Marek Hłasko (z powieści Palcie ryż każdego dnia, 1968)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hłasko Marek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hłasko Marek. Pokaż wszystkie posty
29 grudnia 2012
muszla wydobyta z różowego, pełnego słońca morza. . .
A teraz patrzył na Esther stojącą obok okna; na jej brązowe włosy, które były teraz złote od słońca tych wszystkich dni, przez które przechodziła; na jej usta, które były niby listki wierzby, i na jej brwi jak skrzydła jaskółki; na jej wąską dłoń, którą obejmowała papierosa tak, iż wątły płomień prześwietlał jej palce i dłoń jej wyglądała niby muszla wydobyta z różowego, pełnego słońca morza.
23 grudnia 2012
opowiadanie hłaski, śliczna dziewczyna. . .
Śliczna dziewczyna
Była to rzeczywiście śliczna dziewczyna. Ludzie przychodzący do tego parku — nawet tacy, którzy czynili to od wielu lat — nie pamiętali, aby zjawiła się tutaj kiedykolwiek choć jedna taka, która mogłaby stanąć koło niej. Ta dziewczyna podrywała wiarę w materialność świata; przechodzący obok ławki, na której siedziała, doznawali wrażenia, iż przeszli pięć kroków w innym świecie. Nawet staruszek, od lat łażący tędy z laską zakończoną szpikulcem, otworzył usta i szedł tak aż do końca alejki. A staruszek ten wiele widział, wiele mógłby powiedzieć o majowych nocach, kiedy — dusząc się ze złośliwej satysfakcji — wypłaszał stąd ubogich kochanków.
Dziewczyna siedziała na ławce z chłopcem. Chłopiec nie mógł mieć więcej lat od niej — to znaczy dziewiętnaście lub dwadzieścia. Był także ładny, lecz ona gasiła go każdym, nawet najbardziej nieznacznym ruchem lub spojrzeniem. Ta dziewczyna miała w sobie kawał słońca — tak myśleli przechodzący tędy. W pewnym momencie rzekła:
— Późno już. Muszę iść.
— Jak chcesz — powiedział chłopiec. — Mnie tutaj dobrze.
— Zrobisz to, o co cię proszę, czy nie?
27 maja 2012
los angeles, 10 II 1969 r.. . .
Los Angeles, 10 II 1969 r.
Mamusiu najukochańsza. Wysłałem Ci list, przed świętami jeszcze chyba, ale widać, że go nie dostałaś. (...) List Twój wzruszył mnie naprawdę. Dlaczego piszesz: kochałeś mnie? Przecież wiesz że Cię kocham. Ale to nie moja wina, że giną listy(...) Ale na czym polegają Twoje obawy o mnie? Czego się konkretnie spodziewasz? (...) Ja przeważnie siedzę w domu i piszę i naprawdę, żebym nie wiem jak chciał, nic o sobie innego napisać nie umiem, bo ani nigdzie nie chodzę, anie nikogo nie znam, i myślę o tym żeby się przenieść gdzieś w oko- lice New Yorku, ale będę mógł to zrobić dopiero po skończeniu książki. Nie wiem teraz naprawdę, czy uda mi się pojechać Europy, bo jak wiesz zaszły tu zmiany niezależne ode mnie.(...) Jeśli ta impreza w Izraelu dojdzie do skutku, to rzecz jasna będę mógł przyjechać do Soni i tam coś zorganizować. Ale będę bardzo ostrożny w obiecywaniu czegoś, kiedy jestem zależny od innych ludzi; tak że lepiej trzy- maj się raczej z rezerwą wobec tej możliwości. Jestem tak zmęczony tym pisaniem książki, płaceniem długów i tymi dwoma latami wyczekiwania na pozwolenie pracy, że marzę o tym, żeby po prostu nic w ogóle nie robić i wymyślać coś.(...) Jeśli uda mi się tam dojechać, to daj Boże, jeśli nie, będę myślał o czym innym. Bądź cierpliwa i módl się codziennie o mnie - jak i ja modlę się o Ciebie.
Bogu Cię polecam - Marek
Marek Hłasko (z Listów do Matki)
ejlat, 17 III 1959 r.. . .
Ejlat, 17 III 1959 r.
