Oscar Wilde (fragment powieści gotyckiej Portret Doriana Graya, 1890)
07 lipca 2013
celem jego ma być samo doświadczenie. . .
Oczywiście, że życie to ustanowi
swój kult intelektu, nigdy jednak nie przyjmie żadnej teorii ani systemu rezygnujących z
przeżycia jakiejkolwiek namiętności. Celem jego ma być samo doświadczenie, nie zaś owoce
doświadczenia, bez względu na to, czy będą one słodkie, czy gorzkie. Ma ono być zarówno dalekie od ascetyzmu zabijającego zmysły, jak od ordynarnej rozpusty, która je stępia. Ma uczyć
człowieka zdolności koncentrowania się na danej chwili życia, które samo jest tylko chwilą.
miłość, jaką znał michał anioł i montaigne. . .
Wstrząsnął się i przez chwilę żałował, że nie wymienił Bazylemu istotnego powodu, dlaczego
pragnął ukryć obraz. Bazyli byłby mu dopomógł oprzeć się wpływowi lorda Henryka i jeszcze
fatalniejszym pokusom własnej natury. Miłość Bazylego ku niemu — bo miłością było to
uczucie — miała w sobie same pierwiastki szlachetne i uduchowione. Nie była tylko owym
fizycznym podziwem dla piękności, co ze zmysłów zrodzony umiera też, gdy zmysły się znużą.
Była to miłość, jaką znał Michał Anioł i Montaigne, i Winckelmann, i sam Szekspir. Tak, Bazyli
mógłby go ocalić. Ale teraz już jest za późno. Przeszłość można unicestwić skruchą, negacją,
zapomnieniem. Ale przyszłość jest nieunikniona. Drzemią w nim namiętności, które znajdą dla
siebie straszne ujście, marzenia, których złowrogie cienie staną się rzeczywistością.
Oscar Wilde (fragment powieści gotyckiej Portret Doriana Graya, 1890)
niezbędnymi są tylko rzeczy zbędne. . .
Tak późno! Usiadł, wypił trochę herbaty i przeglądał listy. Jeden był od lorda Henryka,
przyniesiono go rano. Chwilę się wahał, potem odłożył list nie otworzywszy go. Inne przeglądał
nieuważnie. Było, jak zwykle, mnóstwo bilecików, zaproszeń na obiady, programów
dobroczynnych koncertów, jakimi w czasie sezonu bywa codziennie zasypywana cała elegancka
młodzież. Nadszedł też dość słony rachunek za srebrne rzeźbione przybory na toaletę z epoki
Ludwika XV. Nie miał dotąd odwagi zaprezentować go swym opiekunom, gdyż byli to ludzie o
przestarzałych pojęciach, nie mogący zrozumieć, że w naszych czasach niezbędnymi są tylko
rzeczy zbędne. Prócz tego nadeszło jeszcze sporo bardzo uprzejmych propozycji od lichwiarzy z
Jermyn Street, gotowych każdej chwili służyć Żądaną sumą na umiarkowany procent.
Oscar Wilde (fragment powieści gotyckiej Portret Doriana Graya, 1890)
zagrabionej niegdyś z gondoli dożów weneckiej lampie. . .
W dużej pozłacanej, zagrabionej niegdyś z gondoli dożów weneckiej lampie, zwisającej ze
stropu obszernego wyłożonego dębową boazerią wejściowego hallu, migotały jeszcze trzy dogasające płomyki; wyglądały jak błękitne płatki ognia, obrzeżone białym żarem. Zgasił je,
rzucił na stół kapelusz i płaszcz, wszedł do biblioteki i skierował się ku drzwiom sypialni, dużej,
ośmiokątnej komnaty, którą, czyniąc zadość świeżo rozbudzonemu zamiłowaniu do zbytku,
niedawno był urządził na nowo, przyozdabiając ściany rzadkimi gobelinami z epoki Renesansu,
odkrytymi na nie zamieszkanym poddaszu w Selby Royal. Właśnie ujął za klamkę, gdy wzrok
jego mimo woli padł na portret malowany przez Bazylego Hallwarda. Cofnął się zdumiony.
