24 czerwca 2017

czymże jest wolność. . .

Czymże jest wolność! Jedynie to, co obojętne, jest wolne, zaś to, co charakterystyczne, nie jest wolne nigdy, jest napiętnowane, zdeterminowane, związane.

Thomas Mann 
(fragment powieści Doktor Faustus. 
Żywot kompozytora niemieckiego Adriana Leverkühna 
opowiedziany przez przyjaciela, 1947)

   
   

11 czerwca 2017

zmartwychwstanie. . .

Więc po tym życiu miałyby nas kiedyś obudzić
przeraźliwe jęki trąb i rogów?

Odpuść mi, Boże, ale krzepię się wiarą,
że początek i wskrzeszenie wszystkich nas, nieboszczyków,
obwieści po prostu pianie koguta...

Potem przez chwilę zostaniemy jeszcze w łóżku…

Pierwsza wstanie
mama… Usłyszymy,
jak cichutko rozpala ogień,
jak cichutko stawia wodę na blasze
i troskliwie wyjmuje z szafki młynek do kawy.

Będziemy znowu w domu.

                                      Vladimìr Holan
  
 
  

13 maja 2017

psalm XV. . .

Niech będzie pohańbiony
I obleczony w hańbę
I zawstydzony niechaj będzie
Niechaj w sromocie tonie

Niech będzie jako plewy
Na wiatr rzucone nocą
I niech ta droga długa
Prowadzi na zginienie

Niech mu zaniemieją wargi
Usta niegodne i kłamliwe
Zapłatą niech mu będzie
Pogarda sprawiedliwych

Niech będzie spustoszony
Niech będzie podeptany
Niech zatracony ginie
I w poniżeniu kona

Niech wodą się rozpłynie
i w niwecz się obróci
Niech będzie jako strzała
w cięciwie połamana

Niech będzie rozproszony
wypadnie z pamięci
Niech będzie mu zagłada
ze świata czterech stron

Niechaj ci będzie synu, człowieku,
który źle myślisz przeciwko drugiemu,
zagłada, niechaj ci będzie synu, człowieku.

Niechaj ci będzie zagłada.

Niechaj ci będzie synu człowieku,
który źle myślisz przeciwko drugiemu...

Niechaj ci będzie zagłada.

                                               Jerzy Andrzejewski
   
   
   

11 maja 2017

ze szczytu schodów. . .

Oczywiście
ci którzy stoją na szczycie schodów
oni wiedzą
oni wiedzą wszystko

co innego my
sprzątacze placów
zakładnicy lepszej przyszłości
którym ci ze szczytu schodów
ukazują się rzadko
zawsze z palcem na ustach

jesteśmy cierpliwi
żony nasze cerują niedzielną koszulę
rozmawiamy o racjach żywności
o piłce nożnej cenie butów
a w sobotę przechylamy głowę w tył
i pijemy

nie jesteśmy z tych
co zaciskają pięści
potrząsają łańcuchami
mówią i pytają
namawiają do buntu
rozgorączkowani
wciąż mówią i pytają

oto ich bajka -
rzucimy się na schody
i zdobędziemy je szturmem
będą się toczyć po schodach
głowy tych którzy stali na szczycie
i wreszcie zobaczymy
co widać z tych wysokości
jaką przyszłość
jaką pustkę

nie pragniemy widoku
toczących się głów
wiemy jak łatwo odrastają głowy
i zawsze na szczycie zostaje
jeden albo trzech
a na dole aż czarno od mioteł i łopat

czasem nam się marzy
że ci ze szczytu schodów
zejdą nisko
to znaczy do nas
gdy nad gazetą żujemy chleb
i rzekną

                     -a teraz pomówmy
                     jak człowiek z człowiekiem
                     to nie jest prawda co wykrzykują afisze
                     prawdę nosimy w zaciśniętych ustach
                     okrutna jest i nazbyt ciężka
                     więc dźwigamy ją sami
                     nie jesteśmy szczęśliwi
                     chętnie zostalibyśmy
                     tutaj

to są oczywiście marzenia
mogą się spełnić
albo nie spełnić
więc dalej
będziemy uprawiali
nasz kwadrat ziemi
nasz kwadrat kamienia

z lekką głową
papierosem za uchem
i bez kropli nadziei w sercu

1956
                                                                   
                                                    Zbigniew Herbert
                                                    (z tomu Raport z oblężonego Miasta i inne wiersze, 1983)
 
 
   

30 kwietnia 2017

dzwony. . .

