Bohumił Hrabal (fragment powieści Zbyt głośna samotność, 1978)
08 grudnia 2013
moja twarz przypomina już odrapaną i obsikaną ścianę. . .
W tym tygodniu rozpocząłem setkę reprodukcji Rembrandta van Rijn,
sto takich samych portretów starego artysty z gąbczastą twarzą, podobizny człowieka,
który dzięki sztuce oraz opilstwu doszedł na sam próg wieczności i widzi, jak klamka
się porusza i ktoś nieznany otwiera ją już po drugiej stronie ostatnich drzwi.
Zaczynam już mieć taką samą twarz ze spleśniałego francuskiego ciasta, moja twarz
przypomina już odrapaną i obsikaną ścianę, też zaczynam się już tak głupawo
uśmiechać i zaczynam patrzeć na świat z drugiej strony ludzkich zdarzeń i spraw.
dopiero kiedy nas miażdżą. . .
W owym czasie prasując w mej hydraulicznej prasie piękne książki, kiedy
prasa w ostatniej fazie dzwoniła i miażdżyła książki z siłą dwudziestu atmosfer,
słyszałem miażdżenie ludzkich kości, jakbym śrutował w ręcznym młynku czaszki i
kości miażdżonych w prasie klasyków, jakbym prasował zdania Talmudu: Jesteśmy
jako oliwki, dopiero kiedy nas miażdżą, wydajemy z siebie to, co najlepsze.
Bohumił Hrabal (fragment powieści Zbyt głośna samotność, 1978)
bo ja, gdy się zaczytam, jestem całkiem gdzie indziej, jestem w tekście. . .
Troszczę się o to, by każda paczka była
inna, każdego dnia roboczego muszę zostać w piwnicy o dwie godziny dłużej, muszę
przychodzić do pracy o godzinę wcześniej, muszę pracować czasem również w sobotę,
żeby sprasować tę nie kończącą się nigdy górę starego papieru. W zeszłym miesiącu
przywieźli i zrzucili mi do piwnicy sześć kwintali reprodukcji sławnych mistrzów,
sześć kwintali przemoczonych Rembrandtów i Halsów, i Monetów, i Manetów, i
Klimtów, i Cezanne'ów, i innych grubych ryb europejskiego malarstwa, tak więc każdą
paczkę obramowuję teraz z boków reprodukcjami i wieczorem, gdy paczki stoją
rzędem przed windą, nie mogę nasycić się tym pięknem, ozdobionym po bokach tu
Strażą nocną, tu Saskią, tu Śniadaniem na trawie, tutaj Domem wisielca, tu
Guerniką. I ja jeden na świecie wiem ponadto, że w sercu każdej paczki spoczywa
tutaj otwarty Faust, tu Don Carlos, tu otoczony obrzydliwym papierem zakrwawionych dekli leży Hyperion, a tutaj wewnątrz paczki z worków po cemencie
odpoczywa Tako rzecze Zaratustra. Tak oto ja jedyny na świecie wiem, w której
paczce leży jak w grobowcu Goethe i Schiller, a gdzie Hölderlin, a gdzie Nietzsche.
Tak oto jedynie sam dla siebie jestem w pewnym sensie jednocześnie artystą oraz
widzem i dlatego jestem co dzień zmaltretowany i śmiertelnie znużony, i rozdarty, i
zszokowany, i by zmniejszyć i umniejszyć to wielkie wyczerpanie, piję jeden dzban
piwa za drugim, a w drodze po piwo do Husenskich mam pod dostatkiem czasu, aby
móc medytować i marzyć o tym, jak będzie wyglądała moja następna paczka.
Wyłącznie po to piję tak wiele piwa, by lepiej widzieć przyszłość, bo w każdej paczce
grzebię cenną relikwię, otwartą trumienkę genialnego dziecięcia, zasypaną zwiędłym
kwieciem, frędzlami staniolu, anielskimi włosami, żeby zrobić przyjemne gniazdko
dla książek, które pojawiły się w mej piwnicy równie niespodziewanie, jak pojawiłem
się w tej piwnicy ja. Dlatego stale mam w pracy zaległości, dlatego stary papier piętrzy
się na podwórzu pod sam strop, tak samo jak góra papieru w mej piwnicy przez
zasypany otwór w suficie wznosi się aż pod strop nad podwórzem. Dlatego mój
kierownik przebija się niekiedy bosakiem przez stary papier i przez otwór woła do
mnie w dół z twarzą purpurową ze złości: Haňtio, gdzie jesteś? Na Boga, nie wgapiaj
się w książki, tylko zasuwaj! Podwórze zasypane, a ty tam na dole śnisz sobie i
cymbalisz się do kwadratu! Ja zaś kulę się u podnóża góry papieru jak Adam w
krzakach, z książką w palcach otwieram zalęknione oczy na inny świat niż ten, w
którym akurat przebywałem, bo ja, gdy się zaczytam, jestem całkiem gdzie indziej,
jestem w tekście, samego mnie to dziwi i muszę z poczuciem winy przyznać, że
naprawdę znajdowałem się we śnie, w świecie piękniejszym, że byłem w samym sercu
prawdy. Codziennie z dziesięć razy zdumiewa mnie, że mogłem sam od siebie tak się
oddalić. Taki wyobcowany i wyodrębniony wracam również z roboty, cicho i
pogrążony w głębokiej medytacji wędruję ulicami, mijam tramwaje i samochody, i
przechodniów, w obłoku książek, które dzisiaj znalazłem i niosę w teczce do domu,
