07 lipca 2013

celem jego ma być samo doświadczenie. . .

Oczywiście, że życie to ustanowi swój kult intelektu, nigdy jednak nie przyjmie żadnej teorii ani systemu rezygnujących z przeżycia jakiejkolwiek namiętności. Celem jego ma być samo doświadczenie, nie zaś owoce doświadczenia, bez względu na to, czy będą one słodkie, czy gorzkie. Ma ono być zarówno dalekie od ascetyzmu zabijającego zmysły, jak od ordynarnej rozpusty, która je stępia. Ma uczyć człowieka zdolności koncentrowania się na danej chwili życia, które samo jest tylko chwilą.

Oscar Wilde (fragment powieści gotyckiej Portret Doriana Graya, 1890)
   


   


miłość, jaką znał michał anioł i montaigne. . .

Wstrząsnął się i przez chwilę żałował, że nie wymienił Bazylemu istotnego powodu, dlaczego pragnął ukryć obraz. Bazyli byłby mu dopomógł oprzeć się wpływowi lorda Henryka i jeszcze fatalniejszym pokusom własnej natury. Miłość Bazylego ku niemu — bo miłością było to uczucie — miała w sobie same pierwiastki szlachetne i uduchowione. Nie była tylko owym fizycznym podziwem dla piękności, co ze zmysłów zrodzony umiera też, gdy zmysły się znużą. Była to miłość, jaką znał Michał Anioł i Montaigne, i Winckelmann, i sam Szekspir. Tak, Bazyli mógłby go ocalić. Ale teraz już jest za późno. Przeszłość można unicestwić skruchą, negacją, zapomnieniem. Ale przyszłość jest nieunikniona. Drzemią w nim namiętności, które znajdą dla siebie straszne ujście, marzenia, których złowrogie cienie staną się rzeczywistością.

Oscar Wilde (fragment powieści gotyckiej Portret Doriana Graya, 1890)
   


   

niezbędnymi są tylko rzeczy zbędne. . .

Tak późno! Usiadł, wypił trochę herbaty i przeglądał listy. Jeden był od lorda Henryka, przyniesiono go rano. Chwilę się wahał, potem odłożył list nie otworzywszy go. Inne przeglądał nieuważnie. Było, jak zwykle, mnóstwo bilecików, zaproszeń na obiady, programów dobroczynnych koncertów, jakimi w czasie sezonu bywa codziennie zasypywana cała elegancka młodzież. Nadszedł też dość słony rachunek za srebrne rzeźbione przybory na toaletę z epoki Ludwika XV. Nie miał dotąd odwagi zaprezentować go swym opiekunom, gdyż byli to ludzie o przestarzałych pojęciach, nie mogący zrozumieć, że w naszych czasach niezbędnymi są tylko rzeczy zbędne. Prócz tego nadeszło jeszcze sporo bardzo uprzejmych propozycji od lichwiarzy z Jermyn Street, gotowych każdej chwili służyć Żądaną sumą na umiarkowany procent.

Oscar Wilde (fragment powieści gotyckiej Portret Doriana Graya, 1890)
   


   

zagrabionej niegdyś z gondoli dożów weneckiej lampie. . .

W dużej pozłacanej, zagrabionej niegdyś z gondoli dożów weneckiej lampie, zwisającej ze stropu obszernego wyłożonego dębową boazerią wejściowego hallu, migotały jeszcze trzy dogasające płomyki; wyglądały jak błękitne płatki ognia, obrzeżone białym żarem. Zgasił je, rzucił na stół kapelusz i płaszcz, wszedł do biblioteki i skierował się ku drzwiom sypialni, dużej, ośmiokątnej komnaty, którą, czyniąc zadość świeżo rozbudzonemu zamiłowaniu do zbytku, niedawno był urządził na nowo, przyozdabiając ściany rzadkimi gobelinami z epoki Renesansu, odkrytymi na nie zamieszkanym poddaszu w Selby Royal. Właśnie ujął za klamkę, gdy wzrok jego mimo woli padł na portret malowany przez Bazylego Hallwarda. Cofnął się zdumiony. Potem wszedł do swego pokoju; wyglądał z lekka zdziwiony. Wyjął z butonierki kwiat i znów się zawahał. Ostatecznie wrócił, stanął przed obrazem i jął mu się badawczo przypatrywać. W słabym świetle wpadającym do pokoju przez jedwabne kremowe rolety twarz na obrazie wydawała się nieco zmieniona. Inny miała wyraz. W ustach czaiło się jakby lekkie okrucieństwo. Dziwne.

