Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrzejewski Jerzy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrzejewski Jerzy. Pokaż wszystkie posty

13 maja 2017

psalm XV. . .

Niech będzie pohańbiony
I obleczony w hańbę
I zawstydzony niechaj będzie
Niechaj w sromocie tonie

Niech będzie jako plewy
Na wiatr rzucone nocą
I niech ta droga długa
Prowadzi na zginienie

Niech mu zaniemieją wargi
Usta niegodne i kłamliwe
Zapłatą niech mu będzie
Pogarda sprawiedliwych

Niech będzie spustoszony
Niech będzie podeptany
Niech zatracony ginie
I w poniżeniu kona

Niech wodą się rozpłynie
i w niwecz się obróci
Niech będzie jako strzała
w cięciwie połamana

Niech będzie rozproszony
wypadnie z pamięci
Niech będzie mu zagłada
ze świata czterech stron

Niechaj ci będzie synu, człowieku,
który źle myślisz przeciwko drugiemu,
zagłada, niechaj ci będzie synu, człowieku.

Niechaj ci będzie zagłada.

Niechaj ci będzie synu człowieku,
który źle myślisz przeciwko drugiemu...

Niechaj ci będzie zagłada.

                                               Jerzy Andrzejewski
   
   
   

29 stycznia 2014

psalm XV / zagłada na ciebie / fragment. . .

Niech będzie spustoszony
Niech będzie podeptany
Niech zatracony ginie
I w poniżeniu kona

Niech wodą się rozpłynie
i wniwecz się obróci
Niech będzie jako strzała
w cięciwie połamana

Niech będzie rozproszony
wypadnie niech z pamięci
Niech będzie mu zagłada
ze świata czterech stron

Niechaj ci będzie synu, człowieku,
który źle myślisz przeciwko drugiemu,
zagłada, niechaj ci będzie synu, człowieku.

Niechaj ci będzie zagłada.

Niechaj ci będzie synu, człowieku,
który źle myślisz przeciwko drugiemu...


                                                     Jerzy Andrzejewski
   
   
   

20 maja 2013

prawda zabija nadzieję. . .

(...)nie kłamstwa, lecz prawda zabija nadzieję, i wówczas, gdy to pomyślał, stała się ciemność i w nim, i ponad nim, stało się przerażenie, potem strach większy od poprzedniego przerażenia(...)

Jerzy Andrzejewski (fragment powieści Bramy Raju, 1960)
   
   
   

czułem jego nagość pod płócienną, wiejską tuniką. . .

(...)nikły poblask ogniska słabo rozjaśniał mroczne i ciasne wnętrze, w kącie było posłanie z jelenich skór, tu śpisz?, tak - odpowiedział, czułem go przy sobie nie dalej niż na wyciągnięcie ramienia, czułem jego nagość pod płócienną, wiejską tuniką, wydawało mi się przez moment, że w ciszy, jaka była, słyszę przyśpieszone pulsowanie serca, chciałem powiedzieć: tu, na tym posłaniu, trzymał cię w ramionach i mówił ci, że cię kocha i zawsze będzie kochać, chciałem to powiedzieć, ale milczałem i wreszcie powiedziałem: spytałeś, czy szukam mego pana, nie szukam go, ponieważ nie szuka się umarłych, i myślałem: widzisz, stojący tuż obok mnie, niewidzialny i nie istniejący, ja, który oddycham, widzę i słyszę, jestem tutaj zamiast ciebie i ja, a nie ty, zamknięty w ciężkiej trumnie i już bezsilnie gnijący, powiem za chwilę: jeżeli pójdziesz ze mną i będziesz przy mnie, uczynię wszystko, czego pragniesz, będę ci służył i będę cię ochraniać, będę dla ciebie wszystkim, czym pozwolisz mi być, będę daleki, jeśli tego zażądasz, i będę bliski, jeśli na to pozwolisz, będę przy twoich snach i zawsze przy twoich smutkach, ponieważ kocham cię i twojej obecności potrzebuję jak oddechu, kocham cię od tej pierwszej chwili, gdy ujrzałem cię pochylonego nad wygasającym ogniskiem, kocham cię, choć nie wiem, czy moja miłość wynika tylko ze mnie i z ciebie, tylko z nas dwojga, z ciebie i ze mnie, czy też zbudził ją z nieistnienia ten, który teraz już nie istnieje, powiązaniem mnie i ciebie jest ta miłość czy też natarczywym odblaskiem miłości innej, tej, która pierwsze swoje słowo zdążyła tylko raz wypowiedzieć, a potem poszła w chłód i szum śmiertelnych wód, aby już nigdy nie odnowić się w ciele i słowie, nie wiem, skąd się wzięła moja miłość do ciebie, ale skądkolwiek zaczerpnęła swój początek i swoje pierwsze oczarowanie, nigdy cię kochać nie przestanę, ponieważ jeśli istnieję, to tylko dlatego, aby, sam nie kochany, potrzebę miłości całym sobą potwierdzić, to wszystko wśród śmiertelnej ciszy, jaka była, myślałem, już wiedziałem, że nie mam nic więcej do powiedzenia, jeszcze pomyślałem: ty, przygnieciony ciężkimi płytami grobu, nie myślę o tobie, ale nie uwolniłem się od ciebie powiedział, potem spytał: byłeś przy nim?, byłem, wiosenne rzeki są zdradliwe, i nie mogłeś go uratować?, nie - odpowiedziałem - to się stało tak szybko, jak szybko kamień idzie na dno, i znów była cisza, nie podsycane ognisko musiało wygasać, ponieważ całkiem ciemno stało się w szałasie, ale mimo mroku wciąż go czułem przy sobie nie odleglejszego niż na wyciągnięcie ramienia, idź -(...)