Potem wszedł do swego pokoju; wyglądał z lekka zdziwiony. Wyjął z butonierki kwiat i znów się
zawahał. Ostatecznie wrócił, stanął przed obrazem i jął mu się badawczo przypatrywać. W
słabym świetle wpadającym do pokoju przez jedwabne kremowe rolety twarz na obrazie
wydawała się nieco zmieniona. Inny miała wyraz. W ustach czaiło się jakby lekkie okrucieństwo.
Dziwne.
Oscar Wilde (fragment powieści gotyckiej Portret Doriana Graya, 1890)
należało być więcej artystką. . .
— Dorianie, Dorianie, nie porzucaj mnie — szeptała. — żałuję, że nie grałam dobrze.
Bezustannie myślałam o tobie. Ale spróbuję… tak, spróbuję. Tak nagle na mnie spadła ta moja
miłość do ciebie. Zdaje mi się, że nie byłabym nawet o niej wiedziała, gdybyś mnie nie był
pocałował, gdybyśmy się nie byli pocałowali. Jeszcze raz mnie pocałuj, ukochany. Nie odchodź
ode mnie. Nie zniosłabym tego. Och, nie odchodź ode mnie. Mój brat… O, nie, nie! On nie
mówił serio. Żartował. Ale ty? Czyż nie możesz mi wybaczyć dzisiejszego wieczoru? Będę
pracowała ze wszystkich sił i postaram się grać lepiej. Nie bądź tak okrutny za to, że cię kocham
więcej niż cokolwiek na świecie. Przecież tylko jeden raz ci się nie podobałam. Ale masz
słuszność, Dorianie. Należało być więcej artystką. To było głupio z mej strony, ale nie mogłam
inaczej. O, nie opuszczaj mnie, nie opuszczaj!
Oscar Wilde (fragment powieści gotyckiej Portret Doriana Graya, 1890)
06 lipca 2013
w rzeczywistości sztuka odzwierciedla widza, nie życie. . .
Artysta jest twórcą piękna.
Objawić sztukę, ukrywać artystę — oto cel sztuki.
Krytykiem jest ten, kto swe własne wrażenia piękna umie w odmiennej wyrazić formie, nowy im nadać kształt. Zarówno najwyższa, jak najniższa forma krytyki jest pewnego rodzaju autobiografią.
Kto w pięknie odnajduje sens brzydki, jest zepsutym, wcale nie będąc czarującym. To błąd.
Kto w pięknie odnajduje sens piękny, posiada kulturę. Ma przyszłość przed sobą.
Wybrani są ci, dla których piękno posiada wyłącznie znaczenie piękna.
Kto sięga pod powierzchnię, czyni to na własną odpowiedzialność.
Kto odczytuje symbol, czyni to na własną odpowiedzialność.
W rzeczywistości sztuka odzwierciedla widza, nie życie.
Objawić sztukę, ukrywać artystę — oto cel sztuki.
Krytykiem jest ten, kto swe własne wrażenia piękna umie w odmiennej wyrazić formie, nowy im nadać kształt. Zarówno najwyższa, jak najniższa forma krytyki jest pewnego rodzaju autobiografią.
Kto w pięknie odnajduje sens brzydki, jest zepsutym, wcale nie będąc czarującym. To błąd.
Kto w pięknie odnajduje sens piękny, posiada kulturę. Ma przyszłość przed sobą.
Wybrani są ci, dla których piękno posiada wyłącznie znaczenie piękna.
(...)
Moralne życie człowieka stanowi część tworzywa artysty, ale moralność sztuki polega na
doskonałym użyciu niedoskonałego środka. żaden artysta nie pragnie niczego dowieść. Nawet
rzeczy prawdziwe dadzą się dowieść.
(...)
Wszelka sztuka jest zarazem powierzchnią i symbolem.Kto sięga pod powierzchnię, czyni to na własną odpowiedzialność.