tak oto zatopiony w marzeniach przechodzę na zielonym świetle, nawet o tym nie
wiedząc, nie wpadam na słupy latarń ani na ludzi, tylko idę i cuchnę piwem i brudem,
lecz uśmiecham się, bo w teczce niosę książki, po których się spodziewam, że
wieczorem dowiem się z nich o samym sobie czegoś, czego jeszcze nie wiem. Idę tak
gwarnymi ulicami, nigdy nie na czerwonym, umiem chodzić w podświadomej
nieświadomości i w półśnie, inspirowany bodźcem podprogowym, każda paczka,
którą tego dnia sprasowałem, dobrzmiewa we mnie cichutko i spokojnie, i czuję
wprost fizycznie, że ja też jestem sprasowaną paczką książek, że we mnie również tli
się mały kontrolny płomyczek termy, ten mały kontrolny ogieniek gazowego piecyka,
maleńka wieczna lampka, którą co dzień podsycam olejem myśli wyczytanych przeze
mnie w pracy wbrew własnej woli z książek, które teraz niosę w teczce do domu. Tak
oto wracam niczym płonący dom, niczym płonąca stajnia, światło życia wychodzi z
ognia, a znów ogień ze śmierci drewna, wraży żal został na dnie popiołu, ja zaś
trzydzieści pięć lat prasuję w hydraulicznej prasie stary papier, pięć lat dzieli mnie od
emerytury, i ta moja maszyna pójdzie ze mną, nie porzucę jej, oszczędzam, mam
specjalną książeczkę oszczędnościową, i na emeryturę pójdziemy obydwoje, bo ja tę
maszynę od przedsiębiorstwa kupię, zabiorę ją do siebie, ustawię ją gdzieś w ogrodzie
mego wuja wśród drzew i dopiero wtedy, tam w ogródku, będę robić zaledwie jedną
jedyną paczkę dziennie, ale będzie to paczka spotęgowana, paczka jak posąg, jak
artefakt, w takiej paczce zawrę wszystkie me młodzieńcze złudzenia, wszystko, co
umiem, czego nauczyłem się w ciągu tych trzydziestu pięciu lat w pracy i dzięki pracy,
tak oto dopiero na emeryturze będę robić, pod wrażeniem chwili i inspiracji, jedną
jedyną paczkę dziennie z książek, których mam w domu więcej niźli trzy tony, będzie
to paczka, której nie będę musiał się wstydzić, będzie to paczka zawczasu wymarzona, wymedytowana, a nadto jeszcze, gdy do koryta prasy będę kłaść książki i stary papier,
jeszcze podczas tej pracy, która będzie twórczością w pięknie, jeszcze przed
ostatecznym dociśnięciem sypnę konfetti i cekinów, codziennie jedna sprasowana
paczka i po roku urządzę w ogrodzie jedną wystawę paczek, wystawę, na której każdy
zwiedzający będzie mógł sam, ale pod mym nadzorem, sam wykonać swą paczkę, gdy
płyta prasy po wciśnięciu zielonego guzika będzie spychać przed sobą i z gigantyczną
siłą miażdżyć i ściskać stary papier ozdobiony książkami i kwiatami, i takimi
odpadkami, jakie kto sobie przyniesie, wrażliwy widz będzie mógł zaznać przeżycia,
jakby w mej hydraulicznej prasie był prasowany on sam. Siedzę już w domu w
półmroku, siedzę na stołku, głowa opada mi i dotykam w końcu wilgotnymi wargami
kolana, i jedynie w ten sposób zapadam w drzemkę. Niekiedy śpię tak w pozycji
thonetowskiego krzesła aż do północy, a obudziwszy się unoszę głowę i nogawkę mam
na kolanie przemoczoną od śliny, gdy zwinąłem się tak w kłębuszek i skuliłem niczym
kotek na mrozie, niczym drewno fotela na biegunach, bo ja mogę pozwolić sobie na
ten luksus, żeby być opuszczony, choć ja nigdy opuszczony nie jestem, ja jestem tylko
sam, by móc żyć w zaludnionej myślami samotności, bo ja po trosze jestem entuzjastą
nieskończoności i wieczności, a Nieskończoność i Wieczność chyba gustują w takich
ludziach jak ja.
Bohumił Hrabal (fragment powieści Zbyt głośna samotność, 1978)
06 grudnia 2013
religijny antysemita. . .
- Czy mówił pan z młodym zakrystianem?
- Nie, ze starym.
- Stary jest dobry. Przez tydzień pozwolił mi mieszkać w kościele w przebraniu swego pomocnika. Potem przeprowadzono nagłą rewizję. Ukryłem się w organach i w ten sposób ocalałem. Zadenuncjował mnie młody zakrystian. To antysemita; religijny antysemita. Coś takiego również istnieje. Ponieważ przed dwoma tysiącami lat zabiliśmy Chrystusa.
- Nie, ze starym.
- Stary jest dobry. Przez tydzień pozwolił mi mieszkać w kościele w przebraniu swego pomocnika. Potem przeprowadzono nagłą rewizję. Ukryłem się w organach i w ten sposób ocalałem. Zadenuncjował mnie młody zakrystian. To antysemita; religijny antysemita. Coś takiego również istnieje. Ponieważ przed dwoma tysiącami lat zabiliśmy Chrystusa.
Erich Maria Remarque (fragment powieści Czas życia i czas śmierci, 1954)
jeśli przez jakiś czas wątpi się w swój kraj, trzeba wierzyć w świat. . .
