14 kwietnia 2020

to nie my żyjemy w czasie, ale czas żyje w nas. . .

[...]pozostać w tym stanie, w stanie,kiedy ciało jest całkowicie zdane na to, co w nim instynktowne,zmysłowe i emocjonalne, i tracąc ze swojego ciężaru tyle, ile waży wyzwolona zeń energia, przestaje być ciałem, które jest źródłem udręki; pragnąłem przedłużyć ten stan, chciałem spędzić w nim najbliższe chwile, przełamać wszelkie opory i przyzwyczajenia,nawyki i maniery wpojone wychowaniem, to wszystko, co odbiera nam radość zwykłych codziennych chwil, nie pozwala ujawnić prawdy o sobie, sprawia, że to nie my żyjemy w czasie, ale czas żyje w nas, miarowy i pusty; niezdolny odezwać się zwyczajnym,normalnym głosem, z uporem i wytrwałością robiłem wszystko,by nic się nie zmieniło, a mimo to czułem, że on niewiele z tego wszystkiego rozumie, i aby zachować pozory cierpliwości i spokoju,musi mobilizować całą swoją duchową energię; stał tam niczym ściana, od której odbijało się i kruszyło w proch to wszystko, co płynęło ze mnie ku niemu, i nawet go nie dotknąwszy[...]

Péter Nádas (Księga wspomnień, 1986, wyd. polskie pt. Pamięć, 2017)
   
   
   

tak czy owak wolały mozarta. . .

Jedna grupa jajek była przez wiele godzin dziennie eksponowana na muzykę Mozarta, druga grupa - na atonalną muzykę Schoenberga. Kiedy już się wykluły, kurczaki stawiano pośrodku długiego korytarza - na jednym jego krańcu odtwarzana była muzyka Mozarta, na drugim muzyka Schoenberga. W którym kierunku podążały kurczęta? Ano te, które jako jajka słuchały Mozarta, zmierzały w kierunku jego muzyki, te zaś, które słuchały Schoenberga, zmierzały w kierunku głośnika z jego muzyką. Nieliczne jednak się myliły i tak czy owak wolały Mozarta.

Bogdan Wojciszke (Nie rób drugiemu, co tobie nie miłe, 2009)
   
   
   

cybernetyka senna. . .

[22 lipca]

   Podróże w czasie są dostępne we śnie, we wspomnieniach, w pomyleniach,w wariactwie, w sklerozie.
    Od pewnego czasu grasuje po moich snach ferajna rzezimieszków. Działają często systemem chytrego okrążania. Tak, że niby jest się w tłumie, a w pewnej chwili okazuje się, Że to naokoło oni. Ucieczka odcięta. Oni mają noże. Wtedy się przeważnie budzę. Nie wiem, jak ich się pozbyć, bo sny zarażają się od siebie. Wyrabia się cybernetyka senna.

Miron Białoszewski (Tajny dziennik wyd. 2012)
   
   
   

ja tak najpierw się nie zgodzę, poprzewracam oczyma, a potem podpiszę. . .

[20 marca]

Okazało się, Że tak. Światła nieraz zostawia specjalnie i spaceruje po placu. Niech się dobijają. Naczytał się różności. Ciągle mówi, że powinien napisać „wymądrzadło".
   — Może opowiem to wszystko, wpuszczę gości po dwudziestu latach. Tak jak Proust. To, co ja się dowiaduję, czym się zajmuję, to będzie maglowane za pięć, siedem lat. Zawsze o pięć, siedem lat uprzedzam. Stanisław August Poniatowski, jak jechał do Grodna na pierwszy rozbiór Polski, to mówił do pokojowca: „Ja tak najpierw się nie zgodzę, poprzewracam oczyma, a potem podpiszę", Kazimierz Wielki nie był wcale takim dobrym królem. Dał sobie tyle powydzierać. Mazowsze, Ruś, Śląsk. Przyjaźnił się z książętami śląskimi, a oni go mieli za nic, pozmieniali herby piastowskie, zhołdowali króla czeskiego. Piastowie nie znali się na wielkiej polityce, byli kłótliwi, jazgotliwi. Antoni Gołuchowski, namiestnik Galicji=, dostał od cesarza order, drugi order od cara, a jego polityka polegała na niedopuszczaniu do skłócenia się tych trzech państw.
   — To aż tak?
   — Tak! — wykrzykuje Le.
   Chodzi między łańcuchami górskimi z książek. Tu zagląda, tam odkłada. Wstawiam sobie na środku krzesło. Wstawiam wodę na herbatę
   — Herbatę masz?