Jerzy Andrzejewski (fragment powieści Bramy Raju, 1960)
   
   
   

nie miłość i nie wierność, tylko żądza, przyjaciółka samotnych. . .

(...)potrzeba gwałtu i okrucieństwa targają naturą człowieka, człowiek przed nimi ucieka, ucieka od samotności, boi się jej i wstydzi, potem w stadzie, silny i szalony, zadaje i szerzy gwałt, jest ślepy, jest głuchy, ale jest silny, ponieważ jest szalony, aż przychodzi chwila przebudzenia i wówczas człowiek znów zostaje sam, tylko o całą zbrodniczość opętania bardziej niż przedtem samotny i w tym osamotnieniu ostatecznym, w więzieniu ciała i myśli, poczyna szukać ratunku, jednak daremnie go szuka, daremnie czepia się cieni ocalenia, tylko w gwałcie potrafi się zatracić, w gwałcie już odartym ze złudzeń, nagim i ciemnym jak nienawiść, to mógł myśleć jadąc samotny wśród puszczy ogarnianej pierwszymi cieniami zmierzchu, a jeśli się zdarzyło, iż spojrzał w pewnej chwili na swoje dłonie, wówczas musiał myśleć: te dłonie były dłońmi mordercy, czymże jest ślepa wiara i w ogóle wiara wobec dłoni, które są dłońmi mordercy, teraz potrafiąc tylko rozkosz wydzierać z uległych ciał, tylko rozkosz potrafiąc brać i dawać, bowiem kiedy wszystko zawodzi, zostaje żądza, ona jedna, nie miłość i nie wierność, tylko żądza, przyjaciółka samotnych, czujna i poszukująca, wierna nawet we śnie, nigdy nie nasycona, z nią i przez nią idzie się na dno, więc po co uciekać, jeśli uciec nie można?,(...)

Jerzy Andrzejewski (fragment powieści Bramy Raju, 1960)
   
   
   

boże nieobecny i nie istniejący, tylko przez nas stworzony, nie wiem, o co mógłbym cię prosić, gdybyś był. . .

(...)Boże - pomyślał - wielki, wszechmogący Boże, którego nigdy nie było i nie ma, wielki Boże, który istniejesz tylko przez nasze nieszczęścia, Boże nieobecny i nie istniejący, tylko przez nas stworzony, nie wiem, o co mógłbym cię prosić, gdybyś był, pamiętam, iż jest napisane, że miłość może zdziałać cuda, góry może przenosić i jeszcze coś robić, czego nie pamiętam, mnie moja miłość, nigdy mnie nie kochał, nawet nie musiał powiedzieć: rozbierz się, ponieważ byliśmy w łaźni i byłem nagi, rozłożył na ławie mój purpurowy płaszcz, który mi ofiarował(...)

Jerzy Andrzejewski (fragment powieści Bramy Raju, 1960)
   
   
   

wiosenna burza szybko się przybliżała. . .

(...)ja mu w tej pełnej trudów drodze towarzyszę, ponieważ i on, i ja, oboje w niewoli nieosiągalnej miłości, przysięgliśmy sobie, iż zawsze i w każdej chwili, w doli i w niedoli, w dostatku i biedzie, w zdrowiu i w chorobie, w chwale i poniżeniu, będziemy się wzajemnie myślą i uczynkiem wspierać i wspomagać(...) wiosenna burza szybko się przybliżała, ciemne i ciężkie chmury docierały już do najwyższej wysokości nieba, szli prosto w burzę i w błyskawice coraz częściej się zapalające, i w grzmoty, które przetaczały się już nie u kresu dalekiego horyzontu, lecz wybuchając u szczytu nadciągających ciemności spadały nieskończenie długo w ciemność, jeszcze o echo przedłużając swój groźny warkot, aby, nim ono ścichnie, znów i prawie równocześnie z oślepiającym błyskiem targnąć mrocznym sklepieniem nieba, nagle, jakby z trwałego bezruchu zrodzony, zerwał się wiatr, żółty tuman kurzu wzbił się nad płaską równiną(...)

Jerzy Andrzejewski (fragment powieści Bramy Raju, 1960)
   
   
   

wreszcie znajdziemy się w miejscu, gdzie będzie pusto i gdzie będziemy tylko sami. . .

(...)i gdy już wszyscy dokoła będą zmożeni ciężkim snem, powie półgłosem: chodź, wtedy wstanę i pójdę za nim, będziemy szli ostrożnie, żeby nikogo nie zbudzić, aż wreszcie znajdziemy się w miejscu, gdzie będzie pusto i gdzie będziemy tylko sami, rozłoży na ziemi swój purpurowy płaszcz, będziemy się rozbierać w milczeniu, ponieważ ani mnie, ani jemu nie są potrzebne słowa, wiem, o czym on myśli, i on wie, o czym ja myślę, wejdzie we mnie brutalnie i gwałtownie, będziemy nawzajem czerpać ze swoich ciał rozkosz, myśląc wśród rozkoszy złączeni cieleśnie: ja, że nie on mi ją zadaje, on, że nie mnie ją przeznacza(...)

Jerzy Andrzejewski (fragment powieści Bramy Raju, 1960)
   
   
   

17 maja 2013

skupisz dokoła siebie i przy ich pomocy i poparciu zburzysz wszystko, co jest teraz. . .

