19 grudnia 2013

kiedy zobaczył go przed sobą na ziemi, pełzającego i błagającego o życie, poczuł nagle, jak staje się kimś innym, silniejszym, potężniejszym. . .

Wszędzie walały się drewniaki przydzielone niektórym nowym. Ludzie nie byli do nich przyzwyczajeni i gubili je. Tylko dwóch klapało nimi rozpaczliwie dalej. Niemann czyścił okulary, które zaszły parą. To z powodu ciepła, jakie odczuwał, widząc śmiertelny strach więźniów, którzy padali, podnosili się, padali, podnosili się i biegli dalej, słaniając się na nogach. Ciepło to pojawiało się w żołądku i w oczodołach. Po raz pierwszy poczuł je, gdy zabił swego pierwszego Żyda. Właściwie wcale tego nie chciał, ale potem ogarnęło go to ciepło. Zawsze był człowiekiem potulnym i zahukanym, z początku niemal bał się uderzyć tego Żyda. Później jednak, kiedy zobaczył go przed sobą na ziemi, pełzającego i błagającego o życie, poczuł nagle, jak staje się kimś innym, silniejszym, potężniejszym. Krew zaczęła szybciej krążyć, horyzont się poszerzył, zdemolowane czteropokojowe mieszkanie drobnego żydowskiego konfekcjonera z meblami obitymi zielonym rypsem zamieniło się w azjatycką pustynię Dżyngischana, pomocnik handlowy Niemann stał się nagle panem życia i śmierci. To była władza, wszechwładza, gwałtowne odurzenie, które rozprzestrzeniało się w nim i wzbierało, aż w końcu pierwszy cios zupełnie samoistnie spadł na miękko uginającą się czaszkę pokrytą rzadkimi farbowanymi włosami.

Erich Maria Remarque (fragment powieści Iskra życia, 1952)
   
   
   

17 grudnia 2013

władza i żadnej odpowiedzialności. . .

(...)Tutaj robi to, bo ma nad ludźmi władzę. Wie, że nic nam nie da, jeśli się poskarżymy. Jest kryty. Nie ponosi odpowiedzialności. Na tym to polega. Władza i żadnej odpowiedzialności... za dużo władzy, w niewłaściwych rękach, za dużo władzy w ogóle... w czyichkolwiek rękach... rozumiesz...

Erich Maria Remarque (fragment powieści Iskra życia, 1952)
   
   
   

omal człowieka nie zabija, to takie niesamowite słowo. . .

(...) - To nadzieja, Leo, nadzieja dla nas! Do diabła, czy żaden z was nie chce tego widzieć?
    Lebenthal nie odpowiedział. Siedział skulony i patrzył na miasto w dole. 509 przechylił się do tyłu. Wypowiedział to wreszcie po raz pierwszy. Ledwo je można wymówić, pomyślał, omal człowieka nie zabija, to takie niesamowite słowo. Unikałem go przez wszystkie te lata, zżarłoby mnie, gdybym o nim myślał; ale teraz pojawiło się znowu, dzisiaj, człowiek nie śmie jeszcze pomyśleć go do końca, ale ono jest i albo mnie zniszczy, albo się spełni.

Erich Maria Remarque (fragment powieści Iskra życia, 1952)
   
   
   

serce z kamienia. . .

Cher. Heart Of Stone, 1989.

16 grudnia 2013

biurokracji trupy nie odstraszały. . .