Oscar Wilde (fragment powieści gotyckiej Portret Doriana Graya, 1890)
   


   


należało być więcej artystką. . .

— Dorianie, Dorianie, nie porzucaj mnie — szeptała. — żałuję, że nie grałam dobrze. Bezustannie myślałam o tobie. Ale spróbuję… tak, spróbuję. Tak nagle na mnie spadła ta moja miłość do ciebie. Zdaje mi się, że nie byłabym nawet o niej wiedziała, gdybyś mnie nie był pocałował, gdybyśmy się nie byli pocałowali. Jeszcze raz mnie pocałuj, ukochany. Nie odchodź ode mnie. Nie zniosłabym tego. Och, nie odchodź ode mnie. Mój brat… O, nie, nie! On nie mówił serio. Żartował. Ale ty? Czyż nie możesz mi wybaczyć dzisiejszego wieczoru? Będę pracowała ze wszystkich sił i postaram się grać lepiej. Nie bądź tak okrutny za to, że cię kocham więcej niż cokolwiek na świecie. Przecież tylko jeden raz ci się nie podobałam. Ale masz słuszność, Dorianie. Należało być więcej artystką. To było głupio z mej strony, ale nie mogłam inaczej. O, nie opuszczaj mnie, nie opuszczaj!

Oscar Wilde (fragment powieści gotyckiej Portret Doriana Graya, 1890)
   


   

06 lipca 2013

w rzeczywistości sztuka odzwierciedla widza, nie życie. . .

Artysta jest twórcą piękna.
Objawić sztukę, ukrywać artystę — oto cel sztuki.
Krytykiem jest ten, kto swe własne wrażenia piękna umie w odmiennej wyrazić formie, nowy im nadać kształt. Zarówno najwyższa, jak najniższa forma krytyki jest pewnego rodzaju autobiografią.
Kto w pięknie odnajduje sens brzydki, jest zepsutym, wcale nie będąc czarującym. To błąd.
Kto w pięknie odnajduje sens piękny, posiada kulturę. Ma przyszłość przed sobą.
Wybrani są ci, dla których piękno posiada wyłącznie znaczenie piękna.
(...)
Moralne życie człowieka stanowi część tworzywa artysty, ale moralność sztuki polega na doskonałym użyciu niedoskonałego środka. żaden artysta nie pragnie niczego dowieść. Nawet rzeczy prawdziwe dadzą się dowieść.
(...)
Wszelka sztuka jest zarazem powierzchnią i symbolem.
Kto sięga pod powierzchnię, czyni to na własną odpowiedzialność.
Kto odczytuje symbol, czyni to na własną odpowiedzialność.
W rzeczywistości sztuka odzwierciedla widza, nie życie.
(...)
Każda sztuka jest bezużyteczna.

Oscar Wilde
   
   
   

czego sami najwięcej potrzebujemy. . .

- Aż nadto chętnie oddajemy to, czego sami najwięcej potrzebujemy. Nazywam to głębią hojności.

Oscar Wilde (fragment powieści gotyckiej Portret Doriana Graya, 1890)
   


   

ludzie, którzy tylko raz w życiu kochają, są właśnie prawdziwie płytcy. . .

- Drogi mój chłopcze, ludzie, którzy tylko raz w życiu kochają, są właśnie prawdziwie płytcy. To, co oni nazywają wiernością, ja nazywam osłabiającym wpływem przyzwyczajenia lub brakiem wyobraźni. Wierność jest dla życia uczuciowego tym, czym stabilizacja dla życia intelektu - mianowicie przyznaniem się do niepowodzenia? Wierność? Muszę ją kiedyś poddać analizie. Mieści się w niej namiętność posiadania. Mieści się w niej wiele rzeczy, które byśmy chętnie odrzucili, gdybyśmy się nie obawiali, że je podniosą inni.

Oscar Wilde (fragment powieści gotyckiej Portret Doriana Graya, 1890)
   


   

ludzie znają dziś cenę wszystkiego. . .

- Wybacz, Dorianie. Spóźniłem się. Dla kawałka starego brokatu poszedłem na Wardour Street i musiałem się godzinami targować. Ludzie znają dziś cenę wszystkiego, nie znając wartości niczego.

