Stefan Zweig (fragment powieści Dziewczyna z poczty, ca. 1942)
14 listopada 2015
strach wszystkich urzędników. . .
– Czy już jest tak późno? – mamrocze w poczuciu winy. Odwieczny
strach wszystkich urzędników, żeby się tylko nie spóźnić, już od lat nie
opuszcza jej podczas snu i każe zrywać się na równe nogi wraz z dzwonkiem
budzika. Zawsze pierwsze spojrzenie rzuca na zegar z pytaniem: „Czy już się
spóźniłam?”. Zawsze po przebudzeniu pierwszym odczuciem jest strach, że
zaniedbała jakiś obowiązek.
tworzy różne drobne, niepozorne rzeczy. . .
(...)przesiaduje
więc sam, prawie każdego wieczoru, w dwóch opustoszałych pokojach
i z wielkim oddaniem w ciszy tworzy różne drobne, niepozorne rzeczy. Układa w zielnikach kwiaty, okrągłym pismem kaligrafuje pod zasuszonymi płatkami
ich nazwy, łacińskie czerwonym, a niemieckie czarnym atramentem,
własnoręcznie oprawia we wzorzysty karton ulubione bordowe zeszyty
wydawnictwa Reclam i starannie zaostrzonym piórkiem z mikroskopijną
dokładnością, prawie nie do odróżnienia, naśladuje druk na grzbietach książek.
Późnym wieczorem, kiedy upewni się, że śpią już wszyscy sąsiedzi, nieco
sztywno, ale z wielkim przejęciem gra na skrzypcach z własnoręcznie
skopiowanych nut, najczęściej Schuberta i Mendelssohna, albo przenosi
najpiękniejsze wersy i złote myśli z pożyczonych książek na karty
drobnoziarnistego papieru czerpanego, które zawsze, ilekroć przekroczy kolejną
setkę, spina w nowy zeszyt i oprawia w błyszczącą okładkę z kolorową
etykietką. Niczym arabski kopista Koranu lubuje się, dla własnej cichej
satysfakcji, bezgłośnie przechodzącej od wewnętrznego, skupionego wysiłku do
widocznego ożywienia i radości, w delikatnych krągłościach ozdobnego pisma,
a także w to lekko, to znowu silnie pochylonych i pnących się ku górze
zawijasach; książki, dla tego skromnego, cichego, znerwicowanego człowieka,
co przed swym służbowym mieszkaniem nie ma nawet ogrodu, są tym, czym
kwiaty w domu, uwielbia ustawiać je rzędami na półkach w kolorowe alejki; ze
staroświeckim zapałem ogrodnika strzeże każdej z nich osobno i ostrożnie,
niczym coś kruchego, bierze je w wąskie, anemiczne dłonie.
Stefan Zweig (fragment powieści Dziewczyna z poczty, ca. 1942)
życie staje się matematyką. . .
(...)mimo że
ciągle w biegu – zawsze jesteś spóźniony. Życie staje się matematyką,
dodawaniem, mnożeniem, zmienia się w szalony, pogmatwany korowód cyfr
i liczb, ten wir porywa z sobą w zachłanną, nienasyconą pustkę ostatni dobytek(...)
Stefan Zweig (fragment powieści Dziewczyna z poczty, ca. 1942)
w takiej głowie pali się święty stos, który tylko czeka na ofiary. . .
Światu grozą trzy plagi, trzy zarazy.
Pierwsza - to plaga nacjonalizmu.
Druga - to plaga rasizmu.
Trzecia - to plaga religijnego fundamentalizmu.
Te trzy plagi mają te samą cechę, wspólny mianownik - jest nim agresywna, wszechwładna, totalna irracjonalność.
Do umysłu porażonego jedną z tych plag nie sposób dostrzec. W takiej głowie pali się święty stos, który tylko czeka na ofiary. Wszelka próba spokojnej rozmowy będzie mijać się z celem. Nie o rozmowę mu chodzi, tylko o deklaracje. Żebyś mu przytaknął, przyznał rację, podpisał akces. Inaczej w jego oczach nie masz znaczenia, nie istniejesz, ponieważ liczysz się tylko jako narzędzie, jako instrument, jako oręż. Nie ma ludzi - jest sprawa.
Pierwsza - to plaga nacjonalizmu.
Druga - to plaga rasizmu.
Trzecia - to plaga religijnego fundamentalizmu.
Te trzy plagi mają te samą cechę, wspólny mianownik - jest nim agresywna, wszechwładna, totalna irracjonalność.
Do umysłu porażonego jedną z tych plag nie sposób dostrzec. W takiej głowie pali się święty stos, który tylko czeka na ofiary. Wszelka próba spokojnej rozmowy będzie mijać się z celem. Nie o rozmowę mu chodzi, tylko o deklaracje. Żebyś mu przytaknął, przyznał rację, podpisał akces. Inaczej w jego oczach nie masz znaczenia, nie istniejesz, ponieważ liczysz się tylko jako narzędzie, jako instrument, jako oręż. Nie ma ludzi - jest sprawa.
