Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Salinger Jerome David. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Salinger Jerome David. Pokaż wszystkie posty

04 lipca 2013

sprawę całkowicie niewartą tej ofiary. . .

- Nie chciałbym cię straszyć - rzekł wreszcie - ale bardzo żywo mogę sobie wyobrazić ciebie oddającego życie w ten czy inny sposób za jakąś sprawę całkowicie niewartą tej ofiary. - Spojrzał na mnie jakoś dziwnie. - Jeżeli napiszę coś dla ciebie, czy obiecujesz, że przeczytasz to uważnie? i że zachowasz ten tekst?
- Obiecuję. Na pewno - odparłem. Dotrzymałem słowa. Po dziś dzień mam tę kartkę papieru, którą mi dał wtedy. Pan Antolini przeszedł w drugi kąt pokoju, gdzie stało biurko, i stojąc napisał coś na karteczce. Wrócił na dawne miejsce i usiadł z tą kartką w ręku. - Dziwnym przypadkiem nie napisanego zawodowy poeta. Autorem tych słów jest psychoanalityk. Wilhelm Stekel. Oto, co pow... Ale czy mnie słuchasz?
- Słucham, słucham.
- Oto co powiedział Stekel: "Dla człowieka niedojrzałego znamienne jest, że pragnie on wzniosie umrzeć za jakąś sprawę; dla dojrzałego natomiast - że pragnie skromnie dla niej żyć".

 Jerome David Salinger (fragment powieści Buszujący w zbożu, 1951)





strażnik w zbożu. . .

W każdym razie wyobraziłem sobie gromadę małych dzieci, które bawią się w jakąś grę na ogromnym polu żyta. Tysiące malców, a nie ma przy nich nikogo starszego, nikogo dorosłego... prócz mnie, oczywiście. A ja stoję na krawędzi jakiegoś straszliwego urwiska. Mam swoje zadanie: muszę schwytać każdego, kto się znajdzie w niebezpieczeństwie, tuż nad przepaścią. Bo dzieci rozhasały się, pędzą i nie patrzą, co tam jest przed nimi, więc ja muszę w porę doskoczyć i pochwycić każdego, kto by mógł spaść z urwiska. Cały dzień, od rana do wieczora, stoję tak na straży. Jestem właśnie strażnik w zbożu. Wiem, że to wariacki pomysł, ale tylko tym naprawdę chciałbym być. Wiem, że to wariacki pomysł.

Jerome David Salinger (fragment powieści Buszujący w zbożu, 1951)





z koniem można przynajmniej. . .

- Na przykład samochody - powiedziałem. A powiedziałem to bardzo spokojnym, ściszonym głosem. - Większość ludzi ma bzika na punkcie samochodów. Martwią się najlżejszym zadrapaniem lakieru, ustawicznie gadają o tym, ile mil przejechali na jednym galonie benzyny, a ledwie kupią sobie nowiuteńki wóz, już zaczynają myśleć, jak by tu go zamienić na jeszcze nowszy. To wreszcie wcale nie znaczy, żebym przepadał za starymi wozami. W ogóle samochody mnie guzik obchodzą. Wolałbym mieć konia. Koń ma w sobie przynajmniej coś ludzkiego. Z koniem można przynajmniej...
- Nie rozumiem, o co chodzi - przerwała mi Sally.


 Jerome David Salinger (fragment powieści Buszujący w zbożu, 1951)




kiedy nam się w najlepsze rozmawiało. . .

Miałem w Whooton kolegę katolika; nazywał się Louis Shaney. Na niego pierwszego natknąłem się w tej szkole. Siedzieliśmy zaraz po przyjeździe do Whooton obok siebie w poczekalni przed infirmerią, gdzie mieli nas przebadać na wstępie, i zaczęliśmy z sobą rozmawiać o tenisie. Louis interesował się tenisem, ja także. Powiedział mi, że co roku latem jeździ do Forest Hills na rozgrywki krajowe. Ja zwykle także tam kibicowałem, więc pogadaliśmy czas jakiś o największych asach kortu. Jak na swój wiek chłopak nieźle się orientował. Fakt. No i po chwili, kiedy nam się w najlepsze rozmawiało, spytał mnie niespodziewanie, czy nie wiem, gdzie w Whooton jest kościół katolicki. Od razu skapowałem, że chce w ten sposób wybadać, czy ja jestem katolikiem, czy nie. O to mu chodziło. Nie żeby był fanatykiem, ale wolał wiedzieć. Było mu przyjemnie rozmawiać ze mną o tenisie, ale byłoby mu jeszcze przyjemniej, gdybym się okazał jego współwyznawcą. Takie rzeczy doprowadzają mnie do wściekłości. Nie twierdzę, że tym pytaniem popsuł mi całą przyjemność nie, ale na pewno nic nie poprawił. Toteż bardzo się cieszyłem, że zakonnice nie zadały mi żadnego pytania w tym rodzaju. Może by to nie zatruło naszej rozmowy, ale już by całe to spotkanie inaczej wyglądało. Nie mówię, że mam o to jakieś pretensje do katolików. Nie. Może bym tak samo postępował, gdybym był katolikiem. Mówię tylko, że nie umila to rozmowy. Tylko tyle.