Chowałem dzwony w piersi mej; ponure, groźne, głuche dzwony,
Drzemiące niby w mrocznej mgle dzwonnicy cichej, opuszczonej.
Czuwałem trwożnie nad ich snem, bo byłem w sercu pełen lęku,
By się nie zbudził śpiący spiż z huraganowym echem jęku;
Czuwałem trwożnie nad ich snem tłoczącym, ciężkim jakby ołów,
Kochałem bowiem senny czar opustoszałych już kościołów.

O, duszo! Czemuś w ową noc, gdy w gruz runęły twe świątnice,
Rozpaczą swych zgorzkniałych ust plunęła w zmierzchłych nieb ciemnice?
Oślepły blade oczy gwiazd od jadów twej piołunnej śliny
I przerażenia ślepy strach widnokrąg ziemi zaległ siny.
O, w ową straszną, krwawą noc dzwony się obudziły senne,
Gromowej nawałnicy sztorm lejąc w otchłanie sfer bezdenne.

Z bezdni, gdzie głuchy leżał mrok, pomruk wydźwignął się ponury,
Wyrosło tysiąc nagich rąk, chwyciły silnie dzwonów sznury
I rozkiełznany, dziki szał prostuje, kurczy rąk nawałę,
Co rwą i szarpią, jakby w strzęp rozrywać chciały światy całe!
Szarpiących rąk szatański szał rozdziera pierś broczącą w męce!
O, nieznużone w wieków wiek, tysiączne, nagie, silne ręce...

Rozkołysane w grozy jęk, w ryk rozszalałe huczą dzwony!
Złowieszczy lament dzikich trwóg! Obłęd rozpaczy rozjuszonej!
Dławiący w głuszy czyha strach! Ogniste walą z chmur pioruny
W miedziane szczyty wzniosłych wież! Pomrok zalały krwawe łuny!
Bluźnierczej skargi bunt i gniew! Duszonych starców ciężkie skony!
Rozkołysane w grozy jęk, w ryk rozszalałe huczą dzwony!

Rozkołysane w grozy jęk, w ryk rozszalałe dzwony huczą!
A każdy huk spiżowych płuc bucha brzemienny krwawą tuczą!
Morze dymiącej, spiekłej krwi rozlewa w krąg odmęty błotne,
Które sięgają już mych ust, jak węże śliskie i wilgotne!
Huk każdy ciosem wali w skroń, zbolałą skroń rozmiażdżą, stłuczą!
Rozkołysane w grozy jęk, w ryk rozszalałe dzwony huczą!

O, dzwony, dzwony, dzwonów huk! Każdy powietrza nikły atom
Zmienił się w wściekły, głośny dzwon i skargi swoje wieści światom.
Każdy powietrza atom grzmi, burz rozpętanych szał rozlewa
I wrzaskiem tysiąckrotnych ech ryki potworne znów odbrzmiewa!
Z każdego dzwonu wali grom! Krew bucha z każdej dzwoonu czary!
Huk! Nieskończoność dzwonów! Jęk! W krąg bezkres dzwonów! Huk w bezmiary!

Wszechświat się cały dzwonem stał, a jam jest sercem tego dzwonu!
Olbrzymi dzwon brzeg oparł swój o widnokręgi nieboskłonu.
Trącony w ruch, rozchwiany w pęd, rozmachem miota się i ciska,
Buja nad chmury, spada w dół, szalona, straszna ma kołyska!
Ja, serce dzwonu, pełen trwóg w spazmie przerażeń oszalałem
I w stujęzyczny twardy spiż uderzam okrwawionym ciałem!

Błyskawicowym lotem gnam. Pęd dech zapiera, świszcze, smaga!
Pruję powietrze jakby grom, uderza w dzwon pierś moja naga...
Głuszące ryki! Ostry ból! Rozbite ciało spiż rozdziera!
Powrotnym lotem jak wichr gnam. Pęd świszcze, smaga, dech zapiera!
Pruję powietrze jakby grom, uderzam w dzwon zbolałą skronią...
Głuszące ryki, ostry ból! Rany krwi spiekłej krople ronią.