Oscar Wilde (fragment powieści gotyckiej Portret Doriana Graya, 1890)
   


   

wywierać na kogoś wpływ znaczy to samo, co obdarzać go swoją duszą. . .

- Bo wywierać na kogoś wpływ znaczy to samo, co obdarzać go swoją duszą. Człowiek taki nie posiada już wówczas własnych myśli. Nie pożerają go własne namiętności. Cnoty jego nie należą już do niego. Nawet jego grzechy, jeśli w ogóle grzechy istnieją, są zapożyczone od kogoś innego. Staje się on echem cudzej melodii, aktorem roli nie dla niego napisanej. Celem życia jest rozwój własnej indywidualności. Dać wyraz własnej swej naturze - oto nasze zadanie na ziemi. W naszych czasach człowiek odczuwa obawę przed sobą samym. Zapomniano o najwyższym obowiązku, o obowiązku względem siebie. Oczywiście ludzie są dobroczynni. Karmią głodnych, odziewają żebraków. Ale własne ich dusze marzną i cierpią głód. Ludzkość straciła odwagę. Może nie miała jej nigdy. Obawa przed społeczeństwem, na której opiera się moralność, obawa przed Bogiem, będąca tajemnicą religii - oto dwie potęgi, które nami rządzą. A jednak…
(...)
- A jednak - mówił dalej lord Henryk cichym melodyjnym głosem, wykonując ręką swój charakterystyczny, wdzięczny, jeszcze z czasów szkolnych właściwy mu ruch - a jednak sądzę, że gdyby chociaż jeden człowiek wyżył się w pełni i całkowicie, nadając kształt każdemu swemu uczuciu, wyrażając każdą myśl, urzeczywistniając każde marzenie, już przez to samo spłynęłaby na świat taka olbrzymia fala radości, że musielibyśmy zapomnieć o całej chorobliwości średniowiecza i powrócić do ideału helleńskiego, a może nawet doszlibyśmy do czegoś subtelniejszego, bogatszego niż ideał helleński. Ale najodważniejszy z nas boi się samego siebie. Samookaleczenie się dzikiego człowieka tragicznie przetrwało w abnegacji wypaczającej nasze życie. Wszyscy cierpimy karę za to, czego się wyrzekamy, i odruch przez nas zdławiony rozpładza się w naszej duszy i zatruwa ją. Ciało grzeszy i na tym grzech „kończy, bo czyn jest rodzajem oczyszczenia. Nie pozostaje wówczas nic prócz wspomnienia rozkoszy lub , który jest zbytkiem. Jedynym sposobem pozbycia pokusy jest uleganie jej. Gdy będziemy się jej wypierali, dusza zachoruje z tęsknoty za tym, czego sobie odmawiała, z żądzy za tym, co potworne jej prawa uczyniły potwornym i bezprawnym. Powiedziano że największe zdarzenia świata dokonują się w mózgu. W mózgu też i jedynie w mózgu dokonują się największe grzechy świata. Nawet pan, panie Gray, nawet pan ze swą purpurowo - różową młodością i biało - szara chłopięcością miałeś namiętności, które cię przejmowały trwogą, myśli, których się lękałeś, marzeń we dnie i w nocy, których samo wspomnienie okrywało twą twarz rumieńcem wstydu.

Oscar Wilde (fragment powieści gotyckiej Portret Doriana Graya, 1890)
   


   

śmiech to wcale niezły początek przyjaźni. . .

- Śmiech to wcale niezły początek przyjaźni, a jest też najlepszym jej zakończeniem - wtrącił młody lord, zrywając drugą stokrotkę.

Oscar Wilde (fragment powieści gotyckiej Portret Doriana Graya, 1890)
   
 

najpowszedniejsza rzecz zyskuje urok, gdy się ją zachowuje w tajemnicy. . .

- Dorian Gray? Więc tak się nazywa? - podjął lord Henryk, zbliżając się do Bazylego Hallwarda.
- Tak, tak się nazywa. Nie miałem zamiaru ci tego powiedzieć.
- Dlaczego nie?
- Ach, nie mogę ci tego wytłumaczyć. Jeśli kogoś bardzo kocham, przed nikim nie wymieniam jego nazwiska. Bo wydaje mi się, że wyrzekam się cząstki jego istoty. Nauczyłem się kochać tajemniczość. Ona jedna chyba może uczynić życie niezwykłym i cudownym. Najpowszedniejsza rzecz zyskuje urok, gdy się ją zachowuje w tajemnicy. Gdy wyjeżdżam z Londynu, nie mówię mojej rodzinie, dokąd jadę. Gdybym to zrobił, pozbawiłbym się całej przyjemności. Może to nierozsądne, ale mnie się wydaje, że taka tajemniczość wnosi w nasze życie dużą dozę romantyzmu. Obawiam się, że mnie będziesz uważał za strasznie niemądrego.

