Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gombrowicz Witold. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gombrowicz Witold. Pokaż wszystkie posty

14 lipca 2022

przed człowiekiem schronić się można jedynie w objęcia innego człowieka. . .

 A teraz przybywajcie, gęby! Nie, nie żegnam się z wami, obce i nieznane facjaty obcych, nie znanych facetów, którzy mnie czytać będziecie, witam was, witam, wdzięczne wiązanki części ciała, teraz niech się zacznie dopiero— przybądźcie i przystąpcie do mnie, rozpocznijcie swoje miętoszenie, uczyńcie mi nową gębę, bym znowu musiał uciekać przed wami w innych ludzi i pędzić, pędzić, pędzić przez całą ludzkość. Gdyż nie ma ucieczki przed gębą, jak tylko w inną gębę, a przed człowiekiem schronić się można jedynie w objęcia innego człowieka. Przed pupą zaś w ogóle nie ma ucieczki. Ścigajcie mnie, jeśli chcecie. Uciekam z gębą w rękach.

Koniec i bomba A kto czytał, ten trąba! 

W. G.


Witold Gombrowicz (Ferdydurke, 1937)

   

   

   

czy widzę prawdę, czy dalszy ciąg ciemności — na bosaka czy można widzieć prawdę, na bosaka?. . .

 — Już my go nauczymy! Wytresujemy go! I zaczęło się, zaczęło się... aż zwątpiłem, czy nie mylą mnie zmysły. Bo nic tak nie myli jak zmysły. Czy mogło to być prawdziwe? Ukryty za portierą, na bosaka, nie byłem pewny, czy widzę prawdę, czy dalszy ciąg ciemności — na bosaka czy można widzieć prawdę, na bosaka? Zdejm buty, ukryj się za portierą i patrz! Patrz boso! Kicz przeraźliwy! Gęsto popijając dojrzałą, wytrawną starkę, rozpoczęli tresowanie parobka na wytrawnego lokajczyka. — To, tamto przynieś ! — krzyczeli. — Kieliszki! Serwety! Chleb, bułki! Zakąski ! Szynkę! Nakryj! Podaj!


Witold Gombrowicz (Ferdydurke, 1937)

   

   

   

a zresztą, czy istnieję dla niej? Niema mnie, włosy stryja edwarda, nos ojca. . .

    Zbyt dobrotliwa. To dobroć sama. Tonę w dobroci cioci, smokczę jej słodki cukierek, dla niej — mam ciągle dwa latka, a zresztą, czy istnieję dla niej? Niema mnie, włosy stryja Edwarda, nos ojca, oczy matki, podbródek po Pifczyckich, rodzinne części ciała. Ciocia w rodzinie tonie i opatula mnie szalem. Na drogę wybiega cielak i staje, rozkraczony, szofer trąbi niczym archanioł, lecz cielak nie chce ustąpić, samochód się zatrzymuje i szofer spycha cielaka — pędzimy dalej, a ciocia opowiada, jak palcem malowałem litery na szybie, gdym miał lat dziesięć. Pamięta, czego ja nie pamiętam, zna mnie, jakim się nigdy nie znałem, ale za dobra, abym miał ją zabijać — nie darmo w dobroci utopił Bóg wiedzę ciotek o sromotnych, śmiesznych szczegółach zamazanej przeszłości dziecinnej. Pędzimy, wjeżdżamy w ogromny bór, za szybami w świetle reflektorów przelatują kawałki drzew, przez pamięć— kawałki przeszłości, okolica jest zła i złowieszcza. Jakże daleko jesteśmy! Gdzieżeśmy zajechali! Olbrzymi kawał brutalnej, czarnej prowincji, śliskiej od deszczu i ociekającej wodą, otacza nasze pudełko, w którym ciotka gaworzy o moich palcach, że kiedyś skaleczyłem się w palec i muszę dotąd mieć szramę, a Miętus z parobkiem w głowie dziwi się trzydziestakowi memu.


