokładne, niż gdybym dostał zwykłe fotografie.
Marcel Proust
(fragment powieści W poszukiwaniu straconego czasu.
Tom 1: W stronę Swanna, 1913)
15 marca 2013
pociecha. . .
Darwin.
Podobno dla wytchnienia czytywał powieści.
Ale miał wymagania:
nie mogły kończyć się smutno.
Jeśli trafiał na taką,
z furią ciskał ją w ogień.
Prawda, nieprawda –
ja chętnie w to wierzę.
Przemierzając umysłem tyle obszarów i czasów
naoglądał się tylu wymarłych gatunków,
takich tryumfów silnych nad słabszymi,
tak wielu prób przetrwania,
prędzej czy później daremnych,
że przynajmniej od fikcji
i jej mikroskali
miał prawo oczekiwać happy endu.
A więc koniecznie: promyk spoza chmur,
kochankowie znów razem, rody pogodzone,
wątpliwości rozwiane, wierność nagrodzona,
majątki odzyskane, skarby odkopane,
sąsiedzi żałujący swojej zawziętości,
dobre imię zwrócone, chciwość zawstydzona,
stare panny wydane za zacnych pastorów,
intryganci zesłani na drugą półkulę,
fałszerze dokumentów zrzuceni ze schodów,
uwodziciele dziewic w biegu do ołtarza,
sieroty przygarnięte, wdowy utulone,
pycha upokorzona, rany zagojone,
synowie marnotrawni proszeni do stołu,
kielich goryczy wylany do morza,
chusteczki mokre od łez pojednania,
ogólne śpiewy i muzykowanie,
a piesek Fido,
zgubiony już w pierwszym rozdziale,
niech znów biega po domu
i szczeka radośnie.
Wisława Szymborska (z tomu Dwukropek, 2005)
Podobno dla wytchnienia czytywał powieści.
Ale miał wymagania:
nie mogły kończyć się smutno.
Jeśli trafiał na taką,
z furią ciskał ją w ogień.
Prawda, nieprawda –
ja chętnie w to wierzę.
Przemierzając umysłem tyle obszarów i czasów
naoglądał się tylu wymarłych gatunków,
takich tryumfów silnych nad słabszymi,
tak wielu prób przetrwania,
prędzej czy później daremnych,
że przynajmniej od fikcji
i jej mikroskali
miał prawo oczekiwać happy endu.
A więc koniecznie: promyk spoza chmur,
kochankowie znów razem, rody pogodzone,
wątpliwości rozwiane, wierność nagrodzona,
majątki odzyskane, skarby odkopane,
sąsiedzi żałujący swojej zawziętości,
dobre imię zwrócone, chciwość zawstydzona,
stare panny wydane za zacnych pastorów,
intryganci zesłani na drugą półkulę,
fałszerze dokumentów zrzuceni ze schodów,
uwodziciele dziewic w biegu do ołtarza,
sieroty przygarnięte, wdowy utulone,
pycha upokorzona, rany zagojone,
synowie marnotrawni proszeni do stołu,
kielich goryczy wylany do morza,
chusteczki mokre od łez pojednania,
ogólne śpiewy i muzykowanie,
a piesek Fido,
zgubiony już w pierwszym rozdziale,
niech znów biega po domu
i szczeka radośnie.
Wisława Szymborska (z tomu Dwukropek, 2005)
14 marca 2013
o tej samej samej. . .
O tej samej samej
porze hale Luwru
są puste
O tej samej porze
wielkie hale
krwawią w świetle elektrycznym
górą mięsa
monstrualny kadawer
poruszył się
w otwartym brzuchu
w zgiełku
grzebie kolec światła
i otworem w twarzy parują
wnętrzności
O tej samej porze
miedzy obrazami
nie ma oczu
nikt nie przeżywa
nie odbiera piękna
tylko Gioconda
uśmiecha się
tajemniczo i pracowicie
1958-1961
Tadeusz Różewicz (z tomu Nic w płaszczu Prospera, 1963)
porze hale Luwru
są puste
O tej samej porze
wielkie hale
krwawią w świetle elektrycznym
górą mięsa
monstrualny kadawer
poruszył się
w otwartym brzuchu
w zgiełku
grzebie kolec światła
i otworem w twarzy parują
wnętrzności
O tej samej porze
miedzy obrazami
nie ma oczu
nikt nie przeżywa
nie odbiera piękna
tylko Gioconda
uśmiecha się
tajemniczo i pracowicie
1958-1961
Tadeusz Różewicz (z tomu Nic w płaszczu Prospera, 1963)
kiedy ból zębów objawia się. . .