Oscar Wilde (fragment powieści gotyckiej Portret Doriana Graya, 1890)
   


   

cicho, obojętnie, bez niepokoju. . .

Pewnego rodzaju fatalizm unosi się nad każdą niezwykłością fizyczną czy duchową - fatalizm, który w historii idzie trop w trop za chwiejnymi krokami królów. Lepiej nie różnić się od swych bliźnich. Brzydkim i głupim najprzyjemniej na tym świecie. Mogą sobie spokojnie siedzieć i przyglądać się zabawie. Jeśli nic nie wiedzą o zwycięstwie, to bywa im też zaoszczędzona świadomość klęski. Żyją, jak powinniśmy żyć wszyscy: cicho, obojętnie, bez niepokoju. Nie powodują zguby innych, ale też i inni nie powodują ich zguby.

Oscar Wilde (fragment powieści gotyckiej Portret Doriana Graya, 1890)
   


   

piękność, prawdziwa piękność kończy się tam, gdzie się zaczyna intelektualizm. . .

Bo istotnie nie mogę znaleźć podobieństwa między twoją surową, ostrą twarzą i kruczym włosem a tym Adonisem, który wygląda, jakby był cały z kości słoniowej i listków róży. Nie, mój drogi Bazyli, toż to Narcyz, a ty - no, bez wątpienia masz twarz intelektualisty i tak dalej, ale piękność, prawdziwa piękność kończy się tam, gdzie się zaczyna intelektualizm.

Oscar Wilde (fragment powieści gotyckiej Portret Doriana Graya, 1890)
   
   
   

04 lipca 2013

sprawę całkowicie niewartą tej ofiary. . .

- Nie chciałbym cię straszyć - rzekł wreszcie - ale bardzo żywo mogę sobie wyobrazić ciebie oddającego życie w ten czy inny sposób za jakąś sprawę całkowicie niewartą tej ofiary. - Spojrzał na mnie jakoś dziwnie. - Jeżeli napiszę coś dla ciebie, czy obiecujesz, że przeczytasz to uważnie? i że zachowasz ten tekst?
- Obiecuję. Na pewno - odparłem. Dotrzymałem słowa. Po dziś dzień mam tę kartkę papieru, którą mi dał wtedy. Pan Antolini przeszedł w drugi kąt pokoju, gdzie stało biurko, i stojąc napisał coś na karteczce. Wrócił na dawne miejsce i usiadł z tą kartką w ręku. - Dziwnym przypadkiem nie napisanego zawodowy poeta. Autorem tych słów jest psychoanalityk. Wilhelm Stekel. Oto, co pow... Ale czy mnie słuchasz?
- Słucham, słucham.
- Oto co powiedział Stekel: "Dla człowieka niedojrzałego znamienne jest, że pragnie on wzniosie umrzeć za jakąś sprawę; dla dojrzałego natomiast - że pragnie skromnie dla niej żyć".

 Jerome David Salinger (fragment powieści Buszujący w zbożu, 1951)





strażnik w zbożu. . .

W każdym razie wyobraziłem sobie gromadę małych dzieci, które bawią się w jakąś grę na ogromnym polu żyta. Tysiące malców, a nie ma przy nich nikogo starszego, nikogo dorosłego... prócz mnie, oczywiście. A ja stoję na krawędzi jakiegoś straszliwego urwiska. Mam swoje zadanie: muszę schwytać każdego, kto się znajdzie w niebezpieczeństwie, tuż nad przepaścią. Bo dzieci rozhasały się, pędzą i nie patrzą, co tam jest przed nimi, więc ja muszę w porę doskoczyć i pochwycić każdego, kto by mógł spaść z urwiska. Cały dzień, od rana do wieczora, stoję tak na straży. Jestem właśnie strażnik w zbożu. Wiem, że to wariacki pomysł, ale tylko tym naprawdę chciałbym być. Wiem, że to wariacki pomysł.