   Jedna bomba spadła daleko poza miastem na łąki, które rozciągały się wyżej aż do obozu. 509 w dalszym ciągu się nie bał. Wszystko to było zbyt odległe od ciasnego świata, jedynego, jaki znał. Można było się bać rozżarzonych papierosów dotykających oczu i jąder, tygodni głodowania w bunkrze, kamiennej trumnie, gdzie nie dało się stać ani leżeć, i kozła, na którym odbijano człowiekowi nerki; można było się bać katowni w lewym skrzydle obok bramy - Steinbrennera, Breuera, lagerführera Webera - lecz nawet i ten strach zbladł już nieco, odkąd przeniesiono go do małego obozu. Żeby mieć siłę do dalszego życia, trzeba było umieć szybko zapominać. Poza tym obóz koncentracyjny Mellern po dziesięciu latach zadawania tortur trochę się zmęczył, nawet świeżego ideowego esesmana z czasem znudziło maltretowanie szkieletów. Niewiele wytrzymywały i nie reagowały wystarczająco. Patriotyczny zapał wybuchał jeszcze tylko czasami, gdy przybywali nowi silni więźniowie, zdolni do okazywania cierpień. Wówczas słyszało się znów po nocach swojskie wycie, a esesmani wyglądali na nieco bardziej ożywionych, jak po dobrej pieczeni wieprzowej z ziemniakami i czerwoną kapustą. Ale poza tym w latach wojennych obozy w Niemczech stały się bardziej ludzkie. Ograniczano się prawie wyłącznie do zagazowywania, zatłukiwania i rozstrzeliwania albo po prostu kazano ludziom pracować do zupełnego wycieńczenia, a potem morzono głodem. Od czasu do czasu zdarzało się, że w krematorium palono kogoś żywcem, lecz nie wynikało to nawet ze złych zamiarów, ale raczej z przepracowania i faktu, że niektóre szkielety długo się nie ruszały. Do masowych likwidacji dochodziło zresztą tylko wtedy, gdy musiano szybko zrobić miejsce dla nowych transportów. Nawet morzenie głodem ludzi niezdolnych do pracy odbywało się w Mellern w sposób niezbyt brutalny; w małym obozie nadal było co jeść, a weterani, tacy jak 509, bili rekordy w utrzymywaniu się przy życiu
(...) 
   Po bombardowaniu więźniowie wyciągnęli spod gruzów swoich zabitych albo to, co z nich zostało. Było to ważne ze względu na apel. Choć życie więźnia miało niewielką wartość i choć SS było ono najzupełniej obojętne, liczba więźniów na apelu, żywych czy martwych, musiała się zgadzać. Biurokracji trupy nie odstraszały.
(...)
   Wywoływanie dobiegło końca. Uzgodniono, że brakuje trzy czwarte jednego Rosjanina i górna połowa więźnia Sibolskiego z baraku 5. Niezupełnie tak było. Z Sibolskiego zostały też ręce, tyle że znajdowały się w posiadaniu baraku 17, twierdzącego, że są to resztki Josefa Binswangera, z którego nie odnaleziono żadnych szczątków. Za to dwaj ludzie z baraku 5 ukradli dolną połowę Rosjanina, którą zgłoszono jako Sibolskiego, ponieważ nogi trudno było rozróżnić. Na szczęście znalazło się jeszcze kilka nadliczbowych części ciała, które można było zaliczyć jako jedną i jedną czwartą brakującego więźnia. W ten sposób wyjaśniło się, że żaden nie uciekł w zamieszaniu podczas bombardowania. Gdyby nie to, prawdopodobnie wszyscy musieliby stać na placu apelowym do rana, by potem dalej szukać szczątków ciał w hucie miedzi. Przed paroma tygodniami obóz stał przez dwa dni, dopóki nie odnaleziono kogoś, kto popełnił samobójstwo w chlewie.

Erich Maria Remarque (fragment powieści Iskra życia, 1952)
   
   
   

oznaki strachu przeważnie satysfakcjonowały prymitywne poczucie wyższości. . .

(...)nie usłyszał, że ktoś zbliża się cicho drogą między barakami. Był to blokowy baraku 22, Handke, przysadzisty mężczyzna, który zawsze skradał się na gumowych podeszwach. Nosił zielony trójkąt więźnia kryminalnego. Przeważnie był nieszkodliwy, kiedy jednak dostawał szału, zdarzyło mu się już nieraz okaleczać ludzi.
   Teraz zbliżył się bez pośpiechu. Ujrzawszy go, mógł jeszcze próbować się ulotnić - oznaki strachu przeważnie satysfakcjonowały prymitywne poczucie wyższości Handkego - ale tego nie zrobił. Stał dalej.

Erich Maria Remarque (fragment powieści Iskra życia, 1952)
   
   
   

15 grudnia 2013

a więc jestem cesarzem ... co za idiotyzm!. . .

   Ciekawym, czy zgadniecie, jakie przez ten czas myśli i wspomnienia przesunęły mi się przez głowę. Sądzicie może, że myślałem o proroctwie Sybilli, o wróżebnym zdarzeniu z wilczęciem, o radzie Polliona, o śnie Bryzeidy? Albo może o dziadku i wolności? O ojcu i o wolności? O moich trzech poprzednikach na tronie – Auguście, Tyberiuszu, Kaliguli – o ich życiu i śmierci? O niebezpieczeństwie, jakie mi wciąż jeszcze groziło ze strony spiskowców, senatu i batalionów gwardii przebywających w koszarach? O Messalinie i naszym nie narodzonym jeszcze dziecku? O babce Liwii i przyrzeczeniu, jakie jej dałem? O Postumie i Germaniku? O Agryppinie i Neronie? O Kamilli? Nie. Nie zgadniecie nigdy. Wprawdzie wstyd mnie ogarnia, lecz wyznam prawdę.
   "A więc jestem cesarzem – myślałem. – Co za idiotyzm! Ale przynajmniej mogę wpłynąć na to, że ludzie będą czytali moje książki. Będą ich słuchać gromadnie na publicznych recytacjach. A nie najgorsze to książczyny! Trzydzieści pięć lat solidnej pracy mnie kosztowały. Nie popełnię nieuczciwości. Pollion zyskiwał sobie audytorium wystawnymi obiadami. A był to zdrowo myślący historyk i "Ostatni Rzymianin"! Moja Historia Kartaginy jest pełna zabawnych anegdot, jestem pewien, że się spodoba."

Robert Graves (fragment powieści historycznej Ja, Klaudiusz, 1934)
   
   
   

groteska. . .

