13 maja 2017
psalm XV. . .
11 maja 2017
ze szczytu schodów. . .
ci którzy stoją na szczycie schodów
oni wiedzą
oni wiedzą wszystko
co innego my
sprzątacze placów
zakładnicy lepszej przyszłości
którym ci ze szczytu schodów
ukazują się rzadko
zawsze z palcem na ustach
jesteśmy cierpliwi
żony nasze cerują niedzielną koszulę
rozmawiamy o racjach żywności
o piłce nożnej cenie butów
a w sobotę przechylamy głowę w tył
i pijemy
nie jesteśmy z tych
co zaciskają pięści
potrząsają łańcuchami
mówią i pytają
namawiają do buntu
rozgorączkowani
wciąż mówią i pytają
oto ich bajka -
rzucimy się na schody
i zdobędziemy je szturmem
będą się toczyć po schodach
głowy tych którzy stali na szczycie
i wreszcie zobaczymy
co widać z tych wysokości
jaką przyszłość
jaką pustkę
nie pragniemy widoku
toczących się głów
wiemy jak łatwo odrastają głowy
i zawsze na szczycie zostaje
jeden albo trzech
a na dole aż czarno od mioteł i łopat
czasem nam się marzy
że ci ze szczytu schodów
zejdą nisko
to znaczy do nas
gdy nad gazetą żujemy chleb
i rzekną
-a teraz pomówmy
jak człowiek z człowiekiem
to nie jest prawda co wykrzykują afisze
prawdę nosimy w zaciśniętych ustach
okrutna jest i nazbyt ciężka
więc dźwigamy ją sami
nie jesteśmy szczęśliwi
chętnie zostalibyśmy
tutaj
to są oczywiście marzenia
mogą się spełnić
albo nie spełnić
więc dalej
będziemy uprawiali
nasz kwadrat ziemi
nasz kwadrat kamienia
z lekką głową
papierosem za uchem
i bez kropli nadziei w sercu
1956
Zbigniew Herbert
(z tomu Raport z oblężonego Miasta i inne wiersze, 1983)
30 kwietnia 2017
dzwony. . .
Drzemiące niby w mrocznej mgle dzwonnicy cichej, opuszczonej.
Czuwałem trwożnie nad ich snem, bo byłem w sercu pełen lęku,
By się nie zbudził śpiący spiż z huraganowym echem jęku;
Czuwałem trwożnie nad ich snem tłoczącym, ciężkim jakby ołów,
Kochałem bowiem senny czar opustoszałych już kościołów.
O, duszo! Czemuś w ową noc, gdy w gruz runęły twe świątnice,
Rozpaczą swych zgorzkniałych ust plunęła w zmierzchłych nieb ciemnice?
Oślepły blade oczy gwiazd od jadów twej piołunnej śliny
I przerażenia ślepy strach widnokrąg ziemi zaległ siny.
O, w ową straszną, krwawą noc dzwony się obudziły senne,
Gromowej nawałnicy sztorm lejąc w otchłanie sfer bezdenne.
Z bezdni, gdzie głuchy leżał mrok, pomruk wydźwignął się ponury,
Wyrosło tysiąc nagich rąk, chwyciły silnie dzwonów sznury
I rozkiełznany, dziki szał prostuje, kurczy rąk nawałę,
Co rwą i szarpią, jakby w strzęp rozrywać chciały światy całe!
Szarpiących rąk szatański szał rozdziera pierś broczącą w męce!
O, nieznużone w wieków wiek, tysiączne, nagie, silne ręce...
Rozkołysane w grozy jęk, w ryk rozszalałe huczą dzwony!
Złowieszczy lament dzikich trwóg! Obłęd rozpaczy rozjuszonej!
Dławiący w głuszy czyha strach! Ogniste walą z chmur pioruny
W miedziane szczyty wzniosłych wież! Pomrok zalały krwawe łuny!
Bluźnierczej skargi bunt i gniew! Duszonych starców ciężkie skony!
Rozkołysane w grozy jęk, w ryk rozszalałe huczą dzwony!
Rozkołysane w grozy jęk, w ryk rozszalałe dzwony huczą!
A każdy huk spiżowych płuc bucha brzemienny krwawą tuczą!
Morze dymiącej, spiekłej krwi rozlewa w krąg odmęty błotne,
Które sięgają już mych ust, jak węże śliskie i wilgotne!
Huk każdy ciosem wali w skroń, zbolałą skroń rozmiażdżą, stłuczą!
