Charles Dickens (fragment powieści Dawid Copperfield, 1850)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dickens Charles. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dickens Charles. Pokaż wszystkie posty
25 stycznia 2016
spłynąć w zawsze wzburzone morze. . .
- Rzeko! O! Rzeko! Należy ona do mnie tak, jak ja do niej. Odpowiednia to dla
mnie i mnie podobnych towarzyszka. I ona wypływa tam spośród pól zielonych,
świeżych, by się zgubić w ciasnych, brudnych ulicach i spłynąć w zawsze wzburzone
morze. Taka i moja dola.
ścieżki pańskie. . .
Snem - przybycie ich wraz z Dorą, snem - kobieta, co nam nasze wskazywała
miejsca. Myślałem przy tym pamiętam, dlaczego otwieranie kościelnych ławek jest
specjalnością bab, i to jakich bab! Myślałem, dlaczego ścieżki Pańskie takimi porastać
mają chwastami.
Charles Dickens (fragment powieści Dawid Copperfield, 1850)
w tym znów mam głos. . .
- Siostro! Lawinio! - odparła starsza. - Wiąże się to z obecną naszą rozmową. W
to, co do ciebie należy i w czym wprawni ej sza jesteś ode mnie, mieszać się nie myślę,
ale w tym znów mam głos swój i zdanie. Otóż[...]
Charles Dickens (fragment powieści Dawid Copperfield, 1850)
nie zlewać w jedno fizycznego kalectwa z moralnym. . .
- Młody jesteś - rzekła potrząsając głową - i dobra rada, nawet karlicy, przydać
się może. Postaraj się tedy, mój przyjacielu, nie zlewać w jedno fizycznego kalectwa z
moralnym, chybabyś miał na to dowody.
Charles Dickens (fragment powieści Dawid Copperfield, 1850)
24 stycznia 2016
próbowałem nawet wiązanej bogów mowy. . .
[...]ze sześć podarłem listów. Raz zacząłem: Czy potrafią
kiedy, droga moja Agnieszko, zatrzeć w twej pamięci wrażenie... Po chwili podarłem
ćwiartkę papieru z tym początkiem i zacząłem na nowo: Szekspir zauważył już, jak
często człowiek własnym bywa wrogiem... I to mnie nie zadowolniło. Próbowałem
nawet wiązanej bogów mowy: Wykreśl z pamięci i serca!... Nie, nie szło mi jakoś.
Charles Dickens (fragment powieści Dawid Copperfield, 1850)
ktoś się potknął, stoczył się. . .
Po ciemku drzwi niełatwo dały się znaleźć. Uchylałem ciągle firanki u okna, aż
wreszcie Steerforth ujął mię pod ramię i wywiódł. Schodziliśmy tak ze schodów jeden
za drugim. Na dole już prawie ktoś się potknął, stoczył się. Ktoś inny zauważył, że to
pewno Copperfield. Rozgniewałem się za oszczerstwo, lecz czując, że leżę na ziemi,
zacząłem przypuszczać, że jest w tym może nieco prawdy.
Charles Dickens (fragment powieści Dawid Copperfield, 1850)
pozostawiając żal. . .
Jednym słowem, odjeżdżaliśmy w porę,
pozostawiając żal po sobie.
Charles Dickens (fragment powieści Dawid Copperfield, 1850)
znajdzie się zawsze praca u szatana. . .
- [...] Jak to tam mówi doktor Watts? - spytał patrząc na mnie i kiwając głową w
chwili, gdy cytował mądre słowa: „Dla rąk próżnujących znajdzie się zawsze praca u
szatana”.
- Słusznie, doktorze! - potwierdził prawnik. - Gdyby jednak doktor Watts lepiej znał świat i ludzi, mógłby równie trafnie powiedzieć, że i „dla rąk zajętych znajdzie się praca u szatana”. Ileż złego od dwóch już niemal stuleci czynią i nie próżnujący ludzie!