Zbolałe ciało broczy krwią. Padają czarne krwi korale
W skłębionych huków ciemny wir, w spiętrzone dzikich szałów fale,
W pomroku straszny niecą blask, jakby miotane dla igraszek,
Świeciły krwawe oczy w mgle ze starczych wyłupione czaszek.
I pędzę, gnam i biję w dzwon, struchlały wśród tych ślepych wzroków,
I dzwoni tysiąc nagich rąk, i nie ma dla nich pęt ni oków!

Rozkołysane w grozy jęk, w ryk rozszalałe huczą dzwony!
Złowieszczy lament dzikich trwóg! Obłęd rozpaczy rozjuszonej!
Dławiący w duszy czyha strach! Ogniste walą z chmur pioruny
W miedziane szczyty wzniosłych wież! Pomrok zalały krwawe łuny!
Bluźnierczej skargi bunt i gniew! Duszonych starców ciężkie skony!
Rozkołysane w grozy jęk, w ryk rozszałałe huczą dzwony!

                                                                                               Leopold Staff (z tomu ,)
   
   
   

09 kwietnia 2017

o vos ómnes. . .

O vos ómnes qui transítis per víam, atténdite et vidéte:
Si est dólor símilis sícut dólor méus.
V. Atténdite, univérsi pópuli, et vidéte dolórem méum.
Si est dólor símilis sícut dólor méus.

☆☆☆

O all you who walk by on the road, pay attention and see:
if there be any sorrow like my sorrow.
V. Pay attention, all people, and look at my sorrow:
if there be any sorrow like my sorrow.
   
   
  

02 kwietnia 2017

*** / po ciemku, po ciemku łkasz. . .

                Po ciemku, po ciemku łkasz,
Bezradność twych łez rozumiem!
                Schorzałą śmiertelnie twarz
Radośnie całować umiem.

                Do końca nie zabraknie mąk,
Do końca wystarczy mocy!
                Zmarniałych, zmarniałych rąk
Potrafię pożądać w nocy!

                Oględnie z rozkoszy mdlej
Tą piersią, co z trudem dyszy!
                Do śmierci, do śmierci twej
Wraz z tobą nawykam w ciszy.

                                       Bolesław Leśmian (z tomu Łąka [Noc bezsenna], 1920)
 
 
 

18 marca 2017

pieśń o nocy. . .

O, nie śpij, druhu, nocy tej.
Tyś jest Duch, a myśmy chorzy nocy tej.
Odpędź z oczu Twoich sen! Nocy tej!
Tajemnica się rozwidni. Nocy tej!
Tyś jest Jowisz na niebiosach,
wśród gwiazd krążysz firmamentu, nocy tej!
Nad otchłanie orła pędź!
Bohaterem jest Twój Duch nocy tej!
O, nie spij, druhu, nocy tej!

Jak cicho. Inni śpią.
Ja i Bóg jesteśmy sami, nocy tej!
Jaki szum! Wschodzi szczęście,
prawda skrzydłem opromienia nocy tej!
Nie śpij, druhu, nocy tej,

Gdybym przespał aż do ranka,
już bym nigdy nie odzyskał nocy tej!
Targowiska już ucichły,
Patrz na rynek gwiezdnych dróg nocy tej!
Lew i Orion,
Andromeda I Merkury krwawo lśni nocy tej!
Wpływ złowieszczy miota Saturn,
Wenus płynie w złotym dżdżu nocy tej!
Zamilknięciem wiąże język,
lecz ja mówię bez języka nocy tej!

                                    Rumi
                                    tłum. Tadeusz Miciński

17 marca 2017

jestem afryką. . .

