Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Staff Leopold. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Staff Leopold. Pokaż wszystkie posty

06 sierpnia 2017

dies irae. . .

W gniewu dzień, w tę pomsty chwilę,
Świat w popielnym legnie pyle:
Zważ Dawida i Sybillę.

Jakiż będzie płacz i łkanie,
Gdy dzieł naszych sędzia stanie,
Odpowiedzieć każąc za nie.

Trąba groźnym zabrzmi tonem
Nad grobami śpiących zgonem,
Wszystkich stawi nas przed tronem.

Śmierć z naturą się zadziwi,
Gdy umarli wstaną żywi,
Win brzemieniem nieszczęśliwi.

Księgi się otworzą karty,
Gdzie spis grzechów jest zawarty,
Za co świat karania warty.

Kiedy sędzia więc zasiędzie,
Wszystko tajne jawnym będzie,
Gniewu dłoń dosięże wszędzie.

Cóż mam, nędzarz, ku obronie,
Czyją pieczą się zasłonię,
Gdy i święty zadrży w łonie?

Panie w grozie swej bezmierny,
Zbawisz z łaski lud Twój wierny,
Zbaw mnie, zdroju miłosierny.

Racz pamiętać, Jezu drogi,
Żeś wziął dla mnie żywot srogi,
Nie gub mnie w dzień straszny trwogi.

Długoś szukał mnie znużony,
Zbawił krzyżem umęczony,
Niech ten trud nie będzie płony.

Sędzio pomsty sprawiedliwy,
Bądź mym grzechom litościwy,
Zanim przyjdzie sąd straszliwy.

Jęcząc, pomnąc win bezdroże,
Wstydem me oblicze gorze,
Szczędź mnie, błagam, Panie Boże.

Ty coś Marii grzech wybaczył
I wysłuchać łotra raczył,
Nie pozwolisz, bym zrozpaczył.

Choć niegodne me błaganie,
Nie daj mi, dobroci Panie,
W ognia wieczne wpaść otchłanie.

Daj mi mieszkać w owiec gronie,
Z dala kozłów, przy Twym tronie
Postaw mnie po prawej stronie.

Gdy uśmierzysz potępionych,
Srogim żarom przeznaczonych,
Weź mnie do błogosławionych.

Błagam kornie bijąc czołem,
Z sercem, co się zda popiołem,
Wspomóż mnie nad śmierci dołem.

O dniu jęku, o dniu szlochu,
Kiedy z popielnego prochu
Człowiek winny na sąd stanie.

Oszczędź go, o dobry Boże,
Jezu nasz, i w zgonu porze
Daj mu wieczne spoczywanie.
Amen

                                      (przeł. Leopold Staff)
 
 
 

30 kwietnia 2017

dzwony. . .

Chowałem dzwony w piersi mej; ponure, groźne, głuche dzwony,
Drzemiące niby w mrocznej mgle dzwonnicy cichej, opuszczonej.
Czuwałem trwożnie nad ich snem, bo byłem w sercu pełen lęku,
By się nie zbudził śpiący spiż z huraganowym echem jęku;
Czuwałem trwożnie nad ich snem tłoczącym, ciężkim jakby ołów,
Kochałem bowiem senny czar opustoszałych już kościołów.

O, duszo! Czemuś w ową noc, gdy w gruz runęły twe świątnice,
Rozpaczą swych zgorzkniałych ust plunęła w zmierzchłych nieb ciemnice?
Oślepły blade oczy gwiazd od jadów twej piołunnej śliny
I przerażenia ślepy strach widnokrąg ziemi zaległ siny.
O, w ową straszną, krwawą noc dzwony się obudziły senne,
Gromowej nawałnicy sztorm lejąc w otchłanie sfer bezdenne.

Z bezdni, gdzie głuchy leżał mrok, pomruk wydźwignął się ponury,
Wyrosło tysiąc nagich rąk, chwyciły silnie dzwonów sznury
I rozkiełznany, dziki szał prostuje, kurczy rąk nawałę,
Co rwą i szarpią, jakby w strzęp rozrywać chciały światy całe!
Szarpiących rąk szatański szał rozdziera pierś broczącą w męce!
O, nieznużone w wieków wiek, tysiączne, nagie, silne ręce...