— Nie, nie teraz, później. Wpierw muszę omówić z tobą szereg spraw. Trzeba będzie, nie zwlekając, wiele rzeczy odmienić w naszym Królestwie. Właściwie wszystko. Czeka cię ogromna praca i aż lęk mnie ogarnia, że możesz nie podołać tym nadludzkim nieomal zadaniom. Lecz któż może to uczynić, jeśli nie ty? Mam zresztą nadzieję, że znajdą się jeszcze ludzie nie przeżarci doszczętnie strachem i kłamstwem, a także nie zarażeni pychą i nienawiścią. Takich skupisz dokoła siebie i przy ich pomocy i poparciu zburzysz wszystko, co jest teraz. Tak, to, co jest, nadaje się tylko do zburzenia i wymiecenia precz. Wszystko jest ponad miarę złe, zatrute i skarlałe. Trzeba to precz odrzucić. Miałeś jednak słuszność, mój synu.

Jerzy Andrzejewski (fragment powieści Ciemności kryją ziemię, 1957)
   
   
   

mali człowieczkowie bełkocący. . .

— Niczego, na szczęście, nie zdołasz zmienić. Wszystko pójdzie wyznaczoną przez ciebie i jedynie słuszną drogą. Będzie się umacniać i krzepnąć budowa Królestwa Bożego na ziemi, wielkie dzieło powszechnej niewoli dla przyszłej wolności oraz przemocy i terroru, aby sprawiedliwość mogła zapanować. Oczywiście, od czasu do czasu będą się za-pewne pojawiać to tu, to tam jacyś mali człowieczkowie bełkocący o jakiejś mglistej i nie z tej ziemi wolności. Lecz cóż oni wobec systemu, który zbudowałeś?


Jerzy Andrzejewski (fragment powieści Ciemności kryją ziemię, 1957)
   
   
   

stworzyłem system. . .

Istotnie zaległa cisza. Torquemada myślał: „Stworzyłem system, lecz dzięki niemu i poprzez niego stworzyłem także ludzi systemu. Co uczynić z nimi, jeśli system okazał się zgubnym szaleństwem? Jak usunąć terror, gdy zdążył zrodzić ludzi, którzy w nim tylko znajdują rację swego istnienia? Zniszczyć ich przy pomocy terroru?”

Jerzy Andrzejewski (fragment powieści Ciemności kryją ziemię, 1957)
   
   
   

dzisiaj klęskę ponoszą wszyscy. . .

— Masz świetne wino, don Miguelu — powiedział lekko. — Siadaj i napij się ze mną. Żyjesz na tym odludziu jak w bajce.
— Tak sądzicie, panie? Trudno mi, doprawdy, rozstrzygnąć, co jest, a co nie jest bajką. Na razie żyję, jak mi się podoba.
   Don Lorenzo roześmiał się hałaśliwie.
— Na nadmiar skromności nie możesz się uskarżać. Mówisz takim tonem, jakbyś chciał dać do zrozumienia, że tylko ty jeden potrafisz żyć według własnych pragnień. Istotnie tak myślisz?
— Nie — odparł don Miguel — nie uważam się za człowieka uprzywilejowanego. Po prostu jedni ludzie żyją zgodnie ze swymi upodobaniami, inni wbrew nim.
— Oczywiście, jak się domyślam, przypisujesz tym pierwszym rozliczne cnoty, zwłaszcza szczególną odwagę?
— Słusznie się, panie, domyślacie. Istotnie, w naszych czasach myślenie wymaga odwagi.
— Widzę, że nie nazbyt podobają ci się nasze czasy?
— Przeciwnie, podziwiam ich doskonałą sprawiedliwość.
— Rzeczywiście?
— Dotychczas, jak wiadomo, dzieliła ludzi okrutna nierówność. Jedni wygrywali swoje życie, drudzy je przegrywali. Dzisiaj klęskę ponoszą wszyscy. Don Lorenzo zmarszczył brwi.
— Mówisz, jakbyś był heretykiem.
— Tak myślę.
— Tym gorzej, jeśli tak myślisz.
— A nie sądzicie, panie, że wobec powszechności klęski jednak najmniejszą ponosi ten, kto ją przewiduje?
— Nie wiem. Przywykłem myśleć, iż ten zwycięża, kto klęski w ogóle nie bierze w rachubę.
— Nie wątpię, panie, że tak właśnie myślicie. Ale nadzieja zawsze kosztuje najdrożej.
   Don Lorenzo napełnił puchar winem i nim podniósł go do ust, powiedział twardo:
— Nadzieja nie zna klęski.
   Na to rzekł don Miguel:
— Tym gorzej.
— Dla nadziei?
— Dla tych, którzy się nią łudzą.


Jerzy Andrzejewski (fragment powieści Ciemności kryją ziemię, 1957)
   
   
   

16 maja 2013

dokąd mnie mogą zaprowadzić nienawiść i pogarda?. . .

— Masz słuszność, ojcze. Mojej nienawiści i mojej pogardy przede wszystkim się boję.
— Nieprawda!
— Tak, mój ojcze.
— Kłamiesz albo tchórzliwie chcesz oszukać samego siebie. Nie, nie pogardy i nienawiści się boisz, lecz miłości.
— Miłości?
— Czymże jest pogarda i nienawiść zła? Czyż nie są obie zbrojnymi ramionami miłości dobra?
— Ojcze mój, przecież nie źródło, lecz rzeka, która czerpie z niego swoje siły, bywa straszna i groźna.
— Znów się mylisz. I jak naiwnie! Rzeki istotnie bywają groźne i wiele mogą wyrządzić spustoszeń, jednak nie dzięki swym źródłom, lecz dlatego że ich wody zasilane są przez deszcze oraz topniejące w górach śniegi.
— A myślom i uczuciom płynącym z miłości, ojcze, czyż także nie zagraża wtargnięcie rzeczy obcych jej naturze? Jakąż mogę mieć pewność, iż powodowany umiłowaniem dobra obronię się przed postępkami, które są jemu przeciwne? Czyż potrafię przewidzieć, dokąd mnie mogą zaprowadzić nienawiść i pogarda?

