O tej samej samej
porze hale Luwru
są puste
O tej samej porze
wielkie hale
krwawią w świetle elektrycznym
górą mięsa
monstrualny kadawer
poruszył się
w otwartym brzuchu
w zgiełku
grzebie kolec światła
i otworem w twarzy parują
wnętrzności
O tej samej porze
miedzy obrazami
nie ma oczu
nikt nie przeżywa
nie odbiera piękna
tylko Gioconda
uśmiecha się
tajemniczo i pracowicie
1958-1961
Tadeusz Różewicz (z tomu Nic w płaszczu Prospera, 1963)
14 marca 2013
kiedy ból zębów objawia się. . .
Kiedy śpimy
i kiedy ból zębów objawia się nam na przykład jako
młoda dziewczyna, którą silimy się dwieście razy z rzędu
wyciągnąć z wody, lub jako wiersz z Moliera powtarzany
bez przerwy, wielką ulgą jest obudzić się, iżby
nasza inteligencja mogła oswobodzić ideę bólu zębów
z wszelkiego heroicznego lub rytmicznego przebrania.
Marcel Proust
(fragment powieści W poszukiwaniu straconego czasu.
Tom 1: W stronę Swanna, 1913)
pozór fizyczny widzianej osoby. . .
Nawet akt tak prosty, który zwiemy
„widzieć znajomą osobę", jest po części aktem
intelektualnym. Pozór fizyczny widzianej osoby wypełniamy
wszystkimi pojęciami, które mamy o niej;
a w ogólnym kształcie, jaki sobie tworzymy, pojęcia
te mają z pewnością największy udział. W końcu wydymają
tak dokładnie policzki, tak ściśle pokrywają
się z linią nosa, tak skutecznie barwią dźwięk głosu,
jak gdyby ów głos był jedynie przezroczystą powłoką,
iż za każdym razem kiedy widzimy tę twarz i słyszymy
ten głos, odnajdujemy te właśnie pojęcia, słyszymy
je.
Marcel Proust
(fragment powieści W poszukiwaniu straconego czasu.
Tom 1: W stronę Swanna, 1913)
czoło jej lepiej nasiąkło zbawiennym wiatrem i deszczem. . .
Po obiedzie, niestety, trzeba mi było niebawem opuścić
mamę, która zostawała, aby rozmawiać z innymi
w ogrodzie, jeżeli było ładnie, lub w saloniku, gdzie
wszyscy się skupiali, o ile był deszcz. Wszyscy, z wyjątkiem
babki, która uważała, że „to litość bierze, żeby
siedzieć w zamknięciu na wsi", i w dnie nazbyt
wielkiej słoty miała nieustanne zatargi z ojcem, ponieważ
ojciec wysyłał mnie, abym szedł czytać do
pokoju zamiast zostawać na dworze. „To nie jest sposób,
aby dziecko wyrosło silne i energiczne — mówiła
smutno — zwłaszcza ten mały, który tak potrzebuje
sił i woli." Ojciec wzruszał ramionami i spoglądał
na barometr, bo lubił meteorologię, gdy matka, starając
się nie robić hałasu, aby mu nie przeszkadzać,
patrzała nań z tkliwym szacunkiem, ale niezbyt usilnie,
aby się nie starać przeniknąć tajemnicy jego wyższości.
Ale co się tyczy babki, w każdą pogodę, nawet
kiedy lało jak z cebra i kiedy Franciszka spiesznie
wnosiła szacowne fotele trzcinowe, z obawy aby nie
zmokły, widziało się ją w pustym i smaganym ulewą
ogrodzie, jak odgarnia rozrzucone siwe kosmyki, iżby
czoło jej lepiej nasiąkło zbawiennym wiatrem i deszczem.
