12 marca 2013

czyści. . .

Wolę brzydotę
Jest bliżej krwiobiegu
Słów gdy prześwietlać
Je i udręczać

Ona ukleja najbogatsze formy
Ratuje kopciem
Ściany kostnicowe
W zziębłość posągów
Wkłada zapach mysi

Są bo na świecie ludzie tak wymyci
Że gdy przechodzą
Nawet pies nie warknie
Choć ani święci
Ani są też cisi

                          Stanisław Grochowiak


   

11 marca 2013

widokówka z tego świata. . .

Szkoda, że Cię tu nie ma. Zamieszkałem w punkcie,
z którego mam za darmo rozległe widoki:
gdziekolwiek stanąć na wystygłym gruncie
tej przypłaszczonej kropki, zawsze ponad głową
ta sama mroźna próżnia
milczy swą nałogową
odpowiedź. Klimat znośny, chociaż bywa różnie.
Powietrze lepsze pewnie niż gdzie indziej.
Są urozmaicenia: klucz żurawi, cienie
palm i wieżowców, grzmot, bufiasty obłok.
Ale dosyć już o mnie. Powiedz, co u Ciebie
słychać, co można widzieć,
gdy się jest Tobą.

Szkoda, że Cię tu nie ma. Zawarłem się w chwili
dumnej, że się rozrasta w nowotwór epoki;
choć jak ją nazwą, co będą mówili
o niej ci, co przewyższą nas o grubą warstwę
geologiczną, stojąc
na naszym próchnie, łgarstwie,
niezniszczalnym plastiku, doskonaląc swoją
własną mieszankę śmiecia i rozpaczy -
nie wiem. Jak zgniatacz złomu, sekunda ubija
kolejny stopień, rosnący pod stopą.
Ale dosyć już o mnie. Mów, jak Tobie mija
czas - i czy czas coś znaczy,
gdy się jest Tobą.

Szkoda, że Cię tu nie ma. Zagłębiam się w ciele,
w którym zaszyfrowane są tajne wyroki
śmierci lub dożywocia - co niewiele
różni się jedno z drugim w grząskim gruncie rzeczy,
a jednak ta lektura
wciąga mnie, niedorzeczny
kryminał krwi i grozy, powieść-rzeka, która
swój mętny finał poznać mi pozwoli
dopiero, gdy i tak nie będę w stanie unieść
zamkniętych ciepłą dłonią zimnych powiek.
Ale dosyć już o mnie. Mów, jak Ty się czujesz
z moim bólem - jak boli
Ciebie Twój człowiek.

                                          Stanisław Barańczak
                                          ( z tomu Widokówka z tego świata i inne rymy z lat 1986-1988, 1988)



  

09 marca 2013

*** nicość. . .

Nicość przenicowała się także i dla mnie.
Naprawdę wywróciła się na drugą stronę.
Gdzież ja się to znalazłam -
od stóp do głowy wśród planet,
nawet nie pamiętając, jak mi było nie być.

O mój tutaj spotkany, tutaj pokochany,
już tylko się domyślam z ręką na twoim ramieniu,
ile po tamtej stronie pustki na nas przypada,
ile tam braku łąki na jeden tu listeczek szczawiu,
a słońce po ciemnościach jak odszkodowanie
w kropli rosy - za jakie głębokie tam susze!

Gwiezdne na chybił trafił! Tutejsze na opak!
Rozpięte na krzywiznach, ciężarach, szorstkościach
i ruchach!
Przerwa w nieskończoności dla bezkresnego nieba!
Ulga po nieprzestrzeni w kształcie chwiejnej brzozy!

Teraz albo nigdy wiatr porusza chmurą,
bo wiatr to właśnie to, co tam nie wieje.
I wkracza żuk na ścieżkę w ciemnym garniturze świadka
na okoliczność długiego na krótkie życie czekania.

A mnie tak się złożyło, że jestem przy tobie.
I doprawdy nie widzę w tym nic
zwyczajnego.

                                          Wisława Szymborska (z tomu Wszelki wypadek, 1972)


  

i w owym wrześniu pełnym żalu. . .