- Niech pan spojrzy. Ten mały kawałek świata - to Niemcy. Można go niemal
przykryć kciukiem. Bardzo mała cząstka świata.
- To prawda. Ale z tej małej cząstki świata zawojowaliśmy bardzo duży szmat świata.
- Zgoda. Zawojowaliście, ale nie przekonaliście.
- Jeszcze nie. Ale co by się stało, gdybyśmy go mogli utrzymać? Przez dziesięć lat. Dwadzieścia. Pięćdziesiąt. Zwycięstwa i powodzenie stanowią straszliwie skuteczne argumenty. Przekonaliśmy się o tym we własnym kraju.
- Nie zwyciężyliśmy.
- To nie dowód.
- To jest dowód - powiedział Pohlmann. - I nawet bardzo ważki.
- Jego ręka o grubych, nabrzmiałych żyłach nadal obracała globus.
- Świat... Świat nie stoi w miejscu. Jeśli przez jakiś czas wątpi się w swój kraj, trzeba wierzyć w świat. Możliwe jest zaćmienie słońca, ale nie wieczna noc. Nie na naszej planecie. Tych spraw nie należy upraszczać i od razu rozpaczać... - Odsunął globus. - Pyta pan, czy dosyć pozostanie uczciwych ludzi, aby zacząć od nowa. Kościół rozpoczął z kilkoma rybakami, garstką wierzących w katakumbach i tymi, którzy przeżyli na arenach Rzymu.
- Tak. A hitlerowcy - z kilkoma bezrobotnymi fanatykami w pewnej monachijskiej knajpie.
Pohlmann uśmiechnął się.
- Ma pan słuszność. Ale nigdy jeszcze nie istniała tyrania, która utrzymałaby się przez dłuższy czas. Rozwój ludzkości nie przebiegał gładko, lecz wśród nieustannych wstrząsów, pchnięć, nawrotów i kurczów. Naszym błędem była zbytnia pycha; mniemaliśmy, że już przezwyciężyliśmy naszą krwawą przeszłość. A oto widzimy, że nie wolno się nam nawet za nią obejrzeć, bo znów nas doścignie. - Sięgnął po kapelusz. - Muszę już iść.
- To prawda. Ale z tej małej cząstki świata zawojowaliśmy bardzo duży szmat świata.
- Zgoda. Zawojowaliście, ale nie przekonaliście.
- Jeszcze nie. Ale co by się stało, gdybyśmy go mogli utrzymać? Przez dziesięć lat. Dwadzieścia. Pięćdziesiąt. Zwycięstwa i powodzenie stanowią straszliwie skuteczne argumenty. Przekonaliśmy się o tym we własnym kraju.
- Nie zwyciężyliśmy.
- To nie dowód.
- To jest dowód - powiedział Pohlmann. - I nawet bardzo ważki.
- Jego ręka o grubych, nabrzmiałych żyłach nadal obracała globus.
- Świat... Świat nie stoi w miejscu. Jeśli przez jakiś czas wątpi się w swój kraj, trzeba wierzyć w świat. Możliwe jest zaćmienie słońca, ale nie wieczna noc. Nie na naszej planecie. Tych spraw nie należy upraszczać i od razu rozpaczać... - Odsunął globus. - Pyta pan, czy dosyć pozostanie uczciwych ludzi, aby zacząć od nowa. Kościół rozpoczął z kilkoma rybakami, garstką wierzących w katakumbach i tymi, którzy przeżyli na arenach Rzymu.
- Tak. A hitlerowcy - z kilkoma bezrobotnymi fanatykami w pewnej monachijskiej knajpie.
Pohlmann uśmiechnął się.
- Ma pan słuszność. Ale nigdy jeszcze nie istniała tyrania, która utrzymałaby się przez dłuższy czas. Rozwój ludzkości nie przebiegał gładko, lecz wśród nieustannych wstrząsów, pchnięć, nawrotów i kurczów. Naszym błędem była zbytnia pycha; mniemaliśmy, że już przezwyciężyliśmy naszą krwawą przeszłość. A oto widzimy, że nie wolno się nam nawet za nią obejrzeć, bo znów nas doścignie. - Sięgnął po kapelusz. - Muszę już iść.
Erich Maria Remarque (fragment powieści Czas życia i czas śmierci, 1954)
05 grudnia 2013
drzewa obwieszone są srebrem. ty też to widzisz?. . .
Leżeli na leśnej polanie za miastem. Między drzewami zwisał fioletowy opar. Na
skraju lasu kwitły prymulki i fiołki. Powiał lekki wietrzyk. Elżbieta usiadła nagle.
- Co to jest tam w głębi? Wygląda jak zaczarowany las. A może ja śnię? Drzewa obwieszone są srebrem. Ty też to widzisz?
Graeber skinął głową.
- Wygląda jak włosy anielskie.
- Co to jest?
- Staniol. Albo bardzo cienkie aluminium pocięte w wąskie paski. Podobne do srebrnego papieru, w który opakowuje się czekoladę.
- Tak. Cały las jest tym obwieszony! Skąd się to wzięło?
- Lotnicy zrzucają je całymi pęczkami. Zagłusza to odbiór radiowy. Przypuszczam, że w ten sposób nie można już ustalić pozycji samolotów. Coś w tym rodzaju. Gdy pocięte paski staniolu powoli spływają w dół, przerywają lub zagłuszają odbiór radiowy.
- Szkoda - powiedziała Elżbieta. - Wygląda to zupełnie jak las przystrojonych świątecznie choinek. A tymczasem to także jest wojna. Myślałam, że raz wreszcie jej umknęliśmy.
