16 września 2014

i co ty tam, czego ty tam, jak ty, co ty. . .

— Fiuuut! Pyf! Uciekło. Fyyyy, pum, pum, pum, papapa, eeeee… rozumiesz… pua, pua, i co ty tam, czego ty tam, jak ty, co ty… Uciekło. Przeciekło. Nie ma.
(...)
— Co ty wiesz?! — wybuchnął gorzko. — Studia! Studia! Ja ta nie studiował, ale lata myślał… myślę i myślę… odkąd z banku wyszedłem nic tylko myślę, mnie głowa pęka od myślenia, co ty tam, czego ty tam, co tam tobie do… daj spokój, daj spokój!…

Witold Gombrowicz (fragment powieści Kosmos, 1965)
   
   
   

po swoje. . .

Swój do swego po swoje.

Witold Gombrowicz (fragment powieści Kosmos, 1965)
   
   
   

czynnościami zdecydowanymi i określonymi. . .

Nakładaliśmy spodnie.
Pokój wypełnił się teraz czynnościami zdecydowanymi i określonymi, które jednak będąc poczęte z nudów, z nieróbstwa, z kaprysu, kryły w sobie jakieś kretyństwo.
Zadanie nie było łatwe.

Witold Gombrowicz (fragment powieści Kosmos, 1965)
   
   
   

pod naszym spojrzeniem rodzi się porządek. . .

A jak opowiadać nie ex post? Czy więc nic nigdy nie może zostać naprawdę wyrażone, oddane w swoim stawaniu się anonimowym, nikt nigdy nie zdoła oddać bełkotu rodzącej się chwili, jak to jest, że, urodzeni z chaosu, nie możemy nigdy z nim się zetknąć, zaledwie spojrzymy, a już pod naszym spojrzeniem rodzi się porządek… i kształt… Wszystko jedno.

Witold Gombrowicz (fragment powieści Kosmos, 1965)
   
   
   

w nocy, w spodniach tylko i w koszuli — to zerkało ku zmysłowości. . .

Odsłoniłem okno i w poświacie gwiaździstych rojów ukazała mi się pustka tam, gdzie miał być Fuks. Dokąd poszedł?
Nic mi to nie szkodziło, ostatecznie, ale wolałbym żeby pobyt u Wojtysów nie zaczynał się od takich buszowań nocnych(...)
   Ale znajdowałem się na korytarzu obcego domu w nocy, w spodniach tylko i w koszuli — to zerkało ku zmysłowości i było może wyślizgujące się ku niej wyśliznięciem tym samym, co na katasinej wardze… gdzie ona spała? Spała? Gdy zapytałem siebie o to, od razu stałem się na tym korytarzu idącym do niej w nocy, boso, w koszuli i spodniach, jej wywichnięcie wargowo–śliskie, płazowate, ciut, ciut, ledwie, ledwie, w połączeniu z moim odepchnięciem, odstręczeniem się od nich tam, w Warszawie, zimnym, nieprzyjemnym, popchnęło mnie zimno ku jej świństwu, które tu gdzieś, w śpiącym domu…

Witold Gombrowicz (fragment powieści Kosmos, 1965)
   
   
   

za długo tu staliśmy i upłynął moment stosowny do odejścia. . .

— Chodźmy. Nie ruszaliśmy się jednak, może dlatego, że już za długo tu staliśmy i upłynął moment stosowny do odejścia… a teraz to stawało się już cięższe, bardziej nieporęczne… my z tym wróblem, powieszonym w krzakach… i zamajaczyło mi się coś w rodzaju naruszenia proporcji, czy nietaktu, niestosowności z naszej strony… byłem śpiący.

Witold Gombrowicz (fragment powieści Kosmos, 1965)
   
   
   

powierzyć wodom. . .

Jestem wielbicielem płynięcia i chciałbym powierzyć wodom moje grzechy, niech płyną do morza.

Czesław Miłosz (fragment książki Piesek przydrożny, 1997)
   
   
   

yokimura. . .

Yokimura
Kiedyś w telewizji oglądałem cmentarz dzieci nie urodzonych, z małymi gróbkami, na których kobiety japońskie zapalają znicze i składają kwiaty. Utożsamiałem się przez chwilę z jedną pośród nich, pochylającą się, żeby położyć wiązkę chryzantem.