Rozkołysane w grozy jęk, w ryk rozszalałe huczą dzwony!
Złowieszczy lament dzikich trwóg! Obłęd rozpaczy rozjuszonej!
Dławiący w głuszy czyha strach! Ogniste walą z chmur pioruny
W miedziane szczyty wzniosłych wież! Pomrok zalały krwawe łuny!
Bluźnierczej skargi bunt i gniew! Duszonych starców ciężkie skony!
Rozkołysane w grozy jęk, w ryk rozszalałe huczą dzwony!

Rozkołysane w grozy jęk, w ryk rozszalałe dzwony huczą!
A każdy huk spiżowych płuc bucha brzemienny krwawą tuczą!
Morze dymiącej, spiekłej krwi rozlewa w krąg odmęty błotne,
Które sięgają już mych ust, jak węże śliskie i wilgotne!
Huk każdy ciosem wali w skroń, zbolałą skroń rozmiażdżą, stłuczą!
Rozkołysane w grozy jęk, w ryk rozszalałe dzwony huczą!

O, dzwony, dzwony, dzwonów huk! Każdy powietrza nikły atom
Zmienił się w wściekły, głośny dzwon i skargi swoje wieści światom.
Każdy powietrza atom grzmi, burz rozpętanych szał rozlewa
I wrzaskiem tysiąckrotnych ech ryki potworne znów odbrzmiewa!
Z każdego dzwonu wali grom! Krew bucha z każdej dzwoonu czary!
Huk! Nieskończoność dzwonów! Jęk! W krąg bezkres dzwonów! Huk w bezmiary!

Wszechświat się cały dzwonem stał, a jam jest sercem tego dzwonu!
Olbrzymi dzwon brzeg oparł swój o widnokręgi nieboskłonu.
Trącony w ruch, rozchwiany w pęd, rozmachem miota się i ciska,
Buja nad chmury, spada w dół, szalona, straszna ma kołyska!
Ja, serce dzwonu, pełen trwóg w spazmie przerażeń oszalałem
I w stujęzyczny twardy spiż uderzam okrwawionym ciałem!

Błyskawicowym lotem gnam. Pęd dech zapiera, świszcze, smaga!
Pruję powietrze jakby grom, uderza w dzwon pierś moja naga...
Głuszące ryki! Ostry ból! Rozbite ciało spiż rozdziera!
Powrotnym lotem jak wichr gnam. Pęd świszcze, smaga, dech zapiera!
Pruję powietrze jakby grom, uderzam w dzwon zbolałą skronią...
Głuszące ryki, ostry ból! Rany krwi spiekłej krople ronią.

Zbolałe ciało broczy krwią. Padają czarne krwi korale
W skłębionych huków ciemny wir, w spiętrzone dzikich szałów fale,
W pomroku straszny niecą blask, jakby miotane dla igraszek,
Świeciły krwawe oczy w mgle ze starczych wyłupione czaszek.
I pędzę, gnam i biję w dzwon, struchlały wśród tych ślepych wzroków,
I dzwoni tysiąc nagich rąk, i nie ma dla nich pęt ni oków!

Rozkołysane w grozy jęk, w ryk rozszalałe huczą dzwony!
Złowieszczy lament dzikich trwóg! Obłęd rozpaczy rozjuszonej!
Dławiący w duszy czyha strach! Ogniste walą z chmur pioruny
W miedziane szczyty wzniosłych wież! Pomrok zalały krwawe łuny!
Bluźnierczej skargi bunt i gniew! Duszonych starców ciężkie skony!
Rozkołysane w grozy jęk, w ryk rozszałałe huczą dzwony!

                                                                                               Leopold Staff (z tomu ,)
   
   
   

25 grudnia 2015

jeżeli jesteś. . .