Jerzy Andrzejewski (fragment powieści Ciemności kryją ziemię, 1957)
   
   
   

wzrastała wśród ludzi pobożność i szerzył się jej wierny cień — strach. . .

   W kilku miastach Królestwa, w Sewilli, w Jaén i w Cuenca, posiadających już od paru lat własne trybunały inkwizycyjne, przyśpieszono uroczyste autodafé i procesje skazańców, przyodzianych w hańbiące spiczaste kapelusze, w grube żółte koszule, z obrożami z żarnowca na szyjach, martwe zielone świece trzymających w dłoniach, wyruszyły przy biciu dzwonów na place straceń, zwane quamadero, wcześniej, niż to było zapowiadane. Płonęły stosy, żelazne łańcuchy dusiły heretyków, którzy się w ostatniej chwili pokajali, setki pomniejszych grzeszników zsyłano na galery, lecz opróżnione więzienia szybko się zapełniały nowy-mi winowajcami. Chcąc dopomóc błądzącym, ogłaszano w kościołach dni świąteczne i po odczytaniu aktów wiary wzywano w ten czas wszystkich wiernych, aby będąc winnymi lub o winie drugich cokolwiek wiedząc, sami w ciągu najbliższych dni trzydziestu oskarżyli siebie przed odpowiednim Trybunałem. Jedni czynili to, drudzy padali ofiarą pierwszych i już nikt nie był pewien życia, czci i mienia. Nawet po umarłych sięgało karzące ramię Świętych Trybunałów i jeśli na skutek czyjegoś oskarżenia imię zmarłego popadło w niesławę — wygrzebywano ciało z poświęconej ziemi i palono je in effigie na stosie, rodzinę nieboszczyka pozbawiając majątku oraz wszelkich godności i przywilej- ów. Tak zatem wzrastała wśród ludzi pobożność i szerzył się jej wierny cień — strach.

Jerzy Andrzejewski (fragment powieści Ciemności kryją ziemię, 1957)
   
   
   

potrzebował: ogromu kamiennej przestrzeni, mroku i milczenia. . .

   Wszedłszy do kościoła zamknął drzwi, mimo to bardzo wyraźnie słyszał oddalające się kroki don Rodriga. Skoro te ścichły wreszcie w głębi dziedzińca, poczuł się tak samotny, jakby zerwał ostatnią łączność ze światem.
   Chłód w kościele był przenikliwszy niż w klasztorze, a ciemność, skuta przestrzenią i ciszą, sprawiała wrażenie za-topionej w głębokościach niewidocznych murów i wiązań. Wprawdzie daleko, przed głównym ołtarzem, i bliżej, w bocznych kaplicach, tliły się żółtawe światełka oliwnych lampek, jednak ich kruche poblaski nie tylko mroku nie rozświetlały, lecz zdawały się go pogłębiać. Przecież, kiedy podniósł wzrok ku górze, zdołał po chwili rozpoznać zarysy wysokich łuków sklepienia i wówczas, jak gdyby owe odległe kształty niosły świadectwo życia — poczęło zanikać w nim wrażenie zagubienia i samotności. Tego szukał i potrzebował: ogromu kamiennej przestrzeni, mroku i milczenia, które zrazu bezgłośne — nagle, jakby ulegając sile wyższych praw, spełniać zaczęły swoje ostateczne powołanie, nieśmiało, potem coraz gwałtowniej rozbrzmiewając głosami wzywającymi, niby wojenne surmy, do czuwania i walki.

Jerzy Andrzejewski (fragment powieści Ciemności kryją ziemię, 1957)
   
   
   

aby zniszczono ich w płomieniach, jak niszczy się szkodliwe chwasty. . .

— Słyszycie, wielebni bracia? Słyszycie głos chrześcijańskiego ludu? Oto nauka dla was! Ubierzcie tysiąc skruszonych grzeszników w sanbenita i boso popędźcie ich tu, do kolegiaty, na pokutnicze autodafe, oddajcie świeckiej sprawiedliwości stu, dwustu, trzystu, jeśli zajdzie potrzeba, utajonych i zatwardziałych heretyków, aby zniszczono ich w płomieniach, jak niszczy się szkodliwe chwasty lub umarłą winorośl, a lud, który dzisiaj w tym mieście zamknął się w swoich domach, ujrzycie na ulicach. Więcej: będziecie go mieli u swych stóp.

Jerzy Andrzejewski (fragment powieści Ciemności kryją ziemię, 1957)
   
   
   

01 stycznia 2013

z cierpieniami ludzkimi i z błędami ludzkimi. . .

A wiec wojna się skończyła! Świat wracał do normalnych obowiązków i zasad. Ludzie odzyskiwali prawo do unormowanego życia. Przeszłość? Należało ja zostawić od dzisiaj własnemu losowi. Ze wszystkim. Z cierpieniami ludzkimi i z błędami ludzkimi. Pierwszy dzień pokoju przekreślał automatycznie wszystkie tamte dnie minione. Nie to jest ważne, kim wtedy był człowiek, lecz to jedynie, kim jest obecnie.

Jerzy Andrzejewski (fragment powieści Popiół i diament, 1947)


20 listopada 2012

ciemność poza czasem i przestrzenią. . .