Kto odczytuje symbol, czyni to na własną odpowiedzialność.
W rzeczywistości sztuka odzwierciedla widza, nie życie.
(...)
Każda sztuka jest bezużyteczna.
Oscar Wilde
czego sami najwięcej potrzebujemy. . .
- Aż nadto chętnie oddajemy to, czego sami najwięcej potrzebujemy. Nazywam to głębią hojności.
Oscar Wilde (fragment powieści gotyckiej Portret Doriana Graya, 1890)
ludzie, którzy tylko raz w życiu kochają, są właśnie prawdziwie płytcy. . .
- Drogi mój chłopcze, ludzie, którzy tylko raz w życiu kochają, są właśnie
prawdziwie płytcy. To, co oni nazywają wiernością, ja nazywam osłabiającym wpływem
przyzwyczajenia lub brakiem wyobraźni. Wierność jest dla życia uczuciowego tym, czym
stabilizacja dla życia intelektu - mianowicie przyznaniem się do niepowodzenia?
Wierność? Muszę ją kiedyś poddać analizie. Mieści się w niej namiętność posiadania.
Mieści się w niej wiele rzeczy, które byśmy chętnie odrzucili, gdybyśmy się nie obawiali,
że je podniosą inni.
Oscar Wilde (fragment powieści gotyckiej Portret Doriana Graya, 1890)
ludzie znają dziś cenę wszystkiego. . .
- Wybacz, Dorianie. Spóźniłem się. Dla kawałka starego brokatu poszedłem na
Wardour Street i musiałem się godzinami targować. Ludzie znają dziś cenę wszystkiego,
nie znając wartości niczego.
Oscar Wilde (fragment powieści gotyckiej Portret Doriana Graya, 1890)
wywierać na kogoś wpływ znaczy to samo, co obdarzać go swoją duszą. . .
- Bo wywierać na kogoś wpływ znaczy to samo, co obdarzać go swoją duszą.
Człowiek taki nie posiada już wówczas własnych myśli. Nie pożerają go własne
namiętności. Cnoty jego nie należą już do niego. Nawet jego grzechy, jeśli w ogóle
grzechy istnieją, są zapożyczone od kogoś innego. Staje się on echem cudzej melodii,
aktorem roli nie dla niego napisanej. Celem życia jest rozwój własnej indywidualności.
Dać wyraz własnej swej naturze - oto nasze zadanie na ziemi. W naszych czasach
człowiek odczuwa obawę przed sobą samym. Zapomniano o najwyższym obowiązku, o
obowiązku względem siebie. Oczywiście ludzie są dobroczynni. Karmią głodnych,
odziewają żebraków. Ale własne ich dusze marzną i cierpią głód. Ludzkość straciła
odwagę. Może nie miała jej nigdy. Obawa przed społeczeństwem, na której opiera się
moralność, obawa przed Bogiem, będąca tajemnicą religii - oto dwie potęgi, które nami
rządzą. A jednak…
(...)
- A jednak - mówił dalej lord Henryk cichym melodyjnym głosem, wykonując ręką
swój charakterystyczny, wdzięczny, jeszcze z czasów szkolnych właściwy mu ruch - a
jednak sądzę, że gdyby chociaż jeden człowiek wyżył się w pełni i całkowicie, nadając
kształt każdemu swemu uczuciu, wyrażając każdą myśl, urzeczywistniając każde
marzenie, już przez to samo spłynęłaby na świat taka olbrzymia fala radości, że musielibyśmy zapomnieć o całej chorobliwości średniowiecza i powrócić do ideału
helleńskiego, a może nawet doszlibyśmy do czegoś subtelniejszego, bogatszego niż ideał
helleński. Ale najodważniejszy z nas boi się samego siebie. Samookaleczenie się dzikiego
człowieka tragicznie przetrwało w abnegacji wypaczającej nasze życie. Wszyscy cierpimy
karę za to, czego się wyrzekamy, i odruch przez nas zdławiony rozpładza się w naszej
duszy i zatruwa ją. Ciało grzeszy i na tym grzech „kończy, bo czyn jest rodzajem
oczyszczenia. Nie pozostaje wówczas nic prócz wspomnienia rozkoszy lub , który jest
zbytkiem. Jedynym sposobem pozbycia pokusy jest uleganie jej. Gdy będziemy się jej
wypierali, dusza zachoruje z tęsknoty za tym, czego sobie odmawiała, z żądzy za tym, co
potworne jej prawa uczyniły potwornym i bezprawnym. Powiedziano że największe
zdarzenia świata dokonują się w mózgu. W mózgu też i jedynie w mózgu dokonują się
największe grzechy świata. Nawet pan, panie Gray, nawet pan ze swą purpurowo -
różową młodością i biało - szara chłopięcością miałeś namiętności, które cię przejmowały
trwogą, myśli, których się lękałeś, marzeń we dnie i w nocy, których samo wspomnienie
okrywało twą twarz rumieńcem wstydu.