Ryszard Kapuściński (Imperium, 1993)
13 listopada 2015
osobny zeszyt: przez gabinet luster. . .
Strona 29
W cieniu imperium, z kurami, w gaciach prasłowiańskich,
Naucz się lubić swój wstyd, bo zawsze będzie przy tobie
I nie odstąpi ciebie, choćbyś zmienił kraj r nazwisko.
Twój wstyd niewydarzenia. Miękkiej sercowiny.
Skwapliwej uniżoności. Zmyślnego udania.
Pylnych dróg na równinie. Wyciętych na opał drzew.
W byłe jakim siedzisz domu,aby do wiosny.
Kwiatów nie ma w ogrodzie, bo i tak stratują.
Pierogi jesz leniwe, zupę nic na zimno.
I wiecznie upokorzony, nienawidzisz obcych.
Czesław Miłosz (Osobny zeszyt 1977-1979)
W cieniu imperium, z kurami, w gaciach prasłowiańskich,
Naucz się lubić swój wstyd, bo zawsze będzie przy tobie
I nie odstąpi ciebie, choćbyś zmienił kraj r nazwisko.
Twój wstyd niewydarzenia. Miękkiej sercowiny.
Skwapliwej uniżoności. Zmyślnego udania.
Pylnych dróg na równinie. Wyciętych na opał drzew.
W byłe jakim siedzisz domu,aby do wiosny.
Kwiatów nie ma w ogrodzie, bo i tak stratują.
Pierogi jesz leniwe, zupę nic na zimno.
I wiecznie upokorzony, nienawidzisz obcych.
Czesław Miłosz (Osobny zeszyt 1977-1979)
przedśpiew radości / fragment. . .
[...]
Nowego Boga, starym obyczajem,
Solą przyjęliśmy łez, trupów Chlebem,
Na progu czasów, co były rozstajem
Pomiędzy ziemią i pomiędzy niebem,
A które ręką kary dzisiaj jedna
Z sprawiedliwością tajna moc bezwiedna.
Świat, co się w zniszczeń rozpada obłędzie,
Bóg jak zepsute rozbiera narzędzie,
Jako dom, w którym już mieszkać nie można,
Bo budowała go dłoń nieostrożna
Na bagnie, biorąc nań, miast głazu, próchno,
I nim noc minie, wichry go rozdmuchną.
I myśl tajemna, która w mrokach drzemię,
Gniewem kilofów swych rozsadza ziemię
Na budowlanych ciosów nowe bryły...
Słuchajcie! Miłość jest uśmiechem siły,
Kiedy nienawiść — jej smutkiem, chorobą.
Sępy wyżarły w nas, co jest wątrobą,
I pozostanie nam serce jedynie.
Nie dom budujmy sobie, lecz świątynię,
Gdzie każem świętych tęsknot jasnowidom
Podpierać stropy jako kariatydom.
Oto was wzywam do wielkiej radości!
[...]
Leopold Staff (z tomu Żywiąc się w locie, 1922)
Nowego Boga, starym obyczajem,
Solą przyjęliśmy łez, trupów Chlebem,
Na progu czasów, co były rozstajem
Pomiędzy ziemią i pomiędzy niebem,
A które ręką kary dzisiaj jedna
Z sprawiedliwością tajna moc bezwiedna.
Świat, co się w zniszczeń rozpada obłędzie,
Bóg jak zepsute rozbiera narzędzie,
Jako dom, w którym już mieszkać nie można,
Bo budowała go dłoń nieostrożna
Na bagnie, biorąc nań, miast głazu, próchno,
I nim noc minie, wichry go rozdmuchną.
I myśl tajemna, która w mrokach drzemię,
Gniewem kilofów swych rozsadza ziemię
Na budowlanych ciosów nowe bryły...
Słuchajcie! Miłość jest uśmiechem siły,
Kiedy nienawiść — jej smutkiem, chorobą.
Sępy wyżarły w nas, co jest wątrobą,
I pozostanie nam serce jedynie.
Nie dom budujmy sobie, lecz świątynię,
Gdzie każem świętych tęsknot jasnowidom
Podpierać stropy jako kariatydom.
Oto was wzywam do wielkiej radości!
[...]
Leopold Staff (z tomu Żywiąc się w locie, 1922)
bo mercedes to nie jest marzenie. . .
Jeszcze się komunizmu nie
wyrzekliśmy. Próżne nadzieje. Świat też go się nie wyrzekł.
Człowiek zawsze będzie marzył o Mieście Słońca. Jeszcze
chodził w skórze, jeszcze mieszkał w jaskini, a już pragnął
sprawiedliwości. Niech pani sobie przypomni radzieckie
pieśni i filmy... Jakie tam są marzenia! Jaka wiara... Bo
mercedes to nie jest marzenie...