o 15.34 w piątek 23 lipca 1971
sunę po przepaści Afryki
(jak kameleon po wargach mowy)
ponad Libią, na ukos od Benghazi,
po czerwonej ziemi, gdzie zabawne chmurki
jak białe słonie kosztują swego cienia;
a teraz ponad wstęgą Morza Śródziemnego:
niebo jest w górze i w dole:
Afryko, chciałbym do ciebie przywrzeć,
moja rzeczywistości, moja ziemio,
ta bolesność za ciemnymi szkłami,
które chronią przed blaskiem twojej wspaniałości,
białej jak słonie-chmury, to nie są łzy skruchy ani smutku:
Afryko, serce mi pęka z dumy,
Afryko, kraju moich przodków,
kraju, gdzie ojciec wpatrzony w horyzont
uspokaja drzewa,
kontynencie, na którym moja matka
z muszel i słońca potrafi wyczarować dom,
obszarze, na którym moi towarzysze powstaną w całej bezgraniczności
człowieczeństwa: Afryko,
płaczę, gdyż jesteś życiem mojego życia,
gdyż zawsze z powrotem się odrodzę
teraz jestem słowem z ciała mego kraju,
mojego lądu, mej przeszłości, teraz wiem
że musimy zajść dalej, o całą wieczność dalej
poza granice przyzwyczajeń, że każdy
musi zdruzgotać małoduszne struktury
zniewolenia, niewiedzy i odosobnienia
aby dorównać twej naturze:
być wysokim i stać tak pewnie jak twe góry
zarośnięty jak ty lasami,
twardy i nieokiełzany jak twe pustynie,
bogaty jak twe wybrzeża,
urodzajny jak łożyska twych rzek, wolny jak twe zwierzęta,
człowiek jak twoi ludzie,
na zawsze  człowiek tak jak oni, przez pamięć dla ich ran:
Afryko, nasieniem rewolucji
obsiejemy cię taką, jaka jesteś:
a jesteś: dniem i nocą, w których mieszkają ludzie

Afryko, gdzie sny są czarne,
Afryko, płaczę bo jestem silny,
Afryko, do widzenia

                                                             Breyten Breytenbach
                                                             przeł. Andrzej Braga
   
   
   

19 stycznia 2017

meduza. . .

Idąc przez życie, obawiam się ludzi
I zdarzeń, które, mając wzrok Meduzy,
Zmieniają w kamień każdego, kto spojrzy
W ich grząskie oczy. Są takie spojrzenia.
Głowę odwracam. Dante nie ufając
Mym palcom nazbyt nieszczelnym i drżącym
Ilekroć czuje zbliżanie się Gorgon -
Na moich oczach kładzie swoją dłoń.
I tak wędruję przez ten świat widzialny
Z zasłoną palców Dantejskich na oczach.

                                                              Roman Brandstaetter
 
 
 

rachunek kamieni. . .

Przebudzony kamień jest bardzo zdziwiony.
Z przebudzenia wynika, że nie jest kamieniem.
Więc czym jest? Z jakiej materii zdziałany?

Niewielkie jest moje poznanie, niewielkie,
Moja wiedza jest skąpa, a to co rozumiem,
Jest owocobraniem mojej słabej wiary.

Trud mój dopiero teraz się zaczyna,
Boże, który jesteś dla mnie większym ciężarem
Niż ja dla Ciebie.
A chociaż upadam pod Twoim brzemieniem,
Trwam pod nim,
Bo pragnę zasiąść
Na drugim brzegu człowieka,
Na drugim brzegu brata,
Na drugim brzegu myśli,
Na drugim brzegu serca,
Przy stole pojednania,

Chrystus Frasobliwy kapliczka przydrożna - Kurowice - 1997
Gdzie wszystko ma swój sens i ład,
Gdzie nie ma żadnych sprzeczności i złudzeń,
Gdzie duch nie walczy z oporem materii,
Gdzie ostry topór nie godzi w pień drzewa,
Gdzie krew nie płynie od ukłucia nożem,
Gdzie woda nie jest przeciwna ogniowi,
Gdzie nie istnieje szukanie i lęk.

Dlatego wierzę, chociaż owa wiara,
Która dla innych jest ojczyzną ciszy,
Dla mnie jest jeszcze jedną
Burzą.

Dlatego wciąż od nowa szukam Cię i szukam,
Jakby Cię za mało było w tym wszystkim,
W czym Cię nieustannie widzę i czuję.

Jesteś umęczony mną, Boże,
Ale ja również jestem umęczony Tobą.

Zerwane sieci w falach Genezareth,
Gorzkie modlitwy, piwnice, ciemności
I medytacje nad tajemną sprawą,
Dlaczego ginie sprawiedliwy mąż,
A zły zasiada w radzie człowieczeństwa,
Dlaczego mędrzec pada pod toporem,
A tłuste sadło żre włochaty szczur,
Dlaczego kłamie czarna zakonnica,
A Maria Curie była ateistką.

Kołowrót męki, niepokój sumienia
I karuzela grzechów, i upadek,
I to pytanie, od którego bolą
Wargi:
Powiedz, czy tę rzeczywistość
Może ocalić poezja?

A potem znowu wszystko od początku:
Zawiłe drogi, zasadzki i sidła,
Zerwane sieci w falach Genezareth
I wizja kwitnącego figowca,
Który jeszcze wieczorem
Był uschniętym kikutem.