Oscar Wilde (fragment powieści gotyckiej Portret Doriana Graya, 1890)
śmiech to wcale niezły początek przyjaźni. . .
- Śmiech to wcale niezły początek przyjaźni, a jest też najlepszym jej
zakończeniem - wtrącił młody lord, zrywając drugą stokrotkę.
Oscar Wilde (fragment powieści gotyckiej Portret Doriana Graya, 1890)
najpowszedniejsza rzecz zyskuje urok, gdy się ją zachowuje w tajemnicy. . .
- Dorian Gray? Więc tak się nazywa? - podjął lord Henryk, zbliżając się do
Bazylego Hallwarda.
- Tak, tak się nazywa. Nie miałem zamiaru ci tego powiedzieć.
- Dlaczego nie?
- Ach, nie mogę ci tego wytłumaczyć. Jeśli kogoś bardzo kocham, przed nikim nie wymieniam jego nazwiska. Bo wydaje mi się, że wyrzekam się cząstki jego istoty. Nauczyłem się kochać tajemniczość. Ona jedna chyba może uczynić życie niezwykłym i cudownym. Najpowszedniejsza rzecz zyskuje urok, gdy się ją zachowuje w tajemnicy. Gdy wyjeżdżam z Londynu, nie mówię mojej rodzinie, dokąd jadę. Gdybym to zrobił, pozbawiłbym się całej przyjemności. Może to nierozsądne, ale mnie się wydaje, że taka tajemniczość wnosi w nasze życie dużą dozę romantyzmu. Obawiam się, że mnie będziesz uważał za strasznie niemądrego.
- Tak, tak się nazywa. Nie miałem zamiaru ci tego powiedzieć.
- Dlaczego nie?
- Ach, nie mogę ci tego wytłumaczyć. Jeśli kogoś bardzo kocham, przed nikim nie wymieniam jego nazwiska. Bo wydaje mi się, że wyrzekam się cząstki jego istoty. Nauczyłem się kochać tajemniczość. Ona jedna chyba może uczynić życie niezwykłym i cudownym. Najpowszedniejsza rzecz zyskuje urok, gdy się ją zachowuje w tajemnicy. Gdy wyjeżdżam z Londynu, nie mówię mojej rodzinie, dokąd jadę. Gdybym to zrobił, pozbawiłbym się całej przyjemności. Może to nierozsądne, ale mnie się wydaje, że taka tajemniczość wnosi w nasze życie dużą dozę romantyzmu. Obawiam się, że mnie będziesz uważał za strasznie niemądrego.
Oscar Wilde (fragment powieści gotyckiej Portret Doriana Graya, 1890)
cicho, obojętnie, bez niepokoju. . .
Pewnego rodzaju fatalizm
unosi się nad każdą niezwykłością fizyczną czy duchową - fatalizm, który w historii idzie
trop w trop za chwiejnymi krokami królów. Lepiej nie różnić się od swych bliźnich.
