17 sierpnia 2016

słowo honoru. . .

Było w Benewencie dwóch ludzi bogatych i szanowanych; jeden z nich nazywał się hrabia Montalto, drugi zaś margrabia Serra. Montalto kazał zawołać mego ojca i przyrzekł mu pięćset cekinów za zamordowanie margrabiego. Ojciec zobowiązał się, prosił tylko o zwłokę, wiedział bowiem, że Serra pilnie się strzeże.
   W dwa dni potem margrabia Serra kazał sprowadzać mego ojca do ustronnego miejsca i rzekł mu:
   ‐ Ta kiesa z pięciuset cekinami będzie twoja, kochany Zoto, jeżeli dasz mi słowo honoru, że
zamordujesz hrabiego Montalto.
   Mój ojciec wziął kiesę i odparł:
   ‐ Mości margrabio, daję ci słowo honoru, że zamorduję hrabiego Montalto, ale muszę wyznać, że
wprzódy już obiecałem mu zabić ciebie.
   ‐ Spodziewam się, że tego nie uczynisz ‐ rześki margrabia śmiejąc się.
   ‐ Przebacz mi, mości margrabio ‐ przerwał mój ojciec z powagą ‐ zobowiązałem się i umowy
dotrzymam.
   Margrabia odskoczył kilka kroków w tył i porwal się do szpady, ale ojciec dobył pistoletów zza pasa i roztrzaskał mu głowę. Następnie udał się do Montalta i oświadczył mu, że jego nieprzyjaciel już nie żyje. Hrabia uściskał go i wyliczył pięćset cekinów. Wtedy mój ojciec, nieco zmieszany, wyznał, że margrabia przed śmiercią dał mu za zamordowanie hrabiego pięćset cekinów. Montalto wynurzył swoją radość, że zdołał uprzedzić nieprzyjaciela.
   ‐ To się na nic nie przyda, panie hrabio ‐ przerwał ojciec ‐ gdyż przyrzekłem mu śmierć twoją pod
słowem honoru.
   To mówiąc pchnął go sztyletem.(...)

Jan Potocki (fragment powieści Rękopis znaleziony w Saragossie, 1805)
   
   
 

historia trivulcja z rawenny. . .