Rozkołysane w grozy jęk, w ryk rozszalałe dzwony huczą!
O, dzwony, dzwony, dzwonów huk! Każdy powietrza nikły atom
Zmienił się w wściekły, głośny dzwon i skargi swoje wieści światom.
Każdy powietrza atom grzmi, burz rozpętanych szał rozlewa
I wrzaskiem tysiąckrotnych ech ryki potworne znów odbrzmiewa!
Z każdego dzwonu wali grom! Krew bucha z każdej dzwoonu czary!
Huk! Nieskończoność dzwonów! Jęk! W krąg bezkres dzwonów! Huk w bezmiary!
Wszechświat się cały dzwonem stał, a jam jest sercem tego dzwonu!
Olbrzymi dzwon brzeg oparł swój o widnokręgi nieboskłonu.
Trącony w ruch, rozchwiany w pęd, rozmachem miota się i ciska,
Buja nad chmury, spada w dół, szalona, straszna ma kołyska!
Ja, serce dzwonu, pełen trwóg w spazmie przerażeń oszalałem
I w stujęzyczny twardy spiż uderzam okrwawionym ciałem!
Błyskawicowym lotem gnam. Pęd dech zapiera, świszcze, smaga!
Pruję powietrze jakby grom, uderza w dzwon pierś moja naga...
Głuszące ryki! Ostry ból! Rozbite ciało spiż rozdziera!
Powrotnym lotem jak wichr gnam. Pęd świszcze, smaga, dech zapiera!
Pruję powietrze jakby grom, uderzam w dzwon zbolałą skronią...
Głuszące ryki, ostry ból! Rany krwi spiekłej krople ronią.
Zbolałe ciało broczy krwią. Padają czarne krwi korale
W skłębionych huków ciemny wir, w spiętrzone dzikich szałów fale,
W pomroku straszny niecą blask, jakby miotane dla igraszek,
Świeciły krwawe oczy w mgle ze starczych wyłupione czaszek.
I pędzę, gnam i biję w dzwon, struchlały wśród tych ślepych wzroków,
I dzwoni tysiąc nagich rąk, i nie ma dla nich pęt ni oków!
Rozkołysane w grozy jęk, w ryk rozszalałe huczą dzwony!
Złowieszczy lament dzikich trwóg! Obłęd rozpaczy rozjuszonej!
Dławiący w duszy czyha strach! Ogniste walą z chmur pioruny
W miedziane szczyty wzniosłych wież! Pomrok zalały krwawe łuny!
Bluźnierczej skargi bunt i gniew! Duszonych starców ciężkie skony!
Rozkołysane w grozy jęk, w ryk rozszałałe huczą dzwony!
09 kwietnia 2017
o vos ómnes. . .
02 kwietnia 2017
*** / po ciemku, po ciemku łkasz. . .
Bezradność twych łez rozumiem!
Schorzałą śmiertelnie twarz
Radośnie całować umiem.
Do końca nie zabraknie mąk,
Do końca wystarczy mocy!
Zmarniałych, zmarniałych rąk
Potrafię pożądać w nocy!
Oględnie z rozkoszy mdlej
Tą piersią, co z trudem dyszy!
Do śmierci, do śmierci twej
Wraz z tobą nawykam w ciszy.
Bolesław Leśmian (z tomu Łąka [Noc bezsenna], 1920)
18 marca 2017
pieśń o nocy. . .
O, nie śpij, druhu, nocy tej.
Tyś jest Duch, a myśmy chorzy nocy tej.
Odpędź z oczu Twoich sen! Nocy tej!
Tajemnica się rozwidni. Nocy tej!
Tyś jest Jowisz na niebiosach,
wśród gwiazd krążysz firmamentu, nocy tej!
Nad otchłanie orła pędź!
Bohaterem jest Twój Duch nocy tej!
O, nie spij, druhu, nocy tej!
Jak cicho. Inni śpią.
Ja i Bóg jesteśmy sami, nocy tej!
Jaki szum! Wschodzi szczęście,
prawda skrzydłem opromienia nocy tej!
Nie śpij, druhu, nocy tej,
Gdybym przespał aż do ranka,
już bym nigdy nie odzyskał nocy tej!
Targowiska już ucichły,
Patrz na rynek gwiezdnych dróg nocy tej!
Lew i Orion,
Andromeda I Merkury krwawo lśni nocy tej!
Wpływ złowieszczy miota Saturn,
Wenus płynie w złotym dżdżu nocy tej!