Kochana Mamo! Jeśli spojrzysz na mapę Azji i odszukasz Morze Czer- wone (Red Sea), i odnajdziesz tam maleńką mieścinę EJLAT - to ja właśnie tu mieszkam i kombinuję, jak by tu wrócić. Mam nadzieję, że wszystko jest na do- brej drodze, i niedługo już zaczniemy się kłócić od początku.
Twój - Marek
Marek Hłasko (z Listów do Matki)
22 czerwca 2011
robotnicy. . .
Już nie było widać naszego mostu; został na równinie i przydymiły go opary mgieł. Wtedy zrozumiałem, że most ten - jest już tylko wspomnieniem. I ci, którzy będą po nim jeździć i chodzić, nigdy nie dowiedzą się, że ten most jest tylko naszym mostem. Płakaliśmy. Płakaliśmy wszyscy; miałem wtedy dwadzieścia lat i płakałem także, choć nie za dobrze wiedziałem dlaczego. Brakowało mi czegoś, co pozwoliłoby mi zrozumieć jasno i czysto nasze łzy. Bo dziś wiem już, że często najbardziej kochamy tych ludzi, te sprawy i te rzeczy, od których bieg życia każe nam odchodzić - nieraz na zawsze.
1955
1955
Marek Hłasko (fragment opowiadania Robotnicy, 1956)
20 czerwca 2011
żołnierz. . .
- W batalionie mieliśmy jednego takiego; był chłopem i marzył tylko o
tym, aby powrócić i uprawiać nadal swoją ziemię. Wszyscy wiedzieli o
nim, że się boi. On się bardzo bał i jego strach działał na innych; to
uczucie jest zaraźliwsze od tyfusu i trudniej się potem z tego wyleczyć.
Kiedyś słyszałem, jak po cichu życzono mu śmierci, i dopiero dzisiaj
rozumiem, że było to okrutne; wtedy jednak pragnąłem żyć, a ten człowiek
niósł w sobie śmierć. On się bał, bał się tak, że przez cały czas miał
białe oczy. A przecież zginął jak bohater, ba, jak batalion bohaterów!
Pewnego razu szliśmy przez wieś. Uciekali zewsząd ludzie, wozy były
załadowane, pędzono bydło, wieziono starców i chorych, którzy umierali
na wozach; pamiętam jednego człowieka: niósł na ramieniu pług.
Odchodzili zostawiając całe domy i nietkniętą ziemię; tam, gdzieśmy się
bili dotychczas, z domów nie zostało ani śladu, a ziemia była zryta po
trzykroć. Tutaj pozostawała nietknięta; rosło na niej kiełkujące zboże.
Rozumiesz? Cofamy się; on wiedział, że ziemię tę oddajemy na razie bez
walki, a ci, którzy tu przyjdą po nas, zatrują ją i zgwałcą. Wtedy w tym
żołnierzu obudził się gniew. A przecież nie był to nasz kraj, było to
bardzo daleko stąd. Ten żołnierz tam został, ale bił się jak diabeł, jak
sto diabłów. Pamiętam, że nazywaliśmy go Grzesiem; nawet nie wiem, jak
nazywał się naprawdę...
Marek Hłasko (fragment opowiadania Żołnierz, 1956)
namiętności. . .
Z niego już nic nie będzie, prawda? - zapytała siostra. Podeszła do doktora i pochyliła się obok niego nad umierającym. Swym ramieniem dotknęła barku lekarza i ten odsunął się.
- Nie - powiedział.
- Umrze?
- Na pewno.
- Jeszcze dziś?
- Niedługo. Godzina, może jeszcze wcześniej.
- Dlaczego on to zrobił? Jak pan myśli?
- Nic nie myślę - powiedział doktor. Wyprostował się; był wysoki i szczupły, biały fartuch dodawał zmęczenia jego ostrej twarzy. Przesunął ręką po czole: - Nigdy się tego nie dowiesz.
- Strach? - powiedziała siostra składająca strzykawki do niklowego pudełeczka. - Może się czegoś bał? Może mu coś groziło? Albo zrobił coś złego...
Patrzyła na doktora ze skupieniem; oczy miała niebieskie i czyste, bardzo duże. "Lalka - pomyślał z niechęcią. - Porcelanowa lalka..." Żachnął się.