Jerome David Salinger (fragment powieści Buszujący w zbożu, 1951)





z koniem można przynajmniej. . .

- Na przykład samochody - powiedziałem. A powiedziałem to bardzo spokojnym, ściszonym głosem. - Większość ludzi ma bzika na punkcie samochodów. Martwią się najlżejszym zadrapaniem lakieru, ustawicznie gadają o tym, ile mil przejechali na jednym galonie benzyny, a ledwie kupią sobie nowiuteńki wóz, już zaczynają myśleć, jak by tu go zamienić na jeszcze nowszy. To wreszcie wcale nie znaczy, żebym przepadał za starymi wozami. W ogóle samochody mnie guzik obchodzą. Wolałbym mieć konia. Koń ma w sobie przynajmniej coś ludzkiego. Z koniem można przynajmniej...
- Nie rozumiem, o co chodzi - przerwała mi Sally.


 Jerome David Salinger (fragment powieści Buszujący w zbożu, 1951)




kiedy nam się w najlepsze rozmawiało. . .

Miałem w Whooton kolegę katolika; nazywał się Louis Shaney. Na niego pierwszego natknąłem się w tej szkole. Siedzieliśmy zaraz po przyjeździe do Whooton obok siebie w poczekalni przed infirmerią, gdzie mieli nas przebadać na wstępie, i zaczęliśmy z sobą rozmawiać o tenisie. Louis interesował się tenisem, ja także. Powiedział mi, że co roku latem jeździ do Forest Hills na rozgrywki krajowe. Ja zwykle także tam kibicowałem, więc pogadaliśmy czas jakiś o największych asach kortu. Jak na swój wiek chłopak nieźle się orientował. Fakt. No i po chwili, kiedy nam się w najlepsze rozmawiało, spytał mnie niespodziewanie, czy nie wiem, gdzie w Whooton jest kościół katolicki. Od razu skapowałem, że chce w ten sposób wybadać, czy ja jestem katolikiem, czy nie. O to mu chodziło. Nie żeby był fanatykiem, ale wolał wiedzieć. Było mu przyjemnie rozmawiać ze mną o tenisie, ale byłoby mu jeszcze przyjemniej, gdybym się okazał jego współwyznawcą. Takie rzeczy doprowadzają mnie do wściekłości. Nie twierdzę, że tym pytaniem popsuł mi całą przyjemność nie, ale na pewno nic nie poprawił. Toteż bardzo się cieszyłem, że zakonnice nie zadały mi żadnego pytania w tym rodzaju. Może by to nie zatruło naszej rozmowy, ale już by całe to spotkanie inaczej wyglądało. Nie mówię, że mam o to jakieś pretensje do katolików. Nie. Może bym tak samo postępował, gdybym był katolikiem. Mówię tylko, że nie umila to rozmowy. Tylko tyle.


 Jerome David Salinger (fragment powieści Buszujący w zbożu, 1951)




wyskoczyć oknem. . .

Czułem się okropnie, myślałem, żeby ze sobą skończyć. Korciło mnie, żeby wyskoczyć oknem, i byłbym to może naprawdę zrobił, gdybym miał pewność, że mnie ktoś zaraz przykryje, jak tylko wyląduje na bruku. Nie chciałem, żeby banda głupców gapiła się na mnie, jak będę cały krwawą miazgą.


 Jerome David Salinger (fragment powieści Buszujący w zbożu, 1951)


gdybym był muzykiem. . .

Popisywał się jakimiś trelami bez sensu, dodawał gdzie mógł wirtuozerskie sztuczki, a mnie od takich rzeczy aż bebechy bolą. No, ale trzeba słyszeć, co wyprawiali goście, kiedy skończył. Rzygać mi się chciało. Po prostu szał. Ci sami kretyni, którzy w kinach wyją ze śmiechu jak hieny w momentach wcale niezabawnych. Przysięgam Bogu, że za nic nie chciałbym być takim pianistą czy aktorem, czy w ogóle kimś, kogo by ci głupcy uważali za ósmy cud świata. Nie życzyłbym sobie ich oklasków. Ludzie najczęściej klaszczą wtedy, kiedy wcale się to nie należy. Gdybym był muzykiem, grałbym w pustych czterech ścianach.

 Jerome David Salinger (fragment powieści Buszujący w zbożu, 1951)



która z trzech biła rekord głupoty. . .