- Mój syna, byłeś poczęty w miłości, tyle tylko będę
wiedzieć o tobie.
Mógłbyś usłyszeć ode mnie o grozie życia na ziemi,
której ci zaoszczędziłam.
0 tym, jak nawiedza nas nieszczęście, a my
nie możemy pojąć, dlaczego nas, osobnych,
spotyka to samo co innych.
Może zaznałbyś tego, co ja, i zaciskając zęby
znosiłbyś latami swój los, bo tak trzeba.
Cierpiąc, myślałam, mój syna, że może
odziedziczyłeś po mnie przeklętą wytrzymałość
1 zdolność do urojeń.
Wtedy czułam ulgę, mówiąc sobie, że ty
przynajmniej jesteś bezpieczny.
W niebycie jak w kołysce albo kokonie
z jedwabnego pacha.
Kim byłbyś? Co dzień drżałabym, próbując
odgadnąć, co w tobie zwycięży: zapowiedź wielkości
czy przegranej, a jest tak, że jedno małe ziarnko
przechyla szalę.

Czesław Miłosz (fragment książki Piesek przydrożny, 1997)
   
   
   

poeta pisze dla równego sobie. . .

Wyższy-niższy

Wiele wynika z dialektyki wyższy-niższy. Poeta pisze dla równego sobie, niejako rozdwaja się na autora i czytelnika albo słuchacza, a ten jest idealny, to znaczy ma wiedzieć i rozumieć tyle, co sam autor. Niestety mało jest takich czytelników idealnych. Odbiór polega najczęściej na błędnym odczytaniu, a badacze i krytycy na błędnych odczytaniach budują swoje teorie.
Groźne nieporozumienia wynikają, kiedy umysł wyższy, uniesiony pokorą, przychodzi do umysłów niższych i zwraca się do nich jak do równych. Istnieje rodzaj uproszczeń i przez to zafałszowań, które świadczą, że to właśnie zaszło.

Czesław Miłosz (fragment książki Piesek przydrożny, 1997)
   
   
   

poezja jest sprawą wstydliwą. . .

Dlaczego wstyd?

Poezja jest sprawą wstydliwą, ponieważ poczyna się za blisko czynności, które noszą nazwę intymnych. Poezji nie da się oddzielić od świadomości własnego ciała. Szybuje ponad nim, niematerialna, a zarazem uwiązana, i jest powodem do zawstydzenia, ponieważ udaje przynależność do oddzielnej strefy, ducha.
Wstydziłem się, że jestem poetą, tak jakbym, rozebrany, obnosił publicznie cielesny defekt. Zazdrościłem ludziom, którzy wierszy nie piszą i których dlatego zaliczałem do normalnych, w czym zresztą się myliłem, bo na tę nazwę zasługuje niewielu.

Czesław Miłosz (fragment książki Piesek przydrożny, 1997)
   
   
   

żeby przestać istnieć. . .

Bez kontroli

Nie mógł kontrolować swoich myśli. Te błądziły, gdzie chciały, i kiedy je obserwował, robiło mu się straszno. Bo nie były to dobre myśli i, sądząc po nich, siedziało w nim okrucieństwo. Myślał, że świat jest zbyt bolesny i ludzie zasługują tylko na to, żeby przestać istnieć. Zarazem podejrzewał, że okrucieństwo jego wyobraźni i jego impuls twórczy są w jakiś sposób złączone.

Czesław Miłosz (fragment książki Piesek przydrożny, 1997)
   
   
   

14 września 2014

losu pojedynczego człowieka. . .

   W tamtym samym czasie zajmował mnie również problem, który wiązał się z Gilgameszem i służył jako przeciwwaga. Dotyczył on losu pojedynczego człowieka, oddzielonego od innych, człowieka jako takiego. Chodziło o to, że człowiek musi umrzeć, i pytanie, czy wolno mu się zgodzić na to, że czeka go śmierć.

Elias Cenetti ( fregment autobiografii Pochodnia w uchu, 1980)
   
   
   

07 września 2014

człowiek lepszy. . .