- Słusznie, doktorze! - potwierdził prawnik. - Gdyby jednak doktor Watts lepiej znał świat i ludzi, mógłby równie trafnie powiedzieć, że i „dla rąk zajętych znajdzie się praca u szatana”. Ileż złego od dwóch już niemal stuleci czynią i nie próżnujący ludzie!
Charles Dickens (fragment powieści Dawid Copperfield, 1850)
koń nasz ... pozwala sobie parskając wyrazić jakieś w tym względzie uwagi. . .
Koń nasz był najleniwszym ze wszystkich koni, jakie kiedykolwiek widziałem, i
przez całą drogę wlókł się ze spuszczoną w dół głową, jakby naumyślnie ociągając się z
przybyciem na miejsce przeznaczenia. Wyobrażałem sobie nawet, że pozwala sobie
parskając wyrazić jakieś w tym względzie uwagi, lecz woźnica upewnił mnie, że jest to
tylko zwykły kaszel.
Charles Dickens (fragment powieści Dawid Copperfield, 1850)
urocze uosobienie obowiązków. . .
- Jest to Davy.
- Davy? Jaki Davy? Jones, co?
- Copperfield - odrzekł pan Murdstone.
- Ach, tak - zawołał nieznajomy - jest to więc urocze uosobienie obowiązków pani Copperfield, owej ładnej wdówki, co?
- Davy? Jaki Davy? Jones, co?
- Copperfield - odrzekł pan Murdstone.
- Ach, tak - zawołał nieznajomy - jest to więc urocze uosobienie obowiązków pani Copperfield, owej ładnej wdówki, co?
Charles Dickens (fragment powieści Dawid Copperfield, 1850)
biegły w katechizmie. . .
Ham Peggotty, uczęszczający do szkółki i biegły w katechizmie, a co za tym
idzie - wiarygodny świadek[...]
Charles Dickens (fragment powieści Dawid Copperfield, 1850)
pogrobowcem. . .
Jestem pogrobowcem,
gdyż ujrzałem światło dzienne w sześć miesięcy po zaniknięciu na zawsze powiek
mego ojca. Nie mogłem się nigdy pogodzić z myślą, że mój ojciec nie widział mnie
nawet.
Charles Dickens (fragment powieści Dawid Copperfield, 1850)
02 marca 2014
przyjaciele!. . .
– Obawiam się – rzekł pan Pickwick – iż będzie pan zmuszony mieszkać w miejscu hałaśliwym
i przeludnionym. Proszę więc pana, byś rozporządzał tym pokojem jak swoim własnym,
gdy będzie pan potrzebował spokoju lub gdy cię przyjdą odwiedzić przyjaciele.
– Przyjaciele! – zawołał więzień głuchym głosem. – Gdybym leżał w trumnie zakopanej w błotnistej fosie tego więzienia, nie mógłbym być więcej zapomnianym i opuszczonym niż teraz! Jestem człowiekiem umarłym, umarłym dla świata i nikt nie ma dla mnie nawet tego współczucia, jakie przypada w udziale tym, którzy stanęli przed sądem Boga. Przyjaciele! Całe moje życie upłynęło w więzieniu i gdy umrę, nie znajdzie się nikt, by podnieść rękę nad moim łóżkiem i powiedzieć: – Bogu niech będzie chwała; już nie cierpi więcej!
– Przyjaciele! – zawołał więzień głuchym głosem. – Gdybym leżał w trumnie zakopanej w błotnistej fosie tego więzienia, nie mógłbym być więcej zapomnianym i opuszczonym niż teraz! Jestem człowiekiem umarłym, umarłym dla świata i nikt nie ma dla mnie nawet tego współczucia, jakie przypada w udziale tym, którzy stanęli przed sądem Boga. Przyjaciele! Całe moje życie upłynęło w więzieniu i gdy umrę, nie znajdzie się nikt, by podnieść rękę nad moim łóżkiem i powiedzieć: – Bogu niech będzie chwała; już nie cierpi więcej!
Charles Dickens (fragment powieści Klub Pickwicka, 1837)
27 lutego 2014
odnalazł go garson, z głową pomiędzy poduszkami sofy, jęczącego. . .