Miron Białoszewski (Tajny dziennik wyd. 2012)
   
   
   

narzekanie na zanik liturgii, dobrych śpiewów, łaciny. . .

[15 września]

-   ale jest noc
-   ona postanowiła niczemu się nie dziwić.
   Zwierzała Ludwikowi, że kiedy umarł jej mąż, Zakrzewski, wyszła ze szpitala i ze zmartwienia oddała się na postoju czterem taksówkarzom.
   Mnie opowiadała, jak wynajęła sobie prywatnego impresario, eleganta wilniuka, który biorąc połowę zarobków, jeździł z nią i małą córką Wilgą po Polsce, zajmował się wszystkim, hotelem, Wilgą i organizowaniem nieraz czterech spotkań autorskich w ciągu jednego dnia. Kiedy Wilga trochę podrosła, szły obie trzy tygodnie piechotą ze Szczecina do Gdańska. Po drodze mówiły wiersze, prozy, felietony, monologi, do tego rysowały i rozdawały rysunki. Dostawały noclegi i jedzenie.

   Moja rozmowa z Anią o katolicyzmie. Wspólne narzekanie na zanik liturgii, dobrych śpiewów, łaciny. Uprotestancenie. We Francji nie umieją klękać.
   Ja o przesadzie z Matką Boską.
   Ania
   — jeżeliby wyrzucić Matkę Boską, to już by się w ogóle rozleciało.
   — Dawniej baba w kościele, godzinki, tu śpiewa, tu się ogląda, wyjdzie, i z pyskiem, albo obmowa po cichu. Ale i to się opłacało. Coraz tego wszystkiego mniej.
Ania
   — tak, zanik liturgii, nawet samej religii, mówi się raczej o etyce.

   Przypomniał mi się Egipt. Te piramidy Światła od latarń na szosie we mgle. Kiedy jechałem przez Egipt Górny, nabrałem pewności, że to te monumentalne krajobrazy natchnęły tak monumentalną sztukę, Że ta sztuka jest z Ziemi, stąd, nie z innych planet.

Miron Białoszewski (Tajny dziennik wyd. 2012)
   
   
   

jej matka oddała swą małą podłą duszę Bogu — a raczej nicości. . .

Claire też przeżyła swój melodramat, przeszła przez wiele lat burzliwych, nigdy nie zbliżywszy się do szczęścia, ale komu się to udaje? Na Zachodzie nikt już nie będzie szczęśliwy, myślała, nikt i nigdy, przyszła pora, by uznać szczęście za jakiś starożytny majak, do szczęścia nie ma już po prostu warunków historycznych.
   Niezadowolona, a w życiu osobistym wręcz zrozpaczona, Claire poznała jednak niezwykłe radości związane z nieruchomościami. Kiedy jej matka oddała swą małą podłą duszę Bogu — a raczej nicości — właśnie się rozpoczynało trzecie tysiąclecie i dla Zachodu, uprzednio określanego jako judeochrześcijański, było to być może o jedno tysiąclecie za dużo, w takim samym znaczeniu, w jakim się mówi o bokserach, że stoczyli o jedną walkę za dużo[...]

Michel Houellebecq (Serotonina, 2019)
   
   
   

mówiąc po polsku, herezji żadnej stworzyć się nie da. . .

Po hebrajsku wszystko jest skomplikowane, bo zawsze wieloznaczne. Ale po polsku to, co mówi Nachman śpiewnym głosem, jakby recytował z pamięci jakieś księgi, też trudno wysłowić. Brakuje słów na takie sprawy. Język polski jest w nich mało wprawiony i na teologii się nie zna. To dlatego w Polsce wszelka herezja jest przaśna i nijaka. Właściwie, mówiąc po polsku, herezji żadnej stworzyć się nie da. Język polski ze swej natury posłuszny jest wszelkiej ortodoksji.