      HISTORIA TRIVULCJA Z RAWENNY

   Był raz przed laty we włoskim mieście, zwanym Rawenną, młodzieniec imieniem Trivulcjo,
przystojny, bogaty, ale przy tym nadzwyczaj zarozumiały. Dziewczęta raweńskie wyglądały oknami,
aby go ujrzeć przechodzącego, ale żadna nie mogła sprawić na nim wrażenia. Jeżeli zaś przypadkiem
która przypadła mu do smaku, milczał z obawy, że swym uczuciem uczyni jej zbyt wielki zaszczyt.
Nareszcie wdzięki młodej Niny dei Gieraci skruszyły jego pychę i Trivulcjo oświadczył jej swoją miłość.
Nina na to odpowiedziała, że wielce ją tym zaszczyca, ale że od dzieciństwa kocha swego kuzyna,
Tebalda dei Gieraci, i że zapewne do śmierci kochać go nie przestanie. Na tę niespodziewaną
odpowiedź Trivulcjo wyszedł, dając oznaki najzapalczywszej wściekłości.
   W tydzień potem, a było to właśnie w niedzielę, gdy wszyscy mieszkańcy Rawenny dążyli do katedry
Świętego Piotra, Trivulcjo rozpoznał wśród tłumu Ninę, wspartą na ramieniu krewnego. Zawinął się w
płaszcz i pospieszył za nimi.
   W kościele, gdzie nie wolno było twarzy płaszczem zakrywać, kochankowie mogli byli łatwo
spostrzec, że Trivulcjo ich ściga, ale tak dalece zajęci byli miłością, że nawet nie uważali na mszę, co,
prawdę mówiąc, wielkim jest grzechem.
   Tymczasem Trivulcjo usiadł za nimi w ławce, słuchał ich rozmowy i podniecał w sobie zawziętość.
Natenczas ksiądz wstąpił na ambonę i rzekł:
   ‐ Mili bracia, ogłaszam wam zapowiedzi Tebalda i Niny dei Gieraci. Czy kto z was ma co przeciw
temu małżeństwu?
   ‐ Ja się sprzeciwiam! ‐ krzyknął Trivulcjo i w tej chwili zadał obojgu kochankom kilkanaście ciosów
sztyletem.
   Chciano go przytrzymać, ale znowu wziął się do sztyletu, wymknął się z kościoła, następnie z miasta
i uciekł do Wenecji.
   Trivulcjo był pyszny i zepsuty przez los, ale duszę miał tkliwą; zgryzoty sumienia zemściły się za
nieszczęśliwe ofiary. Tułał się od miasta do miasta i pędził życie w rozpaczy. Po kilku latach krewni
jego załagodzili całą sprawę i powrócił do Rawenny; ale nie był to już ten sam młodzieniec,
promieniejący szczęściem i dumny ze swojej urody. Zmienił się tak dalece, że własna mamka nie
mogła go poznać.
   Zaraz pierwszego dnia po przybyciu Trivulcjo zapytał o grób Niny. Powiedziano mu, że razem z
kochankiem została pochowana w kościele Świętego Piotra, tuż obok miejsca, gdzie ich
zamordowano. Trivulcjo poszedł drżący do kościoła, upadł na grób i oblał go rzewnymi łzami. Pomimo
tej boleści, jakiej nieszczęśliwy zabójca doznał w tej chwili, łzy przecież ulżyły mu na sercu; dał więc
swoją kiesę zakrystianowi i otrzymał pozwolenie wchodzenia do kościoła, kiedy mu się tylko spodoba.
Odtąd przychodził każdego wieczora i zakrystian tak się do niego przyzwyczaił, że nie zwracał nań
najmniejszej uwagi.
   Pewnego wieczoru Trivulcjo, przepędziwszy poprzednią noc bezsenną, zasnął na grobie, a gdy się
obudził, znalazł kościół już zamknięty; postanowił więc śmiało przepędzić noc w miejscu, które tak
zgadzało się z jego głębokim smutkiem. Słuchał, jak godziny biły jedna za drugą, i żałował tylko, że
każdy ostatni dźwięk nie jest ostatnią chwilą jego życia.
   Nareszcie północ uderzyła. Otwarły się drzwi do zakrystii i Trivulcjo ujrzał zakrystiana, wchodzącego
z latarnią w jednej, z miotłą zaś w drugiej ręce. Nie był to jednak zwyczajny zakrystian, ale kościotrup;
miał wprawdzie nieco skóry na twarzy i coś na kształt zapadłych oczu, ale okrywająca go komża
pokazywała wyraźnie, że na kościach zupełnie nie było ciała.
   Okropny zakrystian postawił latarnię na wielkim ołtarzu i pozapalał świece jak do nieszporów;
następnie zaczął zamiatać kościół i okurzać ławki, przeszedł nawet kilka razy obok Trivulcja, ale nie
zdawał się go spostrzegać. Nareszcie zbliżył się do drzwi zakrystii i jął dzwonić w sygnaturkę; na ten
dźwięk podniosły się grobowce, wyszli umarli, owinięci w całuny, i na posępną nutę zawiedli litanie.
   Gdy tak przez jakiś czas już wyśpiewywali, jeden z umarłych, odziany w komżę i stułę, wstąpił na
ambonę i rzekł:
   ‐ Mili bracia, ogłaszam wam zapowiedzi Tebalda i Niny dei Gieraci. Przeklęty Trivulcjo, czy masz co
przeciw temu?

Jan Potocki (fragment powieści Rękopis znaleziony w Saragossie, 1805)
   
   
 

moi państwo, co to jest marzyciel?. . .

