Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Witkacy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Witkacy. Pokaż wszystkie posty

25 grudnia 2018

ukuj moją starczą chódź. . .

Ukuj moją starczą chódź - 

A gdy ją ujrzał tak w refleksach całą
To już mu wtedy brakowało mało

A gdy zobaczył to czego nie trzeba
To mu się zdało, że to rąbek nieba

A gdy ją ujrzał taką całą w groszkach
To mu się zrobiło jak po dobrych proszkach

A gdy ją ujrzał tak całkiem bez groszków
To nie trzeba mu było nawet dobrych proszków

Puć tó do mnie Dziedzko puć
Ukuj moją starczą chódź - 

                                                               Witkacy
  
  
  

22 grudnia 2017

brak jest naszej literaturze. . .

Co innego jest fikcja w powieści, a co innego rzeczywistość. Z fikcją nie robi się ceremonii, można „walić na całego” i zawsze jest za mało.Przynajmniej moim zdaniem — bo są ludzie, którzy skarżą się na intensywność stylu w literaturze: wolą kaszkę na mleku niż abisyńskie suki prażone żywcem na bringhauserach i podlewane sokiem ya-yôô. Ale mnie się zdaje, że każdy powinien pisać jak najintensywniej, na ile go tylko stać, i to tak samo w subtelnościach, jak i w brutalnościach. Nie twierdzę bynajmniej,że „zły język” (bad language w znaczeniu angielskim: ordynarny, świński i brutalny) jest warunkiem dobrej literatury. Jedni muszą tak pisać, inni mogą tego sposobu nie używać. Chodzi o natężenie tak w anielstwie, jak i w diabelstwie — a tego brak jest naszej literaturze.

Stanisław Ignacy Witkiewicz (Narkotyki, 1932)
   
   
   

stu profesorów powiesiło się. . .

[...]choćby stu profesorów powiesiło się na własnych kiszkach — język jest rzeczą żywą, gdyby zawsze uważano go za mumię i myślano,że nic w nim zmienić nie wolno, to ładnie wyglądałaby literatura, poezja, a nawet to kochane i przeklęte życie[...]

Stanisław Ignacy Witkiewicz (Narkotyki, 1932)
   
   
   

po infernalnej stoczni upadków ludzkich na samo dno. . .

"Niebyłość” [wyparcie przyp. M.H.] zmniejszała zaś tak cierpienia z powodu wyrzutów, że gdy przyszła następna, a do tego stała możliwość nowej ucieczki w dal przed „bólem życia”,delikwent na pewno staczał się natychmiast po infernalnej stoczni upadków ludzkich na samo dno małego czy nawet wielkiego popoju. Oczywiście to są rzeczy, którymi możemy kierować sami. Ale są nieszczęścia, które walą się nam na łby ze stosunkowo małą pomocą wad naszych charakterów[...]

Stanisław Ignacy Witkiewicz (Narkotyki, 1932)
   
   
   

18 lipca 2015

śmierć z torturami. . .

(...)śmierć z torturami  (psychicznemi  na razie) zaczynała  się już powoli,  wbrew  niemożności  jej  pojęcia  stawała się codzienną rzeczywistością.

Stanisław Ignacy Witkiewicz, ps. Witkacy (fragment powieści Pożegnanie jesieni, 1927)




   
    

nasz faszyzm to byłoby coś dopiero wspaniałego. . .

   — A cóż proletariat  żydowski....  —  wtrąciła Józia. 
   — Zobaczylibyście ten  proletariat  nie w  waszej  niewoli,  a pod  panowaniem  naszych królów:  żadnego cienia bolszewizmu  nikt by  się w  nim  nie doszukał.  Nasz faszyzm  to byłoby  coś  dopiero  wspaniałego.  Żydzi  są jedynym  narodem,  który  ma jeszcze w sobie zdrowy  nacjonalizm  —  tylko  położenie nasze czyni  z  nas,  mimo  naszej  woli, wybuchowy  materiał:  transformuje,  raczej  deformuje,  naszą  siłę  w  przestrzeni  innej struktury.

Stanisław Ignacy Witkiewicz, ps. Witkacy (fragment powieści Pożegnanie jesieni, 1927)




   
    

jestem nieszczęsnem, śmiertelnie znudzonem. . .