Jeżeli jesteś, spotkasz mnie na chmurnej drodze
W niesamowitej porze, kiedy brzozy w trwodze
Drżą pod naporem wichrów, i wskażesz mi dęby,
Co miotając swych koron kędzierzawe kłęby
Uczą rozpaczliwymi swych konarów szumy
Nadaremnych wysiłków piękności i dumy,
Bohaterstwa obłędu, kiedy liści gęstwa
Wybucha triumfalną niemocą szaleństwa,
W pustce zimnej, nieczułej na ziemi i niebie,
Wśród opętańczych zmagań, co wiodą do ciebie.

Lecz niech nie znam niepogód, błyskawic i burzy,
Którym głos piorunowy groźnym echem wtórzy;
Niech mnie czeka w przystani dzień błogi i długi
Z dala od niebezpieczeństw, raf i klęsk żeglugi,
Na wygładzonej fali, wśród ciszy obłoków,
Nie znającej szarpania bezsilnego oków,
Bezrozumnego buntu, który gryzie skały,
Bym był jak trumna syty, jak cmentarz — dojrzały,
Spokojny jak trup między deskami czterema
Uroczystej nicości — jeśli ciebie nie ma.

                                                          Leopold Staff (z tomu Martwa pogoda, 1964)
 
 
 

13 listopada 2015

przedśpiew radości / fragment. . .

[...]

Nowego Boga, starym obyczajem,
Solą przyjęliśmy łez, trupów Chlebem,
Na progu czasów, co były rozstajem
Pomiędzy ziemią i pomiędzy niebem,
A które ręką kary dzisiaj jedna
Z sprawiedliwością tajna moc bezwiedna.
Świat, co się w zniszczeń rozpada obłędzie,
Bóg jak zepsute rozbiera narzędzie,
Jako dom, w którym już mieszkać nie można,
Bo budowała go dłoń nieostrożna
Na bagnie, biorąc nań, miast głazu, próchno,
I nim noc minie, wichry go rozdmuchną.
I myśl tajemna, która w mrokach drzemię,
Gniewem kilofów swych rozsadza ziemię
Na budowlanych ciosów nowe bryły...
Słuchajcie! Miłość jest uśmiechem siły,
Kiedy nienawiść — jej smutkiem, chorobą.
Sępy wyżarły w nas, co jest wątrobą,
I pozostanie nam serce jedynie.
Nie dom budujmy sobie, lecz świątynię,
Gdzie każem świętych tęsknot jasnowidom
Podpierać stropy jako kariatydom.

Oto was wzywam do wielkiej radości!

[...]

                                   Leopold Staff (z tomu Żywiąc się w locie, 1922)
 
 
 

18 października 2014

wiersz. . .

Skąd mi to przyszło?
Może z obłoku drogą anielską?
A może Wisłą?
A może rzymskim traktem
Przez Przełęcz Dukielską?
Ale jest faktem,
Że nagle wytrysło, zabłysło
Od razu w sercu i w głowie
I jest! Jest, drodzy panowie!

                                      Leopold Staff (z tomu Wiklina, 1954)
 
 
 

świństwo, ale trzeba to mieć. . .

   W tym ostatnim miesiącu przed śmiercią.
   Staff otworzył szufladę swojego biurka.
   — J a tu coś dla pana... - szukał w papierach — j a coś dla pana przygotowałem. O! - trzymał w rękach grubą paczkę czerwonych stuzłotowych banknotów. - O! Mam tu dla pana dziesięć tysięcy... J a mam teraz dużo pieniędzy, niech pan bierze. Będzie pan mógł spokojnie pisać...
   — Kiedy j a mam teraz pieniądze.
   — Ile?
   — Dostałem kilka tysięcy za drugie wydanie Uśmiechów.
   — Pieniądze to świństwo, ale trzeba to mieć - powiedział Staff. — To pozwala żyć szerzej. Żyć szerzej, więcej ogarniać. To wpływa na twórczość. Staje się śmielsza, szersza...

Tadeusz Różewicz (fragment prozy Przygotowanie do wieczoru autorskiego, 1977)
   
   
   

04 maja 2014

dos moi pou sto. . .

Chcę się dostać do nieba,
Lecz mam za krótką drabinę.
O co ją oprzeć nad ziemią?
Ach, byle dotrzeć do chmur!