Zamilknięciem wiąże język,
lecz ja mówię bez języka nocy tej!
Rumi
tłum. Tadeusz Miciński
17 marca 2017
jestem afryką. . .
sunę po przepaści Afryki
(jak kameleon po wargach mowy)
ponad Libią, na ukos od Benghazi,
po czerwonej ziemi, gdzie zabawne chmurki
jak białe słonie kosztują swego cienia;
a teraz ponad wstęgą Morza Śródziemnego:
niebo jest w górze i w dole:
Afryko, chciałbym do ciebie przywrzeć,
moja rzeczywistości, moja ziemio,
ta bolesność za ciemnymi szkłami,
które chronią przed blaskiem twojej wspaniałości,
białej jak słonie-chmury, to nie są łzy skruchy ani smutku:
Afryko, serce mi pęka z dumy,
Afryko, kraju moich przodków,
kraju, gdzie ojciec wpatrzony w horyzont
uspokaja drzewa,
kontynencie, na którym moja matka
z muszel i słońca potrafi wyczarować dom,
obszarze, na którym moi towarzysze powstaną w całej bezgraniczności
człowieczeństwa: Afryko,
płaczę, gdyż jesteś życiem mojego życia,
gdyż zawsze z powrotem się odrodzę
teraz jestem słowem z ciała mego kraju,
mojego lądu, mej przeszłości, teraz wiem
że musimy zajść dalej, o całą wieczność dalej
poza granice przyzwyczajeń, że każdy
musi zdruzgotać małoduszne struktury
zniewolenia, niewiedzy i odosobnienia
aby dorównać twej naturze:
być wysokim i stać tak pewnie jak twe góry
zarośnięty jak ty lasami,
twardy i nieokiełzany jak twe pustynie,
bogaty jak twe wybrzeża,
urodzajny jak łożyska twych rzek, wolny jak twe zwierzęta,
człowiek jak twoi ludzie,
na zawsze człowiek tak jak oni, przez pamięć dla ich ran:
Afryko, nasieniem rewolucji
obsiejemy cię taką, jaka jesteś:
a jesteś: dniem i nocą, w których mieszkają ludzie
Afryko, płaczę bo jestem silny,
Afryko, do widzenia
przeł. Andrzej Braga
19 stycznia 2017
meduza. . .
I zdarzeń, które, mając wzrok Meduzy,
Zmieniają w kamień każdego, kto spojrzy
W ich grząskie oczy. Są takie spojrzenia.
Głowę odwracam. Dante nie ufając
Mym palcom nazbyt nieszczelnym i drżącym
Ilekroć czuje zbliżanie się Gorgon -
Na moich oczach kładzie swoją dłoń.
I tak wędruję przez ten świat widzialny
Z zasłoną palców Dantejskich na oczach.
Roman Brandstaetter
rachunek kamieni. . .
Z przebudzenia wynika, że nie jest kamieniem.
Więc czym jest? Z jakiej materii zdziałany?
Niewielkie jest moje poznanie, niewielkie,
Moja wiedza jest skąpa, a to co rozumiem,
Jest owocobraniem mojej słabej wiary.
Trud mój dopiero teraz się zaczyna,
Boże, który jesteś dla mnie większym ciężarem
Niż ja dla Ciebie.
A chociaż upadam pod Twoim brzemieniem,
Trwam pod nim,
Bo pragnę zasiąść
Na drugim brzegu człowieka,
Na drugim brzegu brata,
Na drugim brzegu myśli,
Na drugim brzegu serca,
Przy stole pojednania,
Chrystus Frasobliwy kapliczka przydrożna - Kurowice - 1997
Gdzie wszystko ma swój sens i ład,
Gdzie nie ma żadnych sprzeczności i złudzeń,
Gdzie duch nie walczy z oporem materii,
Gdzie ostry topór nie godzi w pień drzewa,
Gdzie krew nie płynie od ukłucia nożem,
Gdzie woda nie jest przeciwna ogniowi,
Gdzie nie istnieje szukanie i lęk.
Dlatego wierzę, chociaż owa wiara,
Która dla innych jest ojczyzną ciszy,
Dla mnie jest jeszcze jedną
Burzą.
Dlatego wciąż od nowa szukam Cię i szukam,
Jakby Cię za mało było w tym wszystkim,
W czym Cię nieustannie widzę i czuję.
Jesteś umęczony mną, Boże,
Ale ja również jestem umęczony Tobą.
