Johannes Clauberg
09 października 2013
nie należy mnożyć bytów. . .
Entia non sunt multiplicanda praeter necessitatem (Nie należy mnożyć bytów ponad potrzebę).
in angulo cum libro. . .
Ponieważ jest to historia ksiąg, nie zaś codziennych strapień, jej lektura może
skłonić nas do powtórzenia za wielkim naśladowcą z Kempis: “In omnibus requiem
quaesivi, et nusquam inveni nisi in angulo cum libro.”
Umberto Eco (fragment powieści Imię Róży, 1980)
*In omnibus requiem quaesivi... — Wszędzie szukałem spokoju i nigdzie nie znalazłem, jak tylko w kąciku z
książką.
obrócić grzeszność ku pożytkowi. . .
Lecz mądrze jest, oczywiście, przeczuwać Wybrańca w grzeszniku i jest to mądre również dla samego
grzesznika. Albowiem przeczucie, że jest Wybrańcem, może go uszlachetnić i obrócić grzeszność ku
pożytkowi, tak by mu nadała lot wysoki.
Thomas Mann (fragment powieści Wybraniec, 1951)
nowi śmiertelnicy. . .
(...) pogodni ludzie, którzy byli spłodzeni w przód —
we właściwym kierunku — i tak też żyli. Ale z czasem i oni pożółkli jako liście jednego lata i użyźnili
glebą, po której chodzili nowi śmiertelnicy, zieleniąc się i żółknąc.
Thomas Mann (fragment powieści Wybraniec, 1951)
08 października 2013
zły gust. . .
Życie - zły gust materii.
Emil Cioran
Emil Cioran
sonet XXVI (cz. II). . .
Jak przejmuje nas ptaków krzyk...
Głos utworzony kiedyś zwodniczo.
Ale już dzieci bawiąc się krzyczą
Obok wołania, co nie zna ich.
Krzyczą przypadek. W międzyprzestrzenie
tego przestworu (w którego mgły
krzyk ptaków wchodzi, jak ludzie w sny — )
wbijają kliny swego skrzeczenia.
Biada nam, gdzie jesteśmy? Wciąż śmielej
jak latawce puszczone z ziemi
z rąbkami śmiechu postrzępionemi
wpół - wzwyż wzbijamy się. — Boże pieśni
zestrój krzyczących, by zaszumieli
i jak prąd głowę i lirę nieśli.
Rainer Maria Rilke
Głos utworzony kiedyś zwodniczo.
Ale już dzieci bawiąc się krzyczą
Obok wołania, co nie zna ich.
Krzyczą przypadek. W międzyprzestrzenie
tego przestworu (w którego mgły
krzyk ptaków wchodzi, jak ludzie w sny — )
wbijają kliny swego skrzeczenia.
Biada nam, gdzie jesteśmy? Wciąż śmielej
jak latawce puszczone z ziemi
z rąbkami śmiechu postrzępionemi
wpół - wzwyż wzbijamy się. — Boże pieśni
zestrój krzyczących, by zaszumieli
i jak prąd głowę i lirę nieśli.
Rainer Maria Rilke
Iżby gach, z grzechami zżyty, / Wywyższon był aż na szczyty. . .
Trzymał teraz tabliczkę w jednej, a
klucz w drugiej ręce i mówił w duchu porzekadło:
Patrząc na mych dziejów grozę
w świetle twej jasności, Boże —
Trwam, podziwem kornym zdjęty
Trwam, podziwem kornym zdjęty
Dla
alchemii twojej świętej,
Co ciała hańbę, cierpienie,
W moce duchowe przemienia;
Iżby gach, z
grzechami zżyty,
Wywyższon był aż na szczyty
Nędzy ziemskiej wszędy,
Boże, Rajskie wrota racz
otworzyć.
Thomas Mann (fragment powieści Wybraniec, 1951)
czy byłeś człowiekiem. . .
— Dość! — krzyknął Liberius w nagłej trwodze, chwytając za ramię mówiącego. Przy tym
jednak zdarzyło się, iż spostrzegli dwie łzy, płynące z oczu stworzenia po jego nieszczęsnym, kalekim
licu.
— Płaczesz, kochany stworze — odezwał się Probus, który sam nie mógł się na ten widok od łez powstrzymać. — Płacz twój bardziej jeszcze niż dar mowy świadczy, że należysz do ludzkości. Na krew Baranka, czy byłeś człowiekiem, zanim przypadł ci w udziale twój kształt teraźniejszy?