                                       Leopold Staff


nie chcę dostać się do nieba
nie mam drabiny
zabrały mi ją anioły
które chciały zejść na ziemię
nie chcę dotrzeć do chmur

Ach! byle dotrzeć „do siebie!”

pożyczę drabinę od Junga!
o boże! też jest za krótka!

                                       Tadeusz Różewicz
   
  
   

11 grudnia 2013

bogowie zmarli. . .

Moc zbudziła w nim butę i dumny gniew wraży,
Iż nie ścierpiał nad sobą dłoni bóstw ciemięskiej.
Wchodzi w świątynię, w sile swej potęgi męskiej,
By tych, co nad nim władną, postrącać z ołtarzy.

Czul swą wielkość i wiedział, że sam sobie starczy
Być bogiem światowładnym, bo moc w duszy chował.
I posągi potrzaskał, obalił na pował -
Nie padł grom z twarzy bóstwa skamieniałej, starczej.

Bogi zmarły... Powraca ku drzwiom świętokradca
I lęk go zdjął, że kiedy otworzy wierzeje,
Ujrzy świat przerażony... bo tam skonał Władca!

Przestwór w rozpacznym szale zgrozy skamienieje!...
Rozchyla drzwi... otwiera oczy trwogą mętne...
Patrzy: Wszystko, jak było... zimne... obojętne...

                                                                      Leopold Staff (z tomu Sny o potędze, 1901)


22 marca 2013

praca. . .

Ręce w kieszeni, w ustach papieros,
Chodzę po świecie, władca i heros.

Niby przez monokl w oka orbicie,
Przez kółka dymu patrzę na życie.

Gorszy cię byt mój bez trudu, celu,
Obywatelu, mój przyjacielu.

Próżniaczych moich dni nie pochwalasz?
Wiedz, żem robotnik, zaciekły malarz.

O głodzie, chłodzie, w ducha swobodzie
Maluję sufit w Saskim Ogrodzie.

                                  Leopold Staff (z tomu Barwa miodu, 1936)


  

10 listopada 2012

stojąc sam. . .

Stojąc sam na milczenia progu,
Tracę na zawsze twoje imię,
Druga osobo dioalogu,
Wiecznej mgławicy pseudonimie.

                                        Leopold Staff (z tomu Dziewięć Muz, 1958)


03 października 2012

list z jesieni. . .

Czekam listu od ciebie... Tam Południa słońce
I morze mówi z tobą... U mnie długa słota,
Samotność, jesień, chmury i drzewa więdnące...
Dziś pogoda... lecz słońce chore - jak tęsknota...

Nim wyślesz, włóż list w trawę wonną albo w kwiaty,
Bo tu żadne nie kwitną już... Niech go przepoi
Spokój, woń słońca, szczęście twej bliży i szaty -
Albo go noś godzinę w fałdach sukni swojej...

A papier niechaj będzie niebieski... Bo może
Znów przyjdą chmury szare, smutne, znów na dworze
Słota łkać będzie, kiedy list przyjdzie od ciebie;

Skarżyć się będą drzewa, co więdną i mokną,
A ja, samotny, może znów będę przez okno
Patrzał za małym skrawkiem błękitu na niebie...

                                                  Leopold Staff (z tomu  Ptakom Niebieskim, 1905)

09 sierpnia 2012

powrót. . .

Co cię przywiodło ku mnie, orszaku tułaczy?
Biedni! Skulony grzbiet wasz, uznojone skronie,
Prochem gościńców łachman zabrudzony żebraczy,
Zgarbieni, wyciągacie ku mnie dłonie...

<<Przychodzimy po prośbie, bezdomni nędzarze...
Przyszliśmy cię przebłagać! Patrz, jaka pokora
Naszych czół...>> Zda się, znane mi są wasze twarze,
Ale inne, dumniejsze jakieś były wczora...

<<Jesteśmy sny królewskie, twe wielkie pragnienia,
Któreś wygnał bezmyślnej chwili niską złością...
Żebrzemy... przyj nas znowu!... W prochy poniżenia

Padamy na kolana z błaganiem i łzami...>>
Na Boga! nie klękajcie przed moją nicością,
Bom niegodzien z stóp waszych pył zamiatać ustami!

