07 września 2013

okropny wypadek zaszeregować jako problem czysto techniczny. . .

Prawdopodobnie słyszała już kiedyś o hamulcach, ale nie wiedziała, co to znaczy, i właściwie wcale ją to nie interesowało. Wystarczyło, że w taki sposób można ten okropny wypadek zaszeregować jako problem czysto techniczny, który jej bezpośrednio nie dotyczył.

Robert Musil 
(fragment powieści awangardowej Człowiek bez właściwości, 1942)
   
   
   

opuszczony. . .

Wrony krakać poczęły,
furkocząc skrzydłami ciągną nad miasto:
zaraz zacznie się śnieg, -
temu dobrze, co teraz Heimat ma!

Oto stanąłeś skostniały,
za siebie patrzysz, ach, jak dawno już!
Czemuś tak, głupcze
przed zimą wypuścił się w świat?

Świat - brama
do pustyń tysiąca niema i chłodna!
Kto ją raz zgubił,
coś ty zgubił, nie odnajdzie się.

Teraz blady stanąłeś,
na tułaczkę zimową skazany,
podobny do dymu,
wciąż do zimnych nieb szukając dróg.

Leć, ptaku, skrzecz
twą pieśń pustynnej nuty! -
Skryj głupcze,
serce krwawiące w lodzie i kpinie!

Wrony krakać poczęły
furkocząc skrzydłami ciągną nad miasto:
zaraz zacznie się śnieg, -
temu biada, co Heimatu nie ma!

                                         Friedrich Nietzsche
   
   
   

miliardy i jeszcze ciągle nowe się rodzą. . .

Każdy w sobie nosi te miliardy gwiazd, gasnących powoli jedna po drugiej, zjadanych przez troski, choroby, nieszczęścia i kataklizmy, ale dużo ich – gwiazd, niezliczenie, miliardy i jeszcze ciągle nowe się rodzą, i może to jest to właśnie, co trzyma nas. Może to jest to, ten ciężki cud, za sprawą którego udaje się jednak wyleźć z mroków jamy na powierzchnię, i żyje się dalej. Świeci się dalej.

Edward Stachura (fragment powieści Cała Jaskrawość, 1969)
   
   
   

do kogo, jakim słowami. . .

Kto modlił się, do kogo, jakim słowami, czy mógłby też pomodlić się za nas?

Edward Stachura (fragment powieści Cała Jaskrawość, 1969)
   
   
   

06 września 2013

skończył się czas na kobiety. . .

(...)aluminium teraz robi karierę, kobiety już nie, skończył się czas na kobiety(...)

Edward Stachura (fragment powieści Cała Jaskrawość, 1969)
   
   
   

tu brałyśmy lekcje życia. . .

Słońce świeciło. Siedzieliśmy i paliliśmy papierosa na naszej ławce, na której, zapomniałem przez gapiostwo powiedzieć, wypisany był długopisem pamiątkowy napis: "Tu brałyśmy lekcje życia - Jadźka i Bronka". Dla czystej bezinteresownej informacji albo gdyby się ktoś pytał, to melduję, że nie z nami brały Jadźka i Bronka na tej ławce lekcje życia. Czyichś zasług nie będziemy sobie przypisywać.

Edward Stachura (fragment powieści Cała Jaskrawość, 1969)
   
   
   

dla nas nie ma ratunku, ale my nie zginiemy. . .

Która była godzina. To jest nieważne. Była godzina G. Zawsze jest godzina G. Ginąca gigantyczna godzina. Gorączkowo grasująca. Galopująca w gardle. Gruchocąca grdykę. I tak dalej. Alemy się nie damy. Dla nas nie ma ratunku, ale my nie zginiemy(...)

Edward Stachura (fragment powieści Cała Jaskrawość, 1969)
   
   
   

oczy ma suche, twarz nieruchomą, a on płacze. . .

(...) czułem, jakby mi łzy ściekały po wewnętrznych ściankach gardła i piersi, jak wilgoć po ściankach jaskini. O, niewidoczny, podskośny płacz. Oto patrzysz na kogoś, oczy ma suche, twarz nieruchomą, a on płacze. Szloch nim wstrząsa, choć nie drga mu brew.