Powiadała: „Nareszcie się oddycha!", i przebiegała
ociekające wodą aleje, zbyt symetrycznie, jak na
jej gust, wytyczone przez nowego (a pozbawionego
poczucia przyrody) ogrodnika, którego ojciec pytał od
rana, czy się wypogodzi. Szła swoim drobnym krokiem,
entuzjastycznym i nerwowym, zależnym od różnych
podniet, jakie rodziły w jej duszy upojenie burzą,
potęga higieny, niedorzeczność mojego wychowania
oraz symetria ogrodu, raczej niż nie znana jej
troska, aby fioletowej spódnicy oszczędzić plam błota,
pokrywających ją do wysokości, która zawsze była
dla pokojówki w równym stopniu rozpaczą jak zagadką.
Marcel Proust
(fragment powieści W poszukiwaniu straconego czasu.
Tom 1: W stronę Swanna, 1913)
dziwaczne i bezlitosne lustro o czworograniastych nogach, zagradzając ukośnie jeden kąt pokoju, żłobiło sobie nieprzewidziane miejsce w błogiej pełni mego zwykłego pola widzenia. . .
Te zjawiska, wirujące i mętne, nie trwały nigdy
dłużej niż kilka sekund. Często moja krótka niepewność
miejsca, w którym się znajdowałem, nie rozróżniała
rozmaitych przypuszczeń, z których się składała,
tak samo jak widząc pędzącego konia nie oddzielamy
kolejnych pozycji, które pokazuje kinetoskop. Oglądałem
to jeden, to drugi pokój z tych, w których
mieszkałem w życiu, i w końcu przypominałem je sobie
wszystkie w długich marzeniach, które następowały
po przebudzeniu. Pokoje zimowe, gdzie leżąc w łóżku
wtula się głowę w gniazdko uwite z najrozmaitszych
rzeczy: z rogu poduszki, z kapy, z kawałka szala
i z numeru „Débats roses", przy czym spaja się wszystko
razem, techniką ptaków, ugniatając to sobą bez końca;
gdzie w mroźny czas miło jest czuć się bezpiecznym
niby jaskółka morska w swoim ciepłym gniazdku
pod ziemią i gdzie opodal ognia płonącego całą noc
w kominku śpi się w płaszczu ciepłego i dymnego powietrza,
przeszywanego blaskami rozpalających się kolejno
polan, niby w bezściennej alkowie, w gorącej
jaskini wyżłobionej w łonie samego pokoju, w upalnej
i ruchomej w swych kręgach cieplnych strefie, wietrzonej
podmuchami, które nam chłodzą twarz, a płyną
z kątów, z okolic okna lub z miejsc oddalonych
od ognia i już ochłodzonych; pokoje letnie, gdzie miło
jest czuć się zespolonym z ciepłą nocą, gdzie blask
księżyca, wsparty na uchylonych okiennicach, rzuca aż
do stóp łóżka swoją zaczarowaną drabinę; gdzie śpi
się prawie na wolnym powietrzu, niby sikora kołysana
wiatrem na czubku promienia; czasami pokój Louis
XVI, tak wesoły, że nawet pierwszego wieczora nie
czułem się w nim zbyt nieszczęśliwy; gdzie kolumienki
lekko podtrzymujące sufit rozchylały się z takim
wdziękiem, aby wskazywać i chronić miejsce łóżka;
czasami, przeciwnie, ów pokój mały, a tak wysoki,
wznoszący się stożkowato na wysokość dwóch pięter
i częściowo wyłożony mahoniem, gdzie od pierwszej
sekundy czułem się moralnie zatruty nieznanym zapachem
bagna przeciw molom, przekonany o wrogości
fioletowych firanek i o bezczelnej obojętności zegara
skrzeczącego głośno, tak jakby mnie tam nie było;
gdzie dziwaczne i bezlitosne lustro o czworograniastych
nogach, zagradzając ukośnie jeden kąt pokoju, żłobiło
sobie nieprzewidziane miejsce w błogiej pełni mego
zwykłego pola widzenia; gdzie myśl, siląc się przez
godziny całe zmienić miejsce, naciągnąć się wzwyż,
aby przybrać ściśle kształt pokoju i wypełnić go wreszcie
aż do szczytu olbrzymiego leja, wycierpiała tam
wiele ciężkich nocy, gdy leżałem wyciągnięty w łóżku,
z podniesionymi oczami, z czujnym uchem, z opornymi
nozdrzami, z bijącym sercem, dopóki wreszcie
przyzwyczajenie nie zmieniło koloru firanek, nie kazało
zmilczeć zegarowi, nie nauczyło litości skośnego
i okrutnego lustra, nie stłumiło, o ile nie wygnało zupełnie,
zapachu bagna i nie zmniejszyło znacznie pozornej
wysokości sufitu. Przyzwyczajenie! — robotnica
zręczna, ale bardzo powolna, która zrazu pozwala naszemu
duchowi cierpieć całe tygodnie w tymczasowej
siedzibie, ale którą mimo wszystko winniśmy błogosławić,
bo bez przyzwyczajenia, zdany na własne środki,
duch nasz nie byłby zdolny uczynić nam żadnego
mieszkania mieszkalnym.