A czy wiecie, moi państwo, co to jest marzyciel? Jest to koszmar petersburski, jest to wcielony grzech, jest to tragedia, milcząca, tajemnicza, ponura, dzika, z wszelkimi niesamowitymi okropnościami, z wszelkimi katastrofami, perypetiami, zawiązkami i rozwiązaniami — mówiąc to wcale nie żartujemy. Spotykamy czasem człowieka roztargnionego, o nieokreślonym, mętnym spojrzeniu, często o bladej, pomiętej twarzy, zawsze jakby zajętego czymś niezwykle uciążliwym, jakimś karkołomnym zajęciem, niekiedy wymęczonego, wyczerpanego jakby ciężką pracą, ale w istocie nie dokonującego nic absolutnie: taki bywa marzyciel na zewnątrz. Marzyciel jest zawsze uciążliwy, bo skrajnie nierówny: to zbyt wesół, to zbyt ponury, to grubiański, to znów uważający i czuły, to egoista, to znów zdolny do najszlachetniejszych uczuć. Do pracy w urzędzie tacy panowie stanowczo się nie nadają i choć są urzędnikami, mimo to nie są do niczego zdolni i tylko ciągną swoją robotę, która w gruncie rzeczy jest niemal gorsza od bezczynności. Czują głęboką odrazę do wszelkich formalności, ale mimo to właśnie dlatego, że są ulegli, łagodni i boją się, żeby ich nie zaczepiono, sami są największymi formalistami. Ale w domu wyglądają zupełnie inaczej. Osiedlają się najczęściej na największym odludziu, w niedostępnych kątach, jakby się kryjąc w nich przed ludźmi i światem, i w ogóle zaraz przy pierwszym na nich spojrzeniu rzuca się w oczy coś wręcz melodramatycznego. Są ponurzy i nie-rozmowni w domu, zagłębieni w sobie, ale bardzo lubią wszystko, co leniwe, lekkie, kontemplacyjne, wszystko, co tkliwie działa na uczucie albo podnieca zmysły. Lubią czytać i to wszelkie książki, nawet poważne, specjalistyczne, ale zwykle po dwóch-trzech stronach przestają czytać, bo już są całkiem zaspokojeni. Ich wyobraźnia, ruchliwa, lotna, lekka, jest już podniecona, wrażenie nastrojone, i cały świat marzeń, z radościami i smutkami, z piekłem i rajem, z kuszącymi kobietami, z czynami bohaterskimi, ze szlachetną aktywnością, zawsze z jakąś gigantyczną walką, ze zbrodniami i wszelkimi okropnościami, nagle opanowuje całą istotę marzyciela. Pokój znika, przestrzeń też, czas staje w miejscu albo mknie tak szybko, że godzina jest minutą. Niekiedy całe noce upływają niepostrzeżenie w nieopisanych rozkoszach; często w kilka godzin przeżyty zostaje raj miłości lub całe życie ogromne, gigantyczne, niesłychane, cudowne jak sen, majestatycznie piękne. Jakimś niepojętym sposobem przyspiesza się puls, tryskają łzy, płoną gorączkowo blade, zroszone policzki, a gdy świt błyśnie swoim różowym światłem w okno marzyciela, jest on blady, udręczony i szczęśliwy. Pada na łóżko prawie nieprzytomny i zasypiając długo jeszcze czuje chorobliwie przyjemne, fizyczne wrażenie w sercu... Chwile wytrzeźwienia są okropne; nieszczęśnik ich nie znosi i natychmiast zażywa swą truciznę w nowych, zwiększonych dawkach. Znów książka, motyw muzyczny, jakieś wspomnienie dawne, sprzed lat z rzeczywistego życia — słowem, jedna z tysiąca przyczyn najbłahszych — i trucizna gotowa, i znów fantazja jaskrawo, wspaniale rozpościera się po wzorzystej, kapryśnej kanwie cichego, tajemniczego marzenia. Po ulicy chodzi zwiesiwszy głowę, mało zwracając uwagę na otoczenie, czasem i tu całkowicie zapominając o rzeczywistości, ale gdy coś zauważy, to najzwyklejszy drobiazg życiowy, najbłahsza, powszednia rzecz od razu przybiera dlań fantastyczny koloryt. Wzrok już ma tak nastawiony, że widzi we wszystkim fantastykę. Okiennice zamknięte w biały dzień, pokręcona stara kobieta, jakiś pan idący w jego stronę, wymachujący rękami i gadający głośno do siebie, jakich się, nawiasem mówiąc, dość często spotyka, scenka rodzinna w oknie ubogiego drewnianego domku — to już są prawie przygody.
   Wyobraźnia jest nastrojona; zaraz rodzi się cała historia, opowieść, romans... Ale nierzadko rzeczywistość wywiera na sercu marzyciela ciężkie, wrogie wrażenie, i śpieszy się on zaszyć w swoim ukochanym, najdroższym kąciku, który w istocie jest często zakurzony, niechlujny, nieporządny, brudny. Stopniowo nasz figlarz zaczyna stronić od tłumu, stronić od spraw publicznych i pomału, niepostrzeżenie zaczyna się w nim stępiać zdolność do normalnego życia. Zaczyna mu się raz po raz wydawać, że rozkosze dostarczane przez swobodną fantazję są pełniejsze, wspanialsze, czulsze od realnego życia. W końcu tkwiąc w swoim błędzie zupełnie zatraca wyczucie moralne, dzięki któremu człowiek jest zdolny ocenić całe piękno bieżącej chwili, traci wątek, przeoczą chwile rzeczywistego szczęścia i w apatii leniwie opuszcza ręce i nie chce wiedzieć, że życie ludzkie jest bezustanną samokontemplacją w naturze i w bieżącej rzeczywistości. Bywają marzyciele, którzy nawet obchodzą rocznice swych fantastycznych przeżyć. Często zwracają uwagę na daty, kiedy byli szczególnie szczęśliwi i kiedy ich fantazja igrała w najmilszy sposób, a jeżeli włóczyli się wtedy po takiej a takiej ulicy lub czytali tę a tę książkę, widzieli tę a tę kobietę, niezawodnie starają się powtórzyć to samo w rocznicę swoich wrażeń, kopiując i przypominając sobie najdrobniejsze okoliczności swego zgniłego, bezsilnego szczęścia. No i czy nie jest tragedią takie życie, czy nie jest zbrodnią i okropnością, czy nie jest karykaturą! Czy nie jesteśmy wszyscy w większym lub mniejszym stopniu marzycielami!... Życie na letnisku, pełne wrażeń zewnętrznych, przyroda, ruch, słońce, zieleń i kobiety, które latem są takie ładne i dobre — to wszystko jest nadzwyczaj pożyteczne dla chorego, dziwnego, ponurego Petersburga, w którym tak prędko ginie młodość, tak prędko więdną nadzieje, tak prędko psuje się zdrowie i tak prędko przetwarza się cały człowiek. Słońce jest u nas tak rzadkim gościem, zieleń takim skarbem i tak przywykliśmy siedzieć bez ruchu w naszych zimowych kątach, że nowe zwyczaje, zmiana miejsca i życia nie mogą nie działać na nas w arcydobroczynny sposób. Miasto natomiast jest takie wyniosłe i puste! Chociaż niektórym dziwakom podoba się w lecie więcej niż w każdej innej porze. W dodatku nasze ubogie lato jest takie krótkie; tylko patrzeć, jak zżółkną liście, przekwitną ostatnie rzadkie kwiaty, zacznie się wilgoć, mgła, nadejdzie znów niezdrowa jesień, znów zacznie pulsować poprzednie życie... Przykra perspektywa — przynajmniej teraz.