Edward Stachura (fragment powieści Cała Jaskrawość, 1969)
   
   
   

cokolwiek powiecie, to i tak nie będzie to. . .

Niech mnie nikt nie rusza, mówię. Ty, i ty, i ty, i pan, i pani, i pan: czy można prosić was? Nie ruszajcie mnie. Nie mówcie o mnie. Ni źle, ni dobrze, ni w ogóle, ni mimochodem. Bo cokolwiek powiecie, to i tak nie będzie to. Pomińcie, proszę, mnie milczeniem. A najlepiej zapomnijcie. Szczęście z wami, cicho ze mną.

Edward Stachura (fragment powieści Cała Jaskrawość, 1969)
   
   
   

wstajemy?. . .

- Cześć - usłyszałem.
- Cześć, Witek. Dawno nie śpisz?
- Niedawno. Wstajemy?
- Wstajemy. Zjemy coś i przejdziemy się gdzieś.
- Tak trzeba. Wiedeńscy lekarze o tym mówią.
- Aha. A o czym?
- Że ruch jest korzystny.

Edward Stachura (fragment powieści Cała Jaskrawość, 1969)
   
   
   

nigdy nie da nam sen tylu sił, żeby starczyło nam ich na jawę. . .

Witek odwrócony do mnie plecami, nie wiem, czy spał, czy też leżał przebudzony, na boku, z otwartymi oczami. Na razie nie chciałem go pytać, cicho oczywiście, tak żeby go nie przebudzić, w razie gdyby spał. Jeśli śpi, niech śpi. Wczoraj, jak każdego dnia, straciliśmy dużo sił, a ze snu podobno rodzą się siły nowe. Niech więc wtedy obudzi się Witek, kiedy trochę nazbiera mu się, kiedy narodzi mu się nowych sił. (...)ale mówię "trochę", bowiem, że nigdy nie da nam sen tylu sił, żeby starczyło nam ich na jawę. Sennych sił starcza zaledwie na parę godzin. Inaczej mówiąc: gdzieś do południa. Trochę sił daje chleb i woda. Do chleba smalec, do wody listek herbaty. Ale to wszystko mało. Starcza tych sił na parę godzin. Inaczej mówiąc: gdzieś do czwartej po południu. To skąd bierzemy siły, żeby żyć na jawie, żeby się jawić do północy i często dalej, do nocnego popołudnia, i często dalej, do białego ranka?

Edward Stachura (fragment powieści Cała Jaskrawość, 1969)
   
   
   

po gęstości, barwie i zapachu ciemności. . .

Kiedy obudziłem się, miarkując po smugach światła przebijających przez dziury w dachu i przez szczyt od południowo-wschodniej, mogło być około ósmej rano. Określanie godziny po nachyleniu konta promieni czy w ogóle po światłości dnia i określanie nocnej godziny już nie po gwiazdach, ale po gęstości, barwie i zapachu ciemności - należało do zakresu tej gałęzi nauki, którą zawsze ceniłem(...)

Edward Stachura (fragment powieści Cała Jaskrawość, 1969)
   
   
   

żeby śmierci, tej zwyczajnej wariatce, nic nie zostawić w spadku. . .

Tak to my z Witkiem żywi byliśmy. Tak to my czuliśmy i dźwigaliśmy wstrząsający ciężar najbłahszej chwili, że to jest wprost niewiarygodne, tak żyć w ciągłym nieustannym napięciu. Ale tak my żyliśmy. I nie pomyślałem przedtem o tym, ale wiedząc, co nas czeka, to znaczy to, że przestanie bić nam serce, tylko tak mogliśmy się uratować. Życiem bez reszty. Wypalić się do końca, od spodu, żeby śmierci, tej zwyczajnej wariatce, nic nie zostawić w spadku, niech odziedziczy po nas popiół wygasły i niech go sobie rozdmucha, jeśli chce, na siedem stron, i niech ma przy tym iluzję, że nie jest bezrobotna.

Edward Stachura (fragment powieści Cała Jaskrawość, 1969)
   
   
   

05 września 2013

liście winnej latorośli rysowały się cieniami na piasku. . .

