10 sierpnia 2013

od człowieka, który uniknął śmierci, oczekuje się szalonej radości. . .

Ravic usiadł naprzeciw niej na parapecie. „To dziwne” - pomyślał. „Zwykle od człowieka, który uniknął śmierci, oczekuje się szalonej radości. A to się właściwie rzadko zdarza. Na przykład ta. Dokonał się na niej cud, a interesuje ją jedynie to, że nie musi biegać po deszczu”.

Erich Maria Remarque (fragment powieści Łuk triumfalny, 1945)
   
   
   

zamiarach życia nie leży nasza doskonałość. . .

- Powinnam była postępować z nim inaczej. Powinnam była...
 - Niech pani o tym zapomni. Nie ma nic bardziej niepotrzebnego niż skrucha. Niczego nie można cofnąć. Niczego nie można naprawić. Inaczej bylibyśmy wszyscy świętymi. W zamiarach życia nie leży nasza doskonałość. Miejsce doskonałości jest w muzeum.

Erich Maria Remarque (fragment powieści Łuk triumfalny, 1945)
   
   
   

maska z chloroformem. . .

- Kiedy się wraca i gasi światło, i ciemność spada na człowieka jak maska z chloroformem, i znów się zapala światło, i patrzy się, i patrzy...

Erich Maria Remarque (fragment powieści Łuk triumfalny, 1945)
   
   
   

pachniał opuszczeniem i listopadem. . .

Ravic rozejrzał się. Mały, nagi pokoik pachniał opuszczeniem i listopadem.

Erich Maria Remarque (fragment powieści Łuk triumfalny, 1945)
   
   
   

byle nie na ludzi. . .

- Postaw gdziekolwiek. Wiele rzeczy można postawić gdziekolwiek. Na świecie jest dość miejsca na wszystko. Byle nie na ludzi.

Erich Maria Remarque (fragment powieści Łuk triumfalny, 1945)
   
   
   

religie kosztowały zawsze tyle krwi. . .

   - Trafiła pani w sedno, Eugenio. Ale jeśli dla kogoś nie ma już nic świętego, to wszystko znów staje się dla niego święte w sposób bardziej ludzki. Człowiek czci tę maleńką iskierkę życia, które pulsuje w dżdżownicy i od czasu do czasu pcha ją ku światłu dziennemu. Oczywiście, to nie jest porównanie.
    - Pan mnie nie może dotknąć. Pan nie ma wiary. - Eugenia energicznie wygładziła fartuch na piersiach. - Ja, dzięki Bogu, mam wiarę.
    Ravic sięgnął po płaszcz. 
   - Wiara łatwo się zmienia w fanatyzm. Dlatego religie kosztowały zawsze tyle krwi. - Uśmiechnął się krzywo. - Tolerancja, Eugenio, jest córką wątpliwości. Oto, dlaczego pani z całą swoją wiarą jest bardziej napastliwa w stosunku do mnie, niż ja, zatracony bezbożnik, w stosunku do pani.

Erich Maria Remarque (fragment powieści Łuk triumfalny, 1945)
   
   
   

żużel wspomnień. . .

Wyszedł na ulicę. Wdychał wilgotny, łagodny wiatr. Samochody, ludzie, kilka dziwek stojących już na rogach ulic, kawiarnie, bary, zapach tytoniu, aperitifów i benzyny - szybkie, zmienne życie. Spojrzał na front hotelu. Kilka oświetlonych okien. Za jednym z nich siedzi teraz samotna kobieta i patrzy przed siebie. Wyjął kartkę z jej nazwiskiem, podarł i rzucił strzępy na wiatr. Zapomnieć. Co za słowo! Pełne grozy, pociechy, widm. Któż by mógł żyć, nie zapominając? Ale kto umie o wszystkim zapomnieć? Żużel wspomnień, rozdzierający serce. Wolnym jest się dopiero wtedy, kiedy już nie ma po co żyć.

Erich Maria Remarque (fragment powieści Łuk triumfalny, 1945)
   
   
   

półbogiem czy idiotą. . .