– Może pan opuścić trybunę – rzekł wtenczas pan Snubbin. Pan Winkle opuścił też ją bezzwłocznie
i pobiegł jak szalony do hotelu, gdzie po kilku godzinach odnalazł go garson, z
głową pomiędzy poduszkami sofy, jęczącego w sposób rozdzierający serce.
Charles Dickens (fragment powieści Klub Pickwicka, 1837)
na szczęście jestem łykowaty i to mię pociesza. . .
– O, Sammy, jaki to ciężki cios w moim wieku! Na szczęście jestem łykowaty i to mię pociesza
– jak mówił stary indyk gospodarzowi, który mu oznajmił, iż musi go zabić i zanieść
na targ.
– Co jest ciężkim ciosem?
– Widzieć cię żonatym, Sammy, widzieć, że jesteś ofiarą i w niewinności swojej wyobrażasz sobie, że tak być powinno. To przerażający cios dla serca ojcowskiego, Sammy!
– Co jest ciężkim ciosem?
– Widzieć cię żonatym, Sammy, widzieć, że jesteś ofiarą i w niewinności swojej wyobrażasz sobie, że tak być powinno. To przerażający cios dla serca ojcowskiego, Sammy!
Charles Dickens (fragment powieści Klub Pickwicka, 1837)
toczyć się bez przerwy przez najdłuższy żywot ludzki. . .
Rachunek, nawiasem mówiąc, jest najznakomitszym perpetuum mobile, jakie kiedykolwiek
wymyślił umysł ludzki. Potrafi toczyć się bez przerwy przez najdłuższy żywot ludzki i
nigdy sam z siebie nie stanie.
Charles Dickens (fragment powieści Klub Pickwicka, 1837)
człowiek krwawi wewnątrz. . .
Kiedy
człowiek krwawi wewnątrz – rzecz to niebezpieczna dla niego samego. Kiedy śmieje się wewnątrz
– rzecz niebezpieczna dla bliźnich!
Charles Dickens (fragment powieści Klub Pickwicka, 1837)
od dawna już cieszył się, że będzie szedł tamtędy, była to bowiem ponura, smutna, a więc miła uliczka. . .
W starej wsi klasztornej niedaleko stąd, dawno, dawno temu, tak dawno, że chyba historia
ta musi być prawdziwa – bo przecież nasi dziadkowie już w nią wierzyli – mieszkał zakrystian
i grabarz w jednej osobie, Gabriel Grub. Nie jest wcale rzeczą konieczną, by ktoś,
dlatego tylko, że jest grabarzem i żyje w otoczeniu pomników śmierci, musiał być melancholikiem
i człowiekiem ponurym. Spotyka się między nimi najweselszych ludzi na świecie.
Sam miałem kiedyś honor przyjaźnić się z karawaniarzem, który w prywatnym życiu,
gdy nie spełniał obowiązków, był wesoły jak szczygieł, śpiewał najżartobliwsze piosenki i
jednym haustem potrafił wychylić szklankę czegoś dobrego. Ale Gabriel Grub, jakby dla
zaprzeczenia tym możliwościom, był człowiekiem ponurym i smutnym; zadowalał się towarzystwem
własnym i starej oplatanej flaszki, którą przechowywał w wielkiej kieszeni
swej kapoty. Na każdą zaś wesołą twarz patrzał z trudnym do opisania wyrazem głębokiej
pogardy i złośliwości.
Pewnego dnia wigilijnego, nieco przed zmierzchem, Gabriel wziął do rąk rydel, zapalił latarkę i poszedł na cmentarz. Jutro miał wykończyć grób, a że czuł się tego wieczora jakoś samotnie, przyszło mu na myśl, że może praca go rozerwie. Idąc dobrze znaną sobie drogą, widział przez okna domów zapalone światła w pokojach, ogień trzaskający wesoło i twarze zebrane koło kominka, widział przygotowania do następnego dnia, wdychał apetyczne zapachy, jakie buchały z kuchni. Widok ten gniewem i goryczą napełniał serce Gabriela Gruba. A kiedy na ulicy pokazała się gromadka dzieci, do których natychmiast przyłączyło się jeszcze pół tuzina kędzierzawych główek, i cała ta rozbawiona hałastra pobiegła na górę bawić się w zwykłe gry świąteczne, Grub uśmiechnął się ponuro, mocniej ścisnął rydel i przyszła mu na myśl szkarlatyna, odra grypa, koklusz i wiele jeszcze innych prawdziwych pociech dla serca grabarza.