- Chciałabyś jednym słowem wyjaśnić klęskę cudzego życia - powiedział z gniewem odwracając się do niej plecami. - To niemożliwe. Podszedł do okna i odsunął firankę; chciwie przytulił czoło do szyby i odetchnął głęboko. Widział w szybie niewyraźne odbicie swojej twarzy; wytężył wzrok i starał się dojrzeć jak najwięcej. Noc była jasna i mroźna; na środku szklanego nieba tkwił nieruchomy, dziwnie cienki księżyc; w jego blasku oszronione drzewa na szpitalnym podwórku wyglądały teatralnie i drażniąco. Wiatry mknęły w górze szlakami gwiazd, ciemna ziemia skuta była mrozem i lodem. "Jeśli się nie ociepli - pomyślał z wściekłością doktor - to wszystkich nas szlag trafi w tej dziurze". Odwrócił się i powiedział do siostry:
- Zobacz, czy jest jeszcze trochę kawy.
- Nie - powiedział.
- Umrze?
- Na pewno.
- Jeszcze dziś?
- Niedługo. Godzina, może jeszcze wcześniej.
- Dlaczego on to zrobił? Jak pan myśli?
- Nic nie myślę - powiedział doktor. Wyprostował się; był wysoki i szczupły, biały fartuch dodawał zmęczenia jego ostrej twarzy. Przesunął ręką po czole: - Nigdy się tego nie dowiesz.
- Strach? - powiedziała siostra składająca strzykawki do niklowego pudełeczka. - Może się czegoś bał? Może mu coś groziło? Albo zrobił coś złego...
Patrzyła na doktora ze skupieniem; oczy miała niebieskie i czyste, bardzo duże. "Lalka - pomyślał z niechęcią. - Porcelanowa lalka..." Żachnął się.
- Chciałabyś jednym słowem wyjaśnić klęskę cudzego życia - powiedział z gniewem odwracając się do niej plecami. - To niemożliwe. Podszedł do okna i odsunął firankę; chciwie przytulił czoło do szyby i odetchnął głęboko. Widział w szybie niewyraźne odbicie swojej twarzy; wytężył wzrok i starał się dojrzeć jak najwięcej. Noc była jasna i mroźna; na środku szklanego nieba tkwił nieruchomy, dziwnie cienki księżyc; w jego blasku oszronione drzewa na szpitalnym podwórku wyglądały teatralnie i drażniąco. Wiatry mknęły w górze szlakami gwiazd, ciemna ziemia skuta była mrozem i lodem. "Jeśli się nie ociepli - pomyślał z wściekłością doktor - to wszystkich nas szlag trafi w tej dziurze". Odwrócił się i powiedział do siostry:
- Zobacz, czy jest jeszcze trochę kawy.
Marek Hłasko (fragment opowiadania Namiętności ze zbioru Pierwszy krok w chmurach, 1956)
21 marca 2011
zbudować sobie nieśmiertelność. . .
(...) potem zrozumiałem, że człowiek, który chciałby powstrzymać czas, jest w takiej sytuacji, jakby wsadził dłoń w górski strumień i czując jej drżenie, myślał, że tamą jest jego dłoń(...) łatwiej chyba zbudować sobie nieśmiertelność niż porozumieć się z drugim człowiekiem(...) każde marzenie jest uczciwe. samo słowo m a r z e n i e jest uczciwe. Nieuczciwe mogą być myśli pragnienia, dążenia, lecz marzenia pozostaną czyste, nawet wtedy, kiedy inni wdepczą ci je w błoto...
Marek Hłasko
(fragment opowiadania Dom mojej matki ze zbioru Pierwszy krok w chmurach, 1956)
18 marca 2011
ludzie samotni są także potrzebni. . .
(...)to naturalne; a ludzie samotni są także potrzebni, aby inni rozumieli, jak straszną rzeczą jest samotność i starali się przed nią uchronić(...) Ludzie najbardziej nawet nieszczęśliwi nie wierzą w c a ł k o w i t o ś ć swojego nieszczęścia, potrzebna im jest maleńka szpareczka, dzięki której mogą oddychać; tak samo jest chyba z samotnymi; zawsze mamy maleńkie okienko, przez które kogoś wyglądamy.
Ja czekałem na list.
Marek Hłasko (fragment opowiadania List ze zbioru Pierwszy krok w chmurach, 1956)
Subskrybuj:
Posty (Atom)