Olga Tokarczuk (Księgi Jakubowe, 2014)
   
   
   

to jest znak końca świata, że to zapowiedź tego, iż zaraz. . .

Nie ulega wątpliwości, że to jest znak końca świata, że to zapowiedź tego, iż zaraz aniołowie zaczną go zwijać jak dywan. Koniec przedstawienia. Za horyzontem szykują się już wojska archaniołów. Jeżeli wytęży się słuch, słychać szczęk anielskiego oręża. I jest to znamię posłannictwa Jakuba oraz wszystkich, którzy idą za nim w tę trudną drogę. Ci, którzy się jeszcze wahali, którzy nie byli pewni, teraz muszą przyznać, że i niebo ma udział w tej wędrówce. W tych dniach staje się dla wszystkich w Iwaniu jasne, że ta oto kometa jest wywierconą w niebieskim firmamencie dziurą, przez którą sączy się do nas boska światłość i przez którą Bóg spogląda na świat.
   Mędrcy zaś uważają, że przez nią schodzi Szechina.

Dziwne to i niebywale, ale na Jencie ta kometa nie robi wrażenia. Gdy się opatrzy stąd, skąd spogląda na wszystko Jenta, bardziej pociągające wydają się sprawy drobne, te ludzkie[...]

Olga Tokarczuk (Księgi Jakubowe, 2014)
   
   
   

sen grobów. . .

                                     I’non so ben ridir com’io v’entrai:
                                     Tant’era pien di sonno in su quel punto,
                                     Che la verace via abbandonai.
                                      L’inferno Canto I. Dante

                                     Nie umiém dzisiaj dobrze opowiedzieć,
                                     Jak tam zaszedłem, — tak snu byłem pełny,
                                     Kiedy prawdziwą opuściłem drogę.
                                     Piekło Pieśń I. Dante (w przekładzie Antoniego Roberta Stanisławskiego)

 I.

W posępną nocy zaszedłem krainę,
Po śniegu, co się usuwał pode mną —
I przez powietrze zmrożone i sine,

Które zawisło nad przepaścią ciemną,
Rzucałem trwożne spojrzenia w pustkowie,
Bo czułem trwogę w mej piersi nikczemną.

Włos mi się jeżył, przymarzły na głowie;
Na duszę dziwna przerażeń zmartwiałość
Spadła i skrzydła rozpostarła sowie;

I oślepiała mnie ta śniegu białość,
I obłąkały mnie te nocne cienie,
I upajała mnie ta skamieniałość.

I to zamarłej pustyni milczenie
Zdało się łamać we mnie życia prawa:
Byłem, jak ciemność, rzucony w przestrzenie

I nie wiedziałem, czy to sen czy jawa...
O bycie własnym wątpiąc, znicestwiony,
W białym tumanie, jak znikomość mgława

Niknąc, leciałem tym wirem niesiony
Bez tchu, pamięci, w milczące otchłanie,
Spowity w śnieżnéj zamieci osłony.

Ani to blade poranku świtanie
Nadeszło ująć martwości złowrogiej,
Co z chłodnych puchów utkała posłanie

Zniknionej ziemi; ani wśród téj drogi,
Do zatracenia podobnéj odmętów,
Nie rozdarł ciszy żaden szmer ubogi,

I nawet echa dalekich lamentów
Nie biegły świadczyć o istnień ruinie,
Strąconych z życia powierzchni bez szczętów.

W tej niezmierzonej ciemności godzinie
Czasu już długa przeciekała wieczność,
A nieruchome nicestwa pustynie

Nie przyszła mierzyć codzienna słoneczność
Zwyczajnych światów: i noc nieskończona
Trwała — jak trwania ostatnia konieczność.

rękopis znaleziony we śnie. . .