Ludzie są lepsi, bo w biedzie i przyduszeni... To zawsze tak. Im gorszy system tym człowiek lepszy...

Witold Gombrowicz (Dziennik 1961-1966)
 
 
   

ukazuje się dziecko. . .

Cicho i ciepło. Pusto. Naprzeciwko, w perspektywie ulicy, ukazuje się dziecko, chłopczyk prowadzący rower. Idzie na ciebie, Makbecie, dziecko...

Witold Gombrowicz (Dziennik 1961-1966)
   






większość dyktatorów. . .

   Witkacy, jak król Lear, ukazywał się zawsze z orszakiem dworzan i błazenków, rekrutowanych przeważnie z rozmaitych pokurczów literackich (jak większość dyktatorów znosił tylko istoty podrzędne).

Witold Gombrowicz (Dziennik 1961-1966)
   





05 września 2014

inni zasługują równie mało, żeby nad nimi płakać. . .

Ja: Ale dlaczego płacze się nad innymi?

 Malina: I z tym należałoby skończyć, bo inni zasługują równie mało, żeby nad nimi płakać, jak ty zasługujesz, żebym ja nad tobą płakał. Co by ci z tego przyszło, gdyby wtedy ktoś w Timbuktu czy Adelajdzie płakał nad dzieckiem z Klagenfurtu, które zostało zasypane, które leżało na ziemi pod drzewami przy promenadzie nad jeziorem, w czasie nalotu koszącego, a potem musiało patrzeć na pierwszych zabitych i rannych wokół siebie. Nie płacz więc nad innymi, oni są dostatecznie zaprzątnięci obroną swojej skóry lub uporaniem się z godzinami przed swoim zamordowaniem. Nie potrzebują łez made in Austria. Poza tym płacze się później, pośród pokoju, tak przecież nazwałaś kiedyś ten czas, w wygodnym fotelu, kiedy nie padają strzały i nic nie płonie. Głoduje się też w innym czasie, na ulicy między dobrze odżywionymi przechodniami. W kinie, podczas głupiej prezentacji strachu, dopiero odczuwa się lęk. Nie marznie się w zimie, lecz w letni dzień nad morzem. Gdzie to było? Kiedy najbardziej zmarzłaś? Było to przecież w piękny, jak rzadko ciepły październikowy dzień nad morzem. Możesz więc zachować spokój wobec innych albo stale być niespokojna. Nic nie zmienisz.

Ingeborg Bachmann (fragment powieści Malina, 1971)
   


   

ludzie nie zmieniają się tak bardzo. . .

Malina: Ludzie nie zmieniają się tak bardzo. Coś tam przejmuje ich zawsze, jeśli jest tylko nieskończone, niewyobrażalne czy niezgłębione, ma głęboką czerń, spacerują po lesie albo przechadzają się w kosmosie z własną tajemnicą w innej tajemnicy.

Ingeborg Bachmann (fragment powieści Malina, 1971)
   


   

dojrzeć problem poczty, jej problematyczność. . .