(...)
U nas ciekawy jest Witkiewicz.
Umysł drapieżny. Jego książek
Nie czytać – prawie obowiązek.
W ciągu najbliższych stu lat chyba
Nikt w Polsce jego dzieł nie wyda,
Aż ta formacja co go znała,
Stanie się już niezrozumiała,
I jaka była w nim trucizna
Najlepszy spec się już nie wyzna.

Wiersz mój chce chronić od rozpaczy,
Tej właśnie, jaką miał Witkacy,
Kiedy część prawdy widząc trafnie
Sam w swoje własne wpadł zapadnie
I w owym wrześniu pełnym żalu,
Potężną dozą weronalu
Śmierć uznał za rzecz tak zaszczytną,
Że to, co zaczął, skończył brzytwą.

                                             Czesław Miłosz
                                             (fragment Traktatu Moralnego z tomu Światło dzienne, 1953)


   

nieznany list. . .

Ale Jezus schylił się
i pisał palcem na ziemi
potem znowu schylił się
i pisał na piasku

Matko są tak ciemni
i prości że muszę pokazywać
cuda robię takie śmieszne
i niepotrzebne rzeczy
ale ty rozumiesz
i wybaczysz synowi
zamieniam wodę w wino
wskrzeszam umarłych
chodzę po morzu

oni są jak dzieci
trzeba im ciągle
pokazywać coś nowego
wyobraź sobie

Kiedy zbliżyli się do niego
zasłonił i wymazał
litery
na wieki

                                   Tadeusz Różewicz (z tomu Rozmowa z księciem, 1960)


  

ślepa kiszka. . .

Metafizyka skonała
powiedział Witkacy
i odszedł
w nic

optymiści
którzy go przetrwali
biegają z formą
z foremką
do robienia wierszy
z piasku

oni wesołe wyrostki
robaczkowe
ślepej kiszki
Europy

                        Tadeusz Różewicz


   

u podnóża skały stojących w słońcu nago jak bogowie albo coś. . .

(...)chciałabym spotkać takiego mężczyznę który Boże nie tylko ciągle tych innych hołotę poza tym jest młody ci świetni młodzi ludzie których widziałam na plaży w Margate kąpiących się u podnóża skały stojących w słońcu nago jak bogowie albo coś a potem skaczący do morza głową w dół dlaczego wszyscy mężczyźni nie są tacy byłoby trochę pociechy dla kobiety jak ta piękna mała figurka którą kupił mogłabym na nią patrzeć przez cały dzień kręcone włosy i unosi palec żebyś posłuchała oto prawdziwe piękno i poezja dla ciebie często czułam że chcę go całego całować i tego jego cudnego młodego kutasika tam tak po prostu nie miałabym nic przeciw temu żeby go wziąć w usta gdyby nikt nie patrzył i gdyby poprosił żeby go ssać taki był czysty i biały ze swoją chłopięcą twarzyczką a zrobiłabym to w 1/2 minuty nawet jeżeli trochę bym połknęła to co tylko jakby kleik albo rosa nie ma żadnego niebezpieczeństwa poza tym byłby taki czysty w porównaniu z tymi świniami mężczyznami(...)

James Joyce (fragment powieści Ulisses, 1922)


   

ballada o drwiącym jezusie. . .

Ja jestem najbardziej cudacznym chłopakiem
Mam matkę Żydówkę, a ojciec jest ptakiem.
Z tym cieślą Józefem, żyć w zgodzie nie mogę,
Więc zdrowie Kalwarii i uczniów i – w drogę.

Jeżeli ktoś w boskość mą wątpi, to sobie
Nie łyknie za darmo, gdy wina narobię,
Lecz będzie pił wodę i modlił się o to
Bym wino oddając, znów zrobił je wodą.

Żegnajcie, żegnajcie. Zapiszcie me słowa.
Powiedzcie tym czterem, że żyję od nowa.
Co boskim jest we mnie, uniesie w dal mnie
Na górze Oliwnej wiatr wieje... Adièu!