Nazajutrz Karol usiadł na ławce w altanie. Przez drewnianą kratkę przenikało światło; liście winnej latorośli rysowały się cieniami na piasku, pachniał jaśmin, niebo było niebieskie, kantarydy brzęczały wokół kwitnących lilii i Karol dławił się jak młodzieniec od tych niejasnych tchnień miłosnych wzbierających w tym jego zbolałym sercu.

Gustave Flaubert 
(fragment powieści realistyczno-psychologicznej Pani Bovary, 1857)
   
   
   

ociekającego kroplami topiących się diamentów. . .

Nisko, tuż nad ziemią, na widnokręgu płaskich łąk wstawała purpurowa tarcza księżyca. Wzniosła się szybko między gałęziami topoli, które przesłaniały ją niekiedy niby czarną, dziurawą płachtą. Potem, olśniewająco biała, rozświetliła puste niebo i rzuciła na rzekę wielką plamę, która rozprysnęła się w nieskończoność gwiazdek; i srebrny ów blask zdawał się zwijać w głębi wód, jak bezgłowy wąż o świetlistych łuskach. Podobne to było także do olbrzymiego świecznika, ociekającego kroplami topiących się diamentów. Cicha noc rozciągała się dokoła, w gąszczu kryły się płaty cienia. Emma z przymkniętymi oczyma łowiła świeże podmuchy wiatru. Milczeli, zagubieni w marzeniach. Tkliwość dawnych dni zalała im serca, ogromna i cicha jak owa rzeka, a słodka jak won. jaśminów, i rzuciła w głąb ich wspomnień cienie dłuższe i smętniejsze od cieni nieruchomych wierzb, wydłużających się na trawie. Niekiedy jakieś nocne zwierzątko, jeż lub łasica, zaszeleściło liśćmi, wyruszając na łowy, lub też słychać było, jak dojrzałe brzoskwinie spadają z gałęzi.

Gustave Flaubert 
(fragment powieści realistyczno-psychologicznej Pani Bovary, 1857)
   
   
   

04 września 2013

taka jakaś mgła, co ją miała w głowie. . .

Była taka smutna, taka smutna, że kiedy wychodziła za próg, to jakby kto całun pogrzebowy wywiesił na drzwiach. Mówili, że jej choroba to taka jakaś mgła, co ją miała w głowie, i ani doktorzy, ani ksiądz nic na to poradzić nie mogli. Kiedy ją gorzej napadało, szła sama nad morze i strażnik celny przechodząc widział nieraz, jak płacze leżąc twarzą do ziemi.

Gustave Flaubert 
(fragment powieści realistyczno-psychologicznej Pani Bovary, 1857)
   
   
   

muzykę niemiecką. . .

- A jaką muzykę lubi pan najbardziej?
- Ach! muzykę niemiecką, tę, która skłania do marzeń.

Gustave Flaubert 
(fragment powieści realistyczno-psychologicznej Pani Bovary, 1857)
   
   
   

księża zawsze murszeli w bezecnym nieuctwie. . .

   Gospodyni wzięła księdza w obronę.
   - Zresztą czterem takim jak pan dałby radę. W zeszłym roku pomagał naszym ludziom przy zwożeniu słomy: po sześć snopków brał naraz. Taki z niego siłacz.
   - Winszuję! - zakrzyknął aptekarz. - I posyłajże tu, człowieku, córki do spowiedzi do zuchów o takiej kompleksji. Ja, na miejscu rządu, kazałbym księżom puszczać krew co miesiąc, tak, moja pani, co miesiąc porządnie krwi upuścić w interesie publicznego bezpieczeństwa i dobrych obyczajów!
   - Milczałbyś pan lepiej, panie Homais! Co za bezbożnik z pana! Nie uznaje pan żadnej religii! Aptekarz odpowiedział:
   - Uznaję, uznaję moją własną religię i bardziej jestem na swój sposób religijny niż oni wszyscy z ich błazeństwami i kuglarskimi sztuczkami. O tak! Ja wielbię Boga. Wierzą w Istotę Najwyższą, w Stwórcę, kimkolwiek by on był, który zesłał nas tu, abyśmy spełniali obowiązki obywateli i ojców rodzin. Ale nie mam żadnej potrzeby chodzić do kościoła, całować relikwii i tuczyć z własnej kieszeni stada błaznów, którym wiedzie się lepiej niż nam. Gdyż równie dobrze można czcić Boga w lesie, w polu lub nawet, idąc wzorem starożytnych, zapatrzywszy się w sklepienie niebieskie. Bóg, mój Bóg, to Bóg Sokratesa, Franklina, Voltaire'a i Berangera. Jestem za Wyznaniem wiary wikarego z Sabaudii i za nieśmiertelnymi zasadami 89 roku! Toteż nie uznaję tego poczciwego Boga-człowieka, który przechadzając się po swym ogródku z laską w ręku, umieszcza swych przyjaciół w brzuchu wieloryba, umiera z krzykiem i zmartwychwstaje po trzech dniach; są to rzeczy same w sobie zupełnie pozbawione sensu i zresztą całkowicie sprzeczne z wszelkimi prawami fizyki. Wykazują tylko, że księża zawsze murszeli w bezecnym nieuctwie i że chcą wraz ze sobą pogrążyć w nim wszystkie ludy.