— Człowiekiem, chociaż poza ludzkością — zabrzmiało w odpowiedzi.
— Płaczesz, kochany stworze — odezwał się Probus, który sam nie mógł się na ten widok od łez powstrzymać. — Płacz twój bardziej jeszcze niż dar mowy świadczy, że należysz do ludzkości. Na krew Baranka, czy byłeś człowiekiem, zanim przypadł ci w udziale twój kształt teraźniejszy?
— Człowiekiem, chociaż poza ludzkością — zabrzmiało w odpowiedzi.
Thomas Mann (fragment powieści Wybraniec, 1951)
ludzi w ich samotności. . .
Nigdy nie trzeba podsłuchiwać ludzi w
ich samotności, bo się można jeno o zgryzocie dowiedzieć.
Thomas Mann (fragment powieści Wybraniec, 1951)
po siebie samego. . .
Muszę stąd wyruszyć, bo odkąd wiem, kim nie jestem, na
jednej mi tylko rzeczy zależy, a to — wyruszyć po siebie samego, po wiedzę, kim jestem.
Thomas Mann (fragment powieści Wybraniec, 1951)
bom jak najdalszy. . .
— Czytasz sobie? — spytał Flann.
— Tak, czytam — odpowiedział Grigors z uśmiechem i wzruszeniem ramion, jakby czytanie było tylko jego chimerą, zaczem dodał:
— A ty, jak widzę, oporządzałeś „Reine Inguse"?
— To cię nic nie obchodzi — rzekł Flann wysunąwszy nieco krótką szyję.
— A co czytasz? — Można by powiedzieć — odparł Grigors, rumieniąc się z lekka — że to znów ciebie niewiele obchodzi. Ale czytam właśnie książkę „De laudibus sanctae crucis".
— To po grecku? — zapytał Flann, znów wysuwając trochę głowę.
— Po łacinie — odrzekł Grigors — i znaczy: „O chwale krzyża świętego". Powinienem był od razu tak powiedzieć. Brat Piotr-Paweł zadał mi przeczytanie tego w wolnym czasie. To są, wiesz, wiersze, opatrzone dobrymi prozaicznymi przypisami.
— Ty się tu przede mną nie dmij, nie chwal! — huknął na niego Flann — ze swoim uczonym gadaniem o prusaczych przepisach! Chcesz mnie umyślnie upokorzyć swoimi bajdami i bajesz o tym, żeby mi dać odczuć, 0 ileś sam mądrzejszy a lepszy ode mnie!
— Ależ nie, Flannie! — odparł Grigors. — Przysięgam ci, że się mylisz! Kiedy mnie spytałeś o moje czytanie, czułem, że twarz mi się nieco rozgrzała, co niewątpliwie uzewnętrzniło się rumieńcem. Nie mogło to ujść twej uwagi. Zapłoniłem się niczym dziewica, boś mnie zmusił, ażebym ci powiadał o czytaniu i łacińskich wierszach. Niechętniem to uczynił, wstydziłem się i przykro mi było, że mnie pytasz, bom jak najdalszy od upokarzania cię.
— Ach, ach, wstydziłeś się! Wstydziłeś się za mnie, przede mną ci było wstyd! A wiesz, że to jest właśnie najzuchwalsze upokarzanie wyzwanie? Po tom cię pytał, żeby ci pokazać, iż nie możesz gęby otworzyć, ba, zgoła przebywać ze mną, abyś mnie nie upokarzał! A mówisz, że tego nie chcesz! Pewnie też nie chcesz, żebym i ja ciebie wyzwał?
— Nie zrobiłbyś tego!
— Zrobiłem to! A ty podciągasz kolana. Po coś podciągnął kolana, kiedy wracałem tędy?
— Bo nie chciałem, byś się znów potknął o moje nogi.
— Nie! Jeno że wtedy musiałbyś wstać przeciw mnie i żądać ode mnie zadośćuczynienia, i wyzwać mnie jak mężczyzna i tęgi chłop. Ale tyś podkurczył nogi, ty pokurczu, ty skurczony, zaczajony kleszy pokurczu!
— Tego nie powinieneś był mówić — rzekł Grigors wstając powoli.