                                                   (z powieści Jamesa Joycea Ulisses, 1922)


   

przedstaw sobie mój smutek. . .

Panie, zgrzeszyło oko moje, więc wyłupiłem je.
Przedstaw sobie mój smutek
kiedy obraza trwała dalej.
Wyłupiłem
drugie; ale obraza trwała dalej.

Teraz, w ciemności, i po omacku,
zgoliłem głowę.
(Obraza trwała dalej.)
Usunąłem ucho,
potem drugie, rozprawiłem się z nosem.
Obraza trwała dalej.
Przedstaw sobie mój smutek.

Dalej, długimi pasmami, skórę -
odjąłem brzytwą język, palce u nóg
i osobiste centrum wstrętu.
Obraza trwała dalej.

Lecz teraz, gdy rzecz nabrała rozpędu
i to tym bardziej, że
obraza trwała dalej.

wkroczyłem w dłuższy okres
lobotomii i wiwisekcji
redukując moje ja
do gruzowiska narządów, usypiska kości
wśród których, gdzieś,
obraza trwała dalej.

Wtedy na kości gaszone wapno, żrący kwas
na zatwardziałe trzewia;
zrównanie powierzchni ziemi,
zaoranie jej
i obsianie jęczmieniem.

Oblanie naftą metryki urodzenia, świadectw
po grypie i poronionych szkołach,
cudacznych pocztówek, czeków
tańczących jak grad,

ocalałych egzemplarzy wierszy, publikowanych
i niepublikowanych; skalpel
do nieobliczalnych przejęzyczeń wyrytych
w umysłach innych;
rozpylacz chemiczny do wiszących w powietrzu
zbłąkanych myśli
i dla tych, co wdychali je.

Stąd, choć to smutne, zgładzenie wielu ludzi
nad biurkami, w łóżkach, przy śniadaniu,
w autobusach i katamaranach;
zniszczenie ich maszyn i architektury,
wszelkiego dowodu
kultury i myśli,
śmiechu i łez.

Destrukcja wszystkiego, czym
karmiła się ta myśl,
ptaków i roślin;
erozja wszystkich skał
od najświętszej góry
do najmniejszego kamienia;
odparowanie wszystkich mórz,
zgaszenie ciał niebieskich -
aż wreszcie w tej ciszy bez granic,
obraza przestała trwać.

Dopiero wtedy nadawałem się do ludzkiej społeczności.

                                                                            Derek Mahon


   

07 marca 2013

była zima. . .

Była zima, taka jak w tej dolinie.
Po ośmiu suchych miesiącach spadły deszcze
I góry koloru słomy zazieleniły się na krótko.
Także w jarach, gdzie łączy z granitem
Kamienne swoje korzenie szare drzewo laurowe,
Na pewno prąd znów zajął dawne łożyska.
Eukaliptusy pienił morski wiatr
I spod chmur, przełamanych kryształem budowli,
Kolczastymi światłami jarzyły się doki.

Nie jest to miejsce, gdzie na taflach piazza
Pod markizą kawiarni patrzy się na tłum
Ani gdzie gra się na flecie w oknie nad wąską ulicą,
Kiedy sandałki dzieci stukają w sklepionej sieni.

Usłyszeli o kraju obszernym i zupełnie pustym,
Odgrodzonym górami, więc szli, zostawiając krzyże
Z cierniowego drzewa i ślady ognisk.
Zdarzało się im zimować w śniegach przełęczy
I ciągnąć losy, i gotować kości towarzyszy.
Więc po tym gorąca dolina, gdzie można uprawiać indygo,
Wydała się im piękna, a dalej, w zwiniętych mgłach
Pełznących w pieczary brzegu, pracował ocean.

Śpij, a ułożą się w tobie przylądki i skały,
Rady wojenne nieruchomych zwierząt w pustkach,
Bazyliki jaszczurów, musująca biel.
Śpij na płaszczu, kiedy koń szczypie trawę,
A orzeł zdejmuje pomiary przepaści.