Patrzyli w stronę lasu. Drzewa wokół polany obwieszone były paskami, które powiewały na gałęziach, błyszczały i wirowały na wietrze. Słońce przedarło się przez zwały chmur i przemieniło wszystko w migotliwą bajkę. To, co sfrunęło wśród szalejącej śmierci i przeraźliwego wycia zniszczenia, zwisało teraz z drzew bezgłośnie i połyskliwie, było srebrem i blaskiem, i wspomnieniem dziecięcych baśni i święta pokoju.
- Co to jest tam w głębi? Wygląda jak zaczarowany las. A może ja śnię? Drzewa obwieszone są srebrem. Ty też to widzisz?
Graeber skinął głową.
- Wygląda jak włosy anielskie.
- Co to jest?
- Staniol. Albo bardzo cienkie aluminium pocięte w wąskie paski. Podobne do srebrnego papieru, w który opakowuje się czekoladę.
- Tak. Cały las jest tym obwieszony! Skąd się to wzięło?
- Lotnicy zrzucają je całymi pęczkami. Zagłusza to odbiór radiowy. Przypuszczam, że w ten sposób nie można już ustalić pozycji samolotów. Coś w tym rodzaju. Gdy pocięte paski staniolu powoli spływają w dół, przerywają lub zagłuszają odbiór radiowy.
- Szkoda - powiedziała Elżbieta. - Wygląda to zupełnie jak las przystrojonych świątecznie choinek. A tymczasem to także jest wojna. Myślałam, że raz wreszcie jej umknęliśmy.
Patrzyli w stronę lasu. Drzewa wokół polany obwieszone były paskami, które powiewały na gałęziach, błyszczały i wirowały na wietrze. Słońce przedarło się przez zwały chmur i przemieniło wszystko w migotliwą bajkę. To, co sfrunęło wśród szalejącej śmierci i przeraźliwego wycia zniszczenia, zwisało teraz z drzew bezgłośnie i połyskliwie, było srebrem i blaskiem, i wspomnieniem dziecięcych baśni i święta pokoju.
Erich Maria Remarque (fragment powieści Czas życia i czas śmierci, 1954)
drugim świadkiem został obersturmbannfuhrer ss hildebrandt. . .
- O co chodzi? - spytał starszy mężczyzna, który podszedł i przysłuchiwał się
rozmowie. - Potrzeba państwu świadka? Jestem do państwa dyspozycji.
Stanął obok Elżbiety. Urzędnik zmierzył go zimnym spojrzeniem. - Ma pan dokumenty?
- Oczywiście! - Mężczyzna powolnym ruchem sięgnął do kieszeni i rzucił na stół legitymację. Urzędnik otworzył ją, zerwał się i wypalił:
- Heil Hitler, Herr Obersturmbannfuhrer!
- Heil Hitler! - odparł obersturmbannfuhrer niedbale. - A teraz skończcie już wreszcie z tą komedią, zrozumiano? Jakim prawem odnosicie się w ten sposób do żołnierzy?
- Tak jest, Herr Obersturmbannfuhrer! Proszę, zechce pan łaskawie podpisać.
Graeber spostrzegł, że jego drugim świadkiem został obersturmbannfuhrer SS Hildebrandt. Pierwszym był saper Klotz. Hildebrandt uścisnął rękę Elżbiecie i Graeberowi, a następnie Klotzowi i jego żonie. Urzędnik wydobył teraz spoza lin, które wyglądały jak stryczki, dwa egzemplarze książki Hitlera Mein Kampf.
- To dar państwa - oświadczył kwaśno, patrząc za Hildebrandtem. - Jest w cywilu, więc skąd mogłem wiedzieć!
Stanął obok Elżbiety. Urzędnik zmierzył go zimnym spojrzeniem. - Ma pan dokumenty?
- Oczywiście! - Mężczyzna powolnym ruchem sięgnął do kieszeni i rzucił na stół legitymację. Urzędnik otworzył ją, zerwał się i wypalił:
- Heil Hitler, Herr Obersturmbannfuhrer!
- Heil Hitler! - odparł obersturmbannfuhrer niedbale. - A teraz skończcie już wreszcie z tą komedią, zrozumiano? Jakim prawem odnosicie się w ten sposób do żołnierzy?
- Tak jest, Herr Obersturmbannfuhrer! Proszę, zechce pan łaskawie podpisać.
Graeber spostrzegł, że jego drugim świadkiem został obersturmbannfuhrer SS Hildebrandt. Pierwszym był saper Klotz. Hildebrandt uścisnął rękę Elżbiecie i Graeberowi, a następnie Klotzowi i jego żonie. Urzędnik wydobył teraz spoza lin, które wyglądały jak stryczki, dwa egzemplarze książki Hitlera Mein Kampf.
- To dar państwa - oświadczył kwaśno, patrząc za Hildebrandtem. - Jest w cywilu, więc skąd mogłem wiedzieć!
Erich Maria Remarque (fragment powieści Czas życia i czas śmierci, 1954)
nie ty drżysz. życie drży w tobie. . .
- Do diabła z paniką! Muszę się od tego odzwyczaić. Popatrz, jak drżę.
- Nie ty drżysz. Życie drży w tobie. To nie ma nic wspólnego z odwagą. Człowiek ma odwagę wtedy, kiedy może się bronić. Wszystko inne to próżność. Nasze życie, Elżbieto, jest rozsądniejsze niż my.