Poezja nie ocala
nie pociesza
nie jest kraciastą chustką na otarcie łez
nie jest chlebem ani wodą
nie jest domem ani grobem
na rozprostowanie kości
ani snem w którym odbywa się zjazd rodzinny
żywych i umarłych

Nie zastąpi podania ręki
ani uczonego traktatu
ani prawdziwej modlitwy bez słów
nie jest świtem
ani zachodem słońca
ani kołem narysowanym na ziemi
ani wiatrem
ani macierzanką
ani pszczołą

Szkoda że nie jest tym wszystkim
że nie można jej pić z bliskiej dłoni jak ze studni
że nie jest nawet spojrzeniem
listem zaglądającym w oczy

Jest suchym
coraz dokładniej zarysowanym punktem
z podręcznika geometrii dla klasy trzeciej
punktem niekiedy podobnym jeszcze do kleksa
lub do bociana z długim dziobem i podkurczoną nogą
z każdym dniem coraz bardziej nagim
i bardziej kanciastym
punktem
uporczywie zbliżającym się do nicości
czasami prawie już idealnie niczym
naprawdę czystym środkiem samotności

Lecz dotkniesz
a wybuchnie nagle
całym światem jak płaczem

                                            Anna Kamieńska
                                            Wiersze z lat 1973-1975

30 sierpnia 2019

zaluzia. . .

Przez całą drogę do Sutton Bingham, powtarzałam twoje imię –
Zaluzia, Zaluzia – by go tylko nie zapomnieć. Nigdy nie słyszałam nic
tak zmysłowego. Sposób, w jaki mówili w radiu, o twoim waniliowym zapachu,
o twoich korzeniach z gór Smoczych (być może zdarzyło mi się zdeptać cię!),
o twoich podwójnych płatkach od spodu barwionych karmazynem. I myślę sobie,
że gdy wrócę do domu, dowiem się wszystkiego o tobie.
Zamierzam kupić sadzonki i doniczki na cały okienny parapet.
Ściskam kierownicę – to zabawne, bo – NAWET CIĘ NIE WIDZIAŁAM!
To byłoby tak, jakby znów mieć w domu dziecko.

Z takim imieniem byłabyś śmiałą i rezolutną dziewczynką,
rzucającą kamieniami w totalitarystów, głoszącą prawdę o wszystkim.
Wszyscy chcieliby cię znać.
Wszyscy chcieliby być po twojej stronie.
Wszyscy chcieliby skandować twoje imię:
ZALUZIA*!

                                                                                                Annie Freud
                                                                                                tłum. Mateusz Hildebrandt





*Zaluzian (Zaluzianskya) – rodzaj roślin z rodziny trędownikowatych.



ZALUZIANSKYA

 
All along the road to Sutton Bingham, I kept saying your name –
Zaluzianskya, Zaluzianskya – so as not to forget it. I’d never heard anything
so voluptuous. The way they talked about you on the radio, your vanilla fragrance,
your origins in the Drakensberg mountains (perhaps I’d once trodden on you!),
your double-lobed petals coloured crimson on the underside. I kept thinking
when I get home, I’m going to find out everything there is to know about you.
I’m going to buy seeds and grow pots of you along all the window sills.
I gripped the steering wheel – and laughed and – I HADN’T EVEN SEEN YOU!
It would be like having a child in the house again.

With a name like that you would have been a bold revolutionary girl,
throwing stones at the totalitarians, telling the truth about everything.
Everyone would have wanted to know you.
Everyone would have wanted to be on your side.
Everyone would have wanted to call out your name:
ZALUZIANSKYA!
 
 
 

01 sierpnia 2019

cechy niezbędnej do uprawiania tego wspaniałego zawodu: hojności. . .

W rzeczywistości jednak nie wierzyłem, że Yuzu zostanie kutwą. W przeszłości często chadzałem na kurwy,czasem sam, czasem w towarzystwie kobiet, z którymi aktualnie dzieliłem życie, i uważałem, że Yuzu brakuje podstawowej cechy niezbędnej do uprawiania tego wspaniałego zawodu: hojności. Kurwa z zasady nie wybiera sobie klientów, to niepodważalny aksjomat, lecz daje rozkosz wszystkim bez różnicy i tym sposobem osiąga wielkość.

