10 maja 2014

jeszcze przed rozczarowaniem. . .

   Człowiek zabija się tylko wówczas, gdy w takim bądź innym sensie zawsze pozostawał na zewnątrz wszystkiego. Chodzi tu o niedostosowanie, którego można nie być świadomym.
(...) Jest mu przeznaczony jeszcze przed rozczarowaniem, przed wszelkim doświadczeniem.

Emil Cioran (z pisma filozoficznego Zły demiurg, 1969)
   
   
   

cierpienie nie pozostawia po sobie śladu. . .

   - Czy cierpienie nie pozostawia po sobie śladu?
   - Gdy minie, może stać się nawet przyjemnym wspomnieniem - odpowiedziała nieco rozmarzonym tonem.

Yasunari Kawabata (fragment powieści Tysiąc żurawi, 1949)
   
   
   

07 maja 2014

losy toczyłyby się dalej w sposób niewidoczny. . .

Za drzwiami telewizor grucha już tylko cichutko. Matka zaczyna spijać coraz więcej likieru. To jest to zapomnienie, którego szukała. Wszędzie jedzące rodziny. Małych ludzi w telewizji w każdej chwili można wymazać naciśnięciem guzika. Ich losy toczyłyby się dalej w sposób niewidoczny, czego matka nie potrafiłaby znieść. Przygląda się jednym okiem. Na życzenie będzie mogła jutro złożyć córce relację z tego odcinka, aby dziecko przy kolejnym odcinku specjalnym nie gapiło się jak cielę.

Elfriede Jelinek (fragment powieści Pianistka, 1983)
   
   
   

jest nicością. . .

Erika z przerażeniem odmalowuje sobie, jak leży w trumnie jako długa na metr siedemdziesiąt pięć niewrażliwa dziura i rozpuszcza się w ziemi; ta dziura, którą pogardzała, którą zaniedbywała, wzięła ją oto całkowicie w posiadanie. Jest Nicością. I nic już dla niej nie ma.

Elfriede Jelinek (fragment powieści Pianistka, 1983)
   
   
   

obrazy na swobodzie. . .

Schubert ani jako twórca, ani jako wirtuoz nie odpowiadał obrazowi geniusza, jaki mają masy. (...) Te masy tworzą sobie jakiś obraz i są zadowolone dopiero wtedy, gdy spotykają takie obrazy na swobodzie. Schubert nie miał nawet fortepianu(...)

Elfriede Jelinek (fragment powieści Pianistka, 1983)
   
   
   

06 maja 2014

szklanka pozostawiła wyjątkowo perfidne i ostre odłamki. . .

Szklanka z niezliczonymi odciskami palców niezręcznych dziecięcych rąk zostaje całkowicie okryta chusteczką. Tak przyodzianą szklankę Erika kładzie na podłodze i mocno uderza w nią obcasem. Rozlega się przytłumiony brzęk. Następnie zraniona już szklanka do wody zostaje jeszcze kilkakrotnie udeptana, aż tworzy pogruchotaną wprawdzie, ale nie bezkształtną breję. Odłamki nie mogą być za drobne! Muszą jeszcze porządnie kłuć! Erika podnosi z ziemi chusteczkę wraz z jej ostrobrzegą zawartością i starannie wsypuje odłamki do kieszeni jednego z płaszczy. Tania, cienkościenna szklanka pozostawiła wyjątkowo perfidne i ostre odłamki. Chusteczka zagłuszyła zgrzytliwy skowyt bólu szklanki.

Elfriede Jelinek (fragment powieści Pianistka, 1983)
   
   
   

w przeciętności człowiek. . .

W warstwie średniej nie ma żadnych obaw, żadnych lęków. Tłoczą się dla złudzenia ciepła. W przeciętności człowiek z niczym nie bywa samotny, a już na pewno nie sam ze sobą.

Elfriede Jelinek (fragment powieści Pianistka, 1983)
   
   
   

zebrany z kupy gnoju tłum. . .

Zebrany z kupy gnoju tłum, wzorzysty kolorami wymykającej się wszelkiej ocenie brzydoty, ze swej strony ocenia...

Elfriede Jelinek (fragment powieści Pianistka, 1983)
   
   
   

torturowany duch mozarta z jękiem i wśród udręki wyrywa się z korpusu instrumentu. . .