Marcel Proust
(fragment powieści W poszukiwaniu straconego czasu.
Tom 1: W stronę Swanna, 1913)
szanował je jako chłopiec, zlekceważył jako mężczyzna. . .
Wszedł do kościółka. Nabożeństwo popołudniowe już się skończyło, pobożni wyszli,
ale kościół był jeszcze otwarty. Kroki jego dźwięczały głucho pod niskim sklepieniem. Cisza
i spokój świątyni przerażały go prawie. Nic się nie zmieniło... Kościółek tylko wydał
mu się mniejszy niż dawniej. Ale stare nagrobki, na które nieraz jako dziecko patrzył z zachwytem,
były na dawnym miejscu... mały pulpit z wygniecioną poduszką... Stół Ofiarny,
przed którym tyle razy powtarzał przykazania: szanował je jako chłopiec, zlekceważył jako
mężczyzna... Zbliżył się do starej ławki. Wydała mu się zimna i opuszczona. Usunięto poduszki,
zabrano Biblię... może matka zajmowała inną, uboższą ławkę, a może jest tak
schorowana, że nie może chodzić na nabożeństwa. Nie miał odwagi myśleć o tym, czego
się obawiał. Poczuł nagły chłód, zadrżał, wyszedł.
Charles Dickens (fragment powieści Klub Pickwicka, 1837)
bym w niej szukał pokoju i zapomnienia. . .
– Ta woda, zimna i spokojna, szmerem swym zdaje się wzywać mię, bym w niej
szukał pokoju i zapomnienia. Jeden skok!... Buch!... Szamotanie przez chwilę... Fala
wznosi się nad głową... odmęt... Woda się wygładza... i koniec wszystkich cierpień!
Charles Dickens (fragment powieści Klub Pickwicka, 1837)
bronią połyskującą od słońca. . .
Na koniec rozległ się w tłumie gwar, zapowiadający, że nadchodziło to, na co tak długo
czekano. Oczy wszystkich zwróciły się ku twierdzy i ujrzano bataliony jedne po drugich
rozwijające się na równinie, z wdzięcznie powiewającymi sztandarami i bronią połyskującą
od słońca. Wojsko zajęło stanowiska. Zwięzłe słowa komendy przebiegły po całej linii;
broń zaprezentowano ze szczękiem; naczelny dowódca, pułkownik Bulder, z licznym sztabem
przejechał galopem przed frontem. Nagle zagrała muzyka wszystkich pułków, konie
stanęły dęba i cofnęły się; psy poczęły szczekać, tłum krzyczeć, wojsku zakomenderowano:
– Baczność! – a jak daleko sięgał wzrok, na prawo i na lewo, widać było tylko długi
szereg czerwonych mundurów i białych spodni, nieruchomych, jakby skamieniałych.
Charles Dickens (fragment powieści Klub Pickwicka, 1837)
12 marca 2013
dotknij mnie. . .
Dotknij mnie - pod palcami poczujesz rzep uschły,
wilgoć wieczoru lub poranka, tętno
kamieniołomu miasta, oddech stepowej pustki,
tych, którzy już nie żyją, lecz których pamiętam.