— Ale mówię! — krzyczał Flann. — Mówię to, bo nie chcesz zrozumieć ani zobaczyć i wykręcasz się świętoszkowato od tego, że między nami musi być rzecz załatwiona, gruntownie i raz na zawsze, wszystko jedno, z jakim wynikiem, całkiem gruntownie, i wszystko jedno z jakim skutkiem, rozumieszże? Bo dalej tak być nie może! Jesteś urodzony w chałupie, razem ze mną, spłodzili cię Wiglaf i Mahaute, jak mnie i resztę, a przecie nie jesteś taki, jeno jakbyś się wykluł z kukułczego jaja — jesteś jakiś inny od nas, ciałem i duszą, jakiś nieznośny odmieniec, diabli wiedzą, co zacz, i pozwoliłeś sobie wyrodzić się w coś lepszego, wyższego — jakbyś o tym nie wiedział! Ale jesteś na tyle zuchwały, że wiesz o tym, i jeszcze zuchwalszy, żeś dla nas na domiar uprzejmy! Gdybyś był wobec nas zuchwały, byłoby to znacznie mniej zuchwałe! Jesteś chrześniakiem opata, który ciebie — bękarta kmiecia i pychy — sześcioletnim wziął z chaty do klasztoru, i nauczyłeś się liter, nabrałeś wiedzy, kleszego poloru w mowie, a coraz to siedzisz u nas i dajesz nam odczuć, że nie chcesz nam nic dal odczuć — gadasz wedle naszej gęby delikatną, co jest nieznośne, bo grubo gadać można jeno grubą gębą, a jeśli delikatną, wówczas wychodzi to na kpiny! Cały jesteś kpiną, ciałem i duchem, bo świat wywracasz i plączesz rozeznanie! Gdybyś był niedołężnym, wątłym bogomódlcą, duchownym półbabkiem bez rozmachu i siły, mógłby kto uczciwy powiedzieć: Dobrze, tyś jest delikatny, a ja mocny, jest w tym ład, nie podniosę na cię ręki, święta mi twoja słabość! Ale ty kradniesz skądsiś siłę, celujesz w igrzyskach, jesteś w nich dobry, zupełnie tak dobry jak ja, com mocny mocą, a ty — delikatnością; to nie do zniesienia dla rzetelnego człeka i przeto ci powiadam: musi to być załatwione między nami, nareszcie nie w zabawie, jeno najpoważniej, tu, na miejscu, gołymi pięściami i gruntownie, aż do ostatka, — na to cię wyzwałem słowem i kopnięciem i nie możesz się uchylić!
— Nie, zaprawdę nie mogę — rzekł Grigors piękniejąc po swojemu, przybladły a ściemniały na twarzy, poważny, z górną wargą z lekka wysuniętą w zwarciu z dolną. — A więc chcesz, byśmy tu całkiem sami, bez świadków i sędziego, odbyli walkę na pięści bezwarunkową i do ostatka, aż jeden z nas nie będzie już mógł walczyć?
— Tak, czytam — odpowiedział Grigors z uśmiechem i wzruszeniem ramion, jakby czytanie było tylko jego chimerą, zaczem dodał:
— A ty, jak widzę, oporządzałeś „Reine Inguse"?
— To cię nic nie obchodzi — rzekł Flann wysunąwszy nieco krótką szyję.
— A co czytasz? — Można by powiedzieć — odparł Grigors, rumieniąc się z lekka — że to znów ciebie niewiele obchodzi. Ale czytam właśnie książkę „De laudibus sanctae crucis".
— To po grecku? — zapytał Flann, znów wysuwając trochę głowę.
— Po łacinie — odrzekł Grigors — i znaczy: „O chwale krzyża świętego". Powinienem był od razu tak powiedzieć. Brat Piotr-Paweł zadał mi przeczytanie tego w wolnym czasie. To są, wiesz, wiersze, opatrzone dobrymi prozaicznymi przypisami.
— Ty się tu przede mną nie dmij, nie chwal! — huknął na niego Flann — ze swoim uczonym gadaniem o prusaczych przepisach! Chcesz mnie umyślnie upokorzyć swoimi bajdami i bajesz o tym, żeby mi dać odczuć, 0 ileś sam mądrzejszy a lepszy ode mnie!
— Ależ nie, Flannie! — odparł Grigors. — Przysięgam ci, że się mylisz! Kiedy mnie spytałeś o moje czytanie, czułem, że twarz mi się nieco rozgrzała, co niewątpliwie uzewnętrzniło się rumieńcem. Nie mogło to ujść twej uwagi. Zapłoniłem się niczym dziewica, boś mnie zmusił, ażebym ci powiadał o czytaniu i łacińskich wierszach. Niechętniem to uczynił, wstydziłem się i przykro mi było, że mnie pytasz, bom jak najdalszy od upokarzania cię.