Swietłana Aleksijewicz (Czasy secondhand. Koniec Czerwonego człowieka, 2009)
jak to jest, gdy człowiek się cieszy. . .
Jednak nic się nie
porusza, wewnątrz, niczym w pozbawionym ptaków lesie, panuje głucha cisza;
mając dwadzieścia osiem lat, coraz usilniej próbuje sobie przypomnieć, jak to
jest, gdy człowiek się cieszy, i z przerażeniem konstatuje, że nie pamięta: bo to
tak samo jak z wyuczoną niegdyś w dzieciństwie obcą mową, którą zdążyło się
już zapomnieć, ale przecież wiadomo, że kiedyś się ją znało.
Stefan Zweig (fragment powieści Dziewczyna z poczty, ca. 1942)
strzępki, tak pocięte, że można skaleczyć nimi palce. . .
I by wreszcie
odpocząć, mieć dużo, dużo czasu, a nie, jak zawsze, tylko jego porwane
strzępki, tak pocięte, że można skaleczyć nimi palce? Uniknąć choć raz tego
codziennego przymusu, budzika, łajdaka, który niszczy sen i ciągle popędza,
każe wstawać, ubierać się, napalić w piecu, biec po mleko, po chleb, dorzucić
do ognia, podstemplować, napisać, zatelefonować, a potem – po powrocie do
domu – rzucić się natychmiast do prasowania, do kuchni, prać, gotować,
cerować, zadbać o czystość i śmiertelnie umęczonej zapaść nareszcie w sen.
Stefan Zweig (fragment powieści Dziewczyna z poczty, ca. 1942)
najpierw urząd, a dopiero potem człowiek. . .
Regulamin z całą surowością zabrania urzędnikom opuszczania na dłużej
służbowego pomieszczenia, prywatne sprawy, nawet te największej wagi,
muszą się w godzinach pracy podporządkować naczelnej zasadzie: najpierw
urząd, a dopiero potem człowiek, najpierw litera, a dopiero potem sens.
Stefan Zweig (fragment powieści Dziewczyna z poczty, ca. 1942)
mizernie opłacaną ... posadę na poczcie. . .
Przeto całe szczęście, że
szwagier, radca dworu, w tym całym zamęcie po przewrocie wyłowił w samą
porę, wprawdzie mizernie opłacaną i na głuchej wsi, posadę na poczcie dla
Christine. Bądź co bądź, zawsze to bezpieczniej, gdy ma się nad głową kawałek
dachu i jest gdzie odsapnąć, choć ciasny stryszek ledwie starcza do życia, raczej
tylko przygotowuje do jeszcze węższej trumny.
Stefan Zweig (fragment powieści Dziewczyna z poczty, ca. 1942)
urzędy pocztowe w austrii. . .
Wiejskie urzędy pocztowe w Austrii niewiele się różnią od siebie: kto widział
jeden, ten zna wszystkie. Urządzone, albo raczej zunifikowane w tym samym
czasie za Franciszka Józefa i z tego samego funduszu jednakowo nędznie
wyposażone, wszędzie wywołują to samo ponure poczucie niechęci do
państwowej instytucji i od stóp lodowca po najbardziej odległe tyrolskie wioski
uparcie zachowują ową znamienną woń więziennej wilgoci, kurzu oraz
stęchłych akt – dawny zapach austriackiego urzędu.
Stefan Zweig (fragment powieści Dziewczyna z poczty, ca. 1942)
słowa, które dają moc, i inne, które sprawiają jeszcze większe opuszczenie. . .
Odprowadzono pojmanych, jedno milczące i przygnębione, drugie w łzach,
kopiące i krzyczące niby zwierzę prowadzone na ubój. Ale ani Bernard, ani łucznicy,
ani ja sam nie pojmowaliśmy, co mówiła w swoim języku wieśniaczym. Choć więc
mówiła, była jak niema. Są słowa, które dają moc, i inne, które sprawiają jeszcze
większe opuszczenie, a takie są właśnie słowa pospolitego języka prostaczków,
albowiem Pan nie dał im biegłości w wysławianiu się w powszechnym języku wiedzy i
władzy.
Umberto Eco (fragment powieści Imię Róży, 1980)
dzieci tych czasów ... będą nękane na targu kupna i sprzedaży. . .
— I właśnie to będzie moment, kiedy — grzmiał Jorge — Antychryst dokona
swojej bluźnierczej paruzji, małpa, która chce być Panem Naszym. W tych czasach
(a właśnie są teraz) obalone będą wszystkie królestwa, zapanuje niedostatek, nędza
i brak środków do życia, a zimy będą niezwykle mroźne. Dzieci tych czasów (a właśnie
są teraz) nie będą miały nikogo, by zarządzał ich dobrami i przechował w spiżarniach
pożywienie, i będą nękane na targu kupna i sprzedaży. Błogosławieni, którzy już nie
będą żyli albo, żyjąc, zdołają przeżyć! Przyjdzie wówczas syn zguby, przeciwnik, który
pyszni się i nadyma, ukazując liczne cnoty, by wciągnąć w pułapkę całą ziemię i wziąć
górę nad sprawiedliwymi.