Boże nauki, serc i intuicji,
Pragnę odnaleźć nici, które łączą
Serce ze sercem, zjawisko z zjawiskiem.

Pragnę odnaleźć kiełki wszystkich zdarzeń,
Ich sen i jawę, spoczynek i trud,
I te klęczące w naiwnej pokorze
Pyłki i ziarnka,
I te przeciwko Tobie zbuntowane
Góry gigantów,

Abym mógł wreszcie zrozumieć i pojąć,
Jak żyć by przeżyć godnie odrobinę
Wrogiego czasu,
Jak żyć, by nie złamać
Twojego imienia —
Ja, celnik, który kiedyś
Będę Cię błagał o kromkę wieczności
Jak o kromkę chleba.

                                                            Roman Brandstaetter
 
 
 

przylot aniołów I. . .

Patrz, puste są dłonie ślepego pokolenia
Jak sad po krucjacie jesieni.
Ani jednego owocu nie znajdziesz,
Ani jednego.
Takie są dłonie ślepego pokolenia.
Puste.

Tityr nie zrzuci z siebie troski w cieniu buka
Ani nie będzie grał na wiejskiej fletni
Zielonej piosenki, ani nie napełni
Gaju miłosnym gruchaniem z Amarylis.

Padają radioaktywne deszcze,
Pęka Pompeja jądrowych wybuchów,
Kobiety rodzą w szóstym miesiącu ciąży,

Wypalona ziemia jest jałowa,
A cień, negatyw śmierci,
Który pozostał na progu domu,
Jest ostatnim śladem jego właściciela
Na ziemi.

Jest noc.

Żołnierze grają w kości
O łachmany, o rzemyk od sandałów
I o całą wieczność.

                                                  Roman Brandstaetter
 
 
 

rozmowa z aretuzą. . .

Stoję nad twoim źródłem, Aretuzo,
I patrzę w gąszcze mądrych papirusów,
Obrosłych wiedzą wielu tysiącleci.
Po mojej twarzy z wolna się przesuwa
Cień twej postaci. Powiedz mi, czy warto
Wracać do dawnych kształtów i zwyczajów
I znowu wszystko zaczynać od nowa
Dla kilku uczuć i dla kilku myśli,
Które, nim wzejdą, już więdną i giną?

Na to odrzekła wdzięczna Aretuza:
- Nie warto nigdy zaczynać od nowa,
Bo człowiek zawsze potknie się o kamień
W tym samym miejscu i w tym samym czasie.

- Zatem ty wierzysz w przeznaczenie, nimfo?

- Tak, lecz nie w twoje.

- A w czyje?

- Kamienia.

                                                                 Roman Brandstaetter
 
 
 

14 stycznia 2017

potrzebę mocy ... zdobycia władzy, dominacji. . .

   Następny przykład wpływu procesu socjalizacji na kształtowanie się potrzeb człowieka jest znacznie bardziej interesujący. Alfred Adler, znany psychoanalityk austriacki, wykrył, że ludzie posiadają potrzebę mocy; dążą oni do zdobycia władzy, dominacji i sławy. Zresztą istnienie tego rodzaju popędów nie jest również negowane przez psychologów, którzy przyjmują inne koncepcje człowieka. Tomasz Kocowski zwrócił kiedyś uwagę, że „potrzeby mocy są potężnym motorem działań ludzkich, wstrząsających niekiedy społeczeństwami”*. Zgodnie z potocznymi wyobrażeniami dążenie do dominacji i zdobycia władzy jest wyrazem siły jednostki; świadczy o jej twardym charakterze i niezłomnej woli. Adler i inni psychoanalitycy odrzucili ten pogląd. Ich zdaniem człowiek dąży do mocy nie dlatego, że jest silny, lecz dlatego, iż jest po prostu słaby. Potrzeba mocy kształtuje się w procesie socjalizacji; nikt nie rodzi się Oxenstierną czy Napoleonem. Zasadniczą rolę w rozwoju tej potrzeby odgrywa sytuacja rodzinna; dziecko żyje w świecie dorosłych, którzy są silni, mądrzy -i niezależni; wobec nich czuje się ono bezradne i słabe. W takiej sytuacji często powstaje u dzieci poczucie niższości; poczucie to jest szczególnie silne u dzieci upośledzonych i nieporadnych, którym rodzice zwracają uwagę na ich słabości. Chcąc skompensować poczucie niższości, ludzie zaczynają dążyć do mocy; rodzi się u nich potrzeba dominacji i władzy, jednocześnie ulegają osłabieniu motywy afiliacyjne. Zatem potrzeba mocy powstaje w wyniku specyficznego przebiegu procesu socjalizacji. Nie można zaprzeczyć, że tego rodzaju hipoteza jest niezmiernie oryginalna i wyrafinowana; sformułowanie jej wymagało dużej pomysłowości i rozwiniętej fantazji.