— Ach, ach, wstydziłeś się! Wstydziłeś się za mnie, przede mną ci było wstyd! A wiesz, że to jest właśnie najzuchwalsze upokarzanie wyzwanie? Po tom cię pytał, żeby ci pokazać, iż nie możesz gęby otworzyć, ba, zgoła przebywać ze mną, abyś mnie nie upokarzał! A mówisz, że tego nie chcesz! Pewnie też nie chcesz, żebym i ja ciebie wyzwał?
— Nie zrobiłbyś tego!
— Zrobiłem to! A ty podciągasz kolana. Po coś podciągnął kolana, kiedy wracałem tędy?
— Bo nie chciałem, byś się znów potknął o moje nogi.
— Nie! Jeno że wtedy musiałbyś wstać przeciw mnie i żądać ode mnie zadośćuczynienia, i wyzwać mnie jak mężczyzna i tęgi chłop. Ale tyś podkurczył nogi, ty pokurczu, ty skurczony, zaczajony kleszy pokurczu!
— Tego nie powinieneś był mówić — rzekł Grigors wstając powoli.
— Ale mówię! — krzyczał Flann. — Mówię to, bo nie chcesz zrozumieć ani zobaczyć i wykręcasz się świętoszkowato od tego, że między nami musi być rzecz załatwiona, gruntownie i raz na zawsze, wszystko jedno, z jakim wynikiem, całkiem gruntownie, i wszystko jedno z jakim skutkiem, rozumieszże? Bo dalej tak być nie może! Jesteś urodzony w chałupie, razem ze mną, spłodzili cię Wiglaf i Mahaute, jak mnie i resztę, a przecie nie jesteś taki, jeno jakbyś się wykluł z kukułczego jaja — jesteś jakiś inny od nas, ciałem i duszą, jakiś nieznośny odmieniec, diabli wiedzą, co zacz, i pozwoliłeś sobie wyrodzić się w coś lepszego, wyższego — jakbyś o tym nie wiedział! Ale jesteś na tyle zuchwały, że wiesz o tym, i jeszcze zuchwalszy, żeś dla nas na domiar uprzejmy! Gdybyś był wobec nas zuchwały, byłoby to znacznie mniej zuchwałe! Jesteś chrześniakiem opata, który ciebie — bękarta kmiecia i pychy — sześcioletnim wziął z chaty do klasztoru, i nauczyłeś się liter, nabrałeś wiedzy, kleszego poloru w mowie, a coraz to siedzisz u nas i dajesz nam odczuć, że nie chcesz nam nic dal odczuć — gadasz wedle naszej gęby delikatną, co jest nieznośne, bo grubo gadać można jeno grubą gębą, a jeśli delikatną, wówczas wychodzi to na kpiny! Cały jesteś kpiną, ciałem i duchem, bo świat wywracasz i plączesz rozeznanie! Gdybyś był niedołężnym, wątłym bogomódlcą, duchownym półbabkiem bez rozmachu i siły, mógłby kto uczciwy powiedzieć: Dobrze, tyś jest delikatny, a ja mocny, jest w tym ład, nie podniosę na cię ręki, święta mi twoja słabość! Ale ty kradniesz skądsiś siłę, celujesz w igrzyskach, jesteś w nich dobry, zupełnie tak dobry jak ja, com mocny mocą, a ty — delikatnością; to nie do zniesienia dla rzetelnego człeka i przeto ci powiadam: musi to być załatwione między nami, nareszcie nie w zabawie, jeno najpoważniej, tu, na miejscu, gołymi pięściami i gruntownie, aż do ostatka, — na to cię wyzwałem słowem i kopnięciem i nie możesz się uchylić!
— Nie, zaprawdę nie mogę — rzekł Grigors piękniejąc po swojemu, przybladły a ściemniały na twarzy, poważny, z górną wargą z lekka wysuniętą w zwarciu z dolną. — A więc chcesz, byśmy tu całkiem sami, bez świadków i sędziego, odbyli walkę na pięści bezwarunkową i do ostatka, aż jeden z nas nie będzie już mógł walczyć?
Thomas Mann (fragment powieści Wybraniec, 1951)
06 października 2013
kocham cię, rosjo. . .
Ja się nie bawię w demokratę,
gdy zagranicą (to się zdarza)
przez skórę czuję, jak się brata,
każdego ziemi tej nędzarza.