Dotknij mnie - a poczujesz pod czubkami palców
wszystko to, co istnieje poza mną, beze mnie,
co nie wierzy mnie, mojej twarzy, memu paltu,
wpisując nas w swój bilans zawsze po stronie ujemnej.
Josif Brodski
wilgoć wieczoru lub poranka, tętno
kamieniołomu miasta, oddech stepowej pustki,
tych, którzy już nie żyją, lecz których pamiętam.
Dotknij mnie - a poczujesz pod czubkami palców
wszystko to, co istnieje poza mną, beze mnie,
co nie wierzy mnie, mojej twarzy, memu paltu,
wpisując nas w swój bilans zawsze po stronie ujemnej.
Josif Brodski
czyści. . .
Wolę brzydotę
Jest bliżej krwiobiegu
Słów gdy prześwietlać
Je i udręczać
Ona ukleja najbogatsze formy
Ratuje kopciem
Ściany kostnicowe
W zziębłość posągów
Wkłada zapach mysi
Są bo na świecie ludzie tak wymyci
Że gdy przechodzą
Nawet pies nie warknie
Choć ani święci
Ani są też cisi
Stanisław Grochowiak
Jest bliżej krwiobiegu
Słów gdy prześwietlać
Je i udręczać
Ona ukleja najbogatsze formy
Ratuje kopciem
Ściany kostnicowe
W zziębłość posągów
Wkłada zapach mysi
Są bo na świecie ludzie tak wymyci
Że gdy przechodzą
Nawet pies nie warknie
Choć ani święci
Ani są też cisi
Stanisław Grochowiak
11 marca 2013
widokówka z tego świata. . .
Szkoda, że Cię tu nie ma. Zamieszkałem w punkcie,
z którego mam za darmo rozległe widoki:
gdziekolwiek stanąć na wystygłym gruncie
tej przypłaszczonej kropki, zawsze ponad głową
ta sama mroźna próżnia
milczy swą nałogową
odpowiedź. Klimat znośny, chociaż bywa różnie.
Powietrze lepsze pewnie niż gdzie indziej.
Są urozmaicenia: klucz żurawi, cienie
palm i wieżowców, grzmot, bufiasty obłok.
Ale dosyć już o mnie. Powiedz, co u Ciebie
słychać, co można widzieć,
gdy się jest Tobą.
Szkoda, że Cię tu nie ma. Zawarłem się w chwili
dumnej, że się rozrasta w nowotwór epoki;
choć jak ją nazwą, co będą mówili
o niej ci, co przewyższą nas o grubą warstwę
geologiczną, stojąc
na naszym próchnie, łgarstwie,
niezniszczalnym plastiku, doskonaląc swoją
własną mieszankę śmiecia i rozpaczy -
nie wiem. Jak zgniatacz złomu, sekunda ubija
kolejny stopień, rosnący pod stopą.
Ale dosyć już o mnie. Mów, jak Tobie mija
czas - i czy czas coś znaczy,
gdy się jest Tobą.
Szkoda, że Cię tu nie ma. Zagłębiam się w ciele,
w którym zaszyfrowane są tajne wyroki
śmierci lub dożywocia - co niewiele
różni się jedno z drugim w grząskim gruncie rzeczy,
a jednak ta lektura
wciąga mnie, niedorzeczny
kryminał krwi i grozy, powieść-rzeka, która
swój mętny finał poznać mi pozwoli
dopiero, gdy i tak nie będę w stanie unieść
zamkniętych ciepłą dłonią zimnych powiek.
Ale dosyć już o mnie. Mów, jak Ty się czujesz
z moim bólem - jak boli
Ciebie Twój człowiek.
Stanisław Barańczak
( z tomu Widokówka z tego świata i inne rymy z lat 1986-1988, 1988)
z którego mam za darmo rozległe widoki:
gdziekolwiek stanąć na wystygłym gruncie
tej przypłaszczonej kropki, zawsze ponad głową
ta sama mroźna próżnia
milczy swą nałogową
odpowiedź. Klimat znośny, chociaż bywa różnie.
Powietrze lepsze pewnie niż gdzie indziej.