Budząc się, będziesz miał swoje cztery strony świata.
Zachód, pusta muszla z wody i powietrza.
Wschód, zawsze za tobą, niebyła pamięć ośnieżonej jodły.
I tylko, w przedłużeniu rozpostartych rąk,
Mosiężna trawa, północ i południe.

Jesteśmy biedni ludzie, doświadczeni.
Koczowaliśmy pod różnymi gwiazdami.
Gdzie można zaczerpnąć w kubek wody z mętnej rzeki
I ukroić podróżnym nożem kromkę chleba,
Tam jest miejsce, przyjęte, nie wybrane.
Pamiętaliśmy, że tam skąd jesteśmy, były ulice i domy,
Więc i tutaj musiały być domy, szyld siodlarza,
Galeryjka i krzesło. Ale głuche obszary,
Pod zmarszczoną skórą ziemi przechadzający się grom,
Przybój i patrol pelikanów niweczyły nas.
Jak odkopany w glinie grot przepadłych plemion
Żywiących się jaszczurkami i mąką z żołędzi
Była waza, przywieziona znad innego morza.

A tutaj idę ja, po wiecznej ziemi,
Malutki, podpierając się laseczką.
Mijam park wulkaniczny i leżę u źródła,
Nie wiedząc, jak wyrazić co zawsze i wszędzie:
Pod moimi piersiami i brzuchem ona, tak istniejąca,
Że za każdy jej kamyk jestem wdzięczny.
Przywieram do niej, mój puls czy jej słyszę?
A, niewidzialne, przesuwają się nade mną rąbki jedwabnych szat,
Ręce, gdziekolwiek były, dotykają mego ramienia.
Albo i drobny śmiech raz kiedyś, przy winie,
Nad lampionami w magnoliach, bo wielki mój dom.

Berkeley, 1964

                                                           Czesław Miłosz (z tomu Gucio zaczarowany, 1965)


  

05 marca 2013

a mówiąc to pragnął gorąco, by na nią liczyć nie mógł. . .

– Snodgrass – rzekł pan Winkle, gdy znaleźli się na ulicy – Snodgrass, mój przyjacielu! Powiedz mi, czy mogę liczyć na twoją dyskrecję?
   A mówiąc to pragnął gorąco, by na nią liczyć nie mógł.
– Możesz – odparł pan Snodgrass. – Przysięgam...
– Nie, nie! – przerwał mu Winkle, przerażony myślą, iż przyjaciel jego najniepotrzebniej może się zobowiązać do niewydania go. – Nie przysięgaj! To zbyteczne.
   Pan Snodgrass opuścił rękę, którą podniósł był poetycznie ku niebu, i przybrał postawę wyczekującą.
– Potrzebuję, mój przyjacielu, twych usług w sprawie honorowej.
– Gotów jestem – odparł pan Snodgrass, ściskając rękę swego towarzysza.
– Z doktorem, doktorem Slammerem, z 97 pułku – dorzucił pan Winkle, chcąc przedstawić rzecz jak można najpoważniej. – Sprawa jest z oficerem, który będzie miał za świadka innego oficera. Dziś przed zachodem słońca, w ustronnym miejscu, poza warownią Pitt.
– Możesz liczyć na mnie – odrzekł pan Snodgrass, zdziwiony, ale nie przejęty. I rzeczywiście, nie masz nic godniejszego uwagi nad obojętność, z jaką dowiadujemy się o podobnego rodzaju sprawach, gdy sami nie jesteśmy główną stroną działającą. Pan Winkle zapomniał o tym. Sądził o uczuciach swego przyjaciela według własnych uczuć.
– Skutki mogą być okropne – przemówił pan Winkle.
– Spodziewam się, że nie.
– Doktor, jak sądzę, strzela bardzo dobrze.
– Większa część wojskowych strzela dobrze – zauważył pan Snodgrass ze spokojem – ale i ty strzelasz doskonale?

Charles Dickens (fragment powieści Klub Pickwicka, 1837)


  

rozkoszować się spokojem kilku poobiednich godzin. . .