Brzydkim i głupim najprzyjemniej na tym świecie. Mogą sobie spokojnie siedzieć i
przyglądać się zabawie. Jeśli nic nie wiedzą o zwycięstwie, to bywa im też zaoszczędzona
świadomość klęski. Żyją, jak powinniśmy żyć wszyscy: cicho, obojętnie, bez niepokoju.
Nie powodują zguby innych, ale też i inni nie powodują ich zguby.
Oscar Wilde (fragment powieści gotyckiej Portret Doriana Graya, 1890)
piękność, prawdziwa piękność kończy się tam, gdzie się zaczyna intelektualizm. . .
Bo istotnie nie mogę znaleźć podobieństwa między twoją surową, ostrą twarzą i kruczym
włosem a tym Adonisem, który wygląda, jakby był cały z kości słoniowej i listków róży.
Nie, mój drogi Bazyli, toż to Narcyz, a ty - no, bez wątpienia masz twarz intelektualisty i
tak dalej, ale piękność, prawdziwa piękność kończy się tam, gdzie się zaczyna
intelektualizm.
Oscar Wilde (fragment powieści gotyckiej Portret Doriana Graya, 1890)
04 lipca 2013
sprawę całkowicie niewartą tej ofiary. . .
- Nie chciałbym cię straszyć - rzekł wreszcie - ale bardzo żywo mogę sobie
wyobrazić ciebie oddającego życie w ten czy inny sposób za jakąś sprawę
całkowicie niewartą tej ofiary. - Spojrzał na mnie jakoś dziwnie. - Jeżeli
napiszę coś dla ciebie, czy obiecujesz, że przeczytasz to uważnie? i że
zachowasz ten tekst?
- Obiecuję. Na pewno - odparłem. Dotrzymałem słowa. Po dziś dzień mam tę kartkę papieru, którą mi dał wtedy. Pan Antolini przeszedł w drugi kąt pokoju, gdzie stało biurko, i stojąc napisał coś na karteczce. Wrócił na dawne miejsce i usiadł z tą kartką w ręku. - Dziwnym przypadkiem nie napisanego zawodowy poeta. Autorem tych słów jest psychoanalityk. Wilhelm Stekel. Oto, co pow... Ale czy mnie słuchasz?
- Słucham, słucham.
- Oto co powiedział Stekel: "Dla człowieka niedojrzałego znamienne jest, że pragnie on wzniosie umrzeć za jakąś sprawę; dla dojrzałego natomiast - że pragnie skromnie dla niej żyć".
- Obiecuję. Na pewno - odparłem. Dotrzymałem słowa. Po dziś dzień mam tę kartkę papieru, którą mi dał wtedy. Pan Antolini przeszedł w drugi kąt pokoju, gdzie stało biurko, i stojąc napisał coś na karteczce. Wrócił na dawne miejsce i usiadł z tą kartką w ręku. - Dziwnym przypadkiem nie napisanego zawodowy poeta. Autorem tych słów jest psychoanalityk. Wilhelm Stekel. Oto, co pow... Ale czy mnie słuchasz?
- Słucham, słucham.
- Oto co powiedział Stekel: "Dla człowieka niedojrzałego znamienne jest, że pragnie on wzniosie umrzeć za jakąś sprawę; dla dojrzałego natomiast - że pragnie skromnie dla niej żyć".
Jerome David Salinger (fragment powieści Buszujący w zbożu, 1951)
strażnik w zbożu. . .
W każdym razie wyobraziłem sobie gromadę małych dzieci, które bawią się w
jakąś grę na ogromnym polu żyta. Tysiące malców, a nie ma przy nich nikogo
starszego, nikogo dorosłego... prócz mnie, oczywiście. A ja stoję na krawędzi
jakiegoś straszliwego urwiska. Mam swoje zadanie: muszę schwytać każdego,
kto się znajdzie w niebezpieczeństwie, tuż nad przepaścią. Bo dzieci rozhasały
się, pędzą i nie patrzą, co tam jest przed nimi, więc ja muszę w porę doskoczyć
i pochwycić każdego, kto by mógł spaść z urwiska. Cały dzień, od rana do
wieczora, stoję tak na straży. Jestem właśnie strażnik w zbożu. Wiem, że to
wariacki pomysł, ale tylko tym naprawdę chciałbym być. Wiem, że to wariacki
pomysł.