- Zgoda. Nalej mi jeszcze.
- Nie ty drżysz. Życie drży w tobie. To nie ma nic wspólnego z odwagą. Człowiek ma odwagę wtedy, kiedy może się bronić. Wszystko inne to próżność. Nasze życie, Elżbieto, jest rozsądniejsze niż my.
- Zgoda. Nalej mi jeszcze.
Erich Maria Remarque (fragment powieści Czas życia i czas śmierci, 1954)
dobry akrobata na kazalnicy może dokonać wielu sztuczek. . .
- Nic panu nie mogłem powiedzieć. Ale też nie chciałem zbyć pana jedną z tych
rozlicznych odpowiedzi, które stanowią tylko wymówkę. Jest ich wiele. Wszystkie są gładkie
i przekonywające i wszystkie jednakowo wykrętne.
- Nawet i te, które daje Kościół?
Pohlmann zawahał się przez chwilę.
- Tak, nawet i te. Ale Kościół jest w tym szczęśliwym położeniu, że prócz nakazów: “Miłuj bliźniego swego" i “Nie zabijaj" - ma na podorędziu również i inne przykazania: “Oddajcież, co jest cesarskiego, cesarzowi, a co jest bożego, Bogu." Z ich pomocą dobry akrobata na kazalnicy może dokonać wielu sztuczek.
- Nawet i te, które daje Kościół?
Pohlmann zawahał się przez chwilę.
- Tak, nawet i te. Ale Kościół jest w tym szczęśliwym położeniu, że prócz nakazów: “Miłuj bliźniego swego" i “Nie zabijaj" - ma na podorędziu również i inne przykazania: “Oddajcież, co jest cesarskiego, cesarzowi, a co jest bożego, Bogu." Z ich pomocą dobry akrobata na kazalnicy może dokonać wielu sztuczek.
Erich Maria Remarque (fragment powieści Czas życia i czas śmierci, 1954)
w ciemności lub przy świetle lampy, jak w katakumbach starożytnego rzymu, pozbawiony pracy, każdej chwili oczekując aresztowania i mozolnie szukając pociechy w swoich książkach. . .
- Jakże mogę to panu wyjaśnić? To zbyt duża odpowiedzialność. Nie mogę
rozstrzygać za pana.
- Czy każdy musi rozstrzygać sam za siebie?
- Sądzę, że tak. Jakżeby inaczej?
Graeber umilkł, “Po co dalej pytam. Z oskarżonego stałem się nagle sędzią. Po co dręczę tego starca i pociągam do odpowiedzialności za to, czego mnie kiedyś uczył, i za to, czego nauczyłem się bez niego? Czyż potrzebna mi jeszcze odpowiedź? Czyż sam jej sobie nie udzieliłem?" Wyobraził sobie, jak Pohlmann dzień za dniem przesiaduje w tej izbie, w ciemności lub przy świetle lampy, jak w katakumbach starożytnego Rzymu, pozbawiony pracy, każdej chwili oczekując aresztowania i mozolnie szukając pociechy w swoich książkach.
- Czy każdy musi rozstrzygać sam za siebie?
- Sądzę, że tak. Jakżeby inaczej?
Graeber umilkł, “Po co dalej pytam. Z oskarżonego stałem się nagle sędzią. Po co dręczę tego starca i pociągam do odpowiedzialności za to, czego mnie kiedyś uczył, i za to, czego nauczyłem się bez niego? Czyż potrzebna mi jeszcze odpowiedź? Czyż sam jej sobie nie udzieliłem?" Wyobraził sobie, jak Pohlmann dzień za dniem przesiaduje w tej izbie, w ciemności lub przy świetle lampy, jak w katakumbach starożytnego Rzymu, pozbawiony pracy, każdej chwili oczekując aresztowania i mozolnie szukając pociechy w swoich książkach.
Erich Maria Remarque (fragment powieści Czas życia i czas śmierci, 1954)
natura pracowała kilka milionów lat, aby wreszcie stworzyć coś takiego. . .
- Nie ma sposobu na te stary capy. Wałęsają się po ulicach i trzeba im salutować. To
jest celem ich życia. Po to natura pracowała kilka milionów lat, aby wreszcie stworzyć coś
takiego.
Erich Maria Remarque (fragment powieści Czas życia i czas śmierci, 1954)
wołała poprzez wycie. . .
Otworzyła okno. Ryk syren wdarł się do pokoju. Na tle padającego z zewnątrz
rozproszonego światła ostro rysowała się ciemna postać dziewczyny. Umocowała obie
połowy okna na haczyki - w ten sposób podmuch eksplozji nie tak łatwo wytłoczy szyby.
Zawróciła. Wydawało się, że ten piekielny hałas gna ją przed sobą jak fale przypływu.
- Nie chcę stąd uciekać - wołała poprzez wycie. - Czy ty tego nie rozumiesz?
- Nie chcę stąd uciekać - wołała poprzez wycie. - Czy ty tego nie rozumiesz?
Erich Maria Remarque (fragment powieści Czas życia i czas śmierci, 1954)
gdzie są teraz aniołowie? zamienieni w samoloty. . .
Przysiadł koło schodów. “Drabina Jakubowa - pomyślał. - Jak to było? Schody
wiodące do nieba? I czyż to nie aniołowie wchodzili po nich i schodzili? Gdzie są teraz
aniołowie? Zamienieni w samoloty. Gdzie jest wszystko? Gdzie jest ziemia? Czyżby istniała
tylko dla grobów? Kopałem groby, wiele grobów. Co tu robię? Dlaczego nikt mi nie pomaga?