   Wszedł do łazienki i odkręcił kurki. Zobaczył swoją twarz w lustrze. Już raz stał tu tak samo parę godzin temu. Tymczasem zmarła ludzka istota. Ale cóż to miało za znaczenie? Tysiące umierają w każdej chwili. Są statystyki. Nie ma to żadnego znaczenia. Ale dla jednostki, która umiera, oznacza to wszystko i więcej niż cały świat, który się dalej kręci. 
   Usiadł na brzegu wanny i zdjął buty. To się przynajmniej nie zmienia, przedmioty i milczący przymus, pospolitość, mdłe przyzwyczajenie w złudnym świetle przemijania. Rozkwitające serce w zdroju miłości. Ale kimkolwiek się jest, poetą, półbogiem czy idiotą, spada się co parę godzin z nieba, żeby oddać mocz. Tego niepodobna uniknąć. Ironia natury. Romantyczna tęcza, rozpięta nad refleksami gruczołów i robaczkowym ruchem jelit. Narządy ekstazy, szatańsko przystosowane także do wydalania! Ravic rzucił buty w kąt. Wstrętne przyzwyczajenie rozbierania się! Nawet tego niepodobna uniknąć. Tylko ten to rozumie, kto mieszka sam. Była w tym jakaś przeklęta uległość, rezygnacja. Zdarzało mu się sypiać w ubraniu, żeby uciec od tej tyranii, ale to tylko odsuwało problem. Uciec nie było można.
    Wziął prysznic. Chłodna woda spływała po skórze. Odetchnął głęboko i wytarł się. Pociecha drobnych rzeczy. Woda, oddech, deszcz wieczorny. I to także zrozumie tylko ten, kto żyje samotnie. Wdzięczna skóra. Swobodniejszy obieg krwi w ciemnych kanałach. Położyć się na łące. Brzozy. Białe obłoki letnie. Niebo młodości. Co się stało z przygodami serca? Zabiły je ciemne przygody życia.

Erich Maria Remarque (fragment powieści Łuk triumfalny, 1945)
   
   
   

się człowiek rozpada. . .

Za głośno? Co jest za głośne? Tylko cisza. Cisza, w której się człowiek rozpada jak w próżni.

Erich Maria Remarque (fragment powieści Łuk triumfalny, 1945)
   
   
   

pto pewne, proste życie. . .

Oto pewne, proste życie, które można ująć w garść: wieczorne zmęczenie, posiłek, kobieta i ciężki sen bez marzeń.

Erich Maria Remarque (fragment powieści Łuk triumfalny, 1945)
   
   
   

pośród nocy i opuszczenia. . .

Doszli do Étoile. Przed nimi rozpościerał się plac, szary, wielki i nieobjęty. Mgła zagęściła się, nie było widać rozchodzących się ulic. Nic, tylko ten rozległy plac, oświecony rzadkimi, smutnymi księżycami ulicznych latarni, i ten monumentalny kamienny łuk, który ginął we mgle, jakby podpierał melancholijnie niebo i osłaniał samotny, słaby płomień na Grobie Nieznanego Żołnierza, wyglądając jak mogiła ludzkości pośród nocy i opuszczenia.

Erich Maria Remarque (fragment powieści Łuk triumfalny, 1945)
   
   
   

noc przesadza. . .

- Proszę i to wypić. Niewiele pomoże, ale trochę rozgrzeje. A o cokolwiek chodzi, niech pani nie bierze tego tak poważnie. Bardzo rzadko jakaś rzecz jest długo poważna.
Kobieta popatrzyła na niego. Nie piła.
- Naprawdę. Szczególnie nocą. Noc przesadza.

Erich Maria Remarque (fragment powieści Łuk triumfalny, 1945)
   
   
   

nie oczekuję już nic?. . .

Rezygnuję ze swojego człowieczeństwa, nawet jeśli na drabinie, po której zamierzam się wspinać, będę sam, samiuteńki. A zresztą, czyż nie jestem absolutnie sam w tym świecie, od którego nie oczekuję już nic?

Emil Cioran (fragment pisma filozoficznego Na szczytach rozpaczy, 1934)
  
   
   

09 sierpnia 2013

był styczeń. . .