Fiodor Dostojewski (Dziennik pisarza 1847 - 1874, 1881)
   
   
   

to francuz, to jest człowiek mądry, jak niemal każdy francuz. . .

   Pisał to Francuz, to jest człowiek mądry, jak niemal każdy Francuz, ale powierzchowny i ograniczony do absurdu, nie uznający niczego, co nie jest francuskie, ani w sztuce, ani w literaturze, ani w nauce, ani nawet w historii narodu, a przede wszystkim skłonny do gniewania się o to, że jest jakiś inny naród mający własną historię, własną ideę, własny charakter narodowy i własny rozwój. Ale jak zręcznie, oczywiście bezwiednie, spotkał się Francuz z pewnymi, nie powiem rosyjskimi, ale czczymi, abstrakcyjnymi ideami naszymi. Tak, Francuz właśnie w tym widzi rosyjskiego ducha narodowego, w czym chce go widzieć obecnie mnóstwo ludzi, to jest w martwej literze, w przeżytku, w kupie kamieni, rzekomo przypominających starodawną Ruś(...)

Fiodor Dostojewski (Dziennik pisarza 1847 - 1874, 1881)
   
   
   

jak jest pod dobrą datą, lubi różne kawały. . .

Iwan Kiryłowicz to poczciwy człowiek, tyle że jak jest pod dobrą datą, lubi różne kawały. Na przykład jego żona jest chora i wciąż się boi śmierci, a on przy ludziach zaczyna się śmiać i niby mimochodem, dla żartu, opowiada, jak to się ożeni powtórnie, gdy owdowieje. Żona hamuje się, hamuje, śmieje się z przymusem, trudno, taki już mąż ma charakter. Kiedyś się stłukł czajnik, co prawda, to prawda, ale przykro jednak, kiedy mąż zacznie przy ludziach zawstydzać ją i wypominać niezręczność. Nadeszły zapusty.

Fiodor Dostojewski (Dziennik pisarza 1847 - 1874, 1881)
   
   
   

15 sierpnia 2016

wszystkie książki musiały uzyskać aprobatę rektora. . .

Kiedy w 1473 roku założono w Krakowie pierwszą drukarnię, liczba dzieł oczekujących na wydanie nie była może zbyt pokaźna, jednak nagląca potrzeba upowszechniania wydawnictw doprowadziła do otwierania zakładów drukarskich nawet w miastach prowincjonalnych. W myśl obowiązujących początkowo przepisów prawnych wszystkie książki musiały uzyskać aprobatę rektora Akademii Krakowskiej; w 1539 roku ruch egzekucjonistów doprowadził do ogłoszenia królewskiego dekretu, który gwarantował całkowitą wolność publikacji.

Adam Zamoyski 
(Polska. 
Opowieść o dziejach niezwykłego narodu 966-2008, 
2009)
   
   
   

podeptał najświętszy sakrament ... tę odrobinę mąki . . .

W 1556 roku niejaka Dorota Łazewska, oskarżona o kradzież z kościoła hostii, którą sprzedała jakiemuś Żydowi w celu wykorzystania do okultystycznych obrzędów, została spalona na stosie w Sochaczewie. Egzekucja wywołała publiczne protesty, które z kolei ocaliły życie trzem Żydom, mającym podzielić jej los następnego dnia. Uratowała ich wspólna interwencja katolickiej i protestanckiej szlachty. 'Tu nie o wiarę, tu o wolność sprawa' — skomentował te wydarzenia Jan Tarnowski.
   Wszyscy zgodnie uznali, że nie może być mowy o wolności, dopóki istnieje niezależny od systemu parlamentarnego organ osądzający obywateli. W związku z tym w 1562 roku jurysdykcja trybunałów kościelnych została na mocy postanowienia sejmu zniesiona. Dwa lata później młody arianin Erazm Otwinowski, który wyrwał prałatowi monstrancję podczas uroczystej procesji w Lublinie, rzucił ją na ziemię i podeptał Najświętszy Sakrament, wykrzykując wulgaryzmy — został postawiony przed trybunałem sejmowym. Trybunał, złożony z katolików i wyznawców kalwinizmu, wysłuchał stron procesowych i przyznał w zasadzie rację obronie, błyskotliwie poprowadzonej przez poetę Mikołaja Reja. Ów wywodził, że gdyby Bóg został obrażony, ukarałby winnego, Otwinowski zaś powinien zostać skazany na zapłacenie księdzu 'grosza, by ten sam mógł kupić sobie nowe szkło i tę odrobinę mąki' celem naprawy monstrancji i upieczenia nowej hostii.