   W pewne dni w roku listonosze widzą, jak bledniemy i jak oblewamy się rumieńcem, może właśnie dlatego nie zapraszamy ich, żeby weszli, usiedli, napili się kawy. Zbyt są wtajemniczeni w sprawy, które są straszne, które oni jednak nieustraszenie noszą po ulicach, więc odprawia się ich w drzwiach, z napiwkiem, bez napiwku. Ich los jest jednak najbardziej niezasłużony. Traktowanie ich, na jakie nawet pozwalam sobie ja, jest głupie, wyniosłe, krzywdzące. Nawet gdy przychodzą widokówki od Ivana, nie częstuję pana Sedlacka szampanem. Co prawda oboje z Maliną nie trzymamy w domu butelek szampana, ale dla pana Sedlacka powinna bym mieć jedną w pogotowiu, bo on widzi, jak blednę i oblewam się rumieńcem, domyśla się czegoś, musi coś wiedzieć.
   Że listonoszem można zostać z powołania, że nieporozumieniem jest wybieranie lub traktowanie roznoszenia poczty jak pierwszego lepszego zawodu, tego dowiódł słynny listonosz Kranewitzer z Klagenfurtu, któremu co prawda wytoczono proces i którego, niedocenionego zupełnie, zmaltretowanego przez społeczeństwo i sąd człowieka, skazano za sprzeniewierzenie i nadużycie urzędu na kilka lat więzienia. Sprawozdania z procesu Kranewitzera czytałam 228 uważniej niż relacje z najbardziej sensacyjnych procesów o morderstwo w ciągu tych wszystkich lat, a człowieka, który wówczas tylko mnie zdumiał, darzę dzisiaj najgłębszą sympatią. Od pewnego dnia, nie umiejąc później podać przyczyn, Otto Kranewitzer przestał roznosić pocztę i tygodniami, miesiącami gromadził ją w zajmowanym samotnie starym trzypokojowym mieszkaniu, aż pod sufit, sprzedał prawie wszystkie meble, aby zrobić miejsce dla rosnącej góry korespondencji. Nie otwierał listów ani paczek, nie przywłaszczał sobie papierów wartościowych ani czeków, nie kradł banknotów wysyłanych synom przez matki, niczego podobnego nie można mu było dowieść. Po prostu nagle poczuł, że nie może już roznosić poczty, wrażliwy, delikatny, wysoki mężczyzna, który pojął całą doniosłość swojego przedsięwzięcia, i właśnie dlatego drobny funkcjonariusz Kranewitzer musiał sromotnie opuścić Pocztę Austriacką, chlubiącą się tym, że zatrudnia tylko godnych zaufania, sumiennych i wytrwałych listonoszy. W każdym jednak zawodzie musi znaleźć się przynajmniej jeden człowiek, który żyje w głębokim zwątpieniu i popada w konflikt. Właśnie roznoszenie listów mogłoby wymagać utajonego strachu, sejsmograficznego wychwytywania wstrząsów, które przypisuje się zwykle wyższym i najwyższym zawodom, jak gdyby poczta nie miała prawa do kryzysu, do kłopotów z myśleniem, wolą i egzystencją, do skrupulatnej i wzniosłej rezygnacji, przysługującej wszystkim innym, którzy lepiej opłacani i zasiadający na katedrach mogą rozmyślać o dowodach na istnienie Boga, medytować nad ontos on, aleteją czy choćby powstaniem Ziemi i powstaniem wszechświata! Nieznanego, źle opłacanego Otto Kranewitzera pomówiono jednak tylko o nikczemność i zaniedbywanie obowiązków. Nie zauważono, że popadł w medytację, że ogarnęło go zdziwienie, które jest przecież początkiem wszelkiego filozofowania i w ogóle człowieczeństwa, a w sprawach, które wytrąciły go z równowagi, niepodobna było odmówić mu kompetencji, bo któż bardziej niż on, który przez trzydzieści lat roznosił pocztę w Klagenfurcie, potrafiłby dojrzeć problem poczty, jej problematyczność.

Ingeborg Bachmann (fragment powieści Malina, 1971)
   


   

02 września 2014

jedni ludzie żyją. . .

(...)jeśli nie wybiera się na jezioro, to codziennie przekopuje nasz ogród i przewraca dom do góry nogami, jedni ludzie żyją, inni przyglądają się im, ja należę do tych, co się przyglądają.

Ingeborg Bachmann (fragment powieści Malina, 1971)
   
   
   

formy „pan". . .

Do Maliny mówię „ty" i do Ivana mówię „ty", ale te obydwa „ty" różnią się intonacją, której nie sposób wymierzyć ani wyważyć. Wobec obu od początku nie używałam formy „pan", którą poza tym posługuję się zawsze.

Ingeborg Bachmann (fragment powieści Malina, 1971)
   
   
   

popadł w nałóg czytania. . .

Bywają ludzie, powiadam panu, ludzie, w dziedzinie czytania doznaje się najosobliwszych niespodzianek. .. Mam co prawda słabość do analfabetów, nawet tutaj znam kogoś, kto nie czyta, nie chce czytać; przebywanie w stanie niewinności jest bardziej zrozumiałe dla człowieka, który popadł w nałóg czytania, nie powinno się czytać w ogóle albo powinno się umieć czytać naprawdę...

Ingeborg Bachmann (fragment powieści Malina, 1971)
   
   
   

już nie dadzą mi zasnąć. . .