W tym miłym usposobieniu szedł dalej. Zgryźliwie odpowiadał na pozdrowienia przechodniów, którzy go od czasu do czasu mijali, wreszcie skręcił w ciemną uliczkę prowadzącą na cmentarz. Gabriel od dawna już cieszył się, że będzie szedł tamtędy, była to bowiem ponura, smutna, a więc miła uliczka; mieszkańcy wioski omijali ją, chyba że słońce mocno świeciło. Ogarnęło go zatem wielkie oburzenie, kiedy zobaczył przed sobą ulicznika wesoło śpiewającego piosenkę! W takim miejscu! W miejscu, które nazywano ulicą Trumienną już w owych zamierzchłych czasach, kiedy włóczyli się po niej ostrzyżeni do skóry, małpiogłowi mnisi! Gabriel przyśpieszył kroku i natknął się na malca, który biegł szybko, żeby połączyć się ze swymi towarzyszami na głównej ulicy, śpiewał zaś trochę dlatego, by dodać sobie odwagi, a trochę dla wprawy! A śpieszył, ile miał tchu w piersiach! Gabriel zapędził chłopaczka w róg zaułka i uderzył go pięć czy sześć razy latarnią po głowie – niech się nauczy modulować głos! Malec uciekł, trzymając się za głowę, teraz śpiewał zupełnie z innego tonu! Gabriel roześmiał się z zadowolenia i wszedł na cmentarz, zamknąwszy za sobą furtkę.
Pewnego dnia wigilijnego, nieco przed zmierzchem, Gabriel wziął do rąk rydel, zapalił latarkę i poszedł na cmentarz. Jutro miał wykończyć grób, a że czuł się tego wieczora jakoś samotnie, przyszło mu na myśl, że może praca go rozerwie. Idąc dobrze znaną sobie drogą, widział przez okna domów zapalone światła w pokojach, ogień trzaskający wesoło i twarze zebrane koło kominka, widział przygotowania do następnego dnia, wdychał apetyczne zapachy, jakie buchały z kuchni. Widok ten gniewem i goryczą napełniał serce Gabriela Gruba. A kiedy na ulicy pokazała się gromadka dzieci, do których natychmiast przyłączyło się jeszcze pół tuzina kędzierzawych główek, i cała ta rozbawiona hałastra pobiegła na górę bawić się w zwykłe gry świąteczne, Grub uśmiechnął się ponuro, mocniej ścisnął rydel i przyszła mu na myśl szkarlatyna, odra grypa, koklusz i wiele jeszcze innych prawdziwych pociech dla serca grabarza.
W tym miłym usposobieniu szedł dalej. Zgryźliwie odpowiadał na pozdrowienia przechodniów, którzy go od czasu do czasu mijali, wreszcie skręcił w ciemną uliczkę prowadzącą na cmentarz. Gabriel od dawna już cieszył się, że będzie szedł tamtędy, była to bowiem ponura, smutna, a więc miła uliczka; mieszkańcy wioski omijali ją, chyba że słońce mocno świeciło. Ogarnęło go zatem wielkie oburzenie, kiedy zobaczył przed sobą ulicznika wesoło śpiewającego piosenkę! W takim miejscu! W miejscu, które nazywano ulicą Trumienną już w owych zamierzchłych czasach, kiedy włóczyli się po niej ostrzyżeni do skóry, małpiogłowi mnisi! Gabriel przyśpieszył kroku i natknął się na malca, który biegł szybko, żeby połączyć się ze swymi towarzyszami na głównej ulicy, śpiewał zaś trochę dlatego, by dodać sobie odwagi, a trochę dla wprawy! A śpieszył, ile miał tchu w piersiach! Gabriel zapędził chłopaczka w róg zaułka i uderzył go pięć czy sześć razy latarnią po głowie – niech się nauczy modulować głos! Malec uciekł, trzymając się za głowę, teraz śpiewał zupełnie z innego tonu! Gabriel roześmiał się z zadowolenia i wszedł na cmentarz, zamknąwszy za sobą furtkę.