Adam Zamoyski 
(Polska. 
Opowieść o dziejach niezwykłego narodu 966-2008, 
2009)
   
   
   

że rybakiem z siecią powinien być biskup. . .

W ostatnim dwudziestopięcioleciu XV wieku na samym tylko Mazowszu i w Małopolsce powstało aż osiemnaście nowych klasztorów, w tym franciszkańskich, w których obowiązywała surowa reguła. Polscy duchowni odznaczali się dużą tolerancją wobec innych wyznań, ale i wyrozumiałością w stosunku do niektórych objawów demoralizacji. Na przykład biskup Krzycki zostawił po sobie wiersz potępiający plotki dotyczące innego biskupa, przyłapanego na spuszczaniu w sieci rybackiej pewnej dziewczyny z okna swej sypialni. Brzmiał on:

Nie wiem, co w tym tak ludzi gorszy
Zwłaszcza teraz, gdy ewangelię w gębie miewa każdy szewc
Bo że rybakiem z siecią powinien być biskup
Tym słowom ewangelii nie zaprzeczy nikt.

Adam Zamoyski 
(Polska. 
Opowieść o dziejach niezwykłego narodu 966-2008, 
2009)
   
   
   

14 sierpnia 2016

skojarzenie dwukrotne. . .

(...) z bezmiaru dziejących się zjawisk wokół mnie, wyławiam jedno. Spostrzegam, na przykład, popielniczkę na moim stole (reszta przedmiotów na stole usuwa się w niebyt).
   Jeśli zdołam uzasadnić, dlaczego popielniczkę akurat zauważyłem ("chcę strząsnąć popiół papierosa"), wszystko jest w porządku.
   Jeśli spostrzegłem popielniczkę przypadkowo, bez żadnej intencji, i nie wracam więcej do tego spostrzeżenia, też wszystko jak trzeba. Jeśli jednak, zauważywszy to zjawisko bez znaczenia, powrócisz do niego po raz drugi... biada! Dlaczego znów ją zauważyłeś, jeśli bez znaczenia? Ach, więc jednak coś znaczy dla ciebie, jeśli powróciłeś?... Oto jak, przez sam fakt, że bezprawnie skupiłeś się na tym zjawisku o sekundę dłużej, rzecz ta już zaczyna się wyróżniać, staje się znamienna... Nie, nie (bronisz się) to zwykła popielniczka! - Zwykła? Dlaczego bronisz się przed nią, jeśli zwykła?
   Oto jak zjawisko staje się obsesją.
   Czy rzeczywistość z istoty swojej jest obsesjonalna? Wobec tego, że światy nasze budujemy kojarząc zjawiska, nie zdziwiłbym się, gdyby u prapoczątku czasów było skojarzenie dwukrotne. Ono wytycza kierunek w chaosie i jest początkiem ładu.

Witold Gombrowicz (Dziennik 1961-1966)
   
   
   

sztuka nie ma żadnego celu, jest celem sama w sobie. . .

W pierwszym numerze "Życia" z 1899 r. Przybyszewski ogłosił swój manifest zatytułowany Confiteor, który otwarcie przeciwstawiał się kodeksowi zaangażowania pozytywistycznego. Nieco wątpliwa precyzja manifestu w niczym nie umniejsza jego znaczenia. Głosił on między innymi:

   Sztuka nie ma żadnego celu, jest celem sama w sobie, jest absolutem, bo jest odbiciem absolutu - duszy.
   A ponieważ jest absolutem, więc nie może być ujętą w żadne karby, nie może być na usługach jakiejśkolwiek idei, jest panią, praźródłem, z którego całe życie się wyłoniło.
   Sztuka stoi nad życiem, wnika w istotę wszechrzeczy, czyta zwykłemu człowiekowi ukryte runy, obejmuje wszechrzecz od jednej wieczności do drugiej, nie zna ni granic, ni praw, zna tylko jedną odwieczną ciągłość i potęgę bytu duszy, kojarzy duszę człowieka z duszą wszechnatury, a duszę jednostki uważa za przejaw tamtej.
   Sztuka tendencyjna, sztuka pouczająca, sztuka-rozrywka, sztuka-patriotyzm, sztuka mająca jakiś cel moralny lub społeczny przestaje być sztuką, a staje się biblia pauperum dla ludzi, którzy nie umieją myśleć lub są zbyt mało wykształceni, by móc przeczytać odnośne podręczniki - a dla takich ludzi potrzebni są nauczyciele wędrowni, a nie sztuka.
   Działać na społeczeństwo pouczająco albo moralnie, rozbudzać w nim patriotyzm lub społeczne instynkta za pomocą sztuki, znaczy poniżać ją, spychać z wyżyn absolutu do nędznej przypadkowości życia, a artysta, który to robi, niegodny jest miana artysty.
   Sztuka demokratyczna, sztuka dla ludu, jeszcze niżej stoi. Sztuka dla ludu to wstrętne i płaskie banalizowanie środków, jakimi się artysta posługuje, to plebejuszowskie udostępnienie tego, co z natury rzeczy jest trudno dostępnym.
   Dla ludu chleba potrzeba, nie sztuki, a jak będzie miał chleb, to sam sobie drogę znajdzie. (...)
   Tak pojęta sztuka staje się najwyższą religią, a kapłanem jej jest artysta. Jest on osobisty tylko wewnętrzną potęgą, z jaką stany duszy odtwarza, poza tym jest kosmiczną, metafizyczną siłą, przez jaką się absolut i wieczność przejawia. (...)
   Jest on zarówno święty i czysty, czy odtwarza największe zbrodnie, odkrywa najwstrętniejsze brudy, gdy oczy w niebo wbija i światłość Boga przenika.

Czesław Miłosz 
(Historia Literatury Polskiej do roku 1939, 1969)
   
   
   

nad duszami zawisł straszny mrok

W wierszach i malarstwie przedstawiającym pełno jest obrazów dies irae, Boskiego gniewu. Jak pisał Artur Górski, jeden z rzeczników Młodej Polski:

"Nad duszami zawisł straszny mrok, w którym zgasło nawet zwątpienie. Nic nie jest pewnym prócz przerażenia i bólu, prysły wszelkie przegrody pomiędzy rzeczywistym a niepojętym,... jest tylko pył dusz, miotanych i rozbijających się o siebie ponad otchłaniami."

   Pisarze tego okresu, podobnie jak ich francuscy koledzy, opisywali dekadencję społeczeństwa europejskiego. To oni wzywali do rewolty przeciwko banalnemu i pozbawionemu znaczenia życiu istoty, którą zwali "filistrem" lub "burżujem" (później, jak wiemy, nazwa dla takiej postaci zmieniła się na "aparatczyk" albo "biurokrata").

Czesław Miłosz 
(Historia Literatury Polskiej do roku 1939, 1969)
   
   
   

praca zbawia tylko wtedy. . .

Swoją teorię sztuki wykłada [Norwid] w długim poemacie Promethidion (wydanym w Paryżu w r. 1851)
(...)
Ale praca zbawia tylko wtedy, kiedy jest przyjmowana z miłością, a nie jako dopust, narzucony przez strach przed śmiercią głodową i karą. Praca przyjęta z miłością jest najwyższym przejawem ludzkiej wolności. Jednakże w czasach nowożytnych praca ręczna stała się dopustem, a jedyną pracą wykonywaną z miłością i z radością jest praca artysty.

Czesław Miłosz 
(Historia Literatury Polskiej do roku 1939, 1969)
   
   
   

znaczenie słowa "romantyczny"?. . .

Jakie jest więc znaczenie słowa "romantyczny"? Obrazy Salvadora Rosy, krajobrazy alpejskie, nie strzyżone ogrody angielskie i Szekspir - "wszystko, co w poruszonej duszy budzi łagodne uczucia i melancholijne myśli".

Czesław Miłosz 
(Historia Literatury Polskiej do roku 1939, 1969)
   
   
   

dla biedaków ... formy odwalenia kity. . .

Dla biedaków na tym naszym świecie istnieją dwie podstawowe formy odwalenia kity. Pierwsza możliwość: zdychamy w czasach pokoju, dzięki totalnej obojętności naszych bliźnich; możliwość druga: szał mordowania, jaki ogarnia tychże samych bliźnich w czasie wojny. Kiedy tak bowiem zaczną o was myśleć, to myślą przede wszystkim i właściwie to wyłącznie o tym, jakie tortury można by wam zaaplikować. Jedynie kiedy ociekamy krwią, jesteśmy dla nich interesujący, dla tych parszywych drani!

Louis-Ferdinand Céline (fragment powieści Podróż do kresu nocy, 1932)
   
   
   

to, co interesujące, odbywa się w cieniu i doprawdy niewiele wiemy o prawdziwej historii ludzkości. . .

(...)niewiele już potrzeba, aby w każdym widzieć wariata. Trzeba jeszcze się postarać, aby to chwyciło, lecz kiedy chodzi o to, aby uniknąć rozerwania na strzępy, wówczas w niektórych umysłach rodzą się znakomite i rewelacyjne pomysły.
   Bo tak naprawdę to, co interesujące, odbywa się w cieniu i doprawdy niewiele wiemy o prawdziwej historii ludzkości.