Widziałem tysiące ruin, ale żadnej nie widziałem nigdy naprawdę. Dopiero dzisiaj. Dopiero
tę. Ale ta jest inna, zupełnie inna. Dlaczego pod nią nie leżę? Powinienem pod nią leżeć".
Erich Maria Remarque (fragment powieści Czas życia i czas śmierci, 1954)
03 grudnia 2013
to dobrze mieć papierosy. . .
Graeber zaciągnął się głęboko i wypuścił dym. Jak to dobrze mieć papierosy. Nieraz
nawet lepiej niż przyjaciół. Papierosy nie wywołują rozterki. Są nieme i dobre.
Erich Maria Remarque (fragment powieści Czas życia i czas śmierci, 1954)
gadanie jest bezcelowe, a przy tym niebezpieczne. . .
Graeber nic nie odpowiedział. “Po cóż znowu wdaję się w rozmowę? - pomyślał. -
Chciałem tego uniknąć. Gadanie nic nie pomoże. Czego się już zresztą w ciągu tych lat nie
omawiało i nie rozpamiętywało? Gadanie jest bezcelowe, a przy tym niebezpieczne. A tamto
inne, co nadciąga bezgłośnie i powoli, jest zbyt groźne, zbyt niejasne i posępne, aby o tym
mówić. Mówi się o służbie, o żarciu i o zimnie. Ale nie o tamtym ani o umarłych".
Erich Maria Remarque (fragment powieści Czas życia i czas śmierci, 1954)
02 grudnia 2013
doskonałego szczęścia. . .
Adeo nihil est ex omni parte beatum [Nie ma doskonałego szczęścia na ziemi.]
François Rabelais (wynotowane z powieści Gargantua i Pantagruel, 1564)
o chorobach tego roku. . .
PANTAGRUELICZNE PRZEPOWIEDNIE PEWNE, PRAWDZIWE, NIEOMYLNE NA ROK NIEUSTAJĄCY
ŚWIEŻO UŁOŻONE KU POŻYTKOWI I ROZWAŻANIU LUDZI Z NATURY POMYLONYCH I ŁAKOMYCH NA MIGDAŁY NIEBIESKIE
PRZEZ MISTRZA ALKOFRYBASA
ARCHITRYKLINA RZECZONEGO PANTAGRUELA
Tego roku ślepi będą widzieć bardzo mało, głusi będą słyszeć dość licho, niemi nie będą wcale się odzywać, bogaci będą się mieć nieco lepiej niż biedni, a zdrowi lepiej niż chorzy. Mnogo baranów, wołów, prosiąt, gąsek, kur i kaczek pomrze śmiercią, mniej zaś okrutna śmiertelność będzie wśród małp i dromaderów. Starość będzie nieuleczalną tego roku z przyczyny lat ubiegłych. Cierpiący na pleurę będą doznawali srogiego bólu w boku. Cierpiący na biegunkę będą często bieżąc na stolec, katary będą tego roku schodzić od mózgu ku niższym członkom; schorzenie oczu będzie bardzo niepomyślnie wpływało na wzrok; uszy będą w Gaskonii jeszcze krótsze i rzadsze niż zazwyczaj. I będzie panować niemal powszechnie bardzo straszna i niebezpieczna, złośliwa, przewrotna, przerażająca i dokuczliwa choroba, od której świat będzie chodził jak ogłupiały i ludzie nie będą wiedzieli, w który pośladek się drapać, i bardzo często będą popadać w bredzenia, sylogizując o kamieniu filozoficznym i uszach Midasa. Drżę ze strachu, kiedy myślę o niej; powiadam wam bowiem, iż będzie ona epidemiczna. Awerroes VII Colliget nazywają ją: brak pieniędzy. I zważywszy na kometę zeszłego roku i wsteczną drogę Saturna, umrze w szpitalu wielki nicpotem, cały zakatarzony i ochroszczony, po którego śmierci powstaną wielkie rozruchy między kotami a szczurami, psami i zającami, sokołami i kaczkami, między mnichami i jajcami.
François Rabelais (fragment powieści Gargantua i Pantagruel, 1564)
ślubować nie chcę: ni komu!. . .
Brat Jan, również jakoby w poetyckim szale, rzekł tak:
Żenić się! patrzcie mi kusia!
Na but świętego Beniusia,
Kto mnie zna, ten wnet odgadnie
Iżbym setkę kijów snadnie
Wziął w ten zadek, niżbym kiedy
Chciał dopytać się tej biedy
I żonę wziąć na kark sobie.
Ha, ha! jaż bym miał w tej dobie
Spokojną dolę człowieka
Wiązać z babskiem na wiek wieka?
Do kroćset! kpię z takich wróży!
Niechby tu był i sam Duży
Aleksander, Cezar śmiały,
Przysięgam wam, na te gały,
Ni im, mimo cnót ogromu,
Ślubować nie chcę: ni komu!
Panurg, zrzucając swój kitel i odzież mistyczną, odpowiedział:
Za to też, pieskie nasienie,
W piekle będziesz mełł kamienie.
Podczas gdy ja, miły bratku,
W raju siądę na swym zadku,
Skąd na cię, sprośna rypało,
Oddam w mig urynę całą.