Michel Houellebecq (Serotonina, 2019)
   
   
   

pojawi się w półmroku sprzyjającym złudzeniom wzrokowym. . .

Z drugiej strony mowa potoczna, chociaż nieczysta pojęciowo,znów okazuje się mądrzejsza w swojej komunikacyjnej funkcji sieci społecznej, w której zawisa nasze życie, niż skłonny jest mniemać rygor filozoficznego języka. W swojej nie wyraźności i wieloznaczności wychodzi stale od statystycznie uchwytnych faktów, bierze je za normy, nie mówi więc o „naturalności” tak, jakby sprowadzała to słowo do pojęcia natury, lecz ma na myśli raczej to, co jest dla niej „normalne”,tzn. co dla określonej populacji w określonym punkcie czasowym staje się ilościowo normą. Skłaniam się tu do mówienia o śmierci „naturalnej” i „nienaturalnej” zarówno w sensie mowy potocznej, jak i czystości semantycznej, gdyż jeśli mamy wyrażać się zrozumiale, nie możemy zrezygnować ani z tego, ani z tego. Ta procedura, w najwyższym stopniu dyskusyjna, a przede wszystkim kpiąca sobie z wszelkiego metodologicznego porządku, sprawi, że wszystko, co będę wywodził, pojawi się w półmroku sprzyjającym złudzeniom wzrokowym: w półmroku rzeczywistości, po której się poruszamy.

Jean Améry (Podnieść na siebie rękę, 1976)
  
   
  
   

o fanatyku. . .

O fanatyku

 Zawsze i wszędzie, na wszelki sposób i przy każdej okazji należy walczyć z fanatyzmem. Z epileptyczną furią o spienionych ustach, która wydostaje się z ludzkich schowków i chce posiekać, przerobić świat. Walczyć z fanatyzmem trzeba cierpliwością, objaśnieniem, rozumem, konsekwentną.

 Sándor Márai (Księga ziół, 1943)
   
   
   

o pokusie. . .

O pokusie

Zawsze, ilekroć nachodzi cię pokusa, która obiecuje ci przyjaźń, namiętność, poufałość, przywiązanie wiedz i pamiętaj, że materiał, z którego powstaje takie przywiązanie, łatwo się psuje, ponieważ jest to materiał ludzki. Co dzisiaj jest przysięgą, jutro będzie utrapieniem, co dzisiaj jest namiętnością i pożądaniem, jutro będzie niezrozumiałym, karykaturalnym wspomnieniem, co dzisiaj jest wiernością, jutro będzie smutnym obowiązkiem. Pokusa daremnie uśmiecha się i obiecuje. Daremnie żyje w twoim sercu, aż do śmierci, pragnienie podzielenia się z kimś, całkowicie i z ufnością, twoim samotnym życiem. Nie ma na to sposobu, bo jesteś człowiekiem.Zawsze pamiętaj o tym.

 Sándor Márai (Księga ziół, 1943)
   
   
   

12 maja 2019

papierosy wzięła bez słowa. . .

   Po śniadaniu Pia podeszła do niego i splunęła mu w twarz. Niech ma za swoje.
   Mimo to Eryk wciąż się do niej zalecał.
   Dawał jej cukierki i lody, papierosy, tanie pierścionki i bransoletkę. A ona wdeptała jego cukierki w ziemię, obrzuciła go jego lodami, połamała jego bransoletkę i wyrzuciła jego pierścionki.
   Natomiast papierosy wzięła bez słowa.

Jonas Gardell (fragment powieści Dojrzewanie błazna, 1992)
   
   
   

czas nie leczy wszystkich ran. . .

   Puff i nie ma.
   Jaki Związek Radziecki? — pytają wnuki.
   Tak padają bohaterowie. Tak umierają dinozaury. Jak ich nie ma,to nie ma. Na polu bitwy znów rośnie gęsta i soczysta trawa. Czas nie leczy wszystkich ran, ale rozprasza zapach trupów.