Kiedy śpimy
i kiedy ból zębów objawia się nam na przykład jako
młoda dziewczyna, którą silimy się dwieście razy z rzędu
wyciągnąć z wody, lub jako wiersz z Moliera powtarzany
bez przerwy, wielką ulgą jest obudzić się, iżby
nasza inteligencja mogła oswobodzić ideę bólu zębów
z wszelkiego heroicznego lub rytmicznego przebrania.
Marcel Proust
(fragment powieści W poszukiwaniu straconego czasu.
Tom 1: W stronę Swanna, 1913)
pozór fizyczny widzianej osoby. . .
Nawet akt tak prosty, który zwiemy
„widzieć znajomą osobę", jest po części aktem
intelektualnym. Pozór fizyczny widzianej osoby wypełniamy
wszystkimi pojęciami, które mamy o niej;
a w ogólnym kształcie, jaki sobie tworzymy, pojęcia
te mają z pewnością największy udział. W końcu wydymają
tak dokładnie policzki, tak ściśle pokrywają
się z linią nosa, tak skutecznie barwią dźwięk głosu,
jak gdyby ów głos był jedynie przezroczystą powłoką,
iż za każdym razem kiedy widzimy tę twarz i słyszymy
ten głos, odnajdujemy te właśnie pojęcia, słyszymy
je.
Marcel Proust
(fragment powieści W poszukiwaniu straconego czasu.
Tom 1: W stronę Swanna, 1913)
czoło jej lepiej nasiąkło zbawiennym wiatrem i deszczem. . .
Po obiedzie, niestety, trzeba mi było niebawem opuścić
mamę, która zostawała, aby rozmawiać z innymi
w ogrodzie, jeżeli było ładnie, lub w saloniku, gdzie
wszyscy się skupiali, o ile był deszcz. Wszyscy, z wyjątkiem
babki, która uważała, że „to litość bierze, żeby
siedzieć w zamknięciu na wsi", i w dnie nazbyt
wielkiej słoty miała nieustanne zatargi z ojcem, ponieważ
ojciec wysyłał mnie, abym szedł czytać do
pokoju zamiast zostawać na dworze. „To nie jest sposób,
aby dziecko wyrosło silne i energiczne — mówiła
smutno — zwłaszcza ten mały, który tak potrzebuje
sił i woli." Ojciec wzruszał ramionami i spoglądał
na barometr, bo lubił meteorologię, gdy matka, starając
się nie robić hałasu, aby mu nie przeszkadzać,
patrzała nań z tkliwym szacunkiem, ale niezbyt usilnie,
aby się nie starać przeniknąć tajemnicy jego wyższości.
Ale co się tyczy babki, w każdą pogodę, nawet
kiedy lało jak z cebra i kiedy Franciszka spiesznie
wnosiła szacowne fotele trzcinowe, z obawy aby nie
zmokły, widziało się ją w pustym i smaganym ulewą
ogrodzie, jak odgarnia rozrzucone siwe kosmyki, iżby
czoło jej lepiej nasiąkło zbawiennym wiatrem i deszczem.
Powiadała: „Nareszcie się oddycha!", i przebiegała
ociekające wodą aleje, zbyt symetrycznie, jak na
jej gust, wytyczone przez nowego (a pozbawionego
poczucia przyrody) ogrodnika, którego ojciec pytał od
rana, czy się wypogodzi. Szła swoim drobnym krokiem,
entuzjastycznym i nerwowym, zależnym od różnych
podniet, jakie rodziły w jej duszy upojenie burzą,
potęga higieny, niedorzeczność mojego wychowania
oraz symetria ogrodu, raczej niż nie znana jej
troska, aby fioletowej spódnicy oszczędzić plam błota,
pokrywających ją do wysokości, która zawsze była
dla pokojówki w równym stopniu rozpaczą jak zagadką.