Gustave Flaubert 
(fragment powieści realistyczno-psychologicznej Pani Bovary, 1857)
   
   
   

reszta świata nie miała określonego miejsca, była zagubiona, nie istniała. . .

Paryż, rozleglejszy od oceanu, lśnił przed jej oczyma skąpany w złocistym blasku. Życie, rojące się w tym mrowisku, dzieliło się jednak na odrębne części, zamykało w określonych obrazach. Emma dostrzegała jedynie dwa czy trzy, które przesłaniały jej pozostałe i które uważała za pełny wyraz całej ludzkości. Świat ambasadorów kroczył po lśniących posadzkach zwierciadlanych salonów, wokół owalnych stołów, przykrytych aksamitną serwetą ze złotymi frędzlami. Były tam suknie z trenami, wielkie tajemnice i niepokoje ukryte pod maską uśmiechów. Potem przychodził świat bladych księżniczek: wstawano tam o czwartej; kobiety, biedne anioły, nosiły halki przybrane szwajcarskim haftem, a mężczyźni, zapoznani geniusze o pozorach lekkoduchów, zajeżdżali konie dla rozrywki, spędzali sezon letni w Baden, a wreszcie, po czterdziestce, żenili się z posażnymi pannami. W gabinetach restauracyjnych, gdzie ucztuje się po północy, śmiał się w blasku świec różnobarwny tłum literatów i aktorek. Byli oni rozrzutni jak królowie, pełni szlachetnych ambicji i oszałamiających upojeń. Życie ich nie miało sobie równego, zawieszone wśród burz pomiędzy niebem a ziemią, ach! jakże było wzniosłe! Reszta świata nie miała określonego miejsca, była zagubiona, nie istniała. Zresztą im bliżej coś jej dotyczyło, tym bardziej się od tego odsuwała. Zdawało jej się, że wszystko, co ją otacza: nudna wieś, bezmyślni jej mieszkańcy, całe to przeciętne życie, jest wyjątkiem, jakimś szczególnym przypadkiem, w który wplątała się nie wiedzieć czemu, podczas gdy wokół niej, jak okiem sięgnąć, rozciąga się kraina szałów i upojeń. W pragnieniach swych nie odróżniała zmysłowego zadowolenia, które było wynikiem zbytku, od czystej radości serca ani wytwornych obyczajów od delikatności uczuć. Bo czyż miłość, jak egzotyczna roślina, nie wymaga właściwie przygotowanego gruntu i odpowiedniej temperatury? Westchnienia przy blasku księżyca, długie uściski, łzy, które spływają na rozłączające się dłonie, gorączkowe życie zmysłów, czułe tęsknoty były nieodłączne od balkonów wielkich zamków, gdzie wiedzie się życie beztroskie, od buduaru o jedwabnych zasłonach, wysłanego puszystym kobiercem, z koszami pełnymi kwiatów, z łóżkiem na wzniesieniu, nieodłączne od połysku drogich kamieni i galonów liberii.

Gustave Flaubert 
(fragment powieści realistyczno-psychologicznej Pani Bovary, 1857)
   
   
   

muzyka nie ma siły, by nas ocalić. . .