– Bardzo bym chciał pójść na ten bal – rzekł pan Tupman – bardzo bym chciał.
– Bilety, panie, mamy w kantorze, po pół gwinei – rzekł garson.
   Pan Tupman powtórnie wyraził życzenie, że chce być obecny na tej uroczystości, ale nie znajdując żadnej odpowiedzi w pociemniałym oku pana Snodgrassa ani w roztargnionym wzroku pana Pickwicka, rzucił się z nowym zajęciem do wina porto i do deseru, który przyniesiono. Garson oddalił się, a towarzystwo mogło rozkoszować się spokojem kilku poobiednich godzin.

Charles Dickens (fragment powieści Klub Pickwicka, 1837)


  

coś w rodzaju interpunkcji. . .

   Nie przestawał mówić w ten sposób przez całą drogę, zatrzymując się tylko na przystankach
dla przełknięcia szklanki piwa; coś w rodzaju interpunkcji.

Charles Dickens (fragment powieści Klub Pickwicka, 1837)


   

04 marca 2013

z wyjątkiem stroopa, który wstępował na szafot. . .

Według moich sprawdzonych informacji Stroopa powieszono punktualnie o godzinie 19.00 tegoż 6 marca 1952 roku - w półtorej godziny po zachodzie słońca, gdy zapadł mrok, gdy warsztaty, magazyny, kuchnie i inne urządzenia Mokotowa były nieczynne, a na podwórzach i korytarzach tylko nieliczni funkcjonariusze więzienia. O tej porze wszyscy więźniowie musieli się znajdować w swoich celach, stojąc na apelach wieczornych lub przygotowując posłania do snu. Wszyscy - z wyjątkiem Stroopa, który wstępował na szafot.

 Kazimierz Moczarski (fragment utworu literatury faktu Rozmowy z katem, 1974)


   

stale trzymał się w postawie żołnierskiej. . .

W jakiś czas potem (w październiku 1961 roku) wręczono mi w gmachu Generalnej Prokuratury pięciopunktowy dokument, stanowiący odpowiedź na moje pytania. Podaję jej pełną treść:
,,1) Wyrok w stosunku do Stroopa został wykonany przez powieszenie go w dniu 6 marca 1952 r. w Centralnym Więzieniu Warszawa I (Mokotów).
2) Na dzień przed egzekucją był on spokojny, lecz stale przebijała w nim hitlerowska buta i zarozumiałość. Nie spodziewał się tego, że egzekucja nastąpi w najbliższym czasie.
3) Po ogłoszeniu mu przez prokuratora wiadomości o mającej nastąpić egzekucji, Stroop początkowo był tą wiadomością zaskoczony. Za chwilę uśmiechnął się i odpowiedział, że "teraz nareszcie połączy się mój duch z moją żoną i córką w NRF". Nie miał żadnego "ostatniego życzenia". Do końca biła od niego buta hitlerowska. Śmierci się nie bał. Był posłuszny władzy dokonującej egzekucji. Był spokojny, stale trzymał się w postawie żołnierskiej.
4) Stroop nie miał żadnych wyrzutów sumienia. Na kilka dni przed egzekucją naczelnik więzienia zapytał go, czy może się on pogodzić z własnym sumieniem, że jako wierzący chrześcijanin sam mordował i przyglądał się, jak jego podwładni mordowali dzieci i kobiety w getcie w Warszawie. Stroop na to odpowiedział, że nie ma wyrzutów sumienia z tego powodu, że mordowano Żydów.
5) Na temat Niemiec, Hitlera, Himmlera oraz na temat późniejszego odwetu Stroop nie wypowiadał się."

 Kazimierz Moczarski (fragment utworu literatury faktu Rozmowy z katem, 1974)


    

nigdy już stroopa i schieikego nie widziałem. . .