                                                                      Leopold Staff (z tomu Sny o potędze, 1901)


   

19 maja 2012

oczy otchłani. . .

Oto godzina snu: tajemna doba
Zaniku życia, odpływ serca, duszy...
Wiecznie powrotna ciemności żałoba,
Która myśl łamie i miażdży, i kruszy
Na miał nicości, na rozprzęg chaosu
W niezmordowanych nigdy żarnach losu.

(...)

O, walczcie, cierpcie, marzyjcie! wśród pustoszy
Nocy bezgwiezdnej, bez szczęścia rozkoszy!
O, bracia moi1 Nie błogim spokojem
Jest życie, ale nieustannym bojem!
Niech dzień wam będzie o swe serce bitwą,
A noc najgłębszą o miłość modlitwą!


                             Leopold Staff (z tomu Żywiąc się w locie, 1922)


   

15 kwietnia 2012

u kresu. . .

U kresu mojej podróży skończonej
Zrzuciwszy z ramion sakwę niepotrzebną
Legnę na ziemi i oprę, znużony,
Na dłoni głowę mą, jak księżyc srebrną.


I jak wędrowiec na ostatnim szczycie,
W minioną przeszłość zwrócony obliczem,
Obejmę myślą całe moje życie,
Aby zatęsknić za wszystkim i niczem.


                                      Leopold Staff (z tomu Martwa pogoda, 1946)


  

23 lutego 2012

bez sił. . .

Niedbała obojętność apatii bezsilnej
Rzuciła mię, pustkami jałowych bezbrzeży
Znużonego, w podziemnej krypty loch mogilny.

Tam dusza ma w leniwym łożu nudy leży
I marzy niedołężnie, senna, osowiała,
Wsłuchując się w szelesty skrzydeł nietoperzy.

Bezdusznych, martwych mroków tłocząca powała
Tępą ciszą zalewa loch od sklepień do dna;
W ogłuchłej, ślepej grozie noc znieruchomiała.

Czuję, jak znieczulenia jad, śmierć niezawodna,
Wsącza się z wolna z głuszy w mą pierś - i nad marnym
Skonem swym zatkać nie ma sił dusza bezpłodna.

Tylko ciemny chłód krypty w pomroku ciężarnym
Płacze rosą wilgoci na marmurze czarnym.

                                                    Leopold Staff (z tomu Sny o potędze, 1901)


  

18 października 2011

puchar mojego serca. . .

O, jak ostrożnie niosę ciche serce moje,
O, z jak niezmierną trwogą niosę je przez życie!
Omijam drogę, którą torują przeboje,
Omijam ścieżki, gdzie grozi rozbicie!
Bo z takim trudem dałem mu ciszę ukojną,
Z takim trudem zdobyłem dla niego ostoję,
Przystań dla umęczonych milczącą, spokojną
O, jak ostrożnie niosę ciche serce moje.

O, jak ostrożnie niosę mój puchar z kryształu,
O, jak z nim trwożnie stąpam wśród drogi mej cichej,
Z dala od uczt, gdzie pośród płomiennego szału
Biesiadnicy trącają w wezbrane kielichy!
Gorycz rysę pęknięcia wyżarła w nim wieczną,
A z takim trudem, długo cierpliwie, pomału
Napełniałem go winem łez, mą krwią serdeczną
O, jak ostrożnie niosę mój puchar z kryształu!

                                 Leopold Staff (z tomu Sny o potędze, 1901)

16 sierpnia 2011

dos moi pou sto. . .

Chcę się dostać do nieba,
Lecz mam za krótką drabinę.
O co ją oprzeć nad ziemią?
Ach, byle dotrzeć do chmur!

                             Leopold Staff (z tomu Dziewięć Muz / Appendix, 1958)

30 lipca 2011

kto. . .

Piosnka, która śpiewa,
Która się uśmiecha,
Leci między drzewa,
Budzi w liściach echa...

Piosnka, która płacze
I która się żali,
Niesie swe tułacze
Łkanie z jękiem fali...