Louis-Ferdinand Céline (fragment powieści Podróż do kresu nocy, 1932)
   
   
   

pozbawić ludzi, tych, których obawiamy się najbardziej, najdrobniejszych resztek autorytetu. . .

Lecz kiedy jest się słabym, wówczas jedyne, co może dać wam siłę, to pozbawić ludzi, tych, których obawiamy się najbardziej, najdrobniejszych resztek autorytetu, który gotowi byliśmy im do tej pory przypisywać. Trzeba po prostu nauczyć się widzieć ich takich, jacy naprawdę są, a nawet gorszych jeszcze, w każdym z wymiarów. I to daje wam odrobinę swobody, wyzwala was i broni lepiej niż jakakolwiek inna możliwa do wyobrażenia osłona.

Louis-Ferdinand Céline (fragment powieści Podróż do kresu nocy, 1932)
   
   
   

koty ... mimo wszystko decydują się wskoczyć do wody. . .

   Noc, której tak potwornie obawialiśmy się na początku, stawała się w porównaniu z tym, co mieliśmy przed sobą, czymś niezwykle łagodnym. Wyczekiwaliśmy ciemności, zaczęliśmy ich naprawdę pragnąć. Bo w nocy trudniej było nas ustrzelić niż za dnia. Aż wreszcie tylko to zaczęło się dla nas liczyć.
   Niełatwo dotrzeć do sedna sprawy, nawet gdy chodzi o wojnę, bo wyobraźnia mimo wszystko bardzo długo potrafi się bronić.
   Koty, gdy już zanadto zagraża im ogień, mimo wszystko decydują się wskoczyć do wody.

Louis-Ferdinand Céline (fragment powieści Podróż do kresu nocy, 1932)
   
   
   

się zapomina, zwłaszcza o tym, co was wykańcza za życia. . .

   Największą klęską, tak naprawdę i całkiem poważnie, jest to, że się zapomina, zwłaszcza o tym, co was wykańcza za życia, i że zdycha się, nie zdając sobie sprawy, do jakiego stopnia człowiek potrafi być ścierwem. Kiedy już będzie nam bardzo blisko do piachu, kiwając się nad dołem, trzeba będzie prze- | stać zgrywać się na bohaterów, ale też nie wolno o niczym zapomnieć i trzeba będzie opowiedzieć wszystko, nie zmieniając choćby jednego słowa, o tym, co najpodlejsze w człowieku, a potem odwalić zgrabnie kitę i zsunąć się w otchłań. A roboty nad tym wystarczy spokojnie na cały żywot.

Louis-Ferdinand Céline (fragment powieści Podróż do kresu nocy, 1932)
   
   
   

pracujcie! tak nam mówią. ... jaja spocone niemożebnie, no i tyle!

Pracujcie! Tak nam mówią. I jest to jeszcze gorsze niż cała reszta, ta ich praca. Siedzimy tam na dole, pod pokładem, ledwie zipiąc, jedzie od nas na kilometr, jaja spocone niemożebnie, no i tyle! A tymczasem tam na górze, na świeżym powietrzu nasi władcy, którzy się niczym nie przejmują, ze swoimi zaróżowionymi kobitkami o wyperfumowanych nóżkach. Każą l wspiąć się na pokład. Wtedy zakładają swoje szapoklaki i zaczynają się na nas wydzierać ile wlezie: „No i co, bando bydlaków, wojna będzie!", mówią do nas. „Ruszymy na nich, na tych szaubrawców, co to są z ojczyzny numer 2 i od razu ich rozpirzymy ! Jazda! No jazda! Mamy tu na pokładzie wszystko czego trzeba! I wszyscy razem! Pokażcie, jak umiecie się rozedrzeć, aż się zatrzęsie: Niech żyje Ojczyzna numer 1! No, dalej!

Louis-Ferdinand Céline (fragment powieści Podróż do kresu nocy, 1932)
   
   
   

nie zmieniamy ani skarpetek, ani panów, ani poglądów. . .

   — Masz słuszność Arturze, co do tego to masz słuszność! Źli a wraz potulni, gwałceni, grabieni, wybebeszani i zawsze tchórze, byli nas warci, byli! Wiadomo! My się nie zmieniamy! Nie zmieniamy ani skarpetek, ani panów, ani poglądów, albą tak późno, że to już się nie opłaca. Rodzimy się wierni i zdychamy .przez to! Żołnierze bez zapłaty, bohaterowie dla wszystkich i małpy mówiące — przygnębiające to słowa — i jesteśmy pieszczochami Króla-Nędzy. W jego jesteśmy mocy! Gdy kto nie jest grzeczny, on go ściska... Ma się jego palce na szyi, zawsze, to krępuje w mówieniu, należy bacznie uważać, jeśli się chce móc jeść... Za byle co dusi cię... To nie jest życie...

Louis-Ferdinand Céline (fragment powieści Podróż do kresu nocy, 1932)
   
   
   

07 sierpnia 2016

chwila postoju. . .