Charles Dickens (fragment powieści Klub Pickwicka, 1837)
25 lutego 2014
spojrzał po okolicy, jakby okolica powinna była być niezmiernie uradowana tym, że on na nią patrzy. . .
Kapitan Boldwig był to mały, gwałtowny człowieczek w niebieskim surducie, zapiętym
aż po sam podbródek, wznoszący się nad czarnym stojącym kołnierzem. Gdy raczył przechadzać
się po swojej posiadłości, czynił to zawsze w towarzystwie wielkiej laski z ołowianą
gałką oraz ogrodnika i jego pomocnika, współzawodniczących z sobą w płaszczeniu
się przed panem. Tej to (ekipie, nie lasce) wydawał kapitan Boldwig rozkazy szorstko i z
należytym poczuciem własnej dostojności. Siostra bowiem żony kapitana była za markizem,
więc dom jego nazywał się willą, jego pola – majątkiem ziemskim i wszystko u kapitana
było bardzo wielmożne, bardzo imponujące i bardzo pańskie.
Zaledwie upłynęło pół godziny od czasu, jak pan Pickwick zasnął, gdy nadszedł mały kapitan ze swą eskortą, robiąc tak wielkie kroki, na jakie pozwalały mu krótkie nogi i wielkie poczucie dostojności. Stanąwszy pod dębem, wydął policzki bardzo pańsko i wypuścił z nich powietrze niezmiernie dostojnie, potem zaś spojrzał po okolicy, jakby okolica powinna była być niezmiernie uradowana tym, że on na nią patrzy; wreszcie, uderzywszy mocno kijem o ziemię, przywołał ogrodnika.
Zaledwie upłynęło pół godziny od czasu, jak pan Pickwick zasnął, gdy nadszedł mały kapitan ze swą eskortą, robiąc tak wielkie kroki, na jakie pozwalały mu krótkie nogi i wielkie poczucie dostojności. Stanąwszy pod dębem, wydął policzki bardzo pańsko i wypuścił z nich powietrze niezmiernie dostojnie, potem zaś spojrzał po okolicy, jakby okolica powinna była być niezmiernie uradowana tym, że on na nią patrzy; wreszcie, uderzywszy mocno kijem o ziemię, przywołał ogrodnika.
Charles Dickens (fragment powieści Klub Pickwicka, 1837)
wyjąwszy ostrożnie szlafmycę wsunął ją sobie na głowę, wiążąc pod brodą tasiemki. . .
Łóżka stały na prawo i na lewo od drzwi. Od ściany dzieliło je wąskie przejście, akurat
tak szerokie, by można było swobodnie wejść i rozebrać się – jeżeli ktoś wolał tę stronę.
Stało tam również trzcinowe krzesło. Zasunąwszy starannie firanki łóżka od zewnątrz, pan
Pickwick przykucnął na twardym krzesełku i leniwie uwolnił się z trzewików i pończoch.
Następnie zdjął surdut, kamizelkę, chustkę na szyję i wyjąwszy ostrożnie szlafmycę wsunął
ją sobie na głowę, wiążąc pod brodą tasiemki, które zawsze zdobią tę część garderoby.
Podczas tej czynności przypomniał sobie swoją wędrówkę po korytarzach i roześmiał się
tak serdecznie, że zaiste, miło byłoby każdemu patrzeć, jak uśmiech rozjaśnia jego łagodną
twarz wychylającą się ze szlafmycy.
Charles Dickens (fragment powieści Klub Pickwicka, 1837)
Subskrybuj:
Posty (Atom)