Owo słuchaj, jeśli łaska:
Skoro do czarnego diaska
Powędrujesz, gdyby ninie
Zdarzyło się Prozerpinie,
Iżby chęcią zapałała
Do szpikulca z twego ciała,
Co go w pludrach nosisz grzecznie,
I gdybyście się statecznie
Sparzyli w trzęsącym ruchu
I ty byś się na jej brzuchu
Znalazł: powiedz, żali wtedy
Herszta diabelskiej czeredy,
Lucypera bez gawędy,
Zali nie poślesz w te pędy,
Iżby z piekielnego szynka
Przyniósł wam smacznego winka?
Ho, ho, taka wycirucha
Warta klasztornego zucha!
Żenić się! patrzcie mi kusia!
Na but świętego Beniusia,
Kto mnie zna, ten wnet odgadnie
Iżbym setkę kijów snadnie
Wziął w ten zadek, niżbym kiedy
Chciał dopytać się tej biedy
I żonę wziąć na kark sobie.
Ha, ha! jaż bym miał w tej dobie
Spokojną dolę człowieka
Wiązać z babskiem na wiek wieka?
Do kroćset! kpię z takich wróży!
Niechby tu był i sam Duży
Aleksander, Cezar śmiały,
Przysięgam wam, na te gały,
Ni im, mimo cnót ogromu,
Ślubować nie chcę: ni komu!
Panurg, zrzucając swój kitel i odzież mistyczną, odpowiedział:
Za to też, pieskie nasienie,
W piekle będziesz mełł kamienie.
Podczas gdy ja, miły bratku,
W raju siądę na swym zadku,
Skąd na cię, sprośna rypało,
Oddam w mig urynę całą.
Owo słuchaj, jeśli łaska:
Skoro do czarnego diaska
Powędrujesz, gdyby ninie
Zdarzyło się Prozerpinie,
Iżby chęcią zapałała
Do szpikulca z twego ciała,
Co go w pludrach nosisz grzecznie,
I gdybyście się statecznie
Sparzyli w trzęsącym ruchu
I ty byś się na jej brzuchu
Znalazł: powiedz, żali wtedy
Herszta diabelskiej czeredy,
Lucypera bez gawędy,
Zali nie poślesz w te pędy,
Iżby z piekielnego szynka
Przyniósł wam smacznego winka?
Ho, ho, taka wycirucha
Warta klasztornego zucha!
François Rabelais (fragment powieści Gargantua i Pantagruel, 1564)
zupy w siedmiu rodzajach i do tego wiekuista musztarda. . .
Pożywienie ich było takie: w niedzielę jedli kiszki, kiełbasy, serdelki, potrawki, bigosy, nie licząc oczywiście sera na początek, a musztardy na zakończenie. W poniedziałek nadobny groch ze słoniną, z obszernym komentarzem i glosą interlinearną. Wtorek: dużo opłatka, kołacze, ciasta, biszkopty. Środa: pieczyste, to jest smakowita głowa barania, cielęca, głowa borsuka, który obficie znajduje się w tej okolicy. We czwartek zupy w siedmiu rodzajach i do tego wiekuista musztarda. W piątek nic, jeno jarzębina, i to niezbyt dojrzała, o ile mogłem sądzić po kolorze. W sobotę ogryzali kości; nie trzeba wszelako sądzić, iżby byli zmizerowani albo cierpiący głód, każdy bowiem miał zapasik brzucha wcale pokaźny. Za napitek służyło im wino antyfortunalne; tak nazywali swój miejscowy napój. Kiedy mieli jeść albo pić, obracali kapuzy ku przodowi, aby im służyły za śliniaczki.
François Rabelais (fragment powieści Gargantua i Pantagruel, 1564)
01 grudnia 2013
wędrówka nocą. . .
Gdy nocami wędruję,
Gwiazdą się wśród gwiazd czuję,
W ślad za moim torem
Gwiazd blaski biegną skore.
Jedna drugiej powiada,
Że koło mnie iść rada,
Znów druga innym prawi,
By biegły mnie zabawić.
I tak kroczę w orszaku
Jak gwiazda na nieb szlaku.
Śmieję się, lśnię, wędruję,
Gwiazdą się wśród gwiazd czuję.
Klabund
Gwiazdą się wśród gwiazd czuję,
W ślad za moim torem
Gwiazd blaski biegną skore.
Jedna drugiej powiada,
Że koło mnie iść rada,
Znów druga innym prawi,
By biegły mnie zabawić.
I tak kroczę w orszaku
Jak gwiazda na nieb szlaku.
Śmieję się, lśnię, wędruję,
Gwiazdą się wśród gwiazd czuję.
Klabund
nie przedstawiam się nawet sobie. . .
Nie przedstawiam się nawet sobie –
nazwisko zajmuje za wiele miejsca,
a mam go tak mało…
I nie mówię do siebie,
żeby zachować szacunek dla tej wędrownej istoty,
która we mnie potrzebuje
ciszy i odpoczynku.
Piotr Matywiecki
nazwisko zajmuje za wiele miejsca,
a mam go tak mało…
I nie mówię do siebie,
żeby zachować szacunek dla tej wędrownej istoty,
która we mnie potrzebuje
ciszy i odpoczynku.
Piotr Matywiecki
abyś zawsze miał pierścień swej żony na palcu. . .