Grom się nagle stoczył.
Dym zanim frunął, złamany trzasnął jak patyk.
Drgnął nieboskłon jak przerażone oczy,
zanim się rozpadł w szklane, niebieskie kwiaty.

On był już martwy. Nagle wyjęty spod strachu,
uśmiechnięty sztywno i głuchy.
w głębi nieruchomych źrenic
miał rozstawioną partię szachów
obmacywaną przez zdziwione muchy.

                                                Krzysztof Kamil Baczyński
   
   
   

po co tyle świec nade mną, tyle twarzy?. . .

Po co tyle świec nade mną, tyle twarzy?
Ciału memu nic już złego się nie zdarzy.


Wszyscy stoją, a ja jeden tylko leżę -
Żal nieszczery, a umierać trzeba szczerze.


Leżę właśnie, zapatrzony w wieńców liście,
Uroczyście - wiekuiście - osobiście.


Śmierć, co ścichła, znów zaczyna w głowie szumieć,
Lecz rozumiem, że nie trzeba nic rozumieć…


Tak mi ciężko zaznajamiać się z mogiłą,
Tak się nie chce być czymś innym, niż się było!

                                                               Bolesław Leśmian
   
   
   

14 grudnia 2013

im prymitywniejszy i głupszy dowcip, tym bardziej przypada tłumowi do smaku. . .

   – Wydać donosicieli!
   Cesarz zerwał się z miejsca i chciał nakazać milczenie, ale tłum go zakrzyczał. Posłał więc w tę stronę, skąd dochodziły najgłośniejsze okrzyki, oddział gwardzistów uzbrojonych w pałki. Paru krzykaczy oberwało po łbie, ale tumult zrobił się jeszcze większy w innych miejscach. Cesarza ogarnął niepokój. Opuścił pośpiesznie amfiteatr, polecając mi przewodniczyć igrzyskom.
(...)
   Na to znów powstała wrzawa.
   – Wydać donosicieli!
   – A jeśli cesarz zgodzi się na wasze żądanie, cóż wtedy? Czy jest ktoś, kto zechce zrobić przeciwko nim doniesienie? – spytałem, a Mnester ujmującym głosem powtórzył.
   Szmer niezdecydowania przebiegł widownię. Wykorzystując ten moment, zadałem inne pytanie: Jak sądzą, czy większym zbrodniarzem jest donosiciel, czy donoszący na donosiciela, a może donoszący na donoszącego na donosiciela? Widać z tego, ciągnąłem, że im bardziej ścigamy ten występek, tym wstrętniejszy on się staje i tym szersze zatacza kręgi. Najlepszą metodą walki z donosicielstwem – to postępować tak, żeby nie dawać donosicielom żadnej sposobności do doniesień. Gdyby każdy żył cnotliwie, nikczemny ród donosicieli wymarłby z głodu jak myszy w kuchni skąpca.
   Nie dacie wiary, jaką burzę śmiechu wywołał ten paradoks. Im prymitywniejszy i głupszy dowcip, tym bardziej przypada tłumowi do smaku. (Największe oklaski zyskałem kiedyś w cyrku, również w zastępstwie Kaliguli przewodnicząc przedstawieniu. Widownia wywoływała gladiatora imieniem Gołąb, który miał wystąpić, ale zawiódł. Zawołałem wtedy: "Chcecie oskubać gołębia, to go przedtem złapcie!" Natomiast na najdowcipniejszych moich żartach nikt się nie poznał.) – A więc kontynuujmy igrzyska! – powtórzyłem.

Robert Graves (fragment powieści historycznej Ja, Klaudiusz, 1934)
   
   
   

odrąbać jednym ciosem!. . .

– Och, czemuż ten motłoch nie ma jednej głowy, żebym mógł mu ją odrąbać jednym ciosem!

Robert Graves (fragment powieści historycznej Ja, Klaudiusz, 1934)
   
   
   

ludzie nie zabijają swoich błaznów. . .

   – Czy jesteś ich jedynym błaznem?
   – Ulubionym i oficjalnym.
   – A więc masz więcej szczęścia, niż przypuszczasz. Strzeż zazdrośnie swego stanowiska. Nie daj go sobie nikomu odebrać.
   – Nie rozumiem cię.
   – Bardzo proste. Ludzie nie zabijają swoich błaznów. Mogą obchodzić się z nimi okrutnie, mogą utrzymywać ich w ciągłym strachu, mogą ich obrabować, ale nie zabić.

Robert Graves (fragment powieści historycznej Ja, Klaudiusz, 1934)
   
   
   

moim zdaniem, zło jest samo w sobie karą. chcę tylko poznać prawdę. . .