Z niechęcią skrzypce podchodzą pod brodę, uniesione niechętną ręką. Na dworze śmieje się słońce, wabiąc do kąpieli. Słońce wabi, aby rozebrała się przed innymi, czego zabraniają staruszki z domu. Palce lewej dłoni przyciskają sprawiające ból stalowe struny do szyjki. Torturowany duch Mozarta z jękiem i wśród udręki wyrywa się z korpusu instrumentu. Duch Mozarta krzyczy z piekieł, ponieważ instrumentalistka nic nie odczuwa, za to bez ustanku zmuszona jest wydobywać dźwięki. Krzycząc i pomstując, dźwięki wydobywają się z instrumentu. ONA nie musi obawiać się krytyki, grunt, aby coś rozbrzmiewało, bo to oznacza, że dziecko wspięło się po szczeblach gamy ku wyższym sferom, ciało zaś zostało na dole jako martwa powłoka. Zdjęta z córki cielesna powłoka zostaje starannie przepatrzona pod kątem śladów męskiego użycia, a następnie energicznie strzepnięta. Po zakończeniu gry można świeżutką naciągnąć na nowo, pięknie wyschniętą i szeleszczącą od krochmalu. Bez czucia i niewydaną na niczyje czucie.

Elfriede Jelinek (fragment powieści Pianistka, 1983)
   
   
   

05 maja 2014

bilet na tamten świat ma już przecież w torebce. . .

Matka, za każdym razem bez uprzedzenia, odkręca pokrywę JEJ czaszki, zuchwale sięga ręką od góry do środka, szpera i grzebie. Przewraca wszystko do góry nogami i nie odkłada niczego na dawne miejsce. Po krótkim zastanowieniu wybiera coś, ogląda przez lupę, a potem wyrzuca. Coś innego z kolei bierze ostrożnie i pucuje szczotką, gąbką i ściereczką do kurzu. Potem energicznie wyciera do sucha i przykręca z powrotem. Zupełnie jak nóż w maszynce do mielenia mięsa. Ta staruszka właśnie wsiadła, nie zgłaszając tego konduktorowi. Myśli sobie, że uda jej się zataić swoje wejście tu, do wagonu. W zasadzie dawno już wysiadła ze wszystkiego i ma tego świadomość. Nie wiadomo, za co miałaby płacić. Bilet na tamten świat ma już przecież w torebce. A taki bilet musi być ważny także na tramwaj.

Elfriede Jelinek (fragment powieści Pianistka, 1983)
   
   
   

motłoch nie tylko zawłaszcza sztukę bez najmniejszych po temu uprawnień, o, nie, on w dodatku wprowadza się do wnętrza artysty. . .

   Bezustannie tłoczą się wokół NIEJ wstrętne ludzkie tłumy. Ciągle ktoś wpycha się w JEJ pole postrzegania. Motłoch nie tylko zawłaszcza sztukę bez najmniejszych po temu uprawnień, o, nie, on w dodatku wprowadza się do wnętrza artysty. Zakwaterowuje się w artyście i natychmiast wybija kilka okien na świat zewnętrzny, aby widzieć i być widzianym. Taki buc Kotzler obmacuje spoconymi paluchami coś, co przecież należy tylko do NIEJ. Nieproszeni i niepytani przyłączają się do śpiewania kantylen. Poślinionym palcem wskazującym przesuwają po temacie w takt muzyki, szukają odpowiadającego mu tematu pobocznego, nie znajdują go, przytakując sobie zatem głową, zadowalają się odnalezieniem w repryzie tematu głównego, który służalczo rozpoznają. Dla większości zasadniczy urok sztuki polega na rozpoznawaniu w niej czegoś, co wydaje im się, że znają.
   Ogrom emocji zalewa pana właściciela masarni. Nie może się przed nimi obronić, choć nawykł do krwawego rzemiosła. Nieruchomieje ze zdumienia. Nie sieje, nie orze, nie słyszy najlepiej, ale przynajmniej każdy może go zobaczyć na publicznym koncercie. Obok niego żeńskie części rodziny, które wyraziły chęć pójścia. Kopie jakąś staruszkę w prawą piętę. Ona potrafi przyporządkować każdej frazie należne jej miejsce. Tylko ONA jedna umie wszystko, co usłyszy, umieścić tam, gdzie trzeba, na właściwym miejscu. Niewiedzę tych beczących baranów opakowuje w swoją pogardę i w ten sposób wymierza im karę. Jej ciało to jedna wielka lodówka, w której doskonale przechowuje się sztuka.

Elfriede Jelinek (fragment powieści Pianistka, 1983)
   
   
   

nieskończoność radośnie dzieli ze swymi ukochanymi kompozytorami. . .