 Jerome David Salinger (fragment powieści Buszujący w zbożu, 1951)




wyskoczyć oknem. . .

Czułem się okropnie, myślałem, żeby ze sobą skończyć. Korciło mnie, żeby wyskoczyć oknem, i byłbym to może naprawdę zrobił, gdybym miał pewność, że mnie ktoś zaraz przykryje, jak tylko wyląduje na bruku. Nie chciałem, żeby banda głupców gapiła się na mnie, jak będę cały krwawą miazgą.


 Jerome David Salinger (fragment powieści Buszujący w zbożu, 1951)


gdybym był muzykiem. . .

Popisywał się jakimiś trelami bez sensu, dodawał gdzie mógł wirtuozerskie sztuczki, a mnie od takich rzeczy aż bebechy bolą. No, ale trzeba słyszeć, co wyprawiali goście, kiedy skończył. Rzygać mi się chciało. Po prostu szał. Ci sami kretyni, którzy w kinach wyją ze śmiechu jak hieny w momentach wcale niezabawnych. Przysięgam Bogu, że za nic nie chciałbym być takim pianistą czy aktorem, czy w ogóle kimś, kogo by ci głupcy uważali za ósmy cud świata. Nie życzyłbym sobie ich oklasków. Ludzie najczęściej klaszczą wtedy, kiedy wcale się to nie należy. Gdybym był muzykiem, grałbym w pustych czterech ścianach.

 Jerome David Salinger (fragment powieści Buszujący w zbożu, 1951)



która z trzech biła rekord głupoty. . .

Nie zaprosiły mnie do swojego stolika, pewnie po prostu dlatego, że nie wiedziały, co wypada, a co nie, ale siadłem bez zaproszenia. Blondynka, z którą tańczyłem, nazywała się Berenika jakoś tam: Crabs czy Krebs. Dwie brzydule wabiły się Marty i Laverne. Przedstawiłem im się jako Jim Steele, tak sobie, dla hecy. Próbowałem zagaić inteligentną rozmowę, ale nie było sposobu. Nic z nich nie dało się wycisnąć. Nawet trudno by rozstrzygnąć, która z trzech biła rekord głupoty. Wszystkie trzy rozglądały się bez ustanku po sali, jak gdyby miały nadzieję, że lada chwila wejdzie całe stado gwiazdorów filmowych.

 Jerome David Salinger (fragment powieści Buszujący w zbożu, 1951)



próbuje ci wmówić, że idiotyzm jego własnych wypracowań polega wyłącznie na złym rozmieszczeniu przecinków. . .

- Dowolny. Jakikolwiek opis. Może być opis pokoju. Albo domu. Albo jakiejś miejscowości, w której kiedyś byłeś. Rozumiesz. Wszystko jedno co. Byle opis.
- Mówiąc to ziewnął szeroko. Diabli mnie biorą, jak ktoś się tak zachowuje. Ziewa bezczelnie, kiedy prosi kolegę o wielką przysługę. - Tylko nie napisz za dobrze - powiedział. - Sukinsyn Hartzell uważa ciebie za asa w angielskim, a wie, że mieszkasz ze mną w tym samym pokoju. Więc proszę cię, nie pakuj wszystkich przecinków i takich tam różności wszędzie, gdzie należy. To także jedna z tych bezczelności, na które mnie diabli biorą. Jeżeli ktoś pisze dobre wypracowania, taki i typ mówi o przecinkach. Stradlater nigdy nie omieszka powiedzieć czegoś w tym rodzaju. Próbuje ci wmówić, że idiotyzm jego własnych wypracowań polega wyłącznie na złym rozmieszczeniu przecinków.

Jerome David Salinger (fragment powieści Buszujący w zbożu, 1951)
   
   
   

zdanie, które czytam od kwadransa, jest pasjonujące. . .

- Co ty tam takiego czytasz? - spytał.
- Książkę.
Odgiął książkę, żeby zobaczyć tytuł.
- Dobre?
- To zdanie, które czytam od kwadransa, jest Pasjonujące - odparłem. Umiem się zdobyć na sarkazm, jeżeli jestem w odpowiednim humorze. Ale on nie zrozumiał przytyku. Znów zaczął łazić po pokoju, grzebiąc łapami w osobistych rzeczach moich i Stradlatera. W końcu odłożyłem książkę na podłogę. Nie sposób czytać w obecności takiego typa jak Ackley. Nie da rady.

Jerome David Salinger (fragment powieści Buszujący w zbożu, 1951)