   – Chciałbym się dowiedzieć kilku rzeczy. A mianowicie: kto zabił mojego ojca; kto zabił Agryppę; kto zabił mojego brata Germanika i kto zabił mego syna Druzylla...
   – I po cóż ci ta wiadomość? Masz jakąś idiotyczną nadzieję pomszczenia się na mnie za nich?
   – Nie. Nawet gdybyś ty była ich morderczynią. Nie mszczę się nigdy, chyba zmuszony przysięgą albo w obronie własnej. Moim zdaniem, zło jest samo w sobie karą. Chcę tylko poznać prawdę. Jestem z zawodu historykiem i jedyna moja istotna namiętność to wykrywanie faktycznego przebiegu zdarzeń i ich przyczyn. Jeżeli piszę książki, to bardziej dla wzbogacenia własnej wiedzy niż przekazywania jej czytelnikom.
   – Jak widzę, stary Atenodor miał niemały na ciebie wpływ.
   – Był dla mnie dobry, a ja mu byłem wdzięczny; w ten sposób stałem się stoikiem. Nigdy nie wymądrzałem się w filozoficznych spekulacjach – nie czułem do tego najmniejszego pociągu – lecz przyjąłem stoicki sposób patrzenia na świat. Możesz mi wierzyć, że nie powtórzę ani słowa z tego, co mi opowiesz.

Robert Graves (fragment powieści historycznej Ja, Klaudiusz, 1934)
   
   
   

13 grudnia 2013

hateriusz. . .

   Tyberiusz sprawował rządy z umiarem i przed powzięciem decyzji w każdej, nawet podrzędnego znaczenia sprawie politycznej, zasięgał rady senatu. Senat jednak tak długo przywykł uchwalać wszystko na rozkaz, że stracił już zupełnie samodzielność poglądów. Tyberiusz nigdy, nawet kiedy mu zależało na wyniku głosowania, nie wskazywał jasno, czy życzy sobie, żeby dany wniosek przeszedł czy upadł. Chciał uniknąć wszelkich pozorów tyranii, a równocześnie ster państwa utrzymać w swych rękach. Senatorowie wkrótce się zorientowali, że jeśli nie życzy sobie uchwalenia wniosku, przemawia za nim pięknie i ozdobnie; jeżeli z równym krasomówstwem występuje przeciw wnioskowi, to pragnie, aby przeszedł; kiedy zaś wyjątkowo mówi zwięźle i bez żadnych retorycznych ozdóbek, należy go rozumieć dosłownie. Korzystając z tego, Gallus i jeszcze jeden stary kawalarz, niejaki Hateriusz, urządzili sobie doskonałą zabawę. W przemówieniach swych gorąco popierali Tyberiusza i rozwijali jego argumenty aż po granice absurdu, a następnie głosowali tak, jak rzeczywiście sobie życzył. Chcieli w ten sposób pokazać, że przejrzeli jego grę. Podczas debaty nad przejęciem władzy przez Tyberiusza Hateriusz krzyknął: "Jak długo jeszcze,
   Tyberiuszu, pozwolisz, aby Rzym pozostawał bez głowy?!" Tyberiusz zrozumiał, że Hateriusz przejrzał jego intencje. Następnego dnia kpiarz posunął się dalej w swoich żartach. Padł do stóp Tyberiuszowi i błagał go o przebaczenie za zbytnią oschłość swej wypowiedzi. Tyberiusz odskoczył do tyłu ze wstrętem, ale Hateriusz chwycił go pod kolana; Tyberiusz fiknął do tyłu i z hukiem uderzył głową o marmur posadzki. Gwardziści towarzyszący Tyberiuszowi, Niemcy, nie zrozumieli, co się stało, i skoczyli, by zabić na miejscu przypuszczalnego mordercę. Tyberiusz ledwo zdążył ich powstrzymać.
   Hateriusz był niezrównanym parodystą. Miał potężny głos, twarz komika i był niewyczerpaną kopalnią pomysłów. Niech tylko Tyberiusz w swym przemówieniu coś wyraźnie przesadził lub użył jakiegoś archaicznego zwrotu, Hateriusz natychmiast podchwytywał to, a następnie czynił kluczowym słowem swej odpowiedzi. (August zwykł mówić, że na koła rydwanu elokwencji Hateriusza winno się nakładać hamulec łańcuchowy nawet wtedy, gdy Hateriusz jedzie nim pod górę.) Wolno myślący Tyberiusz nie był dla tego kpiarza żadnym przeciwnikiem.
   Gallus stwarzał swemu koledze okazje do kpin z Tyberiusza. Tyberiusz specjalnie zważał, aby go nikt nie posądził o to, iż pragnie oddawania mu czci boskiej, i nie pozwalał, żeby mówiono o nim jako o istocie wyższej. Zabronił nawet na prowincji wystawiać sobie świątynie. Dlatego to Gallus lubił zwracać się do niego niby przypadkiem: "Boski Tyberiuszu." Kiedy Hateriusz, który w każdej chwili gotów był podjąć kpinę, wstawał i upominał go za tę niewłaściwość, Gallus tłumaczył się gęsto i zapewniał, że prędzej by mu nie wiem co do głowy przyszło niż nieposłuszeństwo rozkazom "boskiego... och, jak to łatwo się omylić"; stokrotnie przepraszał, chciał powiedzieć coś zupełnie innego: "...rozkazom czcigodnego przyjaciela i kolegi–senatora Tyberiusza Nerona Cezara Augusta." "Nie Augusta, głupcze – scenicznym szeptem wołał Hateriusz. – Setki razy odmawiał przyjęcia tego tytułu. Używa go tylko wtedy, kiedy pisze listy do innych monarchów."
   Zwłaszcza jeden z ich pomysłów doprowadzał cesarza do rozpaczy. Kiedy z udaną skromnością wzdragał się przyjąć podziękowania senatu za położone dla ogólnego dobra zasługi, Gallus i Hateriusz występowali z przemówieniem, wysławiając uczciwość, która nie pozwala Tyberiuszowi przypisywać sobie zasług matki, i winszując Liwii tak przywiązanego syna. Kiedy spostrzegli, że niczym nie można Tyberiuszowi bardziej dokuczyć niż wychwalaniem Liwii, prześcigali się w pochlebstwach dla cesarzowej. Hateriusz napomknął nawet kiedyś, że tak jak Grecy używali imion po ojcach, Tyberiusz powinien nosić nazwisko po matce; to zbrodnia nazywać go inaczej niż Tyberiusz Liwiades albo poprawniej – po łacinie – Tyberiusz Liwigena. Gallus odkrył jeszcze jedno słabe miejsce Tyberiusza. Nie znosił on najmniejszej wzmianki o swoim pobycie na Rodos. Złośliwy senator odważył się kiedyś na rzecz niezwykle śmiałą. Wysławiał Tyberiusza za jego łagodność – było to tego dnia, kiedy całe miasto dowiedziało się o śmierci Julii – i opowiedział senatowi historię o nauczycielu retoryki z Akademii Rodyjskiej. Kiedy Tyberiusz zwrócił się do owego nauczyciela z uprzejmą prośbą, aby przyjął go do swej klasy retoryki, ten odmówił mu twierdząc, że nie ma właśnie żadnego wolnego miejsca, i kazał Tyberiuszowi zgłosić się za siedem dni. "I jak myślicie – ciągnął opowiadanie Gallus – co zrobił boski... przepraszani, mój czcigodny przyjaciel i kolega–senator Tyberiusz Nero Cezar, kiedy został już monarchą i zjawił się przed nim tenże sam impertynent, aby ofiarować swe usługi nowemu bóstwu?