Umberto Eco (fragment powieści Imię Róży, 1980)
lewica nosicielką mroków. . .
Ze wszystkich stron pojawi się wówczas obrzydliwość i strapienie.
Antychryst weźmie szturmem zachód i zniszczy drogi handlowe, będzie miał w
dłoniach miecz i płonący ogień, a w szaleństwie gwałtu będzie palił płomieniem; jego
siłą będzie bluźnierstwo, oszustwo jego dłonią, prawica ruiną, lewica nosicielką
mroków.
Umberto Eco (fragment powieści Imię Róży, 1980)
10 listopada 2015
woli się raczej coś trwałego, co zwalnia od dalszego myślenia. . .
Istnieje przecież prawda - myślimy tak, jakby to było samo przez się zrozumiałe. O rzeczach i zdarzeniach, rzeczywistościach słyszymy i wypowiadamy prawdy, które są dla nas oczywiste. Ufamy nawet, że prawda zwycięży w świecie.
Ale zdumiewa nas to, że o wiarygodnej obecności prawdy świadczy tak niewiele. Na przykład obiegowe opinie są zwykle wyrazem potrzeby oparcia: woli się raczej coś trwałego, co zwalnia od dalszego myślenia, niż ryzyko i trud bezustannego wnikania. To, co się mówi, jest ponadto zwykle nieprecyzyjne i mimo swej pozornej jasności stanowi przede wszystkim wyraz skrywanych interesów życiowych. W życiu publicznym ludzie w tak niewielkim stopniu mogą polegać na tym, co prawdziwe, że adwokat staje się niezbędny, by prawda zwyciężyła. Pretensja do prawdy staje się orężem nieprawdy. O zwycięstwie prawdy zdają się rozstrzygać szczęśliwe zbiegi okoliczności, a nie prawdziwość jako taka. W końcu zaś wszystko musi ulec nieprzewidzianemu.
Wszystkie te przykłady braku prawdy w psychologicznych i społecznych zjawiskach nie muszą podważać prawdziwości jako takiej, jeśli istnieje ona w sobie i daje się oddzielić od swego urzeczywistnienia. Jednak także istnienie prawdziwości w sobie może stać się wątpliwe. Doświadczenie niemożliwości zgody co do prawdy — mimo bezkompromisowej woli jasności i otwartej gotowości — właśnie tam, gdzie treść owej prawdy jest dla nas tak istotna, że wszystko zdaje się od niej zależeć, bo stanowi ona podstawę naszej wiary, może być powodem zwątpienia w prawdziwość w potocznym sensie jako coś istniejącego. Można by zatem sądzić, że prawda, o którą chodzi, ze swej natury nie daje się ująć w jednoznacznych wypowiedziach, na które zgodzie by się mogli wszyscy.
Ale zdumiewa nas to, że o wiarygodnej obecności prawdy świadczy tak niewiele. Na przykład obiegowe opinie są zwykle wyrazem potrzeby oparcia: woli się raczej coś trwałego, co zwalnia od dalszego myślenia, niż ryzyko i trud bezustannego wnikania. To, co się mówi, jest ponadto zwykle nieprecyzyjne i mimo swej pozornej jasności stanowi przede wszystkim wyraz skrywanych interesów życiowych. W życiu publicznym ludzie w tak niewielkim stopniu mogą polegać na tym, co prawdziwe, że adwokat staje się niezbędny, by prawda zwyciężyła. Pretensja do prawdy staje się orężem nieprawdy. O zwycięstwie prawdy zdają się rozstrzygać szczęśliwe zbiegi okoliczności, a nie prawdziwość jako taka. W końcu zaś wszystko musi ulec nieprzewidzianemu.
Wszystkie te przykłady braku prawdy w psychologicznych i społecznych zjawiskach nie muszą podważać prawdziwości jako takiej, jeśli istnieje ona w sobie i daje się oddzielić od swego urzeczywistnienia. Jednak także istnienie prawdziwości w sobie może stać się wątpliwe. Doświadczenie niemożliwości zgody co do prawdy — mimo bezkompromisowej woli jasności i otwartej gotowości — właśnie tam, gdzie treść owej prawdy jest dla nas tak istotna, że wszystko zdaje się od niej zależeć, bo stanowi ona podstawę naszej wiary, może być powodem zwątpienia w prawdziwość w potocznym sensie jako coś istniejącego. Można by zatem sądzić, że prawda, o którą chodzi, ze swej natury nie daje się ująć w jednoznacznych wypowiedziach, na które zgodzie by się mogli wszyscy.
Karl Jaspers (Filozofia egzystencji)
08 listopada 2015
cóż dzisiaj. . .