* T. Kocowski, Taktyka i strategia sterowania motywacją ludzką w skali masłowskiej, w zbiorze: A. Podgórecki (red.), Socjotechnika. Style działania, Warszawa 1972.

Józef Kozielecki (Koncepcje psychologiczne człowieka, 1998)
   
   
   

01 stycznia 2017

w wielkiem zwycięstwie. . .

Po wielkiem zwycięstwie . — Najlepszem w wielkiem zwycięstwie jest to, że odbiera ono zwycięzcy lęk przed klęską. »Czemużby też raz nie przegrać ? — mówi sobie: jestem teraz dość na to bogaty «.

Friedrich Nietzsche (Wiedza Radosna, 1882)
   
   
   

26 grudnia 2016

pomaluśku józefie. . .

Pomaluśku Józefie, pomaluśku proszę.
Widzisz, że ja nie mogę biec tak prędko w drogę.

Wyrozumiej proszę, wszak widzisz co noszę.
W mem żywocie mam Boga, przed nami ciężka droga.

A tak myślę sobie i chcę mówić tobie
O gospodę spokojną w taki czas przystojną.

Bo teraz w miasteczku i lada domeczku
Trudno o kącik będzie, gości pełno wszędzie.

Wolą pijanice szynkarskie szklanice
Niźli mnie ubogą strudzoną tą drogą.

Wnijdźmy – rada moja – do tego pokoja,
Do tej szopy na pokój, Józefie opiekunie mój.

- od górali czadeckich

* * *

[dalsze zwrotki / Kurpie, Skierkowski]

I tak my oboje i te bydląt dwoje,
Będziem mieli pokój, opiekunie mój.

Choć pałac ubogi, ale klejnot drogi,
Niebo, ziemia i morze ogarnąć nie może.

A Józef, mąż zacny, służył jako baczny,
Najświętszą Pannę cieszył, bo to jego klejnot był.

Mój Józefie drogi, taki to mróz srogi,
Uziębnie nam Dzieciątko, niebieskie pacholątko.

Przynieś, proszę, siana w główkę, pod kolana
Maleńkiemu Dzieciątku, Boskiemu pacholątku.

A Józef, mąż zacny na Dzieciątko baczny,
Wziął siana niewiele, w żłóbeczku mu pościele.

A zaś bydląteczko, wół i ośląteczko,
Parą swą Nań chuchali, Dzieciątko ogrzewali.

Witaj Królewiczu, Niebieski Dziedzicu,
Bądź pochwalon bez miary, za Twe niebieskie dary.
 
 
 

22 grudnia 2016

grudzień, czyli december. . .

                                                 Lekarzowi, dobrodziejowi mojemu,
                                                 Doktorowi Jarosławowi Neczaj-Hruzewiczowi

Drogi Panie Redaktorze,
rękopis w spóźnionej porze

wysyłam za miesiąc Grudzień,
wierząc, że mi jakoś ujdzie.

Onego spóźnienia powód
tłumaczy się złą chorobą,

co mnie od tygodni trapi,
a nad łóżkiem wisi napis:

"K. I. Gałczyński. Poeta.
Szaleństwo. Ścisła dieta".

Szczeblując do gwiezdnych powal,
niejeden liryk zwariował,

liryk, ten srebrzysty atom...
Odpuśćmy grzechy wariatom.

A ty, panie czytelniku,
nie chełp się ze swą podwiką,

żeście zdrowi i rumiani!
Wszyscyśmy blisko otchłani

i każdemu z woli Boga
powinąć się może noga,

lecz wiedz: diabeł spęta w lesie,
Jezus na światłość wyniesie.

A światłość już niedaleko:
w Grudniu się narodzi Dziecko,

co jednym wzniesieniem dłoni
świat ku światłości nakłoni.

Spójrzcie, jak pierzchają cienie!
Płynie Boże Narodzenie!