Robert Graves (fragment powieści historycznej Ja, Klaudiusz, 1934)
   
   
   

12 grudnia 2013

kto cię zranił, winien cię uleczyć. . .

   Wtedy August wyciągając rękę zapytał nagle:
   – Klaudiuszu, czy masz żal do mnie?
   Cóż miałem na to powiedzieć? Łzy mi nabiegły do oczu i z trudem wybełkotałem, że go wielce poważam; że nie wyrządził mi nigdy żadnej krzywdy, z powodu której mógłbym mieć żal do niego.
   – Ale z drugiej strony niewiele uczyniłem, żeby pozyskać twą miłość – rzekł z westchnieniem. – Poczekaj jeszcze kilka miesięcy, a mam nadzieję, że zasłużę na twą miłość i wdzięczność. Germanik dużo mi o tobie opowiadał. Podobno trzem rzeczom nie sprzeniewierzasz się nigdy: przyjaciołom, Rzymowi i prawdzie. Byłbym dumny, gdyby Germanik mógł to samo o mnie powiedzieć.
   – Miłość Germanika do ciebie równa się prawie ubóstwieniu. Wspominał mi o tym nie raz.
   Twarz Augusta się rozjaśniła.
   – Możesz na to przysiąc? Jestem bardzo szczęśliwy. Tak więc, mój Klaudiuszu, łączy nas teraz silny węzeł – dobra opinia Germanika o nas obu. Widzisz, przyszedłem tu dziś, żeby ci powiedzieć: przez wiele lat postępowałem z tobą niesprawiedliwie; ale zobaczysz, że od dzisiaj się zmienię. – Zacytował następnie po grecku: – "Kto cię zranił, winien cię uleczyć" – i uściskał mnie serdecznie.

Robert Graves (fragment powieści historycznej Ja, Klaudiusz, 1934)
   
   
   

11 grudnia 2013

bogowie zmarli. . .

Moc zbudziła w nim butę i dumny gniew wraży,
Iż nie ścierpiał nad sobą dłoni bóstw ciemięskiej.
Wchodzi w świątynię, w sile swej potęgi męskiej,
By tych, co nad nim władną, postrącać z ołtarzy.

Czul swą wielkość i wiedział, że sam sobie starczy
Być bogiem światowładnym, bo moc w duszy chował.
I posągi potrzaskał, obalił na pował -
Nie padł grom z twarzy bóstwa skamieniałej, starczej.

Bogi zmarły... Powraca ku drzwiom świętokradca
I lęk go zdjął, że kiedy otworzy wierzeje,
Ujrzy świat przerażony... bo tam skonał Władca!