Ja się nie bawię w humanistę,
gdy – gdzie żywopłot się rozkracza,
(harmonia rżnie, to oczywiste!)
rani me serce pieśń wieśniacza.
Ja się nie bawię w liberała,
jeżeli chcę, by, przede wszystkim,
życie nikomu nie zabrało
praw jego, choćby z małym zyskiem.
Ja się nie bawię w patriotę,
jeżeli, wśród wilczego grona,
chrypię gdzieś w tajdze, pośród błota:
„Kocham cię, Rosjo ma rodzona”.
Nie bawię się w kosmopolitę,
co w zgodzie żyje z całym światem;
żal, gdy paryski targ przekwita,
razem ze starym mym Arbatem.
W nic się nie bawię i nie łamię
i od nikogom niezależny,
czy w chacie, czyli też w wigwamie,
na scenie, czy – gdzie szynk przybrzeżny.
I, choć nie w smak to demagogom,
co dzień szafuję swą osobą:
za wolność ginę, chwała bogom!
za prawo bycia – samym sobą.
Eugeniusz Jewtuszenko
gdy zagranicą (to się zdarza)
przez skórę czuję, jak się brata,
każdego ziemi tej nędzarza.
Ja się nie bawię w humanistę,
gdy – gdzie żywopłot się rozkracza,
(harmonia rżnie, to oczywiste!)
rani me serce pieśń wieśniacza.
Ja się nie bawię w liberała,
jeżeli chcę, by, przede wszystkim,
życie nikomu nie zabrało
praw jego, choćby z małym zyskiem.
Ja się nie bawię w patriotę,
jeżeli, wśród wilczego grona,
chrypię gdzieś w tajdze, pośród błota:
„Kocham cię, Rosjo ma rodzona”.
Nie bawię się w kosmopolitę,
co w zgodzie żyje z całym światem;
żal, gdy paryski targ przekwita,
razem ze starym mym Arbatem.
W nic się nie bawię i nie łamię
i od nikogom niezależny,
czy w chacie, czyli też w wigwamie,
na scenie, czy – gdzie szynk przybrzeżny.
I, choć nie w smak to demagogom,
co dzień szafuję swą osobą:
za wolność ginę, chwała bogom!
za prawo bycia – samym sobą.
Eugeniusz Jewtuszenko
a dęło okropnie z nord-nord-westu. . .
Opisać należy opata Gregoriusa jako ujmującego mąża średniego wzrostu. Jego tęgą, starannie
wygoloną twarz o małych ustach i wydatnej, zaokrąglonej dolnej wardze wieńczyła pięknie
wypolerowana kopułka lśniącej łysiny. Na skroniach odstawały od niej siwe, kędzierzawe włosy. Habit
zakonny, przepasany schludnie skręconym sznurem, przez który przewieszony był różaniec, opinał
mu się na pokaźnym kałduniku, wyrażającym — rzekłbyś — raczej czyste sumienie niż obciążającym,
gdyż nie ujmował postaci opata nic z przyjemnej ruchliwości, godnej uwagi w jego leciech, a miał ich
już pięćdziesiąt. Że ospałość i gnuśne piecuchostwo nie były mu właściwe, dowodzi już choćby to, iż
spotykamy go oto bardzo wczesnym rankiem, w najgorszą pogodę (bo chmury zwisały nisko i ciekło z
nich, a dęło okropnie z nord-nord-westu), zupełnie samego, w drodze na dół, ku brzegowi,
obchodzącego zalew w kształcie podkowy, co po tej stronie wrzyna się w wyspę, a morze wtacza tam
swe fale, łamiące się o wysunięte ławice kamienne. Zostawiwszy za sobą klasztor, którego
zabudowania kreśliły się, zasnute deszczem, na tle ciemnego pasma lasu, opat kroczył, zamaszyście
stawiając swój długi posoch i podkasawszy habit, po mokrym piasku, a często poprzez wszelakie
odłamki kamienia, porozrzucane wszędy w okruchach i bryłach lub podruzgotane na gruby żwir.
Chroniąc się
przed dżdżem zarzucił na ramiona wojłok, który przytrzymywał dłonią, na głowę zaś nacisnął zgoła
świecki kapelusz od deszczu, opuszczony na kark, taki, jakich używają zapewne rybacy tej wyspy
podczas swego rzemiosła. Mrużąc oczy schylał głowę pod wiatr, ale często obracał w bok zwilgotniałą
twarz, by z zatroskaną miną spoglądać na pełne morze.