Witold Gombrowicz (Ferdydurke, 1937)

   

   

   

zlitujcie się, panie, ady jo nie człowiek, ostawcie. . .

 — Znowu psy? Gdzie chłop? — Okrążyliśmy dół z obu stron (a tymczasem z chat rozlegały się formalne wycia) i wykurzyliśmy chłopa oraz babę z czworaczkami, które karmiła jedną wyschłą piersią (druga bowiem od dawna była już nie do użytku), szczekających rozpaczliwie i zajadle. Rzucili się do ucieczki, lecz Miętus poskoczył i złapał chłopa. Ten tak był wynędzniały i chudy, że padł na ziemię i zajęczał: — Panoczku, panoczku., adyć zlitujcie się, adyć zaniechajcie, adyć ostawcie, panie! — Człowieku — rzekł Miętus — o co wam idzie? Dlaczego chowacie się przed nami? — Na dźwięk słowa „człowiek" ujadanie w chatach i za opłotkami rozpoczęło się z podwójną siłą, a chłopina pobladł jak chusta. — A zlitujcie się, panie, ady jo nie człowiek, ostawcie! — Obywatelu — rzekł wówczas polubownie Miętus — czyście oszaleli? Dlaczego szczekacie, wy i wasza żona? Mamy jak najlepsze intencje. — Na dźwięk tego wyrażenia „obywatel" szczekanie ozwało się z potrójną siłą, a wieśniaczka zaniosła się płaczem: — Ady zmiłujcie się, panie, on nie obywatel! Jaki ta obywatel z niego! O rety, rety, oj dola nasza, dola nieszczęśliwa! Znowuj nam Intencyje zesłało, o, zeby kto! — Przyjacielu —rzekł Miętus — o co chodzi! Nie chcemy wyrządzić wam szkody. Pragniemy waszego dobra. — Przyjaciel! — krzyknął wieśniak przerażony. — Dobra pragnie!— wrzasnęła wieśniaczka. — Ady my nie ludzie, ady my psy, psy, jesteśmy! Hau!Hau! — Nagle dziecko przy piersi — szczeknęło, chłopka zaś, rozejrzawszy się, że nas jest tylko dwóch, zawarczała i ugryzła mnie w brzuch.


Witold Gombrowicz (Ferdydurke, 1937)

   

   

   

wyzuty z ludzi, a deformacje, uczynione mi przez nich, stały się bez nich niedorzeczne. . .

     — Weź kij do ręki. Utnij gałąź. Tam znajdziemy parobka — na polach! Już go widzę oczami wyobraźni. Niczego parobek !Zaśpiewałem:

    Hej, hej, hej, zielony las Hej, hej, hej, zielony las!

    Lecz nie mogłem postąpić kroku. Śpiew zamarł mi na ustach. Przestrzeń. Na widnokręgu — krowa. Ziemia. W dali przeciąga gęś. Olbrzymie niebo. We mgle horyzont siny. Zatrzymałem się na skraju miasta i czułem, że nie mogę bez stada, bez wytworów, bez ludzkiego pomiędzy ludźmi. Złapałem Miętusa za rękę. — Miętus, nie idź tam, wróćmy, Miętus, nie wychodź z miasta. —Pośród obcych krzewów i ziół drżałem jak liść na wietrze, wyzuty z ludzi, a deformacje, uczynione mi przez nich, stały się bez nich niedorzeczne i niczym nie usprawiedliwione.


Witold Gombrowicz (Ferdydurke, 1937)

   

   

   

ku peryferiom — zawołał — tam znajdziemy parobka. . .