Kiedy nawet muzyka nie ma siły, by nas ocalić, w naszych oczach rozbłyskuje sztylet; w niczym, oprócz fascynacji zbrodnią, nie mamy już oparcia.

Emil Cioran (z pisma filozoficznego Sylogizmy goryczy, 1952)
  

     

02 września 2013

villanella. godzina psychologii. . .

Zbyt gorliwie podszedłem do zadania,
które okazało się złowróżbne.
Jak przystało na kogoś w średnim wieku
Rozłożyłem odpowiednie książki.
Gotów byłem przewracać stronice.

Piękno zdarza się niezmiernie rzadko.
Tylko nieliczni piją z mej fontanny.

Tyle jałowej goryczy,
Tyle straconych godzin!
A teraz wyglądam sobie przez okno,
Deszcz i błąkające się autobusy.
Myślę, „ich mały kosmos zadrżał". -
Ożywiło się przez to powietrze.
W różnych częściach miasta
bawią się nimi odmienne siły.
Skąd to wiem?
Oj, wiem dość wiele.
Według nich na coś się zanosi.
Co do mnie;
Z byt gorliwie podszedłem do zadania -

Piękno zdarza się niezmiernie rzadko.
Tylko nieliczni piją z mej fontanny.

Przyjaciół dwóch: czuć powiew lasu...
Przyjaciele? Czy mniej są przyjaciółmi
ci, których wreszcie odnajdujesz?
Już dwa razy obiecali wpaść.

„Między nocą a porankiem?"
Piękno mogłoby spijać z moich myśli.

Młodość mogłaby zapomnieć na chwilę,
że moja młodość odeszła ode mnie.

II
(„Mów no! Tańczysz zbyt sztywno?
Ktoś podziwiał twoje dzieła,
I powiedział tak szczerze
'Gadałeś głupoty
Pierwszej nocy?
A drugiego wieczora?'
Ale oni znów obiecali:
'Do - jutra wieczorem "').

III
Teraz mija już trzeci dzień -
bez słowa od żadnego z nich;
Bez słowa od niej ani niego,
Tylko ktoś obcy wręcza wiadomość:
„Panie Pound, muszę opuścić Anglię".

                                                        Ezra Pound
   
   
   

kto nie myśli jak oni. . .

Gospodyni: A pfe, panie Jakubie! obłudnik, pyszałek, nieuk, potwarca, człowiek bez tolerancji; tak bowiem zowią, o ile mi się zdaje, tych, co to zamordowaliby chętnie każdego, kto nie myśli jak oni.

Denis Diderot 
(fragment powiastki filozoficznej Kubuś Fatalista i jego Pan, 1796)
   
   
   

z tą apostrofą, zyska. . .

Wróciła tedy i uprzedzam cię, czytelniku, że nie jest już w mej mocy odesłać ją z powrotem. A to czemu? – Bo zjawiła się z dwiema butelkami szampańskiego, po jednej w każdej ręce, i ponieważ jest napisane w górze, że wszelki mówca, który zwrócił się do Kubusia z tą apostrofą, zyska nieodwołalnie jego ucho.

Denis Diderot 
(fragment powiastki filozoficznej Kubuś Fatalista i jego Pan, 1796)
   
   
   

padła u stóp skały rozsypującej się w proch. . .

„Pierwsza przysięga, jaką wymieniły istoty z krwi i ciała, padła u stóp skały rozsypującej się w proch; na świadka swej stałości wezwali niebo, które ani chwili nie jest jednakie; wszystko mijało w nich i koło nich, a oni mniemali, iż serca ich wolne są od tej skazy. O dzieci! wieczne dzieci!...”

Denis Diderot 
(fragment powiastki filozoficznej Kubuś Fatalista i jego Pan, 1796)
   
   
   

01 września 2013

geniusz tyraństwa. . .

 Jeśli w duszy budzi się niepohamowana chęć wydobycia się na wierzch sposobami tyrańskimi, i stale podtrzymuje ogień, wtedy nawet mały talent (polityków lub artystów) staje się stopniowo niepokonaną niemal siłą natury.

Friedrich Nietzsche (z dzieła filozoficznego Ludzkie i Arcyludzkie, 1880)