Thomas Mann (fragment powieści Wybraniec, 1951)
dziecka nieprawego i bezdomnego. . .
— Ach, moja ty biedna, najdroższa, najmilsza — płakał — jakże mi się serce kraje z twego powodu,
nad twą niedolą i moją wielką winą! Przebacz mi, przebacz! Ale, jeżeli mi nawet przebaczysz, cóż to i
komu pomoże? Gdybyśmy się oboje nie byli narodzili, nie byłoby i tego dziecka nieprawego i
bezdomnego, co i nam ziemię spod nóg usuwa, świat nam obojgu nieznośnym czyniąc!
Thomas Mann (fragment powieści Wybraniec, 1951)
ta noc należy do śmierci!. . .
— Pamiętaj — tchnęła — że dziś dopiero umarł i leży na dole sztywny w swym majestacie.
Zaprzestań! Ta noc należy do śmierci!
— Ze śmierci — wyjąkał — zostaliśmy zrodzeni i jej dziećmi jesteśmy; w jej imię, słodka oblubienico, oddaj się swojemu śmiertelnemu bratu i udziel mu tego, ku czemu dąży miłowanie jako ku swemu miłosnemu celowi.
— Ze śmierci — wyjąkał — zostaliśmy zrodzeni i jej dziećmi jesteśmy; w jej imię, słodka oblubienico, oddaj się swojemu śmiertelnemu bratu i udziel mu tego, ku czemu dąży miłowanie jako ku swemu miłosnemu celowi.
Thomas Mann (fragment powieści Wybraniec, 1951)
być zawsze mali na ziemi. . .
— Ale my chcemy być zawsze mali na ziemi — odpowiadali. — Takeśmy uradzili między sobą. Łatwiej
nam będzie potem zostać aniołkami w niebie. Pewnie z brzuchem, brodą i piersiami bardzo trudno
zmienić się po śmierci w aniołka?
Thomas Mann (fragment powieści Wybraniec, 1951)
tudzież odrobina krotochwilnych asonansów. . .
Słyszę wprawdzie, iż pono metrum
i rym dopiero ścisłą tworzą formę, lecz chciałbym też wiedzieć, czemu podskoki na trzech lub
czterech stopach jambicznych (przy czym każdej chwili dochodzi na domiar do potknięć daktylicznych
i anapestowych) tudzież odrobina krotochwilnych asonansów w końcowych słowach — miałyby
przedstawiać formę ściślejszą aniżeli składna proza, przy swoich, o ileż subtelniej szych i bardziej
ukrytych nakazach rytmicznych(...)
Thomas Mann (fragment powieści Wybraniec, 1951)
03 października 2013
jak można pisemnie odeprzeć zarzut, że się gówno wie?. . .
– E tam, gówno pani wie! – oświadczył Harding.
Spojrzała na niego; jej dłoń zawisła niezdecydowanie nad bloczkiem, po chwili jednak oddziałowa odwróciła się i weszła do dyżurki, chowając do kieszeni ołówek i bloczek.
– Hm – mruknął Harding. – Nasza rozmowa urwała się dość nagle. Ale jak można pisemnie odeprzeć zarzut, że się gówno wie?
Spojrzała na niego; jej dłoń zawisła niezdecydowanie nad bloczkiem, po chwili jednak oddziałowa odwróciła się i weszła do dyżurki, chowając do kieszeni ołówek i bloczek.
– Hm – mruknął Harding. – Nasza rozmowa urwała się dość nagle. Ale jak można pisemnie odeprzeć zarzut, że się gówno wie?
Ken Kesey (fragment powieści Lot nad Kukułczym Gniazdem, 1962)
02 października 2013
zrozumiał, w jakim to świecie przyjdzie mu żyć. . .
Pete przez całe życie był Chronikiem. Choć trafił do szpitala dopiero, kiedy miał
dobrze po pięćdziesiątce, Chronikiem był zawsze. Po obu stronach głowy ma głębokie
dziury, ślady po kleszczach, którymi lekarz asystujący przy porodzie ścisnął mu głowę,
kiedy go wyciągał. Pete bowiem wyjrzał na zewnątrz, zobaczył maszyny czekające na
niego w izbie porodowej, zrozumiał, w jakim to świecie przyjdzie mu żyć, i natychmiast
uchwycił się, czego tylko mógł, tam w środku, by zapobiec swoim narodzinom. Lekarz
złapał głowę Pete'a w kleszcze, jakich używa się do lodu, wyszarpnął go na zewnątrz i
myślał, że już po kłopocie. Ale głowa Pete'a była wtedy jeszcze bardzo świeża i miękka
jak glina, więc kiedy z czasem stwardniała, pozostały na niej wklęśnięcia. Pete zaś wyrósł
na człowieka tak tępego, że najprostsza czynność, będąca drobnostką nawet dla
sześcioletniego brzdąca, wymagała od niego żmudnych wysiłków, wytężonej
koncentracji i ogromnej siły woli.