Przestwór w rozpacznym szale zgrozy skamienieje!...
Rozchyla drzwi... otwiera oczy trwogą mętne...
Patrzy: Wszystko, jak było... zimne... obojętne...

                                                                      Leopold Staff (z tomu Sny o potędze, 1901)


utykaj przesadnie, umyślnie jąkaj się, udawaj chorego jak najczęściej. . .

   Przy tych słowach staruszek wziął mnie za ramię i mówił dalej:
   – A przy sposobności coś ci powiem, Klaudiuszu. Posłuchaj. Stary już, bardzo stary ze mnie człowiek, a choć wyglądam dziarsko, wiem, że koniec niedaleki. Za trzy dni umrę. Wiem o tym. Lecz właśnie w takich dniach człowiek ma momenty jasnowidzenia. Słuchaj! Czy chcesz spędzić długi, pracowity żywot i przy końcu osiągnąć wielkie zaszczyty?
   – Owszem.
   – A więc utykaj przesadnie, umyślnie jąkaj się, udawaj chorego jak najczęściej, a przy wszystkich oficjalnych i półoficjalnych wystąpieniach zamyślaj się gapiowato, trząś głową, przebieraj nerwowo palcami. Gdybyś tak jasno patrzał na świat jak ja, zrozumiałbyś, że to jedyna droga, aby żyć bezpiecznie i na koniec dojść do sławy.

Robert Graves (fragment powieści historycznej Ja, Klaudiusz, 1934)
   
   
   

10 grudnia 2013

nie zamierza uczyć mnie faktów, ale należytego ich rozumienia. . .

   Pod "rządami" Postuma przeżyłem najszczęśliwsze dwa lata mojej młodości, a nawet mogę powiedzieć, że życia. Wydał rozkaz, żeby pozwolono mi bawić się z chłopcami, choć nie uczęszczałem do kolegium, i zapowiedział, że każdą obrazę lub wyrządzoną mi krzywdę będzie uważał za wyrządzoną jemu samemu. Brałem więc udział we wszystkich grach i zabawach, o ile pozwalało mi na to zdrowie. Tylko podczas wizyt Augusta lub Liwii, którzy odwiedzali szkołę, kryłem się w jakimś kącie. Zamiast Katona miałem teraz za nauczyciela poczciwego staruszka Atenodora, który w sześć miesięcy nauczył mnie więcej niż Katon w ciągu lat sześciu. Nigdy mnie nie uderzył i traktował zawsze z największą cierpliwością. Zachęcał mnie do nauki mówiąc, że moja ułomność powinna być ostrogą dla mego umysłu. Przecież Wulkan, patron biegłych w swym fachu rzemieślników, był również kulawy. A jeśli chodzi o jąkanie się, to jąkał się od urodzenia najsławniejszy mówca wszystkich czasów, Demostenes, dzięki usilnej i wytrwałej pracy pozbył się jednak tej wady. Atenodor stosował tę samą metodę co Demostenes. Kazał mi deklamować z ustami pełnymi kamyków; zajęty pokonywaniem tej przeszkody zapomniałem o jąkaniu się. Wtedy kazał mi usuwać kolejno po jednym kamyku, aż wreszcie żaden nie został w ustach, a ja ku własnemu zdziwieniu mówiłem, tak dobrze jak wszyscy inni. Ale tylko gdy deklamowałem; w zwykłej rozmowie jąkałem się w dalszym ciągu. Moja poprawna deklamacja miała być na razie utrzymana w tajemnicy.
(...) 
   Zaraz na pierwszej lekcji Atenodor zapowiedział, że nie zamierza uczyć mnie faktów, ale należytego ich rozumienia.

Robert Graves (fragment powieści historycznej Ja, Klaudiusz, 1934)
   
   
   

ceterum censeo carthaginem delendam esse. . .

A któż, jak nie ten sam stary Katon, ściągnął na Rzym klątwę punicką? Ilekroć go w jakiejkolwiek sprawie zapytywano, w senacie o zdanie, kończył nieodmiennie: – Takie jest moje w tej materii zdanie, ale oprócz tego sądzę, ze należy zburzyć Kartaginę, [ Słynne: Ceterum censeo Carthaginem delendam esse.] która zagraża wiecznym niebezpieczeństwem Rzymowi.

Robert Graves (fragment powieści historycznej Ja, Klaudiusz, 1934)
   
   
   

09 grudnia 2013

boski klaudiusz. . .