 Miętus nie raczył spojrzeć, a mnie znudziło strasznie, zacząłem nawet ziewać. — Ku peryferiom — zawołał — tam znajdziemy parobka, tu nie ma czego szukać, tanie to to, po dziesięć groszy sztuka, krowy ikonie inteligencji, mecenasowe z bonami i mężowie, jak szkapy dorożkarskie. Cholera, psiakrew, zaraza, krowy i muły! Patrz, jakie to nauczone — a jakie głupie! Jakie, psiakrew, wysztafirowane — a jakie ordynarne! Pupa, pupa, psiakość!


Witold Gombrowicz (Ferdydurke, 1937)

   

   

   

się dusimy i dławimy w ciasnym, wąskim, sztywnym wyobrażeniu o nas drugiego człowieka. . .

Ale może raczej należałoby powiedzieć, że naczelną, podstawową męką jest nie co innego, tylko cierpienie, zrodzone z ograniczenia drugim człowiekiem, z tego, że się dusimy i dławimy w ciasnym, wąskim, sztywnym wyobrażeniu o nas drugiego człowieka. A może u podstawy księgi leży kapitalna i zabójcza męka
niedoludzkiej zieloności, kiełków, listków, pączków
albo męka rozwoju i niedorozwoju
a może cierpienie niedokształtowania, niedoformowania
albo męka stwarzania naszego ja przez innych ludzi
męka gwałtu fizycznego i psychicznego
męczarnia dynamizujących napięć międzyludzkich
skośna i nie wyjaśniona bliżej męka skosu psychicznego
udręka boczna zwichnięcia, skrętu, kiksu psychicznego
nieustająca męka zdrady, męka fałszu
automatyczna męczarnia mechanizmu i automatyzmu
symetryczna męka analogii i analogiczna męka symetrii
analityczna męka syntezy i syntetyczna męka analizy
a może męczarnia części ciała i zakłócenia hierarchii poszczególnych członków
cierpienie infantylizmu łagodnego
pupy, pedagogii, szkolarstwa i szkolnictwa
niewinności i naiwności nieutulonej
oddalenia od rzeczywistości
chimery, złudy, mrzonki, fikcji, bzdury
idealizmu wyższego
idealizmu niższego, obskurnego i pokątnego
marzy cię Istwa drugostolnego
a może przedziwna męka drobnostkowości, zdrobnienia
męka kandydowania
męka aspirowania
męka aplikowania
a może po prostu męczarnia podciągania się i natężania 179
nad możność i wynikająca stąd męczarnia niemożności ogólnej i szczególnej
udręka wywyższania się i podbijania bębenka
cierpienie poniżania
męka poezji wyższej i niższej
albo męczarnia głucha impasu psychicznego
opaczna męczarnia pokrętności, wykrętności, chwytu niedozwolonego
albo raczej męczarnia wieku w sensie szczególnym i ogólnym
męka staroświeckości
męka nowoczesności
cierpienie wskutek powstawania nowych warstw społecznych
męka półinteligentów
męka nieinteligentów
męczarnia inteligentów
a może po prostu męka nieprzyzwoitości drobnointeligenckiej
ból głupoty
mądrości
szpetoty
kras, uroków, wdzięków
albo może męczarnia zabójczej logiki i konsekwencji w głupstwie
udręka recytowania
rozpacz naśladowania
nudna męczarnia nudy i powtarzania w kółko
lub być może hipomaniakalna męka hipomaniakalna
niewysłowiona męczarnia niewysłowienia
boleść niewysublimowania
ból palca
paznokcia
zęba
ucha
męczarnia przeraźliwej współrzędności, zależności, wzajemnego przenikania się, uzależniania wszystkich mąk i wszystkich części oraz męka stu pięćdziesięciu sześciu tysięcy trzystu dwudziestu czterech i pół innych męczarni, nie licząc kobiet i dzieci, jak by powiedział pewien stary autor francuski z XVI stulecia.

Witold Gombrowicz (Ferdydurke, 1937)

   

   

   

warto żyć dla śmierci, by wiedzieć, że w nas umarło, że już nie ma, pusto i czczo, cicho i czysto. . .