Nagle drzwi otwarto, cichutko, bez zgrzytów i huku. Weszło trzech oddziałowych. Przymknęli drzwi. Padł rozkaz: "Zabierać się z rzeczami! Wszyscy trzej! Bez sienników!" Schieike i Stroop bladzi jak papier. Ja - myślę - także. Zauważyłem, że Stroopowi trzęsą się palce. W pięć minut byliśmy gotowi, z majdanami i tobołkami. Stroop podał mi rękę, mówiąc: ,,Dzisiaj jest dzień pańskiego święta narodowego i trzydziesta pierwsza rocznica klęski Niemiec w pierwszej wojnie światowej. Do widzenia, Herr Moczarski, do zobaczenia niedługo u świętego Piotra." Schieike rozrzewniony. Uścisnął dłoń i rzekł: "Danke! Herr Moczarski." Wyszli. Mnie zabrano po pół godzinie do celi na parterze nowo otwartego pawilonu A, zwanego Oddziałem XII więzienia mokotowskiego. Nigdy już Stroopa i Schieikego nie widziałem.

 Kazimierz Moczarski (fragment utworu literatury faktu Rozmowy z katem, 1974)


    

ktokolwiek jesteś, więźniu miły. . .

Ktokolwiek jesteś, więźniu miły,
bądź pozdrowiony! Ściskam rękę.
Życzymy paczek, zdrowia, siły.
Zaśpiewaj czasem nam piosenkę!
I nie patrz na mnie tak z ukosa,
gdy moją prośbę ci wyjawię:
pożycz jednego papierosa!
O papierosie śnię na jawie!

                             Kazimierz Moczarski
                             (fragment utworu literatury faktu Rozmowy z katem, 1974)


  

bałem się samobójstwa. . .

- Dlaczego pan, Herr Stroop, nie popełnił samobójstwa po dstaniu się do niewoli? - pytam go nagle.
Stroop milczy, ma twarz pogodną, spokojną, smutną. Po raz pierwszy i ostatni w ciągu 225 dni naszych rozmów wyznał krótko bardzo szczerze:
- Bałem się. Po prostu bałem się samobójstwa.

 Kazimierz Moczarski (fragment utworu literatury faktu Rozmowy z katem, 1974)


   

03 marca 2013

linia brzegowa, skalista i górzysta, tysiące zatok, przesmyków, wysp, światło, łagodny klimat. . .

- Zazdroszczę panu tej podróży. Nie urzędu, ale tego, co pan widział. Olimp, Akropol, grecki brzeg, wyspy i wysepki, Cyklady, Sporady, Eubea, Kreta, półwyspy, przylądki, barwa wody i powietrza.
- Co pan tak miękko mówi o Grecji! - zwraca się do mnie Schieike.
- Herr Moczarski ma rację - odpowiada Stroop. - Uroczy kraj! Dzikie wnętrze, góry często gołe i niewygodne dla turystów... Poszarpana linia brzegowa, skalista i górzysta, tysiące zatok, przesmyków, wysp, światło, łagodny klimat. Ziemia bogów. Raz pojechałem autem do przylądka Sunion, pięćdziesiąt kilometrów na południe od Aten. Cypel trawiasty, wyniesiony nad płytę morza. Tam ruiny świątyni Posejdona, jak latarnia dla żeglarzy. Był wczesny ranek. Zefir od Cyklad, morze niebieskie, perłowe, zielone, nasycone słońcem. Woda przezroczysta, jak nigdzie w Europie (chociaż przy wyspie Hydra jest czystsza). Zbiegłem kamienistą ścieżką do morza. Zdjąłem generalską kurtkę tropikalną i polałem twarz i szyję kryształową wodą. Grecja... Grecja, jak słoneczny sen dziecka...
Czy Stroop użył przytoczonych słów i określeń, nie wiem. Jednak tak jego wypowiedź słyszałem i odebrałem; jego relację o przeżyciach na przylądku Sunion przy świątyni Posejdona, jego opowieść - mordercy Żydów na Ukrainie i w Warszawie.

 Kazimierz Moczarski (fragment utworu literatury faktu Rozmowy z katem, 1974)


  

02 marca 2013

żal ich młodego życia. . .