W purpurze, w złocie, w lazurze
Anioł dmie w trąbę na chmurze;

radość, radość niedaleko,
radość, co pychę uśmierca...

"Jezu cichy i pokornego serca,
uczyń serca nasze według serca Twego"

1938

                                                 Konstanty Ildefons Gałczyński
 
 
 

człowiek, który ma w domu tyle książek. . .

Ten mężczyzna nie ma nawet porządnego stołu, ale ma setki książek. To się Teresie spodobało i lęk, który czuła, trochę ucichł. Od dzieciństwa uważa książkę za znak tajnego bractwa. Człowiek, który ma w domu tyle książek, nie może jej skrzywdzić.

Milan Kundera (fragment powieści Nieznośna lekkość bytu, 1984)
   
   
   

15 grudnia 2016

bez matki. . .

Senza mamma, o bimbo,
tu sei morto!
Le tue labbra, senza i baci miei,
scoloriron fredde!
E chiudesti, o bimbo,
gli occhi belli!
Non potendo carezzarmi,
le manine componesti in croce!
E tu sei morto
senza sapere quanto t'amava
questa tua mamma!
Ora che sei un angelo del cielo,
ora tu puoi vederla la tua mamma,
tu puoi scendere giů pel firmamento
ed aleggiare intorno a me ti sento.
Sei qui, mi baci e m'accarezzi.
Ah!
Dimmi, quando in ciel potrň vederti?
Quando potrň baciarti?
Oh!
Dolce fine d'ogni mio dolore,
quando in ciel potrň salire?
Quando potrň morire?
Dillo alla mamma, creatura bella,
con un leggero scintillar di stella.
Parlami, amore!

*

Without your mother, o my baby,
you die!
Your lips, without my kisses,
grow pale and cold!
And close, o baby,
your pretty eyes.
I cannot caress you,
your little hands composed in a cross!
And you are dead
without knowing how loved you were
by your mother!
Now you are an angel in heaven,
now you can see your mother,
you can descend from heaven
and let your essence linger around me.
Are you here, feel my kisses and caresses.
Ah!
tell me, when will I see you in heaven?
When will I be able to kiss you?
Oh!
Oh sweet end to all my sorrows,
when I greet you in heaven.
When will I greet death?
Tell you mother, beautiful creature,
with a sparkle of the stars.
Speak to me, my loved one!

                                  (tłum. Natalie Miller)

*

Bez matki, moje dziecko,
umierasz!
Usta twe, bez moich pocałunków
wratają w bladość i chłód!
Zamknij, o dziecię,
oczka swe śliczne.
Pieścić cię nie mogę,
a rączki twe w krzyż ułożone!
I martwy tyś
bez wiedzy o miłości utulenia
od matki swej!
Teraz ty aniołem w niebiesiech,
teraz spoglądać ci już wolno na matkę,
możesz runąć z nieba
i istotą swoją otoczyć mnie!
Czy jesteś tu,
zdolny poczuć moje pocałunki i pieszczoty?
Ah!
powiedz kiedy zobaczę cię w niebie?
Kiedy dana mi będzie swoboda ucałowania cię?
Oh!
Oh nastąpi słodki koniec mych zmartwień,
kiedy spotkam cię w niebie.
Więc, kiedy spotkam śmierć?
Powiedz swojej matce, piękne stworzenie,
iskierką gwiazdy daj znać.
Mów do mnie, kochanie!

                                          Aria Senza mamma
                                          z opery Suor Angelica
                                          z muzyką Giacomo Pucciniego
                                          i librettem Giovacchino Forzano
                                          (przekład własny z jęz. ang.)
 
 
 

16 października 2016

jesień sypiąca gorzkie cynamony. . .

Jesień sypiąca gorzkie cynamony,
rozcierająca popiół w smagłych palcach,
rozcierająca słowa w smagłej dłoni,
zacierająca blaski dawnych dni;

jesień krocząca jak chytry wielmoża,
krająca plastry czasu niby dynię,
dymem wstająca nad kartofliskami,
ogarniająca domy mglistym płaszczem;

ogarniająca dom mój mglistym płaszczem
i śpiewająca liściom kołysankę
- zapach wanilii na wysmukłych palcach
i zapach trupi w dłoni tej Cyganki,

która przeciera liście i obłoki
i kastanietem uderza o ściany
- lecz to świerszcz może, a może klepsydra? -
nie, nie klepsydra, czas kroplami stuka.