Była niegdyś od morza do morza
dziś być musi od dłoni do dłoni.
Tadeusz Peiper, Powojenne wezwanie
Dzisiaj, cóż dzisiaj. Dziś być musi od teraz do zawsze.
Dziś być musi od ciała do koszuli, na grubość
pliku świeżych ulotek. Od Odry do Bugu,
z przesiadką we Frankfurcie nad Menem i dożywotnim postojem w Cleveland.
Od judasza do bliny, cztery kroki. Od zamknięcia do otwarcia oczu,
siedem godzin, od otwarcia do zamknięcia oczu, siedemdziesiąt
lat. Dziś musi być czytana od środka, od deski rzuconej
na dno ziemi do deski przywalonej grudami chmur. Dziś
wystarczy, że jest od początku do szczętu,
od niechcenia do szpiku kości, nieuchwytna,
nieobjęta, dotykalna, dotkliwa,
dziś być musi od nigdy do teraz.
Stanisław Barańczak (z tomu Atlantyda
/ Przywracanie porządku, 1985)
dziś być musi od dłoni do dłoni.
Tadeusz Peiper, Powojenne wezwanie
Dzisiaj, cóż dzisiaj. Dziś być musi od teraz do zawsze.
Dziś być musi od ciała do koszuli, na grubość
pliku świeżych ulotek. Od Odry do Bugu,
z przesiadką we Frankfurcie nad Menem i dożywotnim postojem w Cleveland.
Od judasza do bliny, cztery kroki. Od zamknięcia do otwarcia oczu,
siedem godzin, od otwarcia do zamknięcia oczu, siedemdziesiąt
lat. Dziś musi być czytana od środka, od deski rzuconej
na dno ziemi do deski przywalonej grudami chmur. Dziś
wystarczy, że jest od początku do szczętu,
od niechcenia do szpiku kości, nieuchwytna,
nieobjęta, dotykalna, dotkliwa,
dziś być musi od nigdy do teraz.
Stanisław Barańczak (z tomu Atlantyda
/ Przywracanie porządku, 1985)
03 listopada 2015
nazajutrz. . .
Nazajutrz po kolejnym
zbiorowym samobójstwie zawsze tak samo
idzie się rano po gazety,
zawsze tak samo bieli się świeżo
spadły śnieg albo wschodzi
czyściutkie słońce letniego poranka, zawsze
tak samo dzwonią butelki z mlekiem i
pachną rogaliki, zawsze tak
samo mała dziewczynka z tornistrem
biegnie do szkoły i potyka się, i pada,
i tłucze kolano, i jest dużo płaczu, i w tym płaczu
jest zawsze
tak wiele życia
11 II 76
Stanisław Barańczak
(z tomu Ja wiem, że to niesłuszne /
Określona epoka, 1976)
zbiorowym samobójstwie zawsze tak samo
idzie się rano po gazety,
zawsze tak samo bieli się świeżo
spadły śnieg albo wschodzi
czyściutkie słońce letniego poranka, zawsze
tak samo dzwonią butelki z mlekiem i
pachną rogaliki, zawsze tak
samo mała dziewczynka z tornistrem
biegnie do szkoły i potyka się, i pada,
i tłucze kolano, i jest dużo płaczu, i w tym płaczu
jest zawsze
tak wiele życia
11 II 76
Stanisław Barańczak
(z tomu Ja wiem, że to niesłuszne /
Określona epoka, 1976)
spójrzmy prawdzie w oczy. . .
Spójrzmy prawdzie w oczy: w nieobecne
oczy potrąconego przypadkowo
przechodnia z podniesionym kołnierzem; w stężałe
oczy wzniesione ku tablicy z odjazdami
dalekobieżnych pociągów; w krótkowzroczne
oczy wpatrzone z bliska w gazetowy petit;
w oczy pośpiesznie obmywane rankiem
z nieposłusznego snu, pośpiesznie ocierane
za dnia z łez nieposłusznych, pośpiesznie
zakrywane monetami, bo śmierć także jest
nieposłuszna, zbyt śpiesznie gna w ślepy zaułek
oczodołów; więc dajmy z siebie wszystko
na własność tym spojrzeniom, stańmy na wysokości
oczu, jak napis kredą na murze, odważmy się spojrzeć
prawdzie w te szare oczy, których z nas nie spuszcza,
które są wszędzie, wbite w chodnik pod stopami,
wlepione w afisz i utkwione w chmurach;
a choćby się pod nami nigdy nie ugięły
nogi, to jedno będzie nas umiało rzucić
na kolana.
oczy potrąconego przypadkowo
przechodnia z podniesionym kołnierzem; w stężałe
oczy wzniesione ku tablicy z odjazdami
dalekobieżnych pociągów; w krótkowzroczne
oczy wpatrzone z bliska w gazetowy petit;
w oczy pośpiesznie obmywane rankiem
z nieposłusznego snu, pośpiesznie ocierane
za dnia z łez nieposłusznych, pośpiesznie
zakrywane monetami, bo śmierć także jest
nieposłuszna, zbyt śpiesznie gna w ślepy zaułek
oczodołów; więc dajmy z siebie wszystko
na własność tym spojrzeniom, stańmy na wysokości
oczu, jak napis kredą na murze, odważmy się spojrzeć
prawdzie w te szare oczy, których z nas nie spuszcza,
które są wszędzie, wbite w chodnik pod stopami,
wlepione w afisz i utkwione w chmurach;
a choćby się pod nami nigdy nie ugięły
nogi, to jedno będzie nas umiało rzucić
na kolana.