Marcel Proust
(fragment powieści W poszukiwaniu straconego czasu.
Tom 1: W stronę Swanna, 1913)
dziwaczne i bezlitosne lustro o czworograniastych nogach, zagradzając ukośnie jeden kąt pokoju, żłobiło sobie nieprzewidziane miejsce w błogiej pełni mego zwykłego pola widzenia. . .
Te zjawiska, wirujące i mętne, nie trwały nigdy
dłużej niż kilka sekund. Często moja krótka niepewność
miejsca, w którym się znajdowałem, nie rozróżniała
rozmaitych przypuszczeń, z których się składała,
tak samo jak widząc pędzącego konia nie oddzielamy
kolejnych pozycji, które pokazuje kinetoskop. Oglądałem
to jeden, to drugi pokój z tych, w których
mieszkałem w życiu, i w końcu przypominałem je sobie
wszystkie w długich marzeniach, które następowały
po przebudzeniu. Pokoje zimowe, gdzie leżąc w łóżku
wtula się głowę w gniazdko uwite z najrozmaitszych
rzeczy: z rogu poduszki, z kapy, z kawałka szala
i z numeru „Débats roses", przy czym spaja się wszystko
razem, techniką ptaków, ugniatając to sobą bez końca;
gdzie w mroźny czas miło jest czuć się bezpiecznym
niby jaskółka morska w swoim ciepłym gniazdku
pod ziemią i gdzie opodal ognia płonącego całą noc
w kominku śpi się w płaszczu ciepłego i dymnego powietrza,
przeszywanego blaskami rozpalających się kolejno
polan, niby w bezściennej alkowie, w gorącej
jaskini wyżłobionej w łonie samego pokoju, w upalnej
i ruchomej w swych kręgach cieplnych strefie, wietrzonej
podmuchami, które nam chłodzą twarz, a płyną
z kątów, z okolic okna lub z miejsc oddalonych
od ognia i już ochłodzonych; pokoje letnie, gdzie miło
jest czuć się zespolonym z ciepłą nocą, gdzie blask
księżyca, wsparty na uchylonych okiennicach, rzuca aż
do stóp łóżka swoją zaczarowaną drabinę; gdzie śpi
się prawie na wolnym powietrzu, niby sikora kołysana
wiatrem na czubku promienia; czasami pokój Louis
XVI, tak wesoły, że nawet pierwszego wieczora nie
czułem się w nim zbyt nieszczęśliwy; gdzie kolumienki
lekko podtrzymujące sufit rozchylały się z takim
wdziękiem, aby wskazywać i chronić miejsce łóżka;
czasami, przeciwnie, ów pokój mały, a tak wysoki,
wznoszący się stożkowato na wysokość dwóch pięter
i częściowo wyłożony mahoniem, gdzie od pierwszej
sekundy czułem się moralnie zatruty nieznanym zapachem
bagna przeciw molom, przekonany o wrogości
fioletowych firanek i o bezczelnej obojętności zegara
skrzeczącego głośno, tak jakby mnie tam nie było;
gdzie dziwaczne i bezlitosne lustro o czworograniastych
nogach, zagradzając ukośnie jeden kąt pokoju, żłobiło
sobie nieprzewidziane miejsce w błogiej pełni mego
zwykłego pola widzenia; gdzie myśl, siląc się przez
godziny całe zmienić miejsce, naciągnąć się wzwyż,
aby przybrać ściśle kształt pokoju i wypełnić go wreszcie
aż do szczytu olbrzymiego leja, wycierpiała tam
wiele ciężkich nocy, gdy leżałem wyciągnięty w łóżku,
z podniesionymi oczami, z czujnym uchem, z opornymi
nozdrzami, z bijącym sercem, dopóki wreszcie
przyzwyczajenie nie zmieniło koloru firanek, nie kazało
zmilczeć zegarowi, nie nauczyło litości skośnego
i okrutnego lustra, nie stłumiło, o ile nie wygnało zupełnie,
zapachu bagna i nie zmniejszyło znacznie pozornej
wysokości sufitu. Przyzwyczajenie! — robotnica
zręczna, ale bardzo powolna, która zrazu pozwala naszemu
duchowi cierpieć całe tygodnie w tymczasowej
siedzibie, ale którą mimo wszystko winniśmy błogosławić,
bo bez przyzwyczajenia, zdany na własne środki,
duch nasz nie byłby zdolny uczynić nam żadnego
mieszkania mieszkalnym.