Jerome David Salinger (fragment powieści Buszujący w zbożu, 1951)
z koniem można przynajmniej. . .
- Na przykład samochody - powiedziałem. A powiedziałem to bardzo
spokojnym, ściszonym głosem. - Większość ludzi ma bzika na punkcie
samochodów. Martwią się najlżejszym zadrapaniem lakieru, ustawicznie
gadają o tym, ile mil przejechali na jednym galonie benzyny, a ledwie kupią
sobie nowiuteńki wóz, już zaczynają myśleć, jak by tu go zamienić na jeszcze
nowszy. To wreszcie wcale nie znaczy, żebym przepadał za starymi wozami. W
ogóle samochody mnie guzik obchodzą. Wolałbym mieć konia. Koń ma w sobie
przynajmniej coś ludzkiego. Z koniem można przynajmniej...
- Nie rozumiem, o co chodzi - przerwała mi Sally.
- Nie rozumiem, o co chodzi - przerwała mi Sally.
Jerome David Salinger (fragment powieści Buszujący w zbożu, 1951)
kiedy nam się w najlepsze rozmawiało. . .
Miałem w
Whooton kolegę katolika; nazywał się Louis Shaney. Na niego pierwszego
natknąłem się w tej szkole. Siedzieliśmy zaraz po przyjeździe do Whooton obok
siebie w poczekalni przed infirmerią, gdzie mieli nas przebadać na wstępie, i
zaczęliśmy z sobą rozmawiać o tenisie. Louis interesował się tenisem, ja także.
Powiedział mi, że co roku latem jeździ do Forest Hills na rozgrywki krajowe. Ja
zwykle także tam kibicowałem, więc pogadaliśmy czas jakiś o największych
asach kortu. Jak na swój wiek chłopak nieźle się orientował. Fakt. No i po
chwili, kiedy nam się w najlepsze rozmawiało, spytał mnie niespodziewanie,
czy nie wiem, gdzie w Whooton jest kościół katolicki. Od razu skapowałem, że
chce w ten sposób wybadać, czy ja jestem katolikiem, czy nie. O to mu
chodziło. Nie żeby był fanatykiem, ale wolał wiedzieć. Było mu przyjemnie
rozmawiać ze mną o tenisie, ale byłoby mu jeszcze przyjemniej, gdybym się
okazał jego współwyznawcą. Takie rzeczy doprowadzają mnie do wściekłości.
Nie twierdzę, że tym pytaniem popsuł mi całą przyjemność nie, ale na pewno
nic nie poprawił. Toteż bardzo się cieszyłem, że zakonnice nie zadały mi
żadnego pytania w tym rodzaju. Może by to nie zatruło naszej rozmowy, ale już
by całe to spotkanie inaczej wyglądało. Nie mówię, że mam o to jakieś
pretensje do katolików. Nie. Może bym tak samo postępował, gdybym był
katolikiem. Mówię tylko, że nie umila to rozmowy. Tylko tyle.
Jerome David Salinger (fragment powieści Buszujący w zbożu, 1951)
wyskoczyć oknem. . .
Czułem się okropnie, myślałem, żeby
ze sobą skończyć. Korciło mnie, żeby wyskoczyć oknem, i byłbym to może
naprawdę zrobił, gdybym miał pewność, że mnie ktoś zaraz przykryje, jak tylko
wyląduje na bruku. Nie chciałem, żeby banda głupców gapiła się na mnie, jak
będę cały krwawą miazgą.
Jerome David Salinger (fragment powieści Buszujący w zbożu, 1951)
gdybym był muzykiem. . .