W jednej brzmi nadzieja,
W drugiej trwoga drżąca.
Jam jest struną. Nie ja -
Któż więc o nią trąca? 


                            Leopold Staff  (z tomu W cieniu miecza, 1911)

03 lipca 2011

deszcz jesienny. . .

O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny
I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny,
Dżdżu krople padają i tłuką w me okno...
Jęk szklany... płacz szklany... a szyby w mgle mokną
I światła szarego blask sączy się senny...
O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny...

Wieczornych snów mary powiewne, dziewicze
Na próżno czekały na słońca oblicze...
W dal poszły przez chmurną pustynię piaszczystą,
W dal ciemną, bezkresną, w dal szarą i mglistą...
Odziane w łachmany szat czarnej żałoby
Szukają ustronia na ciche swe groby,
A smutek cień kładzie na licu ich młodem...
Powolnym i długim wśród dżdżu korowodem
W dal idą na smutek i życie tułacze,
A z oczu im lecą łzy... Rozpacz tak płacze...

To w szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny
I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny,
Dżdżu krople padają i tłuką w me okno...
Jęk szklany... płacz szklany... a szyby w mgle mokną
I światła szarego blask sączy się senny...
O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny...

Ktoś dziś mnie opuścił w ten chmurny dzień słotny...
Kto? Nie wiem... Ktoś odszedł i jestem samotny...
Ktoś umarł... Kto? Próżno w pamięci swej grzebię...
Ktoś drogi... wszak byłem na jakimś pogrzebie...
Tak... Szczęście przyjść chciało, lecz mroków się zlękło.
Ktoś chciał mnie ukochać, lecz serce mu pękło,
Gdy poznał, że we mnie skrę roztlić chce próżno...
Zmarł nędzarz, nim ludzie go wsparli jałmużną...
Gdzieś pożar spopielił zagrodę wieśniaczą...
Spaliły się dzieci... Jak ludzie w krąg płaczą...

To w szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny
I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny,
Dżdżu krople padają i tłuką w me okno...
Jęk szklany... płacz szklany... a szyby w mgle mokną
I światła szarego blask sączy się senny...
O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny...

Przez ogród mój szatan szedł smutny śmiertelnie
I zmienił go w straszną, okropną pustelnię...
Z ponurym, na piersi zwieszonym szedł czołem
I kwiaty kwitnące przysypał popiołem,
Trawniki zarzucił bryłami kamienia
I posiał szał trwogi i śmierć przerażenia...
Aż, strwożon swym dziełem, brzemieniem ołowiu
Położył się na tym kamiennym pustkowiu,
By w piersi łkające przytłumić rozpacze,
I smutków potwornych płomienne łzy płacze...


To w szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny
I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny,
Dżdżu krople padają i tłuką w me okno...
Jęk szklany... płacz szklany... a szyby w mgle mokną
I światła szarego blask sączy się senny...
O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny...

                                             Leopold Staff (z tomu Dzień duszy, 1903)




17 czerwca 2011

piosenko moja. . .

Piosenko moja cicha,
Jedyne szczęście moje
Na twardym świecie!
Słodziej wiew pól nie wzdycha
Ani rozkoszniej szumią ciemnoleśne zdroje,
Ni wonniej pachnie kwiecie.

Piosenko moja słodka,
Jedyna ma miłości,
Bo mnie minęła
I nigdy już nie spotka
Tamta druga, co ziemię zmienia w Raju włości
I w Raju się poczęła.

Piosenko moja jasna,
Jedyne moje mienie
I me bogactwo!
Z tobą mi izba ciasna
Jest szersza niźli komnat królewskich sklepienie,
Niż dumne berła władztwo.

Piosenko moja prosta,
Jedyne moje zdrowie
I ducha siło!
Czym ból i losu chłosta,
Gdy przez ciebie w wieczystej odżywam odnowie
Nad zmarłych snów mogiłą?

Piosenko moja wierna,
Jedyna moja cnoto,
Bo nie mam innych...
Jak siostra miłosierna,
Ty mnie przed sądem Boga zbawisz swą tęsknotą
Spośród najbardziej winnych!

                                          Leopold Staff