Zerwane sieci w falach Genezareth,
Gorzkie modlitwy, piwnice, ciemności
I medytacje nad tajemną sprawą,
Dlaczego ginie sprawiedliwy mąż,
A zły zasiada w radzie człowieczeństwa,
Dlaczego mędrzec pada pod toporem,
A tłuste sadło żre włochaty szczur,
Dlaczego kłamie czarna zakonnica,
A Maria Curie była ateistką.
Kołowrót męki, niepokój sumienia
I karuzela grzechów, i upadek,
I to pytanie, od którego bolą
Wargi:
Powiedz, czy tę rzeczywistość
Może ocalić poezja?
A potem znowu wszystko od początku:
Zawiłe drogi, zasadzki i sidła,
Zerwane sieci w falach Genezareth
I wizja kwitnącego figowca,
Który jeszcze wieczorem
Był uschniętym kikutem.
Boże nauki, serc i intuicji,
Pragnę odnaleźć nici, które łączą
Serce ze sercem, zjawisko z zjawiskiem.
Pragnę odnaleźć kiełki wszystkich zdarzeń,
Ich sen i jawę, spoczynek i trud,
I te klęczące w naiwnej pokorze
Pyłki i ziarnka,
I te przeciwko Tobie zbuntowane
Góry gigantów,
Abym mógł wreszcie zrozumieć i pojąć,
Jak żyć by przeżyć godnie odrobinę
Wrogiego czasu,
Jak żyć, by nie złamać
Twojego imienia —
Ja, celnik, który kiedyś
Będę Cię błagał o kromkę wieczności
Jak o kromkę chleba.
Roman Brandstaetter
przylot aniołów I. . .
Jak sad po krucjacie jesieni.
Ani jednego owocu nie znajdziesz,
Ani jednego.
Takie są dłonie ślepego pokolenia.
Puste.
Tityr nie zrzuci z siebie troski w cieniu buka
Ani nie będzie grał na wiejskiej fletni
Zielonej piosenki, ani nie napełni
Gaju miłosnym gruchaniem z Amarylis.
Padają radioaktywne deszcze,
Pęka Pompeja jądrowych wybuchów,
Kobiety rodzą w szóstym miesiącu ciąży,
Wypalona ziemia jest jałowa,
A cień, negatyw śmierci,
Który pozostał na progu domu,
Jest ostatnim śladem jego właściciela
Na ziemi.
Jest noc.
Żołnierze grają w kości
O łachmany, o rzemyk od sandałów
I o całą wieczność.
Roman Brandstaetter
rozmowa z aretuzą. . .
I patrzę w gąszcze mądrych papirusów,
Obrosłych wiedzą wielu tysiącleci.
Po mojej twarzy z wolna się przesuwa
Cień twej postaci. Powiedz mi, czy warto
Wracać do dawnych kształtów i zwyczajów
I znowu wszystko zaczynać od nowa
Dla kilku uczuć i dla kilku myśli,
Które, nim wzejdą, już więdną i giną?
Na to odrzekła wdzięczna Aretuza:
- Nie warto nigdy zaczynać od nowa,
Bo człowiek zawsze potknie się o kamień
W tym samym miejscu i w tym samym czasie.
- Zatem ty wierzysz w przeznaczenie, nimfo?
- Tak, lecz nie w twoje.
- A w czyje?
- Kamienia.
Roman Brandstaetter
14 stycznia 2017
potrzebę mocy ... zdobycia władzy, dominacji. . .
* T. Kocowski, Taktyka i strategia sterowania motywacją ludzką w skali masłowskiej, w zbiorze: A. Podgórecki (red.), Socjotechnika. Style działania, Warszawa 1972.
01 stycznia 2017
w wielkiem zwycięstwie. . .
26 grudnia 2016
pomaluśku józefie. . .
Widzisz, że ja nie mogę biec tak prędko w drogę.
Wyrozumiej proszę, wszak widzisz co noszę.
W mem żywocie mam Boga, przed nami ciężka droga.
A tak myślę sobie i chcę mówić tobie
O gospodę spokojną w taki czas przystojną.
Bo teraz w miasteczku i lada domeczku
Trudno o kącik będzie, gości pełno wszędzie.
Wolą pijanice szynkarskie szklanice
Niźli mnie ubogą strudzoną tą drogą.
Wnijdźmy – rada moja – do tego pokoja,
Do tej szopy na pokój, Józefie opiekunie mój.