Ken Kesey (fragment powieści Lot nad Kukułczym Gniazdem, 1962)
01 października 2013
światem i wolą własną umęczony. . .
Mówiąc w trzy oczy — odparł rozweselony stary papież (jako, że na jedno oko był on ślepy) — rzeczy boskich jestem bardziej świadom, niźli Zaratustra, i powinienem nim być.
Miłość ma służyła mu długie lata, ma wola była każdej jego woli uległa. Dobry sługa wie jednak wszystko, niejedno nawet, co Pan przed samym sobą ukrywa.
Był to skryty Bóg, pełen tajemniczości. I syna wszak posiadł nie inaczej, niż krętymi drogi. Na progu jego wiary widnieje wiarołomstwo.
Kto go jako Boga miłości sławi, ten niezbyt szczytnie myśli o samej miłości. Czyż Bóg ten nie chciał być zarazem i sędzią? Atoli kochający miłuje poza nagrodą i odwetem.
Za młodu był ów Bóg ze wschodnich krain twardy, mściwy i piekło sobie zbudował ku rozkoszy swych ulubieńców.
W końcu zestarzał się jednak, stał się miękki, kruchy i współczujący, raczej do dziadka podobny, niźli do ojca, zaś najpodobniejszy do starej chwiejącej się babki.
I oto siedział na zapiecku, pełen zgryzoty, spowodowanej słabością nóg, światem i wolą własną umęczony i udusił się pewnego dnia nadmiarem litości.
Miłość ma służyła mu długie lata, ma wola była każdej jego woli uległa. Dobry sługa wie jednak wszystko, niejedno nawet, co Pan przed samym sobą ukrywa.
Był to skryty Bóg, pełen tajemniczości. I syna wszak posiadł nie inaczej, niż krętymi drogi. Na progu jego wiary widnieje wiarołomstwo.
Kto go jako Boga miłości sławi, ten niezbyt szczytnie myśli o samej miłości. Czyż Bóg ten nie chciał być zarazem i sędzią? Atoli kochający miłuje poza nagrodą i odwetem.
Za młodu był ów Bóg ze wschodnich krain twardy, mściwy i piekło sobie zbudował ku rozkoszy swych ulubieńców.
W końcu zestarzał się jednak, stał się miękki, kruchy i współczujący, raczej do dziadka podobny, niźli do ojca, zaś najpodobniejszy do starej chwiejącej się babki.
I oto siedział na zapiecku, pełen zgryzoty, spowodowanej słabością nóg, światem i wolą własną umęczony i udusił się pewnego dnia nadmiarem litości.
Fryderyk Nietzsche
(z działa filozoficznego Tako rzecze Zaratustra. Książka dla wszystkich i dla nikogo, 1885)
w szpitalu, usuwa się usterki nabyte w miastach, w kościołach i w szkołach. . .
Wirujące, roztańczone wrzeciona, skaczące czółenka, szpule miotające nićmi,
bielone wapnem ściany, stalowoszare maszyny i zwijające się jak w ukropie dziewczyny
w kwiecistych spódnicach, a wszystko pokryte pajęczyną rozpędzonych białych nici
trzymających do kupy przędzalnię – obraz ten został mi na zawsze w pamięci i od czasu
do czasu coś na oddziale sprawia, że znów jawi mi się przed oczyma.
Tak. To wiem na pewno. Nasz oddział jest warsztatem naprawczym Kombinatu. Tu, w szpitalu, usuwa się usterki nabyte w miastach, w kościołach i w szkołach. Kiedy naprawiony wyrób powraca do społeczeństwa – zupełnie jak nowy, a czasami lepszy od nowego – szczęście rozsadza serce Wielkiej Oddziałowej; to, co do niej trafiło jako bryła szmelcu, jest teraz sprawną, wyregulowaną cząstką, chlubą całego zakładu i radością dla oka. Patrzcie, jak kroczy taki wyrób po świecie: z tym przyspawanym uśmiechem pasuje jak ulał do niewielkiej, przytulnej dzielnicy, w której właśnie rozkopano ulice, żeby przeprowadzić rury kanalizacyjne. W niczym mu to nie wadzi. Nareszcie jest dostrojony do otoczenia...