„Jestem  nieszczęsnem,  śmiertelnie znudzonem,  żydowskiem  niczem.  Czekam  byle zewnętrznej  sposobności,  aby  móc się zabić z  samej nędzy  duchowej.  Chce  mi  się  sankcji  wyższych  potęg  nad  mojem  życiem.  Ach  — zdobyć siebie na  nowo,  aż od  samego  dzieciństwa"
Poświećenie się  dla jakiegoś  wysokiego  celu? Boże Jedyny! Skąd  go  znaleźć?" „Zostać  komunistką"  —  szepnął znowu  głos,  ale  inny.  „Tak  —  ale nie  zostając komunistką można to  znaleźć jedynie tam,  gdzie  króluje ten  niezwyciężony  ksiądz Wyprztyk.  I od  jakich  głupstw  zależy  czasem  wszystko! Gdyby  wtedy  poddał mi  się, zostałabym  pewno  żydówką do  śmierci". Zadzwoniła  na służącą.  „Coś  musi  się zmienić  —  inaczej  znowu  przyjdzie to  straszliwe w  swej  mocy  pożądanie  śmierci  i ja nie wytrzymam  —  a ja żyć chcę,  —  chcę zobaczyć co  będzie dalej,  jak  w  następnym felietonie  powieści...

Stanisław Ignacy Witkiewicz, ps. Witkacy (fragment powieści Pożegnanie jesieni, 1927)




   
    

gromadząc się w sercu, gęstniejąc w kłębek tępego bólu. . .

Omdlałość  i  prężność  ustępowała powoli  z  mięśni,  gromadząc się w  sercu,  gęstniejąc w kłębek  tępego  bólu.  „Cierpienie istnienia  samego  w  sobie" przemknęły  słowna bez sensu.  Dałby  wiele,  aby  w tej  chwili  leżeć  mógł  sam  na  sofie w  swoim  pokoju.  Z utęsknieniem  pomyślał  o „tamrym"  mroku,  o  „tamtych"  muchach  dookoła lampy  i o „tamtych"  myślach,  które go  nawiedzały  jedynie tam,  u  niego,  o  szarej  godzinie.  Były to  chwile,  w  których  współczesne życie,  ale dalekie jakby  i obce  samo  sobie,  jaśniało tym  tajemniczym  blaskiem,  który  normalnie miały  dlań  tylko  pewne najlepsze  okresy przeszłości.  „Zasnąć  i  zapomnieć  —  albo  nie:  wyrwać się z  tego  miasta i gdzieś  na uboczu  stworzyć choćby  kawałek  życia takiego,  jak  te najlepsze,  bezpowrotnie minione dni,  jak  le wizje teraźniejszości,  wolne  od  przypadku  i  nudy  piękne jak dzieła  sztuki  w  swej  koniecznej  harmonji,  a jednocześnie lotne w  dowolności  i  fantazji  jak  puszki  kwiatów pędzone wiatrem  nad  lakami".  Ale nieubłagane spojrzenie z  boku  odkryło  śmieszność formy  lej  myśli(...)

Stanisław Ignacy Witkiewicz, ps. Witkacy (fragment powieści Pożegnanie jesieni, 1927)




   
    

na dnie istnienia, u samych jego podstaw tkwi jakiś piekielny nonsens. . .

Jednak  na dnie istnienia,  u  samych  jego  podstaw  tkwi  jakiś  piekielny  nonsens  i  to nonsens  nudny.  Ale ta nuda jest  wynikiem  dzisiejszych  czasów.  Dawniej  było  to wielkie i piękne.  Dziś  tajemnica zeszła  na  psy  i coraz mniej  jest  ludzi,  którzy  o tem właśnie wiedzą.  Aż w  końcu  szarość jednolita  pokryje wszystko,  na wiele,  wiele lat jeszcze  przed  zgadnięciem  słońca".  Przypomniała się  Alanazemu  książka  Arrheniusa „Losy  Planet"  —  zniechęcenie,  nie metafizyczne już,  ale geologiczno-astronomiczne,  złamało  go  na chwilę zupełnie.

Stanisław Ignacy Witkiewicz, ps. Witkacy (fragment powieści Pożegnanie jesieni, 1927)




   
    

pojęcia istnienia. . .

(...)jednocześnie widzę  dwa odbicia  przeglądającego  się w  oknach  słońca.  Definicja jednoczesności implikuje przyjęcie pojęcia Istnienia Poszczególnego:  w  obrębie  samego  poglądu fizycznego  jest  niemożliwa.