- Gdybym nie widział na własne oczy tych żydowskich dziewczyn z powstania w getcie, myślałbym, Herr Moczarski, że pan trochę koloryzuje. Ale wy tu, w Polsce, macie kobiety!! - Stroop zacmokał z podziwu. Bardzo mu imponowały "Haluzzenmadein" z kwietnia i maja 1943 roku.
- Myślę - powiedział kiedyś - że nie były to ludzkie istoty: chyba diablice albo boginie. Spokojne. Sprawne jak cyrkówki. Często strzelały z pistoletów jednocześnie z obu rąk. Zażarte w walce, do końca. Niebezpieczne w bezpośrednim zbliżeniu. Taka schwytana "Haluzzenmadel" wyglądała niby trusia. Całkowicie zrezygnowana. Aż tu raptem - gdy grupa naszych podeszła do niej na kilka kroków - jak nie sięgnie po ukryty w spódnicy lub szarawarach granat, jak nie rąbnie w SS-owców, jak nie zacznie miotać przekleństwa do dziesiątego pokolenia w przyszłość - to włosy się jeżyły! Ponosiliśmy w takich sytuacjach straty, więc rozkazałem nie brać więcej dziewczyn do niewoli, nie dopuszczać ich zbyt blisko i z daleka rozwalać pistoletami maszynowymi. Wtedy zadałem Stroopowi pytanie:
- Czy panu nie było nigdy żal ich młodego życia? Zaskoczyłem go, ale i Schieikego też. W celi pełna cisza... Milczenie trwa długo... Stroop lekko pochylony, jak przy bólach żołądkowych. Prawą dłoń przyciska do kurtki - tam, gdzie serce. Kurczowo międli palcami fałdę pąsowej "jacki" 12. Patrzę na Stroopowską rękę, na jej ruchy powolne i jakby konwulsyjne. Słyszę, że Schieike raz po raz zaciska szczęki; widać, jest bardzo przejęty. Czekamy. To Stroop, a nie my, powinien przerwać nabrzmiewające milczenie. Wreszcie generał wyprostowuje się, przygładza włosy na skroniach i odpowiada, skandując:
- Kto chciał być wtedy prawdziwym człowiekiem, to znaczy silnym, musiał działać jak ja. Gelobt sei was hart macht! [Błogosławione co czyni mocnym.] Przypomnienie tej hitlerowskiej zasady wychowawczej i propagandowej tak nas zbulwersowało, że nic więcej nie mówiliśmy.

Kazimierz Moczarski (fragment utworu literatury faktu Rozmowy z katem, 1974) 


   

w pięknych lasach przy jeziorze ilmen. . .

- Herr Generał zawsze łasy na baby - zaśmiał się Schieike, dobrotliwie i złośliwie. - Ale myślę, że nie doszło tam do Rassen-schande?
- Pan wie, Herr Schieike, że żaden oficer SS i SS-mann nie zhańbiłby się stosunkiem płciowym ze Słowianką. O tym nie ma mowy. One sprzątały nasze kwatery, gotowały wodę, nakrywały do stołu itp.
- Więc oficerów wroga, bo one były podporucznikami, zmuszaliście do lokajskich posług! - stwierdziłem z zawziętością.
- Ponieważ w armii niemieckiej nie było kobiet-oficerów, tośmy nie uznawali również oficerskich stopni tych Rosjanek.
- Jak pan je ocenia, jeśli chodzi o poziom moralny, schludność i inteligencję? - pytam.
- Muszę panu powiedzieć, że to miłe kobiety. Skromnie ubrane, ale czyste, sprawne i spokojne. Trudny był z nimi początkowy kontakt, bo słabo znaliśmy rosyjski, ale o dziwo, dwie z nich mówiły po niemiecku i trochę po francusku. Przypuszczam, że były studentkami uniwersytetu.
- Długo sprzątały w waszej izbie?
- Po trzech tygodniach już ich nie było. Gdy pewnego dnia wróciliśmy z wyprawy do lasu, powiedziano, że zostały odkomenderowane gdzie indziej.
- Przypuszczam, że pańscy podwładni zamordowali je, a trupy zakopali gdzieś w pobliżu. Sam pan przecież mówił, że mieliście duże trudności łącznościowe z waszą bazą, która znajdowała się około 25 kilometrów na zachód. Jeżeli kuriera z meldunkami przesyłaliście w eskorcie kilku samochodów pancernych, to nie byliście chyba w stanie przetransportować tą samą drogą oddziału jeńców. Stroop milczał. A ja myślałem o losie dziewczyn-podporuczników, które po trzytygodniowym pucowaniu kwater oficerów SS rozwalono zapewne schmeisserami w pięknych lasach przy jeziorze Ilmen. Może i Stroop myślał o tym samym.