 Nie, zniknęło, ani młody, ani stary, ani nowoczesny, ani staromodny, ani uczeń, ani chłopiec, ani dojrzały, ani niedojrzały, byłem nijaki, byłem żaden...Odchodzić idąc, iść odchodząc i nie czuć nawet wspomnienia. Zobojętnienie błogie! Bez wspomnienia! Kiedy umiera w tobie wszystko, a nikt jeszcze nie zdążył urodzić się na nowo. O, warto żyć dla śmierci, by wiedzieć, że w nas umarło, że już nie ma, pusto i czczo, cicho i czysto — i gdy odchodziłem, zdawało mi się, że nie sam idę, ale z sobą — tuż przy mnie, a może we mnie, lub naokoło mnie szedł ktoś identyczny i tożsamy, mój — we mnie, mój — ze mną i nie było między nami miłości, nienawiści, żądzy, wstrętu, brzydoty piękna, śmiechu, części ciała, żadnego uczucia ani żadnego mechanizmu, nic, nic, nic... Na setny ułamek sekundy. Bo gdy przechodziłem przez kuchnię, macając w półmroku, zawołano po cichu z alkowy służbowej.

— Józio, Józio...


Witold Gombrowicz (Ferdydurke, 1937)

   

   

   

wiat istnieje tylko dzięki temu, że zawsze za późno się cofać. . .

    — Pan jest źle wychowany! Zdumiałem się tymi słowami w nowoczesnych ustach, tym bardziej że zabrzmiały tak autentycznie, jakby dobre wychowanie było ostateczną instancją rozwydrzonych powojennych pensjonarek. Nowoczesne mistrzowsko umieją żonglować na przemian złym i dobrym wychowaniem. Poczułem się chamem. Za późno było się cofać — świat istnieje tylko dzięki temu, że zawsze za późno się cofać. Odparłem z ukłonem:

    — Podnóżek wielce szanownej pani. Wstała i skierowała się ku drzwiom. Fatalność! Jeżeli wyjdzie pozostawiając mnie z chamstwem — przepadło! Rzuciłem się naprzód, zastąpiłem drogę. Stanęła.


Witold Gombrowicz (Ferdydurke, 1937)

   

   

   

zburzyć zraków!. . .

I dopieroż Młodziakowa z satysfakcją, z gotowością, w to jej graj:

— Epoka, profesorze, epoka! Nie zna pan współczesnego pokolenia. Głębokie przemiany. Wielka rewolucja obyczajowa, ten wiatr, który burzy, podziemne wstrząsy, a my na nich. Epoka! Wszystko trzeba przebudować od nowa! Zburzyć w ojczyźnie wszystkie miejsca stare, pozostawić tylko młode miejsca, zburzyć Kraków!

— Kraków! — wykrzyknął Pimko.


Witold Gombrowicz (Ferdydurke, 1937)

   

   

   

i kult łydki. szatańska część ciała!. . .

 — Nogi — podniecał do nowoczesności — nogi, znam was, znam wasze sporty, obyczaj nowego zamerykanizowanego pokolenia, wolicie nogi niż ręce, dla was nogi najważniejsze, łydki! Kultura ducha dla was niczym, tylko łydki. Sporty! łydki, łydki — pochlebiał mi strasznie — łydki, łydki, łydki! I tak jak na pauzie podsunął szkolarzom problem niewinności, który ich rozjątrzył i zwiększył stokrotnie niedojrzałość, tak teraz mnie podsuwał łydki nowoczesne. A ja z przyjemnością słucham, jak łączy me łydki z łydkami pokolenia, i czuję już okrucieństwo młodości wobec starych łydek! I było w tym jakieś koleżeństwo łydek z pensjonarką, plus tajne rozkoszne porozumienie łydczane, plus patriotyzm nogi, plus zuchwalstwo łydki młodej, plus poezja nogi, plus młodzieńcza duma łydczana i kult łydki. Szatańska część ciała! Nie potrzebuję dodawać, że wszystko działo się cicho na tyłach pensjonarki, która stała w oknie na łydkach swoich rówieśnych i skubała skórę, niczego się nie domyślając.