Krystyna poruszyła się. Poczuł na policzku jej włosy.
- Myślałem, że spisz - powiedział cicho.
-Nie.
Uniósł się na łokciu. Oczy miała otwarte. Były większe niż przy świetle. Wilgotne i ciepłe. Włosy jej delikatnym, złotawym poblaskiem rozjaśniały ciemność. Leżała tak cicha, jakby wcale nie oddychała.
Maciek też się nie ruszał. Przez moment wszystko to wydawało się mu nierzeczywiste. Ta ciemność poza czasem i przestrzenią. Cisza. Spokój, który miał w sobie nieogarniona rozległość snu. Przejmująca przejrzystość snu. Niebo rozgwieżdżone w głębi. I przede wszystkim to ciało, które trzymał w ramionach. Nikły jego zarys mógł dojrzeć wśród mroku. Posiadł je prędzej, niż zdążył poznać. Ale nie było obce. Wydawało się łagodna i nieruchoma fala blasków i cieni. Wystarczał z jego strony ruch ręki, aby odnaleźć mógł dłonią gładkość skóry i owym, jakby ze snu wywołanym, blaskom i cieniom przywrócić ich żywy, cielesny kształt. Ale nie uczynił tego ruchu. Doskonałość tej chwili wnikała w niego spokojem tak wielkim, jakiego ani przeczuć do tej pory nie umiał, ani wyobrazić sobie w przybliżeniu nawet nie potrafił. Z wieloma dziewczynami leżał tak jak z ta teraz. Ale wszystkie te łatwe historie były pospiesznie kradzione pomiędzy innymi ważniejszymi sprawami. Trwały krótko, nie pozostawiając żadnych prawie wspomnień. Były prostackie, gwałtowne i niecierpliwe, kończyły się wraz z nasyceniem zmysłów. Tu nie było końca. Nie pragnął niczego poza tym, co było teraz. Nie istniało wczoraj, nie istniało jutro. Przy piersi czuł równe pulsowanie serca Krystyny. Całym sobą wsłuchiwał się w ten niewidzialny ruch. Na koniec stracił orientacje, gdzie serce bije: w nim, czy w niej. Ogarnęła go naraz ogromna, oddech zatykająca tkliwość, nieznane wzruszenie. Pomyślał przez moment, że powinien to wszystko, co w tej chwili czuje i przeżywa, wyrazić - wypowiedzieć jakoś. Ale nie znalazł w sobie żadnych słów. Pochylił się tylko nad Krystyna i wolno, bardzo delikatnie, jakby się bał zmącić spokój i cisze, całować począł jej włosy, skronie, policzki. Żadnej dziewczyny do tej pory w ten sposób nie całował. Nie przypuszczał nawet, że można tak całować. I nagle doznał dziwnego wrażenia, że w tych pocałunkach, we własnych wargach, które pragnął uczynić lżejszymi od powietrza, odnajduje w ciemnościach nie tylko Krystynę, lecz i siebie samego. Chciał szepnąć: kochanie, najdroższa moja... lecz nie pozwolił mu na to odruch wstydu. Krystyna też milczała. Oczy miała otwarte. Była zamyślona, wydawała się nieobecna myślami. Patrzyła w ciemność ponad sobą. O czym mogła myśleć? Co w tej chwili czuła? Maciek mocniej ja ogarnął ramieniem.
- Zmęczona?
Zaprzeczyła ruchem głowy. Położył się. Zamknął oczy. W zupełnych ciemnościach ciało Krystyny wydawało mu się jeszcze bliższe. Wchłaniał w siebie jego ciepło, jego nieruchomość. Ciągle czuł przy piersi szelest jej serca. Powoli zatracał świadomość czasu. Mogło to trwać chwile krótka, mogło trwać wieczność. Aż wreszcie szczęście, w które wnikał i które go zalewało, wstrząsnęło nim tak gwałtownie, że zdjął go lek. Otworzył oczy i podniósł się, jak wpierw oparłszy się na łokciu. Słyszał teraz tylko własne serce. Pulsowało w nim pod sama skóra.
Krystyna spojrzała na niego.
-Co?
Zawahał się. Nie, tego, co w tej chwili czuł, nie mógł powiedzieć.
- Nic, głupstwo.
- Jakie?
- Jakie? Tak mi przyszło do głowy... Znamy się od kilku zaledwie godzin, a wydaje mi się, jakbyśmy się znali od bardzo dawna...
Chwile milczała.
- Nie wiem - powiedziała wreszcie. - Nie myślałam o tym. Była pewna, że odpowie jej cynicznie, tym samym stylem, jakim rozmawiał z nią był do tej pory. Milczał jednak. Mimo to czekała jeszcze chwile. Nic. Poczuła tylko, że ramie jego zadrżało lekko, jakby krótki dreszcz przez nie przeszedł. Pochylony, nie patrzył na nią w tej chwili. Tuż ponad sobą widziała zarys jego twarzy i szyi. [Przez moment zapragnęła objąć go i przyciągnąć do siebie. Ale [Stłumiła natychmiast to pragnienie. Po raz pierwszy od chwili, kiedy i tu przyszła, ogarnął ja niepokój. Zgodziła się łatwo na te cała (historie tylko dlatego, że skusił ja kaprys krótkiej, nic nieznaczącej przygody. Chciała przespać się przez jedna noc z przystojnym, i obcym chłopcem. To wszystko. Wydawał się tak dobrym partnerem! Sadziła, że będzie cyniczny, pewny siebie i w miarę wulgarny. Spodziewała się, że potraktuje ja trochę jak uliczna dziewczynę. Okazał się tymczasem nieśmiały w swojej młodzieńczej namiętności , delikatny i tkliwy. I Cisza, która się przedłużała, poczęła coraz bardziej Krystynie dokuczać. Wiedziała z doświadczenia, że w pewnych chwilach | milczenie bywa wymowniejsze od wszelkich słów. Postanowiła »przerwać je natychmiast.; - Ciekawa jestem, czy rzeczywiście był pan pewien, że przyjdę?
Pochylił się nad nią tak nisko, że poczuła na twarzy jego oddech.
-Pan? Roześmiała się:
- Wiec ty...
- Nie, wcale nie byłem pewien.
- A wie pan... przepraszam, wiesz, dlaczego przyszłam?
- Dlaczego?
- Nie domyślasz się?
-Nie.
- Ależ to proste! Dlatego, że nie mogłabym się w tobie zakochać.