   Zaczynamy się starzeć i każdy z nas przypomina sobie teraz, że miał matkę, ojca
i rodzeństwo. I że ma dwie nogi, podobnie jak wróbel i kawka i umysł na miarę
tego, czego dokonał, talent na miarę tego, co roztrwonił.
   Dobrotliwa natura szkli szkli w nas już okna matowymi szybami, otula uszy, by nie chwytały obelg, złorzeczeń i wyrzutów.
   Tylko wewnątrz to nie cichnące palenisko, gdzie mali kowale wykuwają w płomieniu nadziei niefałszowane monety, ten jasny pokój, w którym obradują poważni ustawodawcy, i mała dziewczynka, która leżąc na starym dywanie szuka pod fotelem zgubionej piłki.


Julia Hartwig (z tomu Chwila postoju, 1980)
   
   
   

co można usłyszeć w kuchni?. . .

   Co można usłyszeć w kuchni? Że się postarzała, że puchną mu nogi, że kogoś posadzili i kogoś wypuścili, że kipi zupa i zamordowano emerytkę w sąsiedztwie, a także kawałek koncertu skrzypcowego z parteru naprzeciw, okrzyk daj buzi tadek i uderzenie skrzydłem o szybę zmylonego gołębia.
   Co można zobaczyć w kuchni? Jarzynę, która jeszcze przez chwilę jest jarzyną, mięso, które nie zapomniało jeszcze oddechu zwierzęcia.Szybkość oblekania materii w nowe kostiumy jest tu prawie natchniona. Woda, ogień i sól towarzyszą surowemu obrzędowi przeistoczenia, materia stoi jeszcze w blasku oczekiwania.
   Dopiero w pokoju okazuje się, że nie stać nas na stworzenie z tych elementów czegoś składnego, co mogłoby osiągnąć rangę sztuki.

Julia Hartwig (z tomu Chwila postoju, 1980)
   
   
   

16 lipca 2016

upić się warto. . .

Taka noc październikowa, niewierna
I w te okna tylko deszcz, i ciągły plusk.
I taka chandra się kładzie cholerna,
I na głowę, i na serce, i na mózg.

Już cały dzień taki był i cały tydzień.
I będzie drugi, będzie trzeci taki sam.
Już nie mogę, już nie wiem, już nie widzę,
Co z sobą począć, gdzie się podziać z sobą mam.

Kochać nie warto, lubić nie warto,
Znaleźć nie warto i zgubić nie warto.
Przysiąc nie warto, wierzyć nie warto,
Chodzić nie warto i leżeć nie warto.
Pieścić nie warto, łowić nie warto,
Stracić nie warto, zarobić nie warto.
Jedno co warto, to upić się warto.
Siedzieć i płakać, i śpiewać to warto.

Przypomina się cholerna dziewczyna.
No to co? I znowu bez niej ani rusz.
Ani ona była jedna jedyna,
Ani drugiej takiej mieć nie będę już.

Podeprzeć głowę rękami obiema,
Na siebie patrzeć niby tak jak obcy widz.
O co chodzi, że była, że jej nie ma?
Co z tego? Chyba… A właśnie, że nic.

Upić się warto, upić się warto.
W szynku na rynku wygłupić się warto.
W dobrej kompanii popić się warto.
Czystą, kroplami zakropić się warto.
Upić się warto, upić się warto.
Siedzieć i płakać, i śpiewać to warto.
Z sercem ściśniętym i z duszą rozdartą
Upić się, upić to jedno co warto.

                                                            Marian Hemar
   
   
   

13 kwietnia 2016

język-tarcza. . .

Boże, jak trudno wypowiedzieć
to, co leży na sercu. Jak
trudno zamienić słowo "szczerość"
na zdanie: "jestem bezsilny,
nie wiem, co robić, tracę
orientację". Maski
pozory, kłamstwa.

                            Julian Kornhauser
  
  
  

10 kwietnia 2016

niemoc. . .

Jam Cesarstwo u schyłku wielkiego konania,
Które, patrząc, jak idą Barbarzyńce białe,
Układa akrostychy wytworne, niedbałe,
Stylem złotym, gdzie niemoc sennych słońc się słania.

Duszy, samiutkiej, mdło aż, w nudzie, co ochłania.
Skądciś tam wieści niosą walk olbrzymich chwałę.
O, nie móc, przez tę słabość, przez żądze tak małe,
O, nie chcieć zaznać nieco tego falowania!

O, nie chcieć, o i nie móc umrzeć chociaż nieco!
Wszystko wypite! Ty tam, nie śmiej się z mych żali!
Wszystko, wszystko wypite! zjedzone! - Cóż dalej?

Tylko garść słabych wierszy, co ot w ogień lecą,
Tylko niewolnik nicpoń, co nie dba o pana,
Tylko ból jakiejś troski, co żre pierś, nieznana.

                                                                                 Paul Verlaine