Marcel Proust
(fragment powieści W poszukiwaniu straconego czasu.
Tom 1: W stronę Swanna, 1913)
szanował je jako chłopiec, zlekceważył jako mężczyzna. . .
Wszedł do kościółka. Nabożeństwo popołudniowe już się skończyło, pobożni wyszli,
ale kościół był jeszcze otwarty. Kroki jego dźwięczały głucho pod niskim sklepieniem. Cisza
i spokój świątyni przerażały go prawie. Nic się nie zmieniło... Kościółek tylko wydał
mu się mniejszy niż dawniej. Ale stare nagrobki, na które nieraz jako dziecko patrzył z zachwytem,
były na dawnym miejscu... mały pulpit z wygniecioną poduszką... Stół Ofiarny,
przed którym tyle razy powtarzał przykazania: szanował je jako chłopiec, zlekceważył jako
mężczyzna... Zbliżył się do starej ławki. Wydała mu się zimna i opuszczona. Usunięto poduszki,
zabrano Biblię... może matka zajmowała inną, uboższą ławkę, a może jest tak
schorowana, że nie może chodzić na nabożeństwa. Nie miał odwagi myśleć o tym, czego
się obawiał. Poczuł nagły chłód, zadrżał, wyszedł.
Charles Dickens (fragment powieści Klub Pickwicka, 1837)
bym w niej szukał pokoju i zapomnienia. . .
– Ta woda, zimna i spokojna, szmerem swym zdaje się wzywać mię, bym w niej
szukał pokoju i zapomnienia. Jeden skok!... Buch!... Szamotanie przez chwilę... Fala
wznosi się nad głową... odmęt... Woda się wygładza... i koniec wszystkich cierpień!
Charles Dickens (fragment powieści Klub Pickwicka, 1837)
bronią połyskującą od słońca. . .
Na koniec rozległ się w tłumie gwar, zapowiadający, że nadchodziło to, na co tak długo
czekano. Oczy wszystkich zwróciły się ku twierdzy i ujrzano bataliony jedne po drugich
rozwijające się na równinie, z wdzięcznie powiewającymi sztandarami i bronią połyskującą
od słońca. Wojsko zajęło stanowiska. Zwięzłe słowa komendy przebiegły po całej linii;
broń zaprezentowano ze szczękiem; naczelny dowódca, pułkownik Bulder, z licznym sztabem
przejechał galopem przed frontem. Nagle zagrała muzyka wszystkich pułków, konie
stanęły dęba i cofnęły się; psy poczęły szczekać, tłum krzyczeć, wojsku zakomenderowano:
– Baczność! – a jak daleko sięgał wzrok, na prawo i na lewo, widać było tylko długi
szereg czerwonych mundurów i białych spodni, nieruchomych, jakby skamieniałych.
Charles Dickens (fragment powieści Klub Pickwicka, 1837)
12 marca 2013
dotknij mnie. . .
Dotknij mnie - pod palcami poczujesz rzep uschły,
wilgoć wieczoru lub poranka, tętno
kamieniołomu miasta, oddech stepowej pustki,
tych, którzy już nie żyją, lecz których pamiętam.
Dotknij mnie - a poczujesz pod czubkami palców
wszystko to, co istnieje poza mną, beze mnie,
co nie wierzy mnie, mojej twarzy, memu paltu,
wpisując nas w swój bilans zawsze po stronie ujemnej.
Josif Brodski
wilgoć wieczoru lub poranka, tętno
kamieniołomu miasta, oddech stepowej pustki,
tych, którzy już nie żyją, lecz których pamiętam.
Dotknij mnie - a poczujesz pod czubkami palców
wszystko to, co istnieje poza mną, beze mnie,
co nie wierzy mnie, mojej twarzy, memu paltu,
wpisując nas w swój bilans zawsze po stronie ujemnej.
Josif Brodski
Subskrybuj:
Posty (Atom)