Czas upływa, a my upływamy wraz z nim. Zamknięte razem pod szklanym kloszem do serów: Erika, jej eleganckie ochronne powłoki, jej mama. Klosz można podnieść tylko wówczas, gdy ktoś z zewnątrz chwyci ręką za szklaną kulkę i uniesie go w górę. Erika jest jak owad zatopiony w bursztynie – bez czasu, bez wieku. Erika nie ma historii i nie wyprawia żadnych historii. Ten owad dawno już utracił zdolność chodzenia i poruszania się. Erika została zapieczona w cukierniczej formie nieskończoności. Tę nieskończoność radośnie dzieli ze swymi ukochanymi kompozytorami, choć w żadnej mierze nie dorównuje im popularnością. Erika walczy o swoje skromne miejsce, z którego byłoby jeszcze widać wielkich twórców muzyki. Jest to miejsce, o które toczy się zacięta walka, bowiem cały Wiedeń marzy, aby mieć tam chociażby altankę działkową. Erika pilnie ogradza to swoje miejsce i zaczyna robić wykop. Jak najuczciwiej zasłużyła sobie na to miejsce swoimi studiami i interpretacjami! W końcu odtwórca to także rodzaj twórcy. Zawsze doprawia zupę swojej gry odrobiną czegoś własnego, czegoś od siebie. Wpuszcza w nią krople krwi serdecznej. Nawet interpretator ma swój skromny, bo skromny, ale jednak cel: dobrze zagrać. Z tym że nawet on musi się podporządkować twórcy dzieła, powiada Erika. Dobrowolnie przyznaje, że jest to dla niej problem. Bo ona za nic nie potrafi się podporządkować. Jest jednak główny cel, który łączy Erikę ze wszystkimi innymi interpretatorami: być lepszą od innych!

Elfriede Jelinek (fragment powieści Pianistka, 1983)
   
   
   

pochodzi z rodziny samotnie sterczących w niebo masztów sygnałowych. . .

W ogóle tak się składa, że pochodzi z rodziny samotnie sterczących w niebo masztów sygnałowych. Niewiele ich jest. Z wielkimi oporami i dosyć oszczędnie się rozmnażają, tak samo zresztą jak z oporami i oszczędnie traktuje wszystko w życiu. Erika dopiero po dwudziestu latach małżeństwa rodziców przyszła na ten świat, od którego zwariował jej ojciec, tak że umieszczono go w zakładzie, aby nie stanowił dla tego świata zagrożenia.

Elfriede Jelinek (fragment powieści Pianistka, 1983)
   
   
   

wiedeń – miasto muzyki!. . .

Wiedeń – miasto muzyki! Tylko to, co sprawdzało się dotychczas, sprawdzi się w tym mieście także w przyszłości. Guziki strzelają na grubym białym brzuszysku kultury, która, jak każdy topielec pozostawiony w wodzie, z roku na rok wzdyma się jeszcze bardziej.

Elfriede Jelinek (fragment powieści Pianistka, 1983)
   
   
   

ty szmato, ty szmato jedna, drze się. . .

   W tej samej sekundzie, kiedy Erika spostrzega, że coś zginęło, potrafi też powiedzieć, kto za to odpowiada. To jedyna osoba wchodząca w rachubę. Ty szmato, ty szmato jedna, drze się Erika z wściekłością na nadrzędną instancję, i wczepia się palcami w ufarbowane na ciemny blond włosy matki z siwymi odrostami. Fryzjer też swoje kosztuje i najlepiej do niego nie chodzić. Erika raz w miesiącu farbuje matce włosy pędzlem i płynem koloryzującym. Erika targa teraz upiększane przez nią samą włosy. Szarpie je wściekle. Matka płacze. Kiedy Erika przestaje szarpać, dłonie ma pełne powyrywanych włosów, patrzy na nie w milczeniu i ze zdumieniem. Chemia swoją drogą osłabiła ich odporność, ale nie były też majstersztykiem samej natury. Erika nie od razu wie, co zrobić z tymi włosami. Wreszcie idzie do kuchni i wrzuca kępki ciemnoblond, często niedokładnie ufarbowanych włosów do kubła ze śmieciami.
   Matka, chlipiąc, stoi ze zredukowanym owłosieniem w salonie, w którym Erika często daje prywatne koncerty, a jest wtedy najlepszą z najlepszych, ponieważ w tym salonie nikt poza nią nie gra na fortepianie.
(...) 
W końcu, tak jak można się tego było spodziewać, Erika mięknie, wybuchając gorzkim szlochem. Ochoczo, aż nazbyt ochoczo, matka ustępuje, przecież nie może się serio gniewać na swoją córeczkę. Teraz zaparzę nam kawki i sobie razem wypijemy. Podczas sjesty Erice robi się jeszcze bardziej żal matki, a ostatki gniewu rozpływają się przy kawałku babki. Sprawdza dziury w owłosieniu matki. Nie wie jednak, co powiedzieć, podobnie jak przedtem nie wiedziała, co zrobić z kępkami wyrwanych włosów.