I

Był styczeń rok czterdziesty piąty
W rowach leżeli martwi żołnierze
martwi pokryci szkliwem lodu
i szara zieleń ich mundurów
znaczona była czarną krwią

Żywych i martwych
wyrzucił w nocy
ze swego wnętrza
mroźny wschód
na klamrach pasów napis
wił się
Gott mit uns
Świt wyszedł
z nocy
okrwawiony

Żandarm co matkę bił po twarzy
leżał bez twarzy
z głową jak orzech
przez czołg zmiętą
Z nogą w kolanie zgiętą tak
jakby od śmierci uciec chciał

Ogromną masę martwych ciał
wywalił z siebie
groźny wschód
w styczniową noc

II

Był styczeń rok czterdziesty piąty
I w huku dział
jak liść
tak drżał nasz dom
I w świetle dnia do domu mego
przyszli żołnierze
z Kraju Rad

Zostali krótko na kwaterze
śpiewali pieśni
czyścili broń
pomagali matce
mówili do niej: Matko
mówili: nie płacz matko
nie trzeba

Mijają lata
ciągle widzę
jej uśmiech
przez łzy

                     Tadeusz Różewicz (z tomu Wiersze i obrazy,1952)
  
  
  

cierpienia, męki, krew, głód i mór. . .

Wszystko przeminie. Cierpienia, męki, krew, głód i mór. Sczeźnie miecz, ale gwiazdy pozostaną także i wtedy, kiedy nawet cień naszych ciał i spraw nie pozostanie już na ziemi. Nie ma człowieka, który by tego nie wiedział. Czemuż więc nie chcemy zwrócić ku nim naszych oczu? Czemu?

1923—1924, Moskwa

Michaił Bułhakow (fragment powieści Biała gwardia, 1925)
   
   
   

oblicze szatana, który idzie za nim. . .

— Jest młody. Ale tyle w nim nikczemności, co w tysiącletnim szatanie. Niewiasty nakłania do rozpusty, młodzieniaszków do występku i grzmią już, grzmią surmy bojowe grzesznych hufców i widać już nad polami oblicze szatana, który idzie za nim.

Michaił Bułhakow (fragment powieści Biała gwardia, 1925)
   
   
   

07 sierpnia 2013

krzyżyki gwiazd. . .

Dookoła nad podwórzem prosektorium była noc, śnieg, i krzyżyki gwiazd, i biała Droga Mleczna.

Michaił Bułhakow (fragment powieści Biała gwardia, 1925)
   
   
   

co to znaczy: uniwersytet? zachody słońca nad dnieprem, wolność. . .

I dokładnie przed ośmioma laty Turbin widział go raz ostatni ten zadrzewiony gimnazjalny dziedziniec. Nie wiedzieć czemu ścisnął mu serce lęk. Wydało mu się nagle, że przesłoniła niebo czarna chmura, że wicher jakiś się zerwał i zmył jego życie jak straszliwa fala zmywa pomost przystani. O. osiem lat nauki! Ileż te lata zawarły szczeniactw, ileż smutków i cierpień chłopięcego serca, ale ile też radości. Szare dni. szare dni, szare dni, ut consecutivum. Caius lulius Cesar, pała z kosmografii i wieczysta nienawiść do astronomii od dnia otrzymania tej pały. Ale za to także i wiosna, wiosna i łoskot w klasach, na bulwarze, pensjonarki w zielonych fartuszkach, kasztany i maj, a przede wszystkim przed oczyma niezmiennie jak latarnia morska — uniwersytet, a więc nie skrępowane zakazami życie. Czy wy rozumiecie, co to znaczy: uniwersytet? Zachody słońca nad Dnieprem, wolność, pieniądze, potęga, sława.

Michaił Bułhakow (fragment powieści Biała gwardia, 1925)
   
   
   

na dobre rozhulało się. . .

Potem na dobre rozhulało się kompletne diabelstwo, wzdęło się i puszczało bąble.

Michaił Bułhakow (fragment powieści Biała gwardia, 1925)
   
   
   

postępujecie wszyscy tak samo. . .