Milczał.
- Halo! - odezwała się po chwili.
-Co?
- Mogę dostać papierosa?
Stolik nocny stał obok, przy łóżku. Wyciągnął rękę. Pudełko z papierosami leżało na samym brzegu.
- Masz?
- Tak.
Włożył jej papierosa do ust. Drugiego wziął dla siebie. Potem sięgnął po zapałki. Musiał jednak cofnąć ramie, którym obejmował Krystynę, aby zapalić. Skorzystała z tego i odsunęła się w głąb łóżka. Błysk zapałki rozjaśnił ciemność. Nie spojrzeli jednak na siebie w ciągu tej krótkiej chwili światła. Zresztą Chełmicki szybko zapałkę zgasił. Sięgnął jeszcze po popielniczkę i postawił ja na łóżku pomiędzy sobą a Krystyna. Rozdzielała ich teraz jak nagle wzniesiona przegroda.
Dłuższy czas palili w milczeniu. Dwa ogienki jarzyły się w ciemnościach.
- Co to za papierosy? - spytała Krystyna.
- Węgierskie.
- Mocne.
- Tak. Nie smakują ci?
- Owszem, dobre.
Znów stała się cisza. Nagle spytał:
- Nie chcesz się zakochać?
- W tobie?
W głosie jej zabrzmiał wyraźny akcent ironii. Lecz i tym razem nie odpowiedział tak, jak się spodziewała i jak chciała.
- Ależ nie, nie o sobie myślę! W ogóle.
- Raczej nie.
- To jako zasada?
- Powiedzmy. Po co sobie komplikować życie?
- Samo się komplikuje.
- Wiec tym bardziej. Po co dodawać nowe komplikacje? Żar papierosa wydobywał z mroku zarys jej dłoni i ramienia.
- Powiedz mi coś o sobie - poprosił niespodziewanie.
- O sobie? Po co? Cóż za pomysł! Nic nie odpowiedział.
- Zresztą, mogę powiedzieć - odezwała się po chwili. - Ale to nic ciekawego. Do wojny mieszkałam na wsi.
- Gdzie?
- W Poznańskiem. Niedaleko Mogilna.
- A potem?
- Potem? Przenieśliśmy się do Warszawy.
- My?
- Matka i ja. Ojca zaraz na początku aresztowali Niemcy.
- Zginał?
- Tak. W Dachau. Cóż jeszcze? To chyba wszystko.
- Matka twoja żyje?
- Nie. Zginęła w czasie powstania.
- Moja także. A rodzeństwa nie masz?
- Na szczęście nie.
- Na szczęście?
- Cóż, mniej przynajmniej bliskich zginęło.
- Ach to! - mruknął. - To prawda. Ja miałem brata. Zginał akcji. Jeszcze w czterdziestym trzecim.
- Wiec widzisz.
- Ojciec mój jest w Anglii. Wątpię jednak, czy wróci teraz.
- Żadnej rodziny?
- Bliskiej żadnej. Zostajesz w Ostrowcu?
- Nie wiem. Na razie tak.
- A dalej?
- Nie myślę, co dalej.
Zgasiła papierosa. Zaciągnął się głęboko i uczynił to samo. Popielniczkę odstawił na stolik. Przez dłuższa chwilę leżeli w mieleniu.
Obrócił się wreszcie ku niej i głowę podparł dłonią.
- Śpiąca?
- Nie.
Znowu uczuł się aż do bólu przepełniony tym samym wzruszeniem, które ogarnęło go po raz pierwszy przed kilku minutami, gdy trzymał Krystynę w ramionach.
- Naprawdę, nie byłem pewny, że przyjdziesz - powiedział cicho.
Głos jej dotarł jakby z bardzo daleka:
- Powiedziałeś to już przecież.
- Ale wierzysz mi?
- Czemuż bym miała nie wierzyć?
- Nie znasz mnie wcale.
- I ty mnie.
- O nie! Ja ciebie znam.
- Czyżby?
- Naprawdę.
Wydało mu się, że ciało jej lekko drży. Przysunął się bliżej.
- Zimno?
- Trochę.
Objął ja i przyciągnął do siebie.
- Teraz dobrze?
- W każdym razie cieplej.
Leżała w jego ramionach i znów czuł przy piersi pulsowanie jej serca. Naraz podniosła głowę.
- Powiedz...
-Co?
- Jaki ty właściwie jesteś?
- Jak to, jaki?
- Zupełnie inny teraz niż przedtem?
- Inny?
- Nie zauważyłeś sam? Zamyślił się na moment.
- Może... Czy to złe?
- Mój Boże! - odpowiedziała cicho. - Chyba bez znaczenia. Lecz oczy jej, bardzo teraz rozszerzone i w niego wpatrzone, zdawały się mówić co innego.
- Rzeczywiście bez znaczenia? Nic nie dopowiedziała.
- Powiedz...
- Nie wiem! - szepnęła. - Obejmij mnie mocniej. Uczynił to.
Teraz było jej dobrze. To wszystko. Lekko rozchylonymi wargami
całował jej wpółprzymknięte powieki.
- Wiesz - szepnął ~ nawet nie przypuszczałem...
-Że co?
- Nie, nic? - Umilkł, jakby mu zabrakło tchu. I jeszcze ciszej powiedział: - Dzięki tobie jestem inny.
- To chciałeś powiedzieć?
- Nie. Ale to także.
- A tamto?
Z korytarza dobiegł naraz odgłos ciężkich, przytłumionych chodnikiem kroków. Chełmicki podniósł głowę i począł nasłuchiwać. W drzwiach obok zazgrzytał klucz. Człowiek wszedł do sąsiedniego pokoju. Zamknął drzwi za sobą. Przekręcił kontakt. Wśród ciszy, która panowała dokoła, odgłosy dochodziły tak wyraźnie, jakby wcale od nich nie odgradzała ściana. Słychać było nawet skrzypienie podłogi.
Krystyna też podniosła głowę.
- Co się stało?
- Nasz sąsiad wrócił.
- Ktoś znajomy?
-Nie.
Położył się z powrotem, lecz nie mógł się od tamtych odgłosów oderwać. Teraz dopiero zdał sobie sprawę, że w ciągu ostatniej godziny, od chwili kiedy przyszła tu Krystyna, ani razu nie pomyślał, dlaczego się znalazł w tym obcym pokoju hotelowym? Ta godzina, która przeżył jak jedna krótka chwile, zdawała się spoczywać poza? całym jego życiem, oderwana od wszystkiego, co było i co miało być. Nagle wszystko wróciło. Słychać było, że Szczuka otwiera okno. Przez chwile trwała cisza. Stał zapewne w oknie. Potem kroki. Odgłos przesuwanego krzesła.
- Strasznie wszystko słychać - szepnęła Krystyna.
- Tak. Co robisz jutro?
- Jutro?
- Właściwie dzisiaj. Już jest dzisiaj.