Stanisław Barańczak
(z tomu Jednym tchem / Właściwe wnioski, 1970)
280 / czułam - przez mózg przechodził pogrzeb -. . .
Czułam — przez Mózg przechodził Pogrzeb —
Minuta po minucie
Kondukt szedł — szedł — i deptał we mnie
Butami zdolności czucia —
gdy wszyscy Żałobnicy siedli —
monotonne egzekwie
załomotały bębnem — Umysł
zaczął mi w końcu drętwieć —
słyszałam - jak podnoszą Skrzynie —
skrzypią ich Ołowiane Buty —
Tu rozdzwoniła się Przestrzeń,
jakby Niebiosa były Dzwonem —
Uchem — całe Istnienie —
a ja i Cisza — porzuconym
w klęsce — samotnym Plemieniem —
a wtedy — Deska w dnie Rozumu
trzasnęła — zaczęłam spadać —
tłukąc się o krawędzie Światów —
aż je przestałam poznawać —
Emily Dickinson (przeł. Stanisław Barańczak)
Minuta po minucie
Kondukt szedł — szedł — i deptał we mnie
Butami zdolności czucia —
gdy wszyscy Żałobnicy siedli —
monotonne egzekwie
załomotały bębnem — Umysł
zaczął mi w końcu drętwieć —
słyszałam - jak podnoszą Skrzynie —
skrzypią ich Ołowiane Buty —
Tu rozdzwoniła się Przestrzeń,
jakby Niebiosa były Dzwonem —
Uchem — całe Istnienie —
a ja i Cisza — porzuconym
w klęsce — samotnym Plemieniem —
a wtedy — Deska w dnie Rozumu
trzasnęła — zaczęłam spadać —
tłukąc się o krawędzie Światów —
aż je przestałam poznawać —
Emily Dickinson (przeł. Stanisław Barańczak)
02 listopada 2015
elegie duinejskie, VIII. . .
Stworzenie widzi wszystkimi oczami
Przestwór. Jedynie nasze oczy są
jak odwrócone, zastawione gęsto
jak sidła w krąg jego wolnego wyjścia.
O tym, co jest na zewnątrz, wiemy tylko
z twarzy zwierzęcia; gdyż już małe dziecko
zmuszamy, by widziało odwróconym wzrokiem
świat form, nie Przestwór, co tak jest głęboki
w oczach zwierzęcia. I wolny od śmierci.
Widzimy tylko ją; swobodne zwierzę
ma zawsze poza sobą własny zgon,
przed sobą Boga, a gdy idzie, idzie
w całej wieczności, tak jak źródła idą.
Nie mamy nigdy, choćby przez dzień jeden,
przed sobą czystej przestrzeni, gdzie kwiaty
kwitną niezmiennie. To zawsze jest świat,
a nigdy Nigdzie bez nie: niestrzeżona
przejrzystość, którą wydycha się i wie,
wie nieskończenie i nie pragnie. Dziecko
zatraca się w igraniu, lecz budzimy
je potrząśnięciem. Lub umierający
staje się tym. Bo nikt w pobliżu śmierci
nie widzi śmierci; patrzy w osłupieniu
jak gdyby wielkim spojrzeniem zwierzęcia.
Gdyby nie zasłaniali sobie światła
kochankowie, staliby blisko tego, zdumieni...
Każdemu z nich jak gdyby z przeoczenia
otwarto przestrzeń za drugim... Lecz siebie
już nie przekroczą, znów każde jest światem.
Zawsze zwróceni ku istnieniu, tylko
odbicie wolnej widzimy przestrzeni,
przyćmione przez nas. Lub że nieme zwierzę
patrząc spokojnie na wskroś nas przeziera.
To zwie się losem: być w obliczu, wobec,
i nic prócz tego, zawsze tylko wobec.
Gdyby świadomość równa naszej była
w zwierzęciu, pewnym siebie, które zmierza
ku nam, nie ku nam idąc, zwróciłoby nas
w swoim kierunku. Ale jego byt
jest dlań nie do objęcia, nieskończony, ślepy
na własny stan, tak czysty jak jego widzenie.
I gdzie my przyszłość widzimy, tam widzi
wszystko, we wszystkim siebie, zawsze zdrowe.