Elfriede Jelinek (fragment powieści Pianistka, 1983)
   
   
   

04 maja 2014

dos moi pou sto. . .

Chcę się dostać do nieba,
Lecz mam za krótką drabinę.
O co ją oprzeć nad ziemią?
Ach, byle dotrzeć do chmur!

                                       Leopold Staff


nie chcę dostać się do nieba
nie mam drabiny
zabrały mi ją anioły
które chciały zejść na ziemię
nie chcę dotrzeć do chmur

Ach! byle dotrzeć „do siebie!”

pożyczę drabinę od Junga!
o boże! też jest za krótka!

                                       Tadeusz Różewicz
   
  
   

kropka. . .

   Z pozoru kropla deszczu na ukochanej twarzy; żuk znieruchomiały na liściu, kiedy nadciąga burza. Coś, co się da ożywić, zetrzeć, odwrócić. Przystanek raczej, z zielonym cieniem, niż koniec.
   W istocie kropka, którą za wszelką cenę staramy się oswoić, jest kością sterczącą z piasku, zatrzaśnięciem, znakiem katastrofy. Jest interpunkcją żywiołów. Ludzie powinni posługiwać się nią skromnie i z należytą powagą, jak zwykle, gdy wyręczają los.

Zbigniew Herbert (z tomu Napis, 1969)
   
   
   

03 maja 2014

nagła ciemność, jak wody lety. . .

- Nic takiego. Mam jeszcze wystarczający zapas letalu, żeby obsłużyć najcięższe przypadki(...)
   Letal: nazwa leku? Luriemu bez trudu mieści się w głowie, że firmy farmaceutyczne mogą wpaść na taki pomysł. Nagła ciemność, jak wody Lety.

John Maxwell Coetzee (fragment powieści Hańba, 1999)
   
   
   

na światło dzienne i spłukane. . .

Całość wydaje się podporządkowane regule katharsis - wszystkie stare, prostackie przesądy wydobywają się na światło dzienne i spłukane gejzerami śmiechu.

John Maxwell Coetzee (fragment powieści Hańba, 1999)
   
   
   

osuwa się w bezbarwną nicość. . .

   - Idziemy? - pyta mężczyzna.
   Wiezie ją do siebie. Na podłodze w salonie, przy dźwiękach deszczu grzechoczącego o szybę, kocha się z nią. Jej ciało jest wyraziste, nieskomplikowane, na swój sposób doskonałe; chociaż przez cały czas pozostaje wierna, jemu i tak jest dobrze; tak dobrze, że w szczytowym momencie osuwa się w bezbarwną nicość.

John Maxwell Coetzee (fragment powieści Hańba, 1999)
   
   
   

01 maja 2014

spędziwszy całe popołudnie na brawurowym pierdoleniu. . .

Myśli o Emmie Bovary, która wraca do domu nasycona, ze szklanym wzrokiem, spędziwszy całe popołudnie na brawurowym pierdoleniu. "Więc to jest błogość!" - stwierdza Emma, ze zdumieniem przyglądając się sobie w lustrze. "Więc to jest błogość, o której mówią poeci!"

John Maxwell Coetzee (fragment powieści Hańba, 1999)
   
   
   

śmiertelnika tu żadnego zwać szczęśliwym nie należy. . .

W jakiej nędzy go odmętach srogie losy pogrążyły.
A więc bacząc na ostatni bytu ludzi kres i dolę,
Śmiertelnika tu żadnego zwać szczęśliwym nie należy
Aż bez cierpień i bez klęski krańców życia nie przebieży.

Sofokles ( fragment tragedii Król Edyp, ok. 427 p.n.e.)
   
   
   

l'Internationale. . .

Wyklęty powstań, ludu ziemi,
Powstańcie, których dręczy głód.
Myśl nowa blaski promiennymi
Dziś wiedzie nas na bój, na trud.
Przeszłości ślad dłoń nasza zmiata,
Przed nami niechaj tyran drży!
Ruszymy z posad bryłę świata,
Dziś niczym, jutro wszystkim my!