Witold Gombrowicz (Ferdydurke, 1937)

   

   

   

a tobą nie ma nic, tylko ja jestem przy tobie. . .

     — Do pensjonarki! — krzyknął. — Do pensjonarki' Do młodości! Do Miedziaków! Wsadził mię w dorożkę i uwiózł do pensjonarki kłusem przez rojne ulice, pełne pojazdów, ludzi, śpiewu ptasząt.

    — Jedźmy, jedźmy, czemu się oglądasz, za tobą nie ma nic, tylko ja jestem przy tobie. I  ściskając mi rękę mruczał, cały ośliniony:

    — Do pensjonarki, do pensjonarki nowoczesnej! Już tam pensjonarka potrafi zakochać go w młodości! Już tam Młodziakowie potrafią go zdrobnić! Już tam pupę mu zrobią doskonałą! Cu, cu, cu! — zawołał, aż koń zaczął wierzgać, a dorożkarz zasiadł się na koźle plecami do Pimki z bezmierną pogardą ludu. Pimko siedział jednak w sposób najzupełniej absolutny.


Witold Gombrowicz (Ferdydurke, 1937)

   

   

   

wyższa istota kluska. . .

Doktor i mistrz Analizy rzekł:

— Kluski!

Syntetolog odpowiedział:

— Klusek! 

Anty-Filidor zaryczał:

— Kluski, kluski, czyli kombinacja mąki, jaj i wody! 

Filidor zaś odparował momentalnie:

— Klusek, czyli wyższa istota Kluska, sam najwyższy Klusek!


Witold Gombrowicz (Ferdydurke, 1937)

   

   

   

inne słowa równie nieistotne, wygłaszane na lekcjach przez nauczycieli. . .

 Rozdział IV


PRZEDMOWADO FILIDORA DZIECKIEM PODSZYTEGO


    Zanim podejmę dalszy ciąg tych prawdziwych wspomnień, pragnę tytułem dygresji zamieścić w następnym rozdziale opowiadanie pod nazwą Filidor dzieckiem podszyty. Widzieliście, jak złośliwie dydaktyczny Pimko mnie upupił; widzieliście idealistyczne zakamarki inteligenckiej młodzieży naszej, niemożność życia, rozpacz dysproporcji, żałość sztuczności, ponurość nudy, śmieszność fikcji, mękę anachronizmu, szaleństwo pupy, twarzy oraz innych części ciała. Słyszeliście słowa, słowa, słowa ordynarne, walczące ze słowami wzniosłymi i inne słowa równie nieistotne, wygłaszane na lekcjach przez nauczycieli — i byliście niemymi świadkami, jak rzecz złożona ze słów nieistotnych skończyła się podle cudacznym grymasem. Tak już w zaraniu młodości człowiek wsiąka we frazes i w grymas. W takiej kuźni wykuwa się dojrzałość nasza.


Witold Gombrowicz (Ferdydurke, 1937)

   

   

   

nie ma to jak szkoła, gdy chodzi o wdrożenie uwielbienia. . .

 — Nic. A cóż z nogami? Machać? I cóż z tego? Po kwadransie sam Gałkiewicz zajęczał, że dosyć, że już uznaje, że uchwycił, że cofa, zgadza się, przeprasza i może.

— A widzi Gałkiewicz?! Nie ma to jak szkoła, gdy chodzi o wdrożenie uwielbienia dla wielkich geniuszów!


Witold Gombrowicz (Ferdydurke, 1937)

   

   

   

tylko prawdziwie niemiły pedagog zdoła wszczepić w uczniów tę miłą niedojrzałość, tę sympatyczną nieporadność i niezręczność, tę nieumiejętność życia. . .