A jednak w czujnym i ciepłym zwierzęciu
jest ciężar, troska wielkiej melancholii.
Bo też mu ciąży zawsze to, co nas
niekiedy obezwładnia - przypomnienie,
jakby już raz to, ku czemu dążymy,
bliżej zdarzyło się, wierniej i w związku
najtkliwszym. Tu jest wszystko oddaleniem,
a tam było oddechem. Po pierwszej ojczyźnie
druga dlań jest dwuznaczna i niepewna.
O, błogie szczęście małego stworzonka,
co trwa niezmiennie w macierzystym łonie;
o, szczęście muchy, co wciąż jeszcze lata
we wnętrzu, nawet w czas godów: gdyż wszystkim
jest łono. Spójrz, niepewna pewność ptaka,
co niemal zna podwójność swej genezy,
jakby był duszą Etruska, zmarłego,
którego proch przyjęła głąb grobowca,
ale z postacią leżącą na wieku.
I jak jest trwożne to, co latać musi,
rzuciwszy łono. I jak przerażone
sobą przeszywa powietrze, pęknięciem
na filiżance. Tak ślad nietoperza
przecina rysą porcelanę zmierzchu.
A my: widzowie, zawsze, wszędzie i ku wszystkim
rzeczom skłonieni i zawsze bez wyjścia!
Przepełnia nas. Porządkujemy. Lecz się rozpada.
Scalamy znów. I rozpadamy się sami.
Któż to nas tak odwrócił, że cokolwiek
byśmy czynili, jesteśmy w postawie
odchodzącego, kiedy na ostatnim wzgórzu,
co mu raz jeszcze całą ukaże dolinę
rodzinną, staje, ogląda się, zwleka -
tak my żyjemy żegnając się wiecznie.
Rainer Maria Rilke
Przestwór. Jedynie nasze oczy są
jak odwrócone, zastawione gęsto
jak sidła w krąg jego wolnego wyjścia.
O tym, co jest na zewnątrz, wiemy tylko
z twarzy zwierzęcia; gdyż już małe dziecko
zmuszamy, by widziało odwróconym wzrokiem
świat form, nie Przestwór, co tak jest głęboki
w oczach zwierzęcia. I wolny od śmierci.
Widzimy tylko ją; swobodne zwierzę
ma zawsze poza sobą własny zgon,
przed sobą Boga, a gdy idzie, idzie
w całej wieczności, tak jak źródła idą.
Nie mamy nigdy, choćby przez dzień jeden,
przed sobą czystej przestrzeni, gdzie kwiaty
kwitną niezmiennie. To zawsze jest świat,
a nigdy Nigdzie bez nie: niestrzeżona
przejrzystość, którą wydycha się i wie,
wie nieskończenie i nie pragnie. Dziecko
zatraca się w igraniu, lecz budzimy
je potrząśnięciem. Lub umierający
staje się tym. Bo nikt w pobliżu śmierci
nie widzi śmierci; patrzy w osłupieniu
jak gdyby wielkim spojrzeniem zwierzęcia.
Gdyby nie zasłaniali sobie światła
kochankowie, staliby blisko tego, zdumieni...
Każdemu z nich jak gdyby z przeoczenia
otwarto przestrzeń za drugim... Lecz siebie
już nie przekroczą, znów każde jest światem.
Zawsze zwróceni ku istnieniu, tylko
odbicie wolnej widzimy przestrzeni,
przyćmione przez nas. Lub że nieme zwierzę
patrząc spokojnie na wskroś nas przeziera.
To zwie się losem: być w obliczu, wobec,
i nic prócz tego, zawsze tylko wobec.
Gdyby świadomość równa naszej była
w zwierzęciu, pewnym siebie, które zmierza
ku nam, nie ku nam idąc, zwróciłoby nas
w swoim kierunku. Ale jego byt
jest dlań nie do objęcia, nieskończony, ślepy
na własny stan, tak czysty jak jego widzenie.
I gdzie my przyszłość widzimy, tam widzi
wszystko, we wszystkim siebie, zawsze zdrowe.
A jednak w czujnym i ciepłym zwierzęciu
jest ciężar, troska wielkiej melancholii.
Bo też mu ciąży zawsze to, co nas
niekiedy obezwładnia - przypomnienie,
jakby już raz to, ku czemu dążymy,
bliżej zdarzyło się, wierniej i w związku
najtkliwszym. Tu jest wszystko oddaleniem,
a tam było oddechem. Po pierwszej ojczyźnie
druga dlań jest dwuznaczna i niepewna.
O, błogie szczęście małego stworzonka,
co trwa niezmiennie w macierzystym łonie;
o, szczęście muchy, co wciąż jeszcze lata
we wnętrzu, nawet w czas godów: gdyż wszystkim
jest łono. Spójrz, niepewna pewność ptaka,
co niemal zna podwójność swej genezy,
jakby był duszą Etruska, zmarłego,
którego proch przyjęła głąb grobowca,
ale z postacią leżącą na wieku.