Tak. To wiem na pewno. Nasz oddział jest warsztatem naprawczym Kombinatu. Tu, w szpitalu, usuwa się usterki nabyte w miastach, w kościołach i w szkołach. Kiedy naprawiony wyrób powraca do społeczeństwa – zupełnie jak nowy, a czasami lepszy od nowego – szczęście rozsadza serce Wielkiej Oddziałowej; to, co do niej trafiło jako bryła szmelcu, jest teraz sprawną, wyregulowaną cząstką, chlubą całego zakładu i radością dla oka. Patrzcie, jak kroczy taki wyrób po świecie: z tym przyspawanym uśmiechem pasuje jak ulał do niewielkiej, przytulnej dzielnicy, w której właśnie rozkopano ulice, żeby przeprowadzić rury kanalizacyjne. W niczym mu to nie wadzi. Nareszcie jest dostrojony do otoczenia...
Ken Kesey (fragment powieści Lot nad Kukułczym Gniazdem, 1962)
przyjechał karawan. . .
Przyjechał karawan i Magdę zabrano.
Isaac Bashevis Singer (fragment powieści Sztukmistrz z Lublina, 1960)
szeptał w ciemności. . .
Nie wytrzymała
w łóżku i poszła do niego w szlafroku i rannych pantoflach błagać,
aby porzucił narzucone przez siebie samego więzienie.
Lecz Jasza odpowiedział:
– Bestię należy trzymać w klatce.
– Zabijasz się.
– Lepiej siebie niż innych.
Estera wróciła do łóżka, a Jasza na swój siennik.
– Gdzie jesteś, Magda? – szeptał w ciemności. – Co się stało z twoją umęczoną duszą? Czy ona wie, że tęsknię za nią i pokutuję? Czy też jest tak jak u Eklezjasty: „Ale umarli o niczym nie wiedzą”.
– Bestię należy trzymać w klatce.
– Zabijasz się.
– Lepiej siebie niż innych.
Estera wróciła do łóżka, a Jasza na swój siennik.
(...)
W myśli wzywał dusze umarłych i błagał, aby dały
mu jakiś znak.– Gdzie jesteś, Magda? – szeptał w ciemności. – Co się stało z twoją umęczoną duszą? Czy ona wie, że tęsknię za nią i pokutuję? Czy też jest tak jak u Eklezjasty: „Ale umarli o niczym nie wiedzą”.
Isaac Bashevis Singer (fragment powieści Sztukmistrz z Lublina, 1960)
nie mieć nawet złych myśli. . .
– Niemniej, człowiek się boi.
– Człowiek pozbawiony lęku byłby gorszy od zwierzęcia.
– I tak jest gorszy.
– Mógłby być lepszy. To zależy od niego.
– Jak? Co powinniśmy zrobić?
– Nikogo nie krzywdzić. Nie mówić źle o nikim. Nie mieć nawet złych myśli.
– Co to pomoże?
– Gdyby każdy tak postępował, nawet nasz świat byłby rajem.
– To się nigdy nie stanie.
– Każdy z nas musi czynić wszystko, na co go stać.
– Człowiek pozbawiony lęku byłby gorszy od zwierzęcia.
– I tak jest gorszy.
– Mógłby być lepszy. To zależy od niego.
– Jak? Co powinniśmy zrobić?
– Nikogo nie krzywdzić. Nie mówić źle o nikim. Nie mieć nawet złych myśli.
– Co to pomoże?
– Gdyby każdy tak postępował, nawet nasz świat byłby rajem.
– To się nigdy nie stanie.
– Każdy z nas musi czynić wszystko, na co go stać.
Isaac Bashevis Singer (fragment powieści Sztukmistrz z Lublina, 1960)
owziąwszy tę decyzję. . .
Acz ogarnięty niepokojem, Jasza nie mógł wyzbyć się
dumy i próżności. „Najlepszym rozwiązaniem jest śmierć! Skończę
z tym. Może nawet tej nocy!”.
Uspokoił się nagle, powziąwszy tę decyzję. Jak gdyby przestał myśleć.
Uspokoił się nagle, powziąwszy tę decyzję. Jak gdyby przestał myśleć.
Isaac Bashevis Singer (fragment powieści Sztukmistrz z Lublina, 1960)
Subskrybuj:
Posty (Atom)