Owóż, jednej nocy, gdy spoczywał z nią w łóżku dręcząc się takimi rozważaniami, przyśniło mu się, iż rozmawia z diabłem i że mu opowiada swoje utrapienia. Diabeł pokrzepiał go na duchu i włożył mu na średni palec pierścień, mówiąc: „Daję ci ten oto pierścień; póki go będziesz miał na palcu, żona twoja nie będzie mogła z nikim obcować cieleśnie bez twojej wiedzy i zezwolenia." ,,Serdeczne dzięki, panie diable — odparł Hans Karwel. — Wyrzekam się Mahometa, jeśli pozwolę go sobie komukolwiek zdjąć z palca." Diabeł zniknął. Hans Karwel, pełen radości, obudził się i zobaczył, że ma palec w sekretnym miejscu swojej żony. Zapomniałem opowiedzieć, że żona jego, czując to, cofnęła się kuprem wstecz, jakoby mówiąc: „Nie, nie, nie to trzeba tam włożyć"; i wówczas to zdawało się Hansowi, że ktoś chciał mu ściągnąć jego pierścień. Czyż to nie jest niezawodne lekarstwo? Idź za tym przykładem i staraj się, radzę ci z serca, abyś zawsze miał pierścień swej żony na palcu.
François Rabelais (fragment powieści Gargantua i Pantagruel, 1564)
ryk prozerpiny. . .
— Przebóg, drżę cały, zdaje mi się, że mnie urzeczono: ona nie mówi po chrześcijańsku. O, patrzcież! toć w oczach nam urosła o cztery piędzi, od chwili gdy wdziała na łeb ten fartuch diabelski. Co ma znaczyć to ruszanie szczękami? Co to za wytrząsanie ramionami? Po kiego licha ona wywija łapami jak małpa jedząca raki? W uszach mi dzwoni; zda mi się, że słyszę jakoby ryk Prozerpiny: zaraz tu diabły powyskakują z komina. O szpetne bestie! uciekajmy, na miły Bóg, umieram ze strachu. Nie lubię diabłów. Drażnią mnie, a przy tym są obrzydliwe; uciekajmy. Do widzenia, moja pani, serdeczne dzięki za łaskawość. Nie chcę się już żenić, nie. Odrzekam się wszystkiego.
François Rabelais (fragment powieści Gargantua i Pantagruel, 1564)
rozpręża członek, sprowadza dobry stołeczek, pozwala dobrze rzygać, sikać, pierdzieć, bejać, szczać, kichać. . .
Ze zboża na pniu przyrządza się pyszną, smakowitą, lekko strawną zieloną zupkę, która krzepi wam mózgownicę, orzeźwia zwierzęce soki; ożywia wzrok, wzmaga apetyt, raduje smak, wzmacnia serce, łaskocze język, odświeża cerę, tezy muskuły, uśmierza krew, pobudza diafragmę, oczyszcza wątrobę, zwalnia śledzionę, przeczyszcza nerki, daje gibkość lędźwiom, zwinność kręgom, opróżnia moczowody, rozszerza dukty nasienne, daje jędrność kremasterom *, osusza pęcherz, rozpulchnia narządy rozrodcze, ściąga napletek, rozpuszcza żółć, rozpręża członek, sprowadza dobry stołeczek, pozwala dobrze rzygać, sikać, pierdzieć, bejać, szczać, kichać, krząkać, kaszlać, spluwać, czkać, ziewać, siąkać, chuchać, wzdychać, wydychać, chrapać, pocić się, nastawiać, co trzeba, i tysiące innych cennych korzyści.
François Rabelais (fragment powieści Gargantua i Pantagruel, 1564)
obracać, kręcić, wywijać, nachylać, wyrtać, przewyrtać, kiwać, huśtać, hojdać, wiercić, kołować. . .
Widząc Diogenes, iż wszyscy krzątają się z takim zapałem, a sam nie będąc przez urzędników powołany do żadnego zatrudnienia, przyglądał się parę dni ich dziełom nie mówiąc słowa, następnie zaś, jakoby opętany duchem wojennym, opasał się płaszczem jak szarfą, odwinął rękawy po łokcie, podkasał się jak do zbierania jabłek, oddał jakiemuś staremu dziadydze swoje sakwy, księgi i szpargały, po czym, wyszedłszy z miasta w stronę Kranionu (jest to górzysty przylądek koło Koryntu), wyszukał sobie piękną terasę; tam zatoczył swoją glinianą beczkę, która mu służyła za schronienie przeciw dokuczliwościom niepogody, i z wielką gwałtownością rozprężając ramiona zaczął ją obracać, kręcić, wywijać, nachylać, wyrtać, przewyrtać, kiwać, huśtać, hojdać, wiercić, kołować, wirować, zataczać, wytrząsać, potrząsać, przetrząsać, klepać, szturchać, pobijać, podrzucać, mordować, głaskać, klaskać, tułać, nosić, podnosić, unosić, przenosić, tarmosić, miętosić, deptać, chłeptać, kołysać, potrącać, obchodzić, obtańczać, obniańczać, hodować, całować, zataczać, wytrząsać, potrząsać, przetrząsać, klepać, szturchać; staczał ją z góry w dolinę i strącał ze szczytu Kranionu, potem z dołu wytaczał ją pod górę, jako Syzyf swój kamień: tak iż niewiele brakowało, a byłby ją w kawałeczki potrzaskał. Co widząc, któryś z przyjaciół pytał, co za przyczyna tak podnieca jego ciało i umysł i każe mu dręczyć beczkę. Filozof odpowiedział, iż nie będąc zatrudnionym przy żadnej czynności dla dobra rzeczypospolitej, w ten sposób zabawia się przy swojej beczce, aby wśród całego ludu, krzątającego się tak gorliwie, nie świecił sam jeden bezczynnością i próżniactwem.
François Rabelais (fragment powieści Gargantua i Pantagruel, 1564)
Subskrybuj:
Posty (Atom)