..No cóż, skoro nie wierzą, powiada, to nic na to nie poradzimy. A niech nie wierzą. Ani mnie to ziębi — powiada — ani grzeje. Ciebie zresztą, powiada, też. A ich, powiada, też. Ja z waszej wiary nie mam ani pożytku żadnego, ani uszczerbku. Jeden wierzy, drugi nie wierzy, a postępujecie wszyscy tak samo: jeden drugiemu skacze do gardła(...)

Michaił Bułhakow (fragment powieści Biała gwardia, 1925)
   
   
   

walenty śpiewa:. . .

W lampie z brązu rozgorzało różowe światło, zalało cały kąt pokoju. Pianino pokazało białe, przytulne zęby i partyturę Fausta, to miejsce, gdzie czarne zawijasy nut biegną zwartym rządkiem, a feeryczny rudobrody Walenty śpiewa:

O. litość miej dla siostry mej.
Użalić ty się nad nią chciej.
W opiece miej ją swej.


Michaił Bułhakow (fragment powieści Biała gwardia, 1925)
   
   
   

05 sierpnia 2013

gdy wydasz śmiertelne tchnienie, pojmiesz, że żywot twój więcej nie znaczył niźli jedna kropla w nieskończonym oceanie!. . .

   Cóż doprowadza do skutków? Złe czyny i czyny szlachetne.

   Cóż doprowadza do czynów? Przekonania.

   Przekonania zarówno nagrodą są, jak i polem bitwy – w głębi umysłu, jak i w jego zwierciadle: w świecie. Jeśli wierzym, że ludzkość drabiną jest plemion, areną starć, wyzysku i bestialstwa, to ludzkość taka z całą pewnością jest wtenczas powołana do istnienia, a historia Horroksów, Boerhaave’ów i Goose’ów zwycięży. Wam i mnie, zamożnym, uprzywilejowanym, do których los się uśmiecha, nie będzie działo się tak źle w tym świecie, pod warunkiem że fortuna będzie nam nadal sprzyjać. I cóż z tego, że sumienie gryzie? Po cóż podważać dominację rasy naszej, okrętów naszych wojennych, naszej schedy i naszego dziedzictwa? Po cóż walczyć z „naturalnym” (och, pokrętne słowo) rzeczy porządkiem?

   Po cóż? Z takiego powodu: pewnego pięknego dnia świat z samych drapieżców złożony pożre sam siebie. Tak, diabeł pochwyci, co najbardziej z tyłu, i pociągnie tak, że to, co z przodka było samego, będzie tym, co najdalej w tyle. W pojedynczym człowieku samolubność szpeci duszę; dla rodzaju ludzkiego samolubność jest zagładą.

   Czy to właśnie ową entropią jest, zapisaną w naszej naturze?

   Jeśli wierzym, że ludzkość wznieść się może ponad kieł i pazur, jeśli wierzym, że różnorodne rasy i religie mogą w tym świecie współistnieć tak spokojnie, jak sieroty siedzą razem na drzewie kukui, jeśli wierzym, że przywódcy muszą być sprawiedliwi, że na przemoc nałożyć trzeba kaganiec, z władzy się rozliczyć, a bogactwa Ziemi i jej Oceanów sprawiedliwie rozdzielić, taki świat nadejdzie. Nic mię tu nie zwodzi. Najtrudniejszy to ze światów do urzeczywistnienia. Nieprosty postęp, jaki pokolenia wypracowały, zaprzepaścić może jedno pociągnięcie piórem krótkowzrocznego prezydenta czy cios szablą próżnego generała.

   Życie poświęcone kształtowaniu świata, jaki chcę, by Jackson odziedziczył, a nie, jaki boję się, że odziedziczy – taka Idea życia zdaje mi się godną. Po powrocie do San Francisco oddam się sprawie Abolicjonistów, bo życie zawdzięczam niewolnikowi, co sam wyzwolił się z niewolnictwa oraz ponieważ od czegoś zacząć muszę.