 — To najtęższe głowy w stolicy — odparł dyrektor — żaden z nich nie ma jednej własnej myśli; jeśliby zaś i urodziła się w którym myśl własna, już ja przegonię albo myśl, albo myśliciela. To zgoła nieszkodliwe niedołęgi, nauczają tylko tego, co w programach, nie, nie postoi w nich myśl własna. —Pupa, pupa — rzekł Pimko — widzę, że oddaję mego Józia w dobre ręce. Bo niema nic gorszego od nauczycieli osobiście sympatycznych, zwłaszcza jeśli przypadkiem mają osobiste zdanie. Tylko prawdziwie niemiły pedagog zdoła wszczepić w uczniów tę miłą niedojrzałość, tę sympatyczną nieporadność i niezręczność, tę nieumiejętność życia, które cechować winny młodzież, by stanowiła obiekt dla nas, rzetelnych pedagogów z powołania. Tylko za pomocą odpowiednio dobranego personelu zdołamy wtrącić w zdziecinnienie cały świat, a — Tsss, tsss, tsss — odparł dyrektor Piórkowski ciągnąc go za rękaw — pewnie, pupa, ale ciszej, nie trzeba o tym zbyt głośno.


Witold Gombrowicz (Ferdydurke, 1937)

   

   

   

ta sensacja, gdy malejecie w kimś. . .

    Czy znana wam jest ta sensacja, gdy malejecie w kimś? Ach, maleć w ciotce to coś przedziwnie nieprzyzwoitego, lecz maleć w wielkim belfrze zdawkowym jest szczytem nieprzyzwoitej małości. I zauważyłem, że belfer jak krowa pasie się moją zielonością. Przedziwne uczucie — gdy zieloność twoją belfer skubie na łące, a jednak w mieszkaniu, siedząc na krześle i czytając — jednak skubie i pasie się. Coś okropnego działo się ze mną, lecz poza mną coś głupiego, coś bezczelnie irrealnego. — Duch! — krzyknąłem. — Ja! Duch! Nie autorek! Duch! Sam żywy! Ja! — Lecz on siedział, a siedząc siedział i siedział jakoś tak siedząc, tak się zasiedział w siedzeniu swoim, tak był absolutny w tym siedzeniu, że siedzenie, będąc skończenie głupim, było jednak zarazem przemożnej I zdjąwszy z nosa binokle przetarł je chusteczką, po czym nałożył na nos, a nos był czymś nie do zwalczenia. Był to nos nosowy, zdawkowy i banalny, belfrowaty, długi dosyć, złożony z dwu rurek równoległych, ostatecznych. I rzekł:

— Jaki duch znowu? 

Krzyknąłem:— Mój!

On zapytał wówczas:

— Swojski? Ojczysty?

— Nie swojski, a swój!

— Swój? — zagadnął dobrotliwie. — Mówimy o swoim duchu? A czy znany nam jest przynajmniej duch króla Władysława? — I siedział. Jaki król Władysław? Byłem jak pociąg przewekslowany niespodzianie naboczny tor króla Władysława. Zahamowałem i otworzyłem usta uprzytomniwszy sobie, że nie znam ducha króla Władysława.— A ducha dziejów znamy? A ducha cywilizacji helleńskiej? A ducha galijskiej, ducha umiaru i dobrego smaku? A ducha nikomu prócz mnie nie znanego sielankopisarza z XVI wieku, który pierwszy użył wyrażenia „pępek"? A ducha języka? Jak się mówi: ,,wykonywa", czy też „wykonuje"? Pytanie zaskoczyło mnie. Sto tysięcy duchów przydusiło nagle mego ducha, bąknąłem, że nie wiem, on zaś spytał, co mi jest wiadomo o duchu Kasprowicza i jaki był stosunek poety do chłopów, po czym zapytał jeszcze o pierwszą miłość Lelewela. Chrząknąłem i rzuciłem ukradkowo wzrokiem na paznokcie — paznokcie były czyste, ściągaczki nie było. Wówczas obejrzałem się — jakbym oczekiwał, że ktoś mi podpowie. Ale z tyłu przecież nikogo niebyło. Sen mara, Bóg wiara. Co się dzieje? Boże! Czym prędzej przywróciłem głowę do zwykłej pozycji i spojrzałem na niego, ale wzrok był nie mój, był to wzrok spode łba, dziecinny i przepojony żakowską nienawiścią. Chwyciła mię niewłaściwa i anachroniczna chętka — trafić nauczyciela w sam nos papierową kulką.