Stanisław Ignacy Witkiewicz, ps. Witkacy (fragment powieści Pożegnanie jesieni, 1927)




   
    

tak przeżywa wszechświat bóg. . .

„Nie rozdzielać niczego  na ordynarne  kompleksy  przyczyn  i skutków,  nie widzieć małych  celo-wostek  —  czuć płynącą falę rozkoszy  i cierpienia w  splątanych  pokłębieniach  całości  Istnienia,  w nieskończo- nem  zazębieniu  wszystkiego  ze  wszystkiem,  graniczącem  z  Niebytem,  z  Absolutna Nicością-  Psycholog  ja ameby  jednem  słowem..." (...)  „Tak przeżywa wszechświat Bóg".

Stanisław Ignacy Witkiewicz, ps. Witkacy (fragment powieści Pożegnanie jesieni, 1927)




   
    

od społeczeństwa nie wywiniesz się. . .

Od  społeczeństwa  nie wywiniesz się,  bratku  —  z niego  wyszedłeś  i  nic ci  tu  nie  pomogą żadne abstrakcje

Stanisław Ignacy Witkiewicz, ps. Witkacy (fragment powieści Pożegnanie jesieni, 1927)




   
    

żyjących organów płciowych. . .

Zaleciała  go  znana atmosfera tak zwanego  prawdziwego,  „demonizmu", tego „kobiecego  świata,  tego  świństwa,  w którem  ciała,  dusze  i  suknie  są tylko  wabikowem  dopełnieniem  samoistnie żyjących organów  płciowych,  jak  płatki  kwiatów  wokół  słupków  i pręcików.  Tylko,  że tam  jest to  piękne...

Stanisław Ignacy Witkiewicz, ps. Witkacy (fragment powieści Pożegnanie jesieni, 1927)




   
    

w równaniach czystego losu. . .

Wstrętne! Ileż chwil  takich  zmarnował  już przez zwykłe  lenistwo  i  podstawianie nieodpowiednich liczb  za iksy  i ygreki  w  równaniach  czystego  losu,  które stawiał  mu  przed wewnętrznym  wzrokiem  przypadek  niezasłużonych  objawień.

Stanisław Ignacy Witkiewicz, ps. Witkacy (fragment powieści Pożegnanie jesieni, 1927)




   
    

29 kwietnia 2015

nie chciał ani życia, ani śmierci. . .

Ale nagle dziwna pustka ogarnęła Atanazego: w tej chwili nie chciał ani życia, ani śmierci — chciał po prostu trwać — jedynie trwać, a nie żyć. Gdyby tak można patrząc na ten świat rozwiać się w nicość nie wiedząc o tern wcale, nie czując samego procesu rozwiewania się! Ależ tak — jutro prawie tak będzie na-pewno — szkoda tylko, że „prawie"! Na pewno. Wszystko było niepewne tylko to jedno było nienaruszalne. Chyba, że go wezmą luptowscy strażnicy, albo zje niedźwiedź. „Bytem niczem — przechodzącym cieniem i nie żałuję niczego. Widziałem świat i dosyć. Nie mogę się okłamywać, że to wszystko jest takie ważne. Odejść w porę, nawet będąc niczem, wielką jest sztuką, jeśli się niema manji samobójczej, lub raka we wątrobie, albo jeśli się nie cierpi duchowo, aż do niemożności wytrzymania, jak wtedy po śmierci Zosi. Ciekawy jestem, czy w innych warunkach mogłoby „wyjść ze mnie" co innego? Ale tego nie dowiem się — psia-krew!" Temi myślami pocieszył się znacznie. Wśród wykrotów i głazów rozpalił niewielką „watrę" i przesiedział przy niej do rana, drzemiąc czasem i myśląc niewyrażalnie. Potok bulgotał w wyżłobionych cysternach — można było w hałasie tym dosłuchać się wszystkiego: klątw, wołań o pomoc, jęków, wymyślań i miłosnych szeptów. Coś chodziło po lesie, trzeszcząc grubemi kłodami, ale przy ogniu nie bał się Atanazy nieoczekiwanego rozwiązania swego równania.

Stanisław Ignacy Witkiewicz, ps. Witkacy (fragment powieści Pożegnanie jesieni, 1927)




   
    

13 marca 2015

turystą wśród ruin. . .