- od górali czadeckich
* * *
[dalsze zwrotki / Kurpie, Skierkowski]
I tak my oboje i te bydląt dwoje,
Będziem mieli pokój, opiekunie mój.
Choć pałac ubogi, ale klejnot drogi,
Niebo, ziemia i morze ogarnąć nie może.
A Józef, mąż zacny, służył jako baczny,
Najświętszą Pannę cieszył, bo to jego klejnot był.
Mój Józefie drogi, taki to mróz srogi,
Uziębnie nam Dzieciątko, niebieskie pacholątko.
Przynieś, proszę, siana w główkę, pod kolana
Maleńkiemu Dzieciątku, Boskiemu pacholątku.
A Józef, mąż zacny na Dzieciątko baczny,
Wziął siana niewiele, w żłóbeczku mu pościele.
A zaś bydląteczko, wół i ośląteczko,
Parą swą Nań chuchali, Dzieciątko ogrzewali.
Witaj Królewiczu, Niebieski Dziedzicu,
Bądź pochwalon bez miary, za Twe niebieskie dary.
22 grudnia 2016
grudzień, czyli december. . .
Doktorowi Jarosławowi Neczaj-Hruzewiczowi
Drogi Panie Redaktorze,
rękopis w spóźnionej porze
wysyłam za miesiąc Grudzień,
wierząc, że mi jakoś ujdzie.
Onego spóźnienia powód
tłumaczy się złą chorobą,
co mnie od tygodni trapi,
a nad łóżkiem wisi napis:
"K. I. Gałczyński. Poeta.
Szaleństwo. Ścisła dieta".
Szczeblując do gwiezdnych powal,
niejeden liryk zwariował,
liryk, ten srebrzysty atom...
Odpuśćmy grzechy wariatom.
A ty, panie czytelniku,
nie chełp się ze swą podwiką,
żeście zdrowi i rumiani!
Wszyscyśmy blisko otchłani
i każdemu z woli Boga
powinąć się może noga,
lecz wiedz: diabeł spęta w lesie,
Jezus na światłość wyniesie.
A światłość już niedaleko:
w Grudniu się narodzi Dziecko,
co jednym wzniesieniem dłoni
świat ku światłości nakłoni.
Spójrzcie, jak pierzchają cienie!
Płynie Boże Narodzenie!
W purpurze, w złocie, w lazurze
Anioł dmie w trąbę na chmurze;
radość, radość niedaleko,
radość, co pychę uśmierca...
"Jezu cichy i pokornego serca,
uczyń serca nasze według serca Twego"
1938
Konstanty Ildefons Gałczyński
człowiek, który ma w domu tyle książek. . .
15 grudnia 2016
bez matki. . .
tu sei morto!
Le tue labbra, senza i baci miei,
scoloriron fredde!
E chiudesti, o bimbo,
gli occhi belli!
Non potendo carezzarmi,
le manine componesti in croce!
E tu sei morto
senza sapere quanto t'amava
questa tua mamma!
Ora che sei un angelo del cielo,
ora tu puoi vederla la tua mamma,
tu puoi scendere giů pel firmamento
ed aleggiare intorno a me ti sento.
Sei qui, mi baci e m'accarezzi.
Ah!
Dimmi, quando in ciel potrň vederti?
Quando potrň baciarti?
Oh!
Dolce fine d'ogni mio dolore,
quando in ciel potrň salire?
Quando potrň morire?
Dillo alla mamma, creatura bella,
con un leggero scintillar di stella.
Parlami, amore!
*
Without your mother, o my baby,
you die!
Your lips, without my kisses,
grow pale and cold!
And close, o baby,
your pretty eyes.
I cannot caress you,
your little hands composed in a cross!
And you are dead
without knowing how loved you were
by your mother!
Now you are an angel in heaven,
now you can see your mother,
you can descend from heaven
and let your essence linger around me.
Are you here, feel my kisses and caresses.
Ah!
tell me, when will I see you in heaven?
When will I be able to kiss you?
Oh!
Oh sweet end to all my sorrows,
when I greet you in heaven.
When will I greet death?
Tell you mother, beautiful creature,
with a sparkle of the stars.
Speak to me, my loved one!
(tłum. Natalie Miller)
*
Bez matki, moje dziecko,
umierasz!
Usta twe, bez moich pocałunków
wratają w bladość i chłód!
Zamknij, o dziecię,
oczka swe śliczne.
Pieścić cię nie mogę,
a rączki twe w krzyż ułożone!