Popisywał się jakimiś trelami bez sensu,
dodawał gdzie mógł wirtuozerskie sztuczki, a mnie od takich rzeczy aż bebechy
bolą. No, ale trzeba słyszeć, co wyprawiali goście, kiedy skończył. Rzygać mi
się chciało. Po prostu szał. Ci sami kretyni, którzy w kinach wyją ze śmiechu
jak hieny w momentach wcale niezabawnych. Przysięgam Bogu, że za nic nie
chciałbym być takim pianistą czy aktorem, czy w ogóle kimś, kogo by ci głupcy
uważali za ósmy cud świata. Nie życzyłbym sobie ich oklasków. Ludzie
najczęściej klaszczą wtedy, kiedy wcale się to nie należy. Gdybym był
muzykiem, grałbym w pustych czterech ścianach.
Jerome David Salinger (fragment powieści Buszujący w zbożu, 1951)
która z trzech biła rekord głupoty. . .
Nie zaprosiły mnie do swojego stolika, pewnie po prostu dlatego, że nie
wiedziały, co wypada, a co nie, ale siadłem bez zaproszenia. Blondynka, z
którą tańczyłem, nazywała się Berenika jakoś tam: Crabs czy Krebs. Dwie
brzydule wabiły się Marty i Laverne. Przedstawiłem im się jako Jim Steele, tak
sobie, dla hecy. Próbowałem zagaić inteligentną rozmowę, ale nie było
sposobu. Nic z nich nie dało się wycisnąć. Nawet trudno by rozstrzygnąć, która
z trzech biła rekord głupoty. Wszystkie trzy rozglądały się bez ustanku po sali,
jak gdyby miały nadzieję, że lada chwila wejdzie całe stado gwiazdorów
filmowych.
Jerome David Salinger (fragment powieści Buszujący w zbożu, 1951)
próbuje ci wmówić, że idiotyzm jego własnych wypracowań polega wyłącznie na złym rozmieszczeniu przecinków. . .
- Dowolny. Jakikolwiek opis. Może być opis pokoju. Albo domu. Albo jakiejś
miejscowości, w której kiedyś byłeś. Rozumiesz. Wszystko jedno co. Byle opis.
- Mówiąc to ziewnął szeroko. Diabli mnie biorą, jak ktoś się tak zachowuje. Ziewa bezczelnie, kiedy prosi kolegę o wielką przysługę. - Tylko nie napisz za dobrze - powiedział. - Sukinsyn Hartzell uważa ciebie za asa w angielskim, a wie, że mieszkasz ze mną w tym samym pokoju. Więc proszę cię, nie pakuj wszystkich przecinków i takich tam różności wszędzie, gdzie należy. To także jedna z tych bezczelności, na które mnie diabli biorą. Jeżeli ktoś pisze dobre wypracowania, taki i typ mówi o przecinkach. Stradlater nigdy nie omieszka powiedzieć czegoś w tym rodzaju. Próbuje ci wmówić, że idiotyzm jego własnych wypracowań polega wyłącznie na złym rozmieszczeniu przecinków.
- Mówiąc to ziewnął szeroko. Diabli mnie biorą, jak ktoś się tak zachowuje. Ziewa bezczelnie, kiedy prosi kolegę o wielką przysługę. - Tylko nie napisz za dobrze - powiedział. - Sukinsyn Hartzell uważa ciebie za asa w angielskim, a wie, że mieszkasz ze mną w tym samym pokoju. Więc proszę cię, nie pakuj wszystkich przecinków i takich tam różności wszędzie, gdzie należy. To także jedna z tych bezczelności, na które mnie diabli biorą. Jeżeli ktoś pisze dobre wypracowania, taki i typ mówi o przecinkach. Stradlater nigdy nie omieszka powiedzieć czegoś w tym rodzaju. Próbuje ci wmówić, że idiotyzm jego własnych wypracowań polega wyłącznie na złym rozmieszczeniu przecinków.
Jerome David Salinger (fragment powieści Buszujący w zbożu, 1951)
zdanie, które czytam od kwadransa, jest pasjonujące. . .
- Co ty tam takiego czytasz? - spytał.
- Książkę.
Odgiął książkę, żeby zobaczyć tytuł.