Witold Gombrowicz (Ferdydurke, 1937)

   

   

   

niech kształt mój rodzi się ze mnie, niech nie będzie zrobiony mi!. . .

 Ach, stworzyć formę własną! Przerzucić się na zewnątrz! Wyrazić się! Niech kształt mój rodzi się ze mnie, niech nie będzie zrobiony mi! Wzburzenie pcha mnie do papieru. Wyciągam papier z szuflady i oto poranek nastaje, słońce zalewa pokój, służąca wnosi ranną kawę i bułeczki, a ja pośród form błyszczących i cyzelowanych zaczynam pisać pierwsze stronice dzieła mojego własnego, takiego jak ja, identycznego ze mną, wynikającego wprost ze mnie, dzieła suwerennie przeprowadzającego własną rację moją przeciw wszystkiemu i wszystkim, [...]


Witold Gombrowicz (Ferdydurke, 1937)

   

   

   

skrzywienie warg, maskujące napięcie lęku. . .

    Tym razem nie był to sen — naprawdę pod piecem stał sobowtór. Spostrzegłem jednak, że boi się jeszcze bardziej ode mnie; stał z głową pochyloną, ze wzrokiem opuszczonym, z rękami wzdłuż boków — lęk jego dodał mi odwagi. Ukradkiem spod kołdry patrzyłem jakby nie na siebie i widziałem tę twarz, która była moją i nie moją. Wyłamała się ona z głębokiej i ciemnej zieleni, sama zielona jaśniej — to oblicze, które nosiłem na sobie. Oto nos mój... oto moje usta... oto uszy moje, dom mój. Witajcie, znajome kąty! Jak znajome! Jak znałem to skrzywienie warg, maskujące napięcie lęku. Oto kąciki ust — oto podbródek —ucho, które ongi naderwał mi Zdziś — znaki i symptomy dwojakich wpływów, twarz, którą dwie siły, zewnętrzna i wewnętrzna, utarły pomiędzy sobą. Było to moje — czy też to ja tym byłem — czy też było to cudze — a ja tym byłem jednak.

Nagle wydało mi się nieprawdopodobne, żebym to miał być ja. Jak w lustrze, gdy się ujrzymy niespodzianie przez chwilę nie jesteśmy pewni, czy to my, tak też zdziwiła mnie i obraziła zaskakująca konkretność tego kształtu


Witold Gombrowicz (Ferdydurke, 1937)

   

   

   

albo wiersze pisać i poetą stać się i wierzyć. . .

Dlaczegóż nie każdemu dozwolono napisać jeszcze jedną powieść o miłości albo w ciężkich bólach rozdrapać jakąś społeczną bolączkę i zostać Bojownikiem sprawy uciśnionych? Albo wiersze pisać i Poetą stać się i wierzyć „w świetlaną przyszłość poezji"? Utalentowanym być i duchem swym karmić i podnosić szerokie rzesze duchów nieutalentowanych? A, cóż za przyjemność dręczyć się i męczyć, poświęcać i spalać w ofierze, lecz zawsze w zakresie wyższym, w kategoriach tak wysublimowanych, tak — dorosłych.


Witold Gombrowicz (Ferdydurke, 1937)