I martwy tyś
bez wiedzy o miłości utulenia
od matki swej!
Teraz ty aniołem w niebiesiech,
teraz spoglądać ci już wolno na matkę,
możesz runąć z nieba
i istotą swoją otoczyć mnie!
Czy jesteś tu,
zdolny poczuć moje pocałunki i pieszczoty?
Ah!
powiedz kiedy zobaczę cię w niebie?
Kiedy dana mi będzie swoboda ucałowania cię?
Oh!
Oh nastąpi słodki koniec mych zmartwień,
kiedy spotkam cię w niebie.
Więc, kiedy spotkam śmierć?
Powiedz swojej matce, piękne stworzenie,
iskierką gwiazdy daj znać.
Mów do mnie, kochanie!
Aria Senza mamma
z opery Suor Angelica
z muzyką Giacomo Pucciniego
i librettem Giovacchino Forzano
(przekład własny z jęz. ang.)
16 października 2016
jesień sypiąca gorzkie cynamony. . .
rozcierająca popiół w smagłych palcach,
rozcierająca słowa w smagłej dłoni,
zacierająca blaski dawnych dni;
jesień krocząca jak chytry wielmoża,
krająca plastry czasu niby dynię,
dymem wstająca nad kartofliskami,
ogarniająca domy mglistym płaszczem;
ogarniająca dom mój mglistym płaszczem
i śpiewająca liściom kołysankę
- zapach wanilii na wysmukłych palcach
i zapach trupi w dłoni tej Cyganki,
która przeciera liście i obłoki
i kastanietem uderza o ściany
- lecz to świerszcz może, a może klepsydra? -
nie, nie klepsydra, czas kroplami stuka.
Jarosław Iwaszkiewicz
28 września 2016
kto żyje w obłąkaniu decyzji i wyborów. . .
dzięki zakłóceniom funkcji organicznych. . .
26 września 2016
zemsta. . .
Na sęku wiewiórka złotym futerkiem błyskała.
Zabiłem, zabiłem tę małą śliczną wiewiórkę.
Orzech laskowy łuskała.
Minęło lato. Koło białej kapliczki za dąbrową
wrony ciągną i mgła ku owczym stadom się skrada,
i liście padają na głowę moją
i na martwą wiewiórkę z przestrzeloną głową.
Ostatkiem sił została i wisi.
Daremnie czekałem, jej ciało nie spada.
Do góry się wspinałem
i skrzypiący szkielet gałęzi trząsłem i trząsłem.
Nie chce puścić!
Wiewiórko mała, kto ci dał tyle siły?
Poopadały liście, drzewa już łyse,
tylko wiewiórka wisi.
Wiewiórka mści się.
Rzuciłem dom. W zawiniątku małym
niewiele w świat unoszę.
Tylko z rozbitego zegara kukułkę zabrałem.
Puszczę ją na wolność
w zielonym borze
Konstantin Biebl (tłum. Jan Zych)
z wojska groźny list. . .
z wojska groźny list,
a w nim napisano:
dwunastego rano
muszę karnie stawić się
ach, stawić się.
Mam żołnierzem być,
mam się dzielnie bić,
karabin mi dali,
trzeba więc wypalić
choćby nawet w serce swe,
ach w serce swe.
Taki jest ten list,
który przyszedł dziś,
a ja, rezerwista,
pieśniarz, anarchista,
śpiewam, no i tego klnę,
ach, tego klnę.
Wyruszę więc rad
i zaśpiewam tak:
modry rezerwista,
krwawy anarchista,
w modrej dali krwawy kwiat,
ach krwawy kwiat!
Fráňa Šrámek (tłum. Adam Włodek)
17 września 2016
u chorych, mądrych zwierząt. . .
tylko sroka lata. . .
- Jak wiesz, to jedź, gdzie chcesz!
- To już mogę nie jechać wedle twego planu? Tylko sroka lata prosto, słyszałeś o tym? Wpadnę w wertepy; gdzie nawet zimą dróg nie bywa. Gdzie masz rozum takie głupstwa pleść?
czerwone pyski!. . .
- Gdybyśmy was tu zdybali, spalilibyśmy was razem z chałupami!
- Zubożeliście? Nie ma już czym podpalić? - krzyczał choperczyk zapalczywie.
Odpowiedziano mu spokojnie i wesoło:
- Przypłyń tu, biała kurwo, to nasypiemy ci ognia w podogonie. Do śmierci będziesz się drapał!