Mówiono o mnie
poczęty przez Naturę
ale nie skończony
jak porzucona rzeźba
szkic
uszkodzony fragment poematu

latami grałem przygłupa
idioci żyją bezpieczniej
spokojnie znosiłem obelgi
gdybym zasadził wszystkie pestki
jakie rzucano mi w twarz
wyrósłby gaj oliwny
rozległa palmowa oaza

edukację odebrałem wszechstronni
Liwiusz retorzy filozofowie
po grecku mówiłem jak Ateńczyk
ale Platona
przypominałem tylko w pozycji leżącej

uzupełniłem studia
w lupanarach i knajpach portowych
o nie spisane słowniki wulgarnej łaciny
i wy przepastne skarbce występku i rozpusty

po zabójstwie Kaliguli
ukryłem się za kotarą
wyciągnięty przemoci
nie zniżyłem przybrać mądrego wyrazu twarzy
gdy rzucono mi świat pod nogi
niedorzeczny i płaski

odtąd stałem się najbardziej pracowitym
cesarzem historii powszechnej
Heraklesem biurokracji
z dumą wspominam
liberalni ustawę
która zezwala na wypuszczanie odgłosów brzucha
w czasie uczt

odpieram stawiany mi często zarzut okrucieństwa
w istocie byłem tylko roztargniony

w dniu gwałtownej śmierci Messaliny
na mój - przyznaję - rozkaz uśmiercono biedaczkę
spytałem w czasie biesiady - dlaczego Pani nie przyszła
odpowiedziało grobowe milczenie
naprawdę zapomniałem

zdarzało się że zapraszałem
zmarłych na partyjkę kości
absencję karałem grzywną
przeciążony tyloma pracami
mogłem się mylić w szczegółach

podobno
kazałem stracić
trzydziestu pięciu senatorów
i jakieś trzy centurie ekwitów
no cóż

trochę mniej purpury
mniej złotych pierścieni
za to - co nie jest błahe -
więcej miejsca w teatrze

nikt nie chciał zrozumieć
że cel tych operacji był wzniosły
pragnąłem ludzi oswoić ze śmiercią
stępić jej ostrze
sprowadzić do wymiarów banalnych i codziennych
takich jak lekka melancholia albo katar

a oto dowód mojej
delikatności uczuć
z placu kaźni
usunąłem posąg łagodnego Augusta
by czuły marmur
nie słuchał ryku skazańców

noce poświęcałem studiom
napisałem historię Etrusków
historię Kartaginy
drobiazg o Saturnie
przyczynek do teorii gier
traktat o jadach węży

to ja ocaliłem Ostię
przed inwazji piasku
osuszałem bagna
zbudowałem akwedukty
odtąd zmywanie krwi
stało się w Rzymie łatwiejsze

rozszerzyłem granice Imperium
o Brytanię Mauretanię
i zdaje się Trację

o śmierć przyprawiła mnie żona moja Agrypina
i niepohamowana namiętność do borowików
grzyby esencja lasu - stały się esencji śmierci

wspomnijcie - o potomni - z należni czcią i wdzięcznością
choćby jedni zasługę boskiego Klaudiusza
dodałem do alfabetu nowe znaki i dźwięki
rozszerzyłem granice mowy to znaczy granice wolności

odkryte przeze mnie litery - ukochane córki - Digamma i Antysigma
wiodły mój cień
gdy chwiejnym krokiem zmierzałem w mroczni krainę Orkus

Zbigniew Herbert 
(z tomu Raport z oblężonego Miasta i inne wiersze, 1983)
   
   
   

kiedy nie chcą jeść, to niech piją!. . .

Rozwiódłszy się z moim dziadkiem Liwia wyszła po raz drugi za mąż, za cesarza Augusta. Po śmierci mego ojca stała się faktyczną głową rodu; usunęła na drugi plan moją matkę, Antonię, stryja Tyberiusza – oficjalną głowę rodziny – a nawet samego Augusta, którego możnej opiece ojciec mój w testamencie polecił swoje dzieci. Liwia, podobnie jak mój dziadek, pochodziła z rodu Klaudiuszów, jednego z najstarszych rodów rzymskich. Sędziwi ludzie jeszcze pamiętają balladę ludową, którą o nim śpiewano. Według jej refrenu kłaudyjskie drzewo rodzi dwa gatunki owoców: słodkie jabłka i cierpkie płonki; tych ostatnich więcej niż jabłek. Do płonek ballada zalicza Appiusza Klaudiusza Pysznego, którego zamach na cześć i wolność dziewicy Wirginii wywołał oburzenie w całym Rzymie; Klaudiusza Druzusa, który za czasów republiki chciał zostać królem italskim, i Klaudiusza Pięknego. Ten, gdy święte kury nie chciały dziobać ziarna, wrzucił je do morza ze słowami: "Kiedy nie chcą jeść, to niech piją!"


Robert Graves (fragment powieści historycznej Ja, Klaudiusz, 1934)
   
   
   

08 grudnia 2013

koloratką uczynili sobie na szyi widoczny znak, akcentujący jedynie głowę jako misę, w której macza palce sam bóg. . .