Nie zaprosiły mnie do swojego stolika, pewnie po prostu dlatego, że nie wiedziały, co wypada, a co nie, ale siadłem bez zaproszenia. Blondynka, z którą tańczyłem, nazywała się Berenika jakoś tam: Crabs czy Krebs. Dwie brzydule wabiły się Marty i Laverne. Przedstawiłem im się jako Jim Steele, tak sobie, dla hecy. Próbowałem zagaić inteligentną rozmowę, ale nie było sposobu. Nic z nich nie dało się wycisnąć. Nawet trudno by rozstrzygnąć, która z trzech biła rekord głupoty. Wszystkie trzy rozglądały się bez ustanku po sali, jak gdyby miały nadzieję, że lada chwila wejdzie całe stado gwiazdorów filmowych.

 Jerome David Salinger (fragment powieści Buszujący w zbożu, 1951)



próbuje ci wmówić, że idiotyzm jego własnych wypracowań polega wyłącznie na złym rozmieszczeniu przecinków. . .

- Dowolny. Jakikolwiek opis. Może być opis pokoju. Albo domu. Albo jakiejś miejscowości, w której kiedyś byłeś. Rozumiesz. Wszystko jedno co. Byle opis.
- Mówiąc to ziewnął szeroko. Diabli mnie biorą, jak ktoś się tak zachowuje. Ziewa bezczelnie, kiedy prosi kolegę o wielką przysługę. - Tylko nie napisz za dobrze - powiedział. - Sukinsyn Hartzell uważa ciebie za asa w angielskim, a wie, że mieszkasz ze mną w tym samym pokoju. Więc proszę cię, nie pakuj wszystkich przecinków i takich tam różności wszędzie, gdzie należy. To także jedna z tych bezczelności, na które mnie diabli biorą. Jeżeli ktoś pisze dobre wypracowania, taki i typ mówi o przecinkach. Stradlater nigdy nie omieszka powiedzieć czegoś w tym rodzaju. Próbuje ci wmówić, że idiotyzm jego własnych wypracowań polega wyłącznie na złym rozmieszczeniu przecinków.

Jerome David Salinger (fragment powieści Buszujący w zbożu, 1951)
   
   
   

zdanie, które czytam od kwadransa, jest pasjonujące. . .

- Co ty tam takiego czytasz? - spytał.
- Książkę.
Odgiął książkę, żeby zobaczyć tytuł.
- Dobre?
- To zdanie, które czytam od kwadransa, jest Pasjonujące - odparłem. Umiem się zdobyć na sarkazm, jeżeli jestem w odpowiednim humorze. Ale on nie zrozumiał przytyku. Znów zaczął łazić po pokoju, grzebiąc łapami w osobistych rzeczach moich i Stradlatera. W końcu odłożyłem książkę na podłogę. Nie sposób czytać w obecności takiego typa jak Ackley. Nie da rady.

Jerome David Salinger (fragment powieści Buszujący w zbożu, 1951)
   
   
   

02 lipca 2013

wielkie to szczęście. . .

Wielkie to szczęście
nie wiedzieć dokładnie
na jakim świecie się żyje.

Trzeba by było
istnieć bardzo długo,
stanowczo dłużej
niż istnieje on.

Choćby dla porównania
poznać inne światy.

Unieść się ponad ciało
które niczego tak dobrze nie umie,
jak ograniczać
i stwarzać trudności.

Dla dobra badań,
jasności obrazu
i ostatecznych wniosków
wzbić się ponad czas,
w którym to wszystko pędzi i wiruje.

Z tej perspektywy
żegnajcie na zawsze
szczegóły i epizody.

Liczenie dni tygodnia,
musiałoby się wydać
czynnością bez sensu,

wrzucenie listu do skrzynki
wybrykiem głupiej młodości

napis "Nie deptać trawy"
napisem szalonym.

                                   Wisława Szymborska (z tomu Koniec i początek, 1993)
   
   
   

01 lipca 2013

meblościanka. . .

Mieliśmy twarze blade,
piliśmy oranżadę,
siorbiąc ją pomału,
żeby nie dostać szału.

Nie było pogadanki
w zaciszu meblościanki,
obiecanek cacanek,
zaciąganych firanek.

Mieliśmy ręce chłodne
i buty niewygodne,
a skrzydła nam obrzynał tępy losu puginał.
I tak się to odbyło:
kres,
koniec,
kropka,
finał.

                    Wisława Szymborska (ze zbioru Błysk rewolwru, 2013)