- Dobre?
- To zdanie, które czytam od kwadransa, jest Pasjonujące - odparłem. Umiem się zdobyć na sarkazm, jeżeli jestem w odpowiednim humorze. Ale on nie zrozumiał przytyku. Znów zaczął łazić po pokoju, grzebiąc łapami w osobistych rzeczach moich i Stradlatera. W końcu odłożyłem książkę na podłogę. Nie sposób czytać w obecności takiego typa jak Ackley. Nie da rady.
- Książkę.
Odgiął książkę, żeby zobaczyć tytuł.
- Dobre?
- To zdanie, które czytam od kwadransa, jest Pasjonujące - odparłem. Umiem się zdobyć na sarkazm, jeżeli jestem w odpowiednim humorze. Ale on nie zrozumiał przytyku. Znów zaczął łazić po pokoju, grzebiąc łapami w osobistych rzeczach moich i Stradlatera. W końcu odłożyłem książkę na podłogę. Nie sposób czytać w obecności takiego typa jak Ackley. Nie da rady.
Jerome David Salinger (fragment powieści Buszujący w zbożu, 1951)
02 lipca 2013
wielkie to szczęście. . .
Wielkie to szczęście
nie wiedzieć dokładnie
na jakim świecie się żyje.
Trzeba by było
istnieć bardzo długo,
stanowczo dłużej
niż istnieje on.
Choćby dla porównania
poznać inne światy.
Unieść się ponad ciało
które niczego tak dobrze nie umie,
jak ograniczać
i stwarzać trudności.
Dla dobra badań,
jasności obrazu
i ostatecznych wniosków
wzbić się ponad czas,
w którym to wszystko pędzi i wiruje.
Z tej perspektywy
żegnajcie na zawsze
szczegóły i epizody.
Liczenie dni tygodnia,
musiałoby się wydać
czynnością bez sensu,
wrzucenie listu do skrzynki
wybrykiem głupiej młodości
napis "Nie deptać trawy"
napisem szalonym.
Wisława Szymborska (z tomu Koniec i początek, 1993)
nie wiedzieć dokładnie
na jakim świecie się żyje.
Trzeba by było
istnieć bardzo długo,
stanowczo dłużej
niż istnieje on.
Choćby dla porównania
poznać inne światy.
Unieść się ponad ciało
które niczego tak dobrze nie umie,
jak ograniczać
i stwarzać trudności.
Dla dobra badań,
jasności obrazu
i ostatecznych wniosków
wzbić się ponad czas,
w którym to wszystko pędzi i wiruje.
Z tej perspektywy
żegnajcie na zawsze
szczegóły i epizody.
Liczenie dni tygodnia,
musiałoby się wydać
czynnością bez sensu,
wrzucenie listu do skrzynki
wybrykiem głupiej młodości
napis "Nie deptać trawy"
napisem szalonym.
Wisława Szymborska (z tomu Koniec i początek, 1993)
01 lipca 2013
meblościanka. . .
Mieliśmy twarze blade,
piliśmy oranżadę,
siorbiąc ją pomału,
żeby nie dostać szału.
Nie było pogadanki
w zaciszu meblościanki,
obiecanek cacanek,
zaciąganych firanek.
Mieliśmy ręce chłodne
i buty niewygodne,
a skrzydła nam obrzynał tępy losu puginał.
I tak się to odbyło:
kres,
koniec,
kropka,
finał.
Wisława Szymborska (ze zbioru Błysk rewolwru, 2013)
piliśmy oranżadę,
siorbiąc ją pomału,
żeby nie dostać szału.
Nie było pogadanki
w zaciszu meblościanki,
obiecanek cacanek,
zaciąganych firanek.
Mieliśmy ręce chłodne
i buty niewygodne,
a skrzydła nam obrzynał tępy losu puginał.
I tak się to odbyło:
kres,
koniec,
kropka,
finał.
Wisława Szymborska (ze zbioru Błysk rewolwru, 2013)
Subskrybuj:
Posty (Atom)