Zwróciłem pusty kufel i przeszedłem przez tory, piasek parku chrzęścił i skrzypiał jak zamarznięty śnieg, w gałęziach ćwierkały wróble i zięby, patrzyłem na dziecinne wózeczki i na mamusie, jak siedzą w słońcu na ławeczkach i odchylając głowy wystawiają twarze na lecznicze promienie, długo stałem przed owalnym basenem, w którym kąpały się nagie dzieci, widzę, że brzuszki tych dzieciaków naznaczone są prążkiem od gimnastycznych spodenek i majteczek, galicyjscy żydzi, chasydzi, nosili pasy jako dostrzegalne i wyraźne pręgi, które dzieliły ciało na dwie części, tę piękniejszą z sercem i płucami, i wątrobą, i głową, oraz tę część ludzkiego ciała z kiszkami i organami płciowymi, jako część ledwo tolerowaną, a więc nieistotną, widzę, że księża katoliccy przesunęli tę pręgę jeszcze wyżej, koloratką uczynili sobie na szyi widoczny znak, akcentujący jedynie głowę jako misę, w której macza palce sam Bóg, patrzę na te kąpiące się dzieci i widoczne na ich nagich ciałach pręgi od majteczek i gimnastycznych spodenek, i widzę, że siostry zakonne bezlitosną pręgą wykroiły z głowy jedynie twarz, oblicze okolone pancerzem nakrochmalonych kornetów, tak jak to mają zawodnicy na wyścigach samochodowych formuły jeden, patrzę na te bryzgające i poruszające się nagie dzieci i widzę, że te dzieci nie wiedzą nic o życiu płciowym, a przecież ich genitalia są już w stanie utajonej doskonałości, jak pouczył mnie o tym Lao-cy, patrzę na te pręgi księży i sióstr zakonnych, i na pasy chasydów, i myślę sobie, że ciało ludzkie to klepsydra, co jest na dole, to jest również na górze, a co jest na górze, to jest również na dole, dwa stykające się ze sobą trójkąty, znak z pieczęci króla Salomona, proporcja między księgą jego młodości, Pieśnią nad pieśniami, a rezultatem jego spojrzenia okiem starszego pana, marność nad marnościami, Księgą Koheleta, czyli Eklezjastesa.

Bohumił Hrabal (fragment powieści Zbyt głośna samotność, 1978)
   
   
   

medytacje. . .



Jules Massenet 
(intermezzo "Medytacje" z opery Thaïs, 1894)
   
   
   

ja prosiłem nawet samego siebie, bym sam sobie wybaczył to, czym byłem, co tkwiło w mej naturze. . .

Haňtio, na miłość boską, błagam cię, oto na kolanach cię proszę, opamiętaj się póki czas i nie żłop tych dzbanów piwa, i zasuwaj, i nie dręcz mnie, bo jak tak dalej pójdzie to mnie zadręczysz... Wylękniony schyliłem się i ująłem klęczącego szefa delikatnie za łokcie i prosiłem go... Niech się pan opamięta, dobry człowieku, mówię, to poniżej pańskiej godności, tak klęczeć... i podniosłem mojego szefa, czułem, że cały drży, toteż znów go prosiłem, by mi wybaczył, nie wiedziałem, co ma mi wybaczyć, ale to było w moim stylu, wciąż prosić kogoś o wybaczenie, bo ja prosiłem nawet samego siebie, bym sam sobie wybaczył to, czym byłem, co tkwiło w mej naturze... Tak oto kompletnie zmaltretowany wróciłem do piwnicy, obarczony na dobitkę poczuciem winy wobec mojego szefa, ległem na plecach w dołku, jeszcze ciepłym dołku po Cygance w turkusowej spódnicy, leżałem i wsłuchiwałem się w odgłosy z ulicy, w tę piękną muzykę konkretną, nasłuchiwałem, jak przez pięciopiętrową czynszówkę, w której mieści się ta nasza zbiornica starego papieru, nieustannie płynie gdzieś i pluszcze spuszczana woda, słyszałem pociąganie za klozetowe łańcuszki, a gdy wsłuchałem się w głąb ziemi, słyszałem całkiem wyraźnie, choć nie głośno, jak tam gdzieś przez rury i kanały przelewają się wody ściekowe i fekalia, i podczas kiedy wszystkie legiony ścierwic wyniosły się, pod betonem słyszałem kwik i tęskny pisk szczurów, bo we wszystkich kanałach miasta stołecznego Pragi wciąż jeszcze wrzały bitwy między dwoma szczurzymi klanami o to, kto będzie panem wszystkich ścieków i kanałów stolicy. Niebiosa nie są humanitarne i życie nade mną, i pode mną, i we mnie także humanitarne nie jest. Dzień dobry, panie Gauguin!

Bohumił Hrabal (fragment powieści Zbyt głośna samotność, 1978)
   
   
   

nienawidził głoszącego kult siły. . .

Uderzeniem pioruna oznajmił mi Artur Schopenhauer, że najwyższym prawem jest miłość, a ta miłość to współczucie, pojąłem, dlaczego Artur tak nienawidził głoszącego kult siły Hegla, byłem jednak zadowolony, że ani Hegel, ani Schopenhauer nie byli dowódcami wrogich armii, bo ci dwaj toczyliby wojnę dokładnie taką, jaką wiodą dwa szczurze klany we wszystkich kanałach i ściekach praskich podziemi.

Bohumił Hrabal (fragment powieści Zbyt głośna samotność, 1978)