Bój to jest nasz ostatni,
Krwawy skończy się trud,
Gdy związek nasz bratni
Ogarnie ludzki ród.

Nie nam wyglądać zmiłowania
Z wyroków bożych, z pańskich praw.
Z własnego prawa bierz nadania
I z własnej woli sam się zbaw!
Niech w kuźni naszej ogień bucha,
Zanim ostygnie - przekuj w stal,
By łańcuch spadł z wolnego ducha,
A dom niewoli zniszcz i spal!

Bój to jest nasz ostatni,
Krwawy skończy się trud,
Gdy związek nasz bratni
Ogarnie ludzki ród.

Rząd nas uciska, kłamią prawa,
Podatków brzemię ciąży nam,
I z praw się naszych naigrawa
Ten, co z bezprawia żyje sam.
Lecz się odmieni krzywda krwawa,
Gdy równość stworzy nowy ład,
Bez obowiązków nie ma prawa,
Dla równych - równy szczęścia świat!

Bój to jest nasz ostatni,
Krwawy skończy się trud,
Gdy związek nasz bratni
Ogarnie ludzki ród.


Rządzący światem samowładnie
Królowie kopalń, fabryk, hut
Tym mocni są, że każdy kradnie
Bogactwa, które stwarza lud.
W tej bandy kasie ogniotrwałej
Stopiony w złoto krwawy pot.
Na własność do nas przejdzie cały,
Jak należności słusznej zwrot.

Bój to jest nasz ostatni,
Krwawy skończy się trud,
Gdy związek nasz bratni
Ogarnie ludzki ród.


Obłudzie zdzierców, rządom kata
Wyzwania zgodnie rzucim krzyk,
Co wojsk szeregi z ludem zbrata:
Hej, kolby w górę, łamać szyk.
I żołnierz, wiedząc przeciw komu,
A z kim o lepszy walczy los,
Bratobójczego sprawcom sromu
Śmiertelny jutro zada cios.

Bój to jest nasz ostatni,
Krwawy skończy się trud,
Gdy związek nasz bratni
Ogarnie ludzki ród.


Dziś lud roboczy wsi i miasta
W jedności swojej stwarza moc,
Co się po ziemi wszerz rozrasta,
Jak świt łamiący wieków noc...
Precz darmozjadów rodzie sępi!
Czyż nie dość żerów z naszych ciał?
Gdy lud wam krwawe szpony stępi,
Dzień szczęścia będzie wiecznie trwał.

                                               Eugène Pottier
 
 
 

warszawianka 1905. . .

Śmiało podnieśmy sztandar nasz w górę,
Choć burza wrogich żywiołów wyje,
Choć nas dziś gnębią siły ponure,
Chociaż niepewne jutro niczyje.
O, bo to sztandar całej ludzkości,
To hasło święte, pieśń zmartwychwstania,
To tryumf pracy, sprawiedliwości,
To zorza wszystkich ludów zbratania!

Naprzód Warszawo!
Na walkę krwawą,
Świętą a prawą!
Marsz, marsz, Warszawo!

Dziś, gdy roboczy lud ginie z głodu,
Zbrodnią w rozkoszy tonąć jak w błocie,
I hańba temu, kto z nas za młodu,
Lęka się stanąć choć na szafocie!
O, nie bez śladu każdy z tych skona,
Co życie sprawie oddają w darze,
Bo nasz zwycięski śpiew ich imiona
Milionom ludzi ku czci przekaże!

Naprzód Warszawo!
Na walkę krwawą,
Świętą a prawą!
Marsz, marsz, Warszawo!

Hurra! Zerwijmy z carów korony,
Gdy ludy dotąd chodzą w cierniowej,
I w krwi zatopmy nadgniłe trony,
Spurpurowiałe we krwi ludowej!
Ha! Zemsta straszna dzisiejszym katom,
Co wysysają życie z milionów.
Ha! Zemsta carom i plutokratom,
A przyjdzie żniwo przyszłości plonów!

                                                  Wacław Święcicki
   
   
 

akcesoria życia. . .

My też, dowiedziałem się, musimy natychmiast dotrzeć do punktu pomocy, tam na gorąco podać personalia, aby otrzymać przede wszystkim pieniądze i dokumenty – nieodzowne już akcesoria życia.

Imre Kertész (fragment powieści Los utracony, 1975)