- Wieczorem, jak zwykle. W barze.
- A w dzień?
- Nic. Pijatyce zaprosili mnie na obiad.
- Ach, ci! To twoi krewni?
- Bardzo dalecy. Przez Freda Teleszyńskiego. Dzisiaj ich zresztą dopiero poznałam. I ciebie przy tej okazji oficjalnie.
- Byłem śmieszny?
- Trochę. Ale to tylko ja mogłam ocenić. Po co się do nich przysiadłeś?
- Nie domyślasz się?
- Głuptas jesteś - szepnęła.
Szczuka chodził za ścianą. Tam i z powrotem. Uporczywie - tam i z powrotem po tej samej linii. W jednym miejscu, mniej więcej pośrodku pokoju, stale pod jego ciężkimi krokami skrzypiała podłoga. Maciek usiłował nie słyszeć tego. Zacisnął powieki i mocniej objął Krystynę, aby całym sobą skupić się na pieszczocie jej palców. Ręka jej zatrzymała się nagle. Na lewym boku poniżej żeber miał długa, szorstka szramę.
- Co to jest?
- Głupstwo! Blizna.
- Byłeś ranny!
- Coś w tym rodzaju.
-Kiedy?
-Jeszcze przed powstaniem. W jednej takiej historii.
- Jak do ciebie w domu mówili?
- W domu? Różnie. Ojciec: Maciej, matka i brat: Maciek.
- A koledzy?
- Maciek.
Poczuł, że się uśmiechnęła.
- się Z czego się śmiejesz?
- się Tak mi się przypomniało. Ojciec wołał na mnie, kiedy byłam
mała: Tania.
- Tania - powtórzył miękko. - To ładnie.
Dotknął wargami jej ust. Rozchyliły się natychmiast. Były wilgotne, pełne jątrzącego gorąca. Głębiej się w nie wcisnął i tak gwałtownie, jakby w tym pocałunku nie tylko wyrazić chciał wszystko, co czuł, lecz i znaleźć w nim pragnął ucieczkę, ratunek jedyny i bezpieczny. Ale poprzez szum krwi, która w nim szybko zaczęła pulsować, ciągle słyszał tamte kroki - tam i z powrotem, tam i z powrotem - a pod powiekami, z ciemności, którymi były po brzeg przepełnione, wyłaniała się do zjawy sennej podobna sylwetka Szczuki, taka sama, jaka ja dobrze zapamiętał, gdy tamten, przygarbiony i ciężko wspierając się na lasce, wchodził był na górę po schodach. Cóż złego uczynił mu ten człowiek? Dlaczego go musiał? zabić? Zabić. To słowo po raz pierwszy zabrzmiało w nim groźnie i niepokojąco. Tyle razy zabijał! To było tak proste. Życie i śmierć toczyły się obok. Ginęli wrogowie, ginęli przyjaciele. Życie ich i drugich wisiało nad stroma otchłanią. Śmierć jednych i drugich rozpływała się jak dym. Ale ten obcy człowiek, który w tej chwili, przed udaniem się na spoczynek, odbywał samotna wędrówkę wśród samotnych czterech ścian, ten nieznany a jednocześnie tak bliski człowiek, jeszcze żył, jeszcze się poruszał, miał jakieś swoje plany, pragnienia, nadzieje, swoje własne życie. Czy miał bliskich? Jaka wartością mogło być dla niego życie? Komu był potrzebny? Kto? go kochał, jaka kobieta, jaki przyjaciel? Wstrząsnął nim dreszcz niepokoju. Podniósł głowę. Wargi, które przed chwila pełne były ust Krystyny, wydawały mu się suche i sztywne.
- Pójdziesz na ten obiad? - spytał stłumionym głosem. W pierwszej chwili nie zorientowała się, o co mu chodzi.
- Na jaki obiad?
- Do tych...
- Ach, to! Skąd ci to przyszło do głowy?
- Nie pójdziesz?
- Nie wiem jeszcze.
- Nie idź! - szepnął błagalnie. Milczała.
- Nie idź. Spędzimy ten dzień razem. Przy tobie...
-Co?
- Wiesz przecież.
Oczy mu błyszczały, ciemne włosy zsunęły się na czoło.
- Krystyno! Cofnęła się nagle:
- Nie, nie!
- Co, nie?
- Nie chce. To nie ma sensu. Chciał ja objąć, lecz trafił na opór.
- Nie chce, nie chce... Głos jej drżał i łamał się.
- Dlaczego?
- Dlaczego? Nie rozumiesz? To takie proste. Wyjedziesz stad... Nie mógł zaprzeczyć.
- Tak. Musze.
- Wiec po co to wszystko, po co? Rano powiemy sobie: do widzenia...
- Nie wyjeżdżam zaraz. Potrząsnęła głowa:
- To wszystko jedno. Już nie chce żadnych rozstań, żadnych wspomnień. Niczego, co trzeba poza sobą zostawiać. Żadnych bagażów.
- Nawet wspomnień przyjemnych?
- Jeśli muszą być tylko wspomnieniami?
Szczuka ciągle chodził po swoim pokoju. Wtem przystanął. Cisza się rozwarła jak w głębokiej studni. Maciek położył się. Po chwili Krystyna pochyliła się nad nim i gładzic go poczęła po włosach.
- Kiedy wyjeżdżasz?
Chciał powiedzieć: za tydzień. Lecz nie mógł się na to zdobyć.
- We wtorek.
- Wrócisz?
- Nie wiem. Ale może mógłbym jeszcze wszystko zmienić.
- Co wszystko?
- Różne rzeczy. Jedna przede wszystkim. Najważniejsza.
- Mógłbyś?
- Może...
- Ale po co?
Położyła się przy nim i dalej gładziła go po włosach. Dotknięcia jej palców miały delikatność pocałunków. - Widzisz - powiedziała patrząc w ciemność ponad sobą - ja mam swoje życie, ty masz swoje. Przypadkiem się spotkaliśmy. Jest przyjemnie. Czego więcej trzeba?
-Nic?
Za ściana skrzypnęło łóżko. Stuknął rzucony na podłogę but. Po chwili drugi.
- Obejmij mnie - szepnęła.
Serce jej biło bardzo mocno. Nagle poczuł na szyi jej gorące wargi. Tuż przy ścianie zaszumiała woda w umywalce.
- Kochanie.
I uczuł naraz taka ulgę, tak ogromne szczęście i tak pełny, oszałamiający zachwyt, jakby tym jednym małym słowem wyraził nie tylko siebie, lecz odgrodził się owym zaklęciem od wszystkiego, co wyrastało obok i było groźne, bolesne, splatane trudnymi sprzecznościami.
- Kochanie - powtórzył najtkliwiej, jak potrafił.