Jonas Gardell (fragment powieści Dojrzewanie błazna, 1992)
   
   
   

nie narzekam na samotność. . .

   Poza tym nie narzekam na samotność. Lubię myśleć. Już jako mały to lubiłem. Ludzi chętnie widzę w roli publiczności. Tak jest prościej. Wiem wtedy, jak się do nich odnosić. Tutaj ja, a tam oni, jeśli wiesz, o co mi chodzi.
   Mniej więcej tak samo, jak się pisze tego typu listy.

Jonas Gardell (fragment powieści Dojrzewanie błazna, 1992)
   
   
   

rodzinę lindström najlepiej opisać, opowiadając o jej drzwiach. . .

   Rodzinę Lindström najlepiej opisać, opowiadając o jej drzwiach.
   W rodzinie Lindström panuje zwyczaj trzaskania drzwiami, kiedy się jest zdenerwowanym.
   Podczas każdego obiadu zawsze znajdzie się ktoś, kto ma powód do złości i krzyku, ktoś, kto ma prawo odsunąć od siebie talerz i z gulą w gardle trzasnąć drzwiami, żeby ci, którzy na to patrzą, zrozumieli, jacy są okropni i niesprawiedliwi. 
   Drzwi są dobre. Trzaskają z dystynkcją. Trudno nie docenić jakże dramatycznego efektu trzaśnięcia drzwiami.
   A oprócz tego: zamknięte drzwi to zamknięte drzwi. 
   Jedyną wadą jest to, że drzwi nie są w stanie długo znosić takiego obchodzenia się z nimi. Wcześniej czy później rozpadną się.
   W rodzinie Lindströmów drzwi padały jedne po drugich — jak drzewo pada pod naporem topora.
   A kiedy drzwi się rozpadną, znosi się je do garażu i zastępuje kwiecistymi kotarami.
   Niestety, kotary nie trzaskają. Kołyszą się jedynie bezładnie i cierpliwie.

Jonas Gardell (fragment powieści Dojrzewanie błazna, 1992)
   
   
   

im silniejsze było podniecenie, tym szpetniejszy staje się obiekt. . .

   — Ech! Doprawdy — rzekł książę — jest wielu ludzi, którzy zupełnie nie potrafią znieść chwili utraty złudzeń. Wydaje się, że cierpi na tym duma, gdy pokazujemy się kobiecie w stanie podobnej słabości, i że ze skrępowania, jakie wówczas odczuwamy, rodzi się odraza.
   — Nie — powiedział Curval, który brandzlował klęczącego Adonisai obmacywał Zelmirę — nie, mój drogi, duma nie ma tutaj nic do rzeczy; to obiekt, który w istocie ma tylko taką wartość, jaką przypisuje mu nasza lubieżność, okazuje się dokładnie takim, jaki jest wówczas, gdy lubieżność gaśnie. Im silniejsze było podniecenie, tym szpetniejszy staje się obiekt, gdy to podniecenie już go nie wspiera, tak jak jesteśmy mniej lub bardziej zmęczeni zależnie od ilości wykonanych działań, a ta odczuwana wówczas odraza jest tylko uczuciem nasyconej duszy, której szczęście sprawia przykrość, ponieważ ją męczy.

Donatien-Alphonse-François Markiz de Sade 
(Sto dwadzieścia dni sodomy, czyli szkoła libertynizmu, 1785)
   
  
   

większa część naszego codziennego systemu pojęciowego ma naturę metafor. . .

   Opierając się głównie na danych językowych, stwierdziliśmy, że większa część naszego codziennego systemu pojęciowego ma naturę metafor. Znaleźliśmy też sposób na to, by zapoczątkować szczegółowe badania nad tym, jak metafory kształtują nasze postrzeganie, myślenie i działanie.
   Aby dać pewne wyobrażenie o tym, co przesądza, że dane pojęcie jest metaforą, i o tym, jak kształtuje ono codzienne działania, zacznijmy od pojęcia ARGUMENTOWANIE i od metafory pojęciowej ARGUMENTOWANIE TO WOJNA. Ta właśnie metafora pojawia się w naszym codziennym języku w wielkiej rozmaitości wyrażeń:

ARGUMENTOWANIE TO WOJNA [ARGUMENT WAR]
Twoje twierdzenia nie dają się obronić. 
Zaatakował wszystkie słabe punkty mego rozumowania.
Jego uwagi krytyczne trafiły prosto w cel.
Zburzyłem jego argumentację.
Nigdy nie wygrałem z nim sporu.
Nie zgadzasz się? Dobrze, strzelaj! 
Jeżeli użyjesz tej strategii, on cię pokona.
Zbił wszystkie moje argumenty. 