   Już słyszę teścia ripostę: „Oho, wybornie, sentymenta Wigów, Adamie. Wszelako mnie o sprawiedliwości nie praw! Jedź do Tennessee na ośle i przekonaj wieśniaków, że są ledwie malowanymi na biało Negrami, a ich Murzyni to Biali malowani na czarno! Płyń do Starego Świata, mów im, że prawa niewolników ich Imperium tak niezbywalnymi są, jak prawa belgijskiej Królowej! Och, ochrypniesz, zbiedniejesz i posiwiejesz na wiecach! Będą na ciebie pluli, strzelali do ciebie, linczowali, urabiali medalami, wiejskie prostaczki będą tobą gardzić. Ukrzyżują cię! Adamie, marzycielu naiwny. Ten, kto do walki chce stanąć z wielogłowym smokiem ludzkiej natury, okupić musi zmagania okrutnym bólem, a jego rodzina razem z nim płacić jest przymuszoną! I dopiero, gdy wydasz śmiertelne tchnienie, pojmiesz, że żywot twój więcej nie znaczył niźli jedna kropla w nieskończonym oceanie!”.

   Lecz czymże jest każdy ocean, jeśli nie morzem kropel?

David Mitchell (fragment powieści Atlas Chmur, 2004)
   
   
   

zdrowi nie potrafią zrozumieć pustych w środku, złamanych. . .

To nie był czysty fart, że ja pierwszy cię zobaczyłem, nie całkiem. Świat to teatr cieni, opera, a takie rzeczy w jego libretcie są oczywiste. Nie złość się na moją rolę. Nie zrozumiałbyś, choćbym nie wiem jak długo ci tłumaczył. Jesteś genialnym fizykiem, twój kompan Rutherford et al. są zgodni, że masz przed sobą wspaniałą przyszłość, jestem pewny, że mają rację. Ale w niektórych podstawowych sprawach osioł z ciebie. Zdrowi nie potrafią zrozumieć pustych w środku, złamanych. Próbowałbyś wymienić wszystkie powody, dla których warto żyć, ale ja zostawiłem je za sobą na Victoria Station w początkach lata. Powód, dla którego chyłkiem schodziłem z tarasu, był taki, że nie mogłem dopuścić, byś oskarżał się o to, że nie udało ci się mnie odwieść od moich zamiarów. I tak pewnie możesz się za to winić, ale nie rób tego, Sixsmith, nie bądź takim bałwanem.

David Mitchell (fragment powieści Atlas Chmur, 2004)
   
   
   

zdmuchną homo sapiens jeszcze przed końcem tego wieku!. . .

A Liga Narodów? Z pewnością narody znają prawa inne niż wojna. A dyplomacja?

– Ach, dyplomacja – rzekł M.D., w swoim żywiole – wyciera to, co rozlało się w czasie wojny; sankcjonuje jej skutki; daje silnemu państwu środki, by narzucało swoją wolę słabszemu, oszczędzając przy tym floty i bataliony na potężniejszych przeciwników. Tylko profesjonalni dyplomaci, nieuleczalni idioci i kobiety widzą w dyplomacji długotrwałą alternatywę dla wojny.

Reductio ad asburdum poglądów M.D., twierdziłem jednak, sprowadzała się do tego, że nauka wymyśla coraz krwawsze metody wojny, aż moc niszczenia, jaką posiądzie ludzkość, przezwycięży naszą moc tworzenia i cywilizacja sama siebie doprowadzi do zagłady. M.D. przyjął moje zastrzeżenia ze zjadliwą uciechą.

– Właśnie tak. Nasza żądza władzy, nauka i wszystkie te zdolności, które wzniosły nas nad poziom małp poprzez ludzi dzikich do ludzi współczesnych, zdmuchną homo sapiens jeszcze przed końcem tego wieku! Ty prawdopodobnie zdążysz to jeszcze zobaczyć, szczęściarzu. Cóż za symfoniczne crescendo to będzie, co?

David Mitchell (fragment powieści Atlas Chmur, 2004)
   
   
   

04 sierpnia 2013

kryjówka dla profanum. . .

Sacrum to dobra kryjówka dla profanum: obydwie strony są bardzo do siebie podobne.

David Mitchell (fragment powieści Atlas Chmur, 2004)