Spróbuję, chociaż jest szósta rano i ta pora wydaje mi się odpowiednia dla wyjaśnienia, które winna jestem Panu i tylu innym ludziom, chociaż jest szósta rano i dawno powinna bym spać, ale tak wiele jest spraw, które nigdy już nie dadzą mi zasnąć.

Ingeborg Bachmann (fragment powieści Malina, 1971)
   
   
   

ma blonde. . .

Aupres de ma blonde
Jestem
Jaka jesteś?
Jestem
Jaka?
Jestem szczęśliwa
Qu'il fait bon
Mówisz coś?
Nic nie mówiłam
Fait bon, fait bon
Powiem ci później
Co chcesz później?
Nigdy ci tego nie powiem
Qu'il fait bon
Więc już powiedz
Jest za głośno, nie mogę głośniej
Co chcesz powiedzieć?
Nie mogę tego powiedzieć jeszcze głośniej
Qu'il fait bon dormir
Powiedz już, musisz to dzisiaj powiedzieć
Qu'il fait bon, fait bon
Że zmartwychwstałam
Ponieważ przeżyłam zimę
Ponieważ jestem taka szczęśliwa
Ponieważ widzę już Park Miejski
Fait bon, fait bon
Ponieważ odrodził się Ivan
Ponieważ Ivan i ja
Qu'il fait bon dormir!
Ivan pyta mnie w nocy: Dlaczego istnieje tylko ściana płaczu, dlaczego nikt jeszcze nie zbudował ściany radości?

Ingeborg Bachmann (fragment powieści Malina, 1971)
   
   
   

wolne i zajęte godziny. . .

Co się dzieje z moim czasem, czy mam wolne i zajęte godziny, czy znam wolność i niewolę, o tym nigdy się nie mówi.

Ingeborg Bachmann (fragment powieści Malina, 1971)
   
   
   

mój stosunek do „dzisiaj". . .

(...)rozpaczliwy jest mój stosunek do „dzisiaj", bo przejść przez to „dzisiaj" mogę tylko w panicznym strachu i szalonym pośpiechu, tak samo pisać o nim albo choćby, w owym panicznym strachu, mówić o tym, co się wydarza, bo wszystko, co się napisało o „dzisiaj", należałoby natychmiast niszczyć, jak drze się prawdziwe listy, gniecie, nie kończy ich, nie wysyła, ponieważ dotyczą „dzisiaj" i ponieważ w żadnym „dzisiaj" nie dojdą już do adresata.
   Kto napisał kiedyś straszliwie błagalny list, aby potem go podrzeć i wyrzucić, wie najlepiej, co rozumiem tutaj przez „dzisiaj". A któż nie zna tej prawie nieczytelnej kartki: „Proszę przyjść, jeśli to w ogóle wchodzi w rachubę, jeśli pan może, chce, jeśli wolno mi pana o to prosić! O piątej w „Cafe Landmann!" Albo tego telegramu: „zadzwoń do mnie natychmiast stop jeszcze dzisiaj". Albo: „dzisiaj to niemożliwe".
   Bo „dzisiaj" to słowo, które powinno być zastrzeżone tylko dla samobójców, dla wszystkich innych nie ma po prostu sensu, „dzisiaj" to dla nich jedynie określenie dowolnego dnia, właśnie dzisiejszego, zdają sobie sprawę, że znów muszą pracować osiem godzin albo zwolnić się z pracy, pójdą tu i tam, kupią coś, przeczytają poranną i wieczorną gazetę, wypiją kawę, zapomną o czymś, umówią się, zadzwonią do kogoś, jest to zatem dzień, w którym musi się coś wydarzyć, lepiej jednak, żeby nie wydarzyło się za wiele. Kiedy ja natomiast mówię „dzisiaj", mój oddech traci regularność, pojawia się owa arytmia, którą można już stwierdzić na elektrokardiogramie, tylko z zapisu nie wynika, że przyczyną jest moje „dzisiaj", wciąż nowe, dręczące, ale ja mogę dostarczyć dowodu zakłócenia, zapisanego niespokojnym kodem lekarzy, dowodu czegoś, co poprzedza

Ingeborg Bachmann (fragment powieści Malina, 1971)