Męka bez granic trwała — w imię czego? Nagle zapaliły się dwie lampy: jedna u sufitu, druga przy łóżku, z zielonym kloszem. Szara godzina szpitalna była skończona. Wir mętnych pojęć, unoszący się nad szarą, zdechłą rzeczywistością opadł. Atanazy odetchnął: wszystko rozwiąże samo życie — trzeba dać się nieść prądowi i wyrzec się raz na zawsze komponowania zdarzeń: to była najtrudniejsza rzecz do wykonania. Nowy problem, postawiony tak po prostu, pogodził go z istnieniem. Niech wszystko płynie samo — zobaczymy co będzie. Zdanie to, od tej chwili stało się jego dewizą. Łohoyski milczał, pęczniejąc od środka od niewyrażalnych zamiarów. Rozmowa z Atanazym sprężyła w nim na nowo chęć użycia. Postanowił być „turystą wśród ruin" — niczem więcej. Zwiedzać świat zewnętrzny i wewnętrzny, w sposób najbardziej interesujący i intensywny, choćby przyszło umrzeć od znanych i nieznanych mu dotąd narkotyków. Wszystko dla chwili, nic dla przyszłości — kokaina nie kokaina — obojętne. Nie miał nic do stracenia, o umysł swój nie dbał, pierwsze nasycenie życiem miał już poza sobą, tak zwane „dziecinne ideały były prawie w zaniku. Poczuł rozkoszną swobodę i nonszalancję. Tylko ten Atanazy.,. Ale i to się zrobi. Z nim właśnie zwiedzić te nieznane obszary uczuć i stanów. Atanazy próbował znowu mówić. Chciał pokryć słowami pustkę uciekającej chwili, ale nie mógł. Łatwo to powiedzieć: „poddać się prądowi", ale co zrobić kiedy prądu niema?

Stanisław Ignacy Witkiewicz, ps. Witkacy (fragment powieści Pożegnanie jesieni, 1927)




29 września 2014

któż może być bardziej szalony. . .

Z głębiny nocy niepojętej
sen modrooki na mnie kiwa
w postaci dziwnej, wniebowziętej
ku światom nowym mnie przyzywa

Któż może być bardziej szalony
niż my, prócz nas nic nie istnieje
jesteśmy jedyni sami
gigantyczni

O wy znikomo małe fakty
w nieskończoności czarnych żądz
O jakże marne są wszystkie akty
tych co się puszą karki swe gnąc

Co do mnie nic nie powiem
mam wrażenie jakby mi zdmuchnęło
wszystkie myśli spod czaszki
Jestem tylko przedłużeniem tego regulatora
Jakby mój mózg wbito niby na rożen na tę żelazną dźwignię
albo też cały utożsamiłem się z maszyną, cały utożsamiłem się z maszyną

To ja sam pędzę, to ja sam pędzę
przestrzeń jak byk
aby nadziać się na ostrze mego losu
Nie, chwila jest tak bardzo doniosła
Można by umieścić nad nami napis:
"Nie dotykać, wysokie napięcie grozi śmiercią"
Gdyby mnie dotknął ktoś nieruchomy i normalny
w jednej chwili runąłby jak rażony gromem

                                                                                     Witkacy
 
 
 

w czarnym, bezdusznym żarze. . .

W czarnym, bezdusznym żarze
Spocone cielsko dusi mnie i gnębi
Tak bóstwo nieznane mnie karze
Za czyny świetlistych gołębi

                                             Witkacy
 
 
 

zużyte wszystko. . .

Zużyte wszystko, słów miazga nie cieknie
I nie spowija grozy dawnych diabłów
Oni się korzą przed wyplutą pestką,
Tybald się boi Kainów i Ablów.
W uściskach stonóg zaklęta pantera,
Jej centki świecą różowe i dumne.
Przez trawę pełznie cudowna hetera
Miażdżąc swym brzuchem słowa zbyt rozumne...

                                                                               Witkacy
 
 
         

firma portretowa. . .

Dziś albo jutro
Na bordo papierze
Muszę się uporać
Z twą mordą frajerze.

Quel sâle métier que la peinture
Quel sâle, quel sâle métier
On peint chaque geule sans murmure
Pour avoir un peu de la monnaie.

Nie jest to przyjemność duża
Cały dzień malować stróża
I za taki marny zysk
Zgłębiać taki głupi pysk.

                                        Witkacy