I jak jest trwożne to, co latać musi,
rzuciwszy łono. I jak przerażone
sobą przeszywa powietrze, pęknięciem
na filiżance. Tak ślad nietoperza
przecina rysą porcelanę zmierzchu.
A my: widzowie, zawsze, wszędzie i ku wszystkim
rzeczom skłonieni i zawsze bez wyjścia!
Przepełnia nas. Porządkujemy. Lecz się rozpada.
Scalamy znów. I rozpadamy się sami.
Któż to nas tak odwrócił, że cokolwiek
byśmy czynili, jesteśmy w postawie
odchodzącego, kiedy na ostatnim wzgórzu,
co mu raz jeszcze całą ukaże dolinę
rodzinną, staje, ogląda się, zwleka -
tak my żyjemy żegnając się wiecznie.
Rainer Maria Rilke
01 listopada 2015
lekarze mnie stamtąd cofnęli... czy na pewno wiedzą, skąd cofają?. . .
No tak... chciałem... lekarze mnie stamtąd cofnęli... Czy na
pewno wiedzą, skąd cofają? Oczywiście jestem ateistą, ale na
starość już nie tak przekonanym. Człowiek znalazł się sam na
sam z tym... z myślą, że trzeba odejść... nie wiadomo dokąd...
No tak... Inne spojrzenie... taak... Na ziemię... na piach... Nie
mogę spokojnie patrzeć na zwykły piasek. Dawno już jestem
stary. Siedzę z kotem przy oknie.
Swietłana Aleksijewicz (Czasy secondhand. Koniec Czerwonego człowieka, 2009)
mieszkaliśmy w kuchni. . .
Mieszkaliśmy w kuchni... Cały kraj tak mieszkał... Siedzimy u kogoś,
pijemy wino, słuchamy piosenek, rozmawiamy o wierszach.
Otwarta puszka konserw, pokrajany czarny chleb.
Wszyscy czują się dobrze. Mieliśmy własne rytuały: kajaki,
namioty i wędrówki. Piosenki przy ognisku. Były wspólne
znaki, po których rozpoznawaliśmy się
nawzajem. Mieliśmy własną modę, własne kawały.
Swietłana Aleksijewicz (Czasy secondhand. Koniec Czerwonego człowieka, 2009)
poeta powinien być. . .
Pisał wiersze. A poeta powinien być przemarznięty
i samotny.
Swietłana Aleksijewicz (Czasy secondhand. Koniec Czerwonego człowieka, 2009)
psi cmentarz. . .
Słyszał o takich miejscach
celebrowanego pochówku psów
kotów koni chomików i innych zwierząt
członków ludzkich rodzin.
Nie powinien więc być
zdziwiony
czy zszokowany raczej
a jednak
kiedy stanął wśród przedziwnych mogił
serce zabiło mu mocniej.
Nie spodziewał się bowiem
natrafić
w tak pięknym miejscu
zielonym
tętniącym życiem przyrody
na psów nieziemską sypialnię.
Szedł między maleńkimi
grobami
różnie oznaczonymi
zwykłymi polnymi kamieniami
skromnymi tabliczkami
próżnym przepychem krzyczącymi
płytami z marmuru
a na nich czytał imiona i słowa
ostatnie
najwierniejszemu przyjacielowi
dziękujemy że byłeś z nami
żegnaj najukochańszy
pozostaniesz
na zawsze w naszych sercach.
Przy niektórych
paliły się nawet znicze i świece
i były też zdjęcia
a na nich
urokliwe psie pyski i te oczy
te oczy przenikliwe
tak wiernie patrzące jeszcze
teraz
po ich śmierci.
Ryszard Mierzejewski
celebrowanego pochówku psów
kotów koni chomików i innych zwierząt
członków ludzkich rodzin.
Nie powinien więc być
zdziwiony
czy zszokowany raczej
a jednak
kiedy stanął wśród przedziwnych mogił
serce zabiło mu mocniej.
Nie spodziewał się bowiem
natrafić
w tak pięknym miejscu
zielonym
tętniącym życiem przyrody
na psów nieziemską sypialnię.
Szedł między maleńkimi
grobami
różnie oznaczonymi
zwykłymi polnymi kamieniami
skromnymi tabliczkami
próżnym przepychem krzyczącymi
płytami z marmuru
a na nich czytał imiona i słowa
ostatnie
najwierniejszemu przyjacielowi
dziękujemy że byłeś z nami
żegnaj najukochańszy
pozostaniesz
na zawsze w naszych sercach.
Przy niektórych
paliły się nawet znicze i świece
i były też zdjęcia
a na nich
urokliwe psie pyski i te oczy
te oczy przenikliwe
tak wiernie patrzące jeszcze
teraz
po ich śmierci.
Ryszard Mierzejewski
Subskrybuj:
Posty (Atom)