Kazimierz Moczarski (fragment utworu literatury faktu Rozmowy z katem, 1974)  


  

01 marca 2013

żywotna pilność w dziedzinie światopoglądowej. . .

Ale przede wszystkim szło o zdyscyplinowanie partyjne.
- O ślepe posłuszeństwo starszemu rangą.
- Nie o ślepe, ale o lojalne! Poza tym pomija pan inną stronę zagadnienia, mianowicie zdolność trzymania podwładnych w dystansie, "za mordę", jak mówią Polacy. Tego nauczano w SS-Flihrerschule. Kierownictwo dbało również o naszą geistige... Frische, o Wille..., i o opanowanie strachu oraz takich słabości, jak litość i współczucie.
- Litość i współczucie są szkodliwe?
- W wojsku, polityce i życiu publicznym, na pewno tak! - stwierdził tonem graniczącym z pychą.
- A konieczność postępowania moralnego?
- Nakazem działań patriotycznych, narodowych, jest s k u t e c z n o ś ć, a nie tak zwana moralność - wyrecytował jednym tchem.
- Więc nie uznaje pan miłości bliźniego i uczuć samarytańskich?
- Uznaję, ale tylko wobec Niemców, którzy budowali z nami Rzeszę Adolfa Hitlera!
Z Dachau wrócił Stroop do Hamburga jako dyplomowany członek grupy przywódczej SS. Jego dyplom miał formę Beurteilungu... i zawierał następujące opinie: "rzetelny, żołnierski, surowy", "zdecydowanie silna wola", "bojowe i idealistyczne pojmowanie życia, pozwalające sprostać każdej sytuacji", "żywotna pilność w dziedzinie światopoglądowej", "porządny nacjonal-socjalista"(...)

Kazimierz Moczarski (fragment utworu literatury faktu Rozmowy z katem, 1974)


  

okna kawiarni nad rzeką błyszczą w mroku jak rząd latarenek. . .

Stroopowska pieśń przypomniała mi urlop z 1938 roku, nad Dniestrem, w Zaleszczykach. Wtedy również był wrzesień, pogodny. Okna kawiarni nad rzeką błyszczą w mroku jak rząd latarenek. Orkiestra gra Violettę. Melodia dobiega wyraźnie. Dziewczyna wtóruje. Jest ze mną na łodzi, w jasnej smudze, wyściełającej atrament rzeki od kawiarni do nas. Światła i cienie, głosy muzyki, altu i wody, smaki powietrza i pocałunków, woń Dniestru, siół i skóry przygrzanej na plaży, gdzie w południe leżeliśmy na piasku. Dziewczyna miała imię piosenki: Violetta. W celi już odprężenie. Za oknem: niebo wczesnej jesieni i świergot jaskółek.

Kazimierz Moczarski (fragment utworu literatury faktu Rozmowy z katem, 1974) 


  

do niewinności!. . .

Przez konie - do niewinności!

Kazimierz Moczarski (fragment utworu literatury faktu Rozmowy z katem, 1974) 

ballada o zejściu do sklepu. . .

Najpierw zeszedłem na ulicę
schodami,
ach, wyobraźcie sobie,
schodami.

Potem znajomi nieznajomych
mnie mijali, a ja ich.

Żałujcie,
żeście nie widzieli,
jak ludzie chodzą,
żałujcie!

Wstąpiłem do zupełnego sklepu;
paliły się lampy ze szkła,
widziałem kogoś - kto usiadł,
i co słyszałem?... co słyszałem?
szum toreb i ludzkie mówienie.

No naprawdę
naprawdę
wróciłem.

             Miron Białoszewski