   Istota sprawy polega na tym, że nie ograniczamy się jedynie do mówienia o argumentowaniu w terminach wojennych.W rzeczywistości możemy wygrywać lub przegrywać spory. Spierające się z nami osoby postrzegamy jako przeciwników.Atakujemy ich pozycje i bronimy naszych. Zdobywamy i tracimy grunt. Planujemy i stosujemy strategię. Jeżeli stwierdzimy, że naszej pozycji nie da się obronić, możemy ją porzucić i zastosować nową linię ataku. Wiele z tego, co czynimy argumentując, kształtuje się częściowo przez pojęcia związane z wojną.

George Lakoff i Mark Johnson (Metafory w naszym życiu, 1980)
   
   
   

08 maja 2019

ludzie domagają się dziś ponadto, aby władze państwowe były powoływane zgodnie z postanowieniami konstytucji, i aby wypełniały swe obowiązki w ramach konstytucyjnie wyznaczonych. . .

   79. Te ludzkie dążenia, które tu omówiliśmy, świadczą w sposób oczywisty, że w naszych czasach ludzie uświadamiają sobie coraz lepiej swoją godność, a to skłania ich zarówno do brania czynnego udziału w zarządzaniu państwem, jak do domagania się, aby ich własne i nienaruszalne prawa były szanowane przez zasady ustroju państwowego. Co więcej, ludzie domagają się dziś ponadto, aby władze państwowe były powoływane zgodnie z postanowieniami konstytucji, i aby wypełniały swe obowiązki w ramach konstytucyjnie wyznaczonych.

Jan XXIII
Angelo Giuseppe Roncalli
(fragment encykliki Pacem in Terris, 1963)
   
   
   

21 stycznia 2019

z prochu ziemi i ... niszmat chajim. . .

   Waj-jicer ha-szem Elohim et ha-adam afar min ha-adama, waj-jipachbe-apaw niszmat chajim, wa-jechi ha-adam le-nefesz chaja — recytował Elisza, gdy zobaczył dziecko. — Wtedy to Bóg ulepił człowieka z prochu ziemi i tchnął w jego nozdrza tchnienie życia (niszmat chajim), przez co człowiek stał się żywą istotą (nefesz chaja).
   I oto Szor poczuł się jak Bóg.

Olga Tokarczuk (Księgi Jakubowe, 2014)
   
   
   

zostać swymi własnymi rzeźnikami. . .

   W melancholii tkwią ziarna ognia. Za dnia melancholicy stale się boją czegoś strasznego i są rozdzierani na sztuki jak konie podejrzeniami, lękami, strapieniem, niezadowoleniem, troskami, wstydem i udręką. Nie ma godziny, a zgoła minuty, żeby siedzieli spokojnie, lecz wbrew swej woli trapią się swoimi problemami, stale o nich myślą , nie umieją zapomnieć, melancholia dniem i nocą mieli ich duszę , żyją zatem w nieustannym umęczeniu. Wiodąc to nieszczęsne życie, w którym nie znajdują żadnej pociechy, w końcu szukają ratunku w śmierci. Nie pozostaje im nic innego, jak zostać swymi własnymi rzeźnikami i dokonać samostracenia.

Robert Barton (The Anatomy Melancholy, 1621)
   
  
  

14 stycznia 2019

jesteśmy formami, które przybiera światło. . .

Nie ma między przybiera bowiem większej różnicy. Wszyscy jesteśmy formami, które przybiera światło, kiedy tylko muśnie materię.

Olga Tokarczuk (Księgi Jakubowe, 2014)