                                                        Jarosław Iwaszkiewicz
 
 
 

28 września 2016

kto żyje w obłąkaniu decyzji i wyborów. . .

Ten zaś, kto opowiada się po którejś ze stron, kto żyje w obłąkaniu decyzji i wyborów, nigdy nie jest miłosierny, bo nie jest w stanie objąć umysłem wszystkich punktów widzenia, ogranicza go horyzont jego pragnień i zasad, pogrążony jest w hipnozie skończoności. Gdyż wszystko żyje i rozkwita wtedy dopiero, gdy odwróci się plecami do tego, co uniwersalne... Bycie czymś zawsze, bezwarunkowo, jest formą szaleństwa , z którego życie , najbardziej uparta ze wszystkich obsesji, wyzwala się jedynie po to, aby zmarnieć.

Emil Cioran (z pisma filozoficznego Zarys rozkładu, 1945)
   
   
   

dzięki zakłóceniom funkcji organicznych. . .

   Wzloty ducha możliwe są tylko dzięki zakłóceniom funkcji organicznych, umysł wznosi ę do góry w miarę , jak pustka rozprzestrzenia się po naszych organach. Zdrowiem jest wszystko to, co nie stanowi o naszej swoistości i odrębności : czynnikiem indywiduacji są Odruchy wstrętu ; to smutek nadaje każdemu imię, utraty na nowo czynią nas panami naszego "j a" . Stajemy ę sob ą jedynie poprzez sumę naszych klęsk.)

Emil Cioran (z pisma filozoficznego Zarys rozkładu, 1945)
   
   
   

26 września 2016

zemsta. . .

Posłuchaj bicia serca i starej pordzewiałej flobertówki
Na sęku wiewiórka złotym futerkiem błyskała.
Zabiłem, zabiłem tę małą śliczną wiewiórkę.
Orzech laskowy łuskała.

Minęło lato. Koło białej kapliczki za dąbrową
wrony ciągną i mgła ku owczym stadom się skrada,
i liście padają na głowę moją
i na martwą wiewiórkę z przestrzeloną głową.
Ostatkiem sił została i wisi.

   Daremnie czekałem, jej ciało nie spada.

Do góry się wspinałem
i skrzypiący szkielet gałęzi trząsłem i trząsłem.

   Nie chce puścić!

Wiewiórko mała, kto ci dał tyle siły?
Poopadały liście, drzewa już łyse,
tylko wiewiórka wisi.

   Wiewiórka mści się.

Rzuciłem dom. W zawiniątku małym
niewiele w świat unoszę.
Tylko z rozbitego zegara kukułkę zabrałem.

Puszczę ją na wolność
w zielonym borze

                                                  Konstantin Biebl (tłum. Jan Zych)
 
 
 

z wojska groźny list. . .

Przyszedł do mnie dziś
z wojska groźny list,
a w nim napisano:
dwunastego rano
muszę karnie stawić się
ach, stawić się.

Mam żołnierzem być,
mam się dzielnie bić,
karabin mi dali,
trzeba więc wypalić
choćby nawet w serce swe,
ach w serce swe.

Taki jest ten list,
który przyszedł dziś,
a ja, rezerwista,
pieśniarz, anarchista,
śpiewam, no i tego klnę,
ach, tego klnę.

Wyruszę więc rad
i zaśpiewam tak:
modry rezerwista,
krwawy anarchista,
w modrej dali krwawy kwiat,
ach krwawy kwiat!

                                    Fráňa Šrámek (tłum. Adam Włodek)
 
 
 

17 września 2016

u chorych, mądrych zwierząt. . .

Całe brzemię robót polnych spadało na jej chude ramiona. Praca ponad siły i choroba, która zaczęła się po drugim porodzie, z roku na rok coraz bardziej podkopywały jej zdrowie. Wychudła. Twarz jej wyblakła. Przedwczesna starość rozrzuciła na policzkach pajęczą sieć zmarszczek. W oczach pojawił się wyraz wystraszonej pokory, która zjawia się u chorych, mądrych zwierząt. Ona sama nie zdawała sobie sprawy z tego, jak szybko się starzeje, jak z każdym dniem niknie jej zdrowie, i wciąż jeszcze czegoś się spodziewała; podczas rzadkich spotkań spoglądała na swego urodziwego męża z lękliwą miłością i zachwytem.

Michaił Szołochow
(fragment powieści Cichy Don. Tom IV, 1928-1940)