Jerzy Andrzejewski (fragment powieści Popiół i diament, 1947)
    

byłem kim jesteś - będziesz kim jestem. . .

Na nim widniał niewyraźny, zatarty napis. Musiał pochylić się, żeby go odczytać.

Przechodniu Byłem kim jesteś
Będziesz kim jestem
Módlmy się za siebie nawzajem

Nazwiska na kamieniu nie było żadnego. Daty również. Stał wpatrzony w ten napis(...)

Jerzy Andrzejewski (fragment powieści Popiół i diament, 1947)


27 października 2012

krzyk. . .

Zbudził się oblany potem z sercem w krtani. Zrazu nie mógł się zorientować gdzie jest. Ciemność go zewsząd ogarniała. Cisza była, lecz w nim samym kotłował się i rwał zdławiony chrypliwy krzyk. Słyszał go tak wyraźnie, jakby obok w głębi mroku krzyczał człowiek. Usiadł i głowę pełną jątrzącego wrzasku ścisnął dłońmi, lecz krzyk nie ścichł, skowyczał pod czaszką; cała ciemność nim szczekała. Mocniej, aż do bólu ścisnął czoło. Skronie miał zlepione chłodnym potem, dłonie również zimne i lepkie. Przejmujący dreszcz zatrząsł nim od wewnątrz. Odruchowo poszukał obok siebie nakrycia. Poczuł pod palcami najpierw sztywność świeżego prześcieradła, dalej jedwab kołdry. Naciągnął ją na ramiona, i w tym dopiero momencie zdał sobie sprawę, że jest w domu.(...) Na stoliku nocnym kołatał budzik. Teraz go dopiero usłyszał. Przez moment ogarnęło go zdumienie. Jakiż spokój mógł być większy; noc, uśpiony dom(...), zegar cyka. Oto czas się nagle cofnął i zatrzymał wśród jakiejś bardzo odległej, zagubionej godziny. Nieraz się tak zdarzało, że obudzony w środku nocy nie starał się zasnąć natychmiast, lubił tę chwilę samotności niemającej nic z osamotnienia.(...) Wniknął w mrok jak w bezgłośną pustkę, przestał nagle drżeć. O niczym nie myślał. Oparł głowę o podkurczone kolana. Spokój, cisza. Wtem drgnął, ktoś w ciemnościach krzyknął. Wyprostował się i cały się zamienił w słuch. Koło domu rozległ się ten głos, na ulicy. Zrazu wydało mu się, że się przesłyszał. Po chwili się zorientował - to w nim na pewno czaił się i wzrastał ten krzyk.

Jerzy Andrzejewski (fragment powieści Popiół i diament, 1947)