Są urozmaicenia: klucz żurawi, cienie
palm i wieżowców, grzmot, bufiasty obłok.
Ale dosyć już o mnie. Powiedz, co u Ciebie
słychać, co można widzieć,
gdy się jest Tobą.
Szkoda, że Cię tu nie ma. Zawarłem się w chwili
dumnej, że się rozrasta w nowotwór epoki;
choć jak ją nazwą, co będą mówili
o niej ci, co przewyższą nas o grubą warstwę
geologiczną, stojąc
na naszym próchnie, łgarstwie,
niezniszczalnym plastiku, doskonaląc swoją
własną mieszankę śmiecia i rozpaczy -
nie wiem. Jak zgniatacz złomu, sekunda ubija
kolejny stopień, rosnący pod stopą.
Ale dosyć już o mnie. Mów, jak Tobie mija
czas - i czy czas coś znaczy,
gdy się jest Tobą.
Szkoda, że Cię tu nie ma. Zagłębiam się w ciele,
w którym zaszyfrowane są tajne wyroki
śmierci lub dożywocia - co niewiele
różni się jedno z drugim w grząskim gruncie rzeczy,
a jednak ta lektura
wciąga mnie, niedorzeczny
kryminał krwi i grozy, powieść-rzeka, która
swój mętny finał poznać mi pozwoli
dopiero, gdy i tak nie będę w stanie unieść
zamkniętych ciepłą dłonią zimnych powiek.
Ale dosyć już o mnie. Mów, jak Ty się czujesz
z moim bólem - jak boli
Ciebie Twój człowiek.
Stanisław Barańczak
( z tomu Widokówka z tego świata i inne rymy z lat 1986-1988, 1988)
09 marca 2013
*** nicość. . .
Nicość przenicowała się także i dla mnie.
Naprawdę wywróciła się na drugą stronę.
Gdzież ja się to znalazłam -
od stóp do głowy wśród planet,
nawet nie pamiętając, jak mi było nie być.
O mój tutaj spotkany, tutaj pokochany,
już tylko się domyślam z ręką na twoim ramieniu,
ile po tamtej stronie pustki na nas przypada,
ile tam braku łąki na jeden tu listeczek szczawiu,
a słońce po ciemnościach jak odszkodowanie
w kropli rosy - za jakie głębokie tam susze!
Gwiezdne na chybił trafił! Tutejsze na opak!
Rozpięte na krzywiznach, ciężarach, szorstkościach
i ruchach!
Przerwa w nieskończoności dla bezkresnego nieba!
Ulga po nieprzestrzeni w kształcie chwiejnej brzozy!
Teraz albo nigdy wiatr porusza chmurą,
bo wiatr to właśnie to, co tam nie wieje.
I wkracza żuk na ścieżkę w ciemnym garniturze świadka
na okoliczność długiego na krótkie życie czekania.
A mnie tak się złożyło, że jestem przy tobie.
I doprawdy nie widzę w tym nic
zwyczajnego.
Wisława Szymborska (z tomu Wszelki wypadek, 1972)
Naprawdę wywróciła się na drugą stronę.
Gdzież ja się to znalazłam -
od stóp do głowy wśród planet,
nawet nie pamiętając, jak mi było nie być.
O mój tutaj spotkany, tutaj pokochany,
już tylko się domyślam z ręką na twoim ramieniu,
ile po tamtej stronie pustki na nas przypada,
ile tam braku łąki na jeden tu listeczek szczawiu,
a słońce po ciemnościach jak odszkodowanie
w kropli rosy - za jakie głębokie tam susze!
Gwiezdne na chybił trafił! Tutejsze na opak!
Rozpięte na krzywiznach, ciężarach, szorstkościach
i ruchach!
Przerwa w nieskończoności dla bezkresnego nieba!
Ulga po nieprzestrzeni w kształcie chwiejnej brzozy!
Teraz albo nigdy wiatr porusza chmurą,
bo wiatr to właśnie to, co tam nie wieje.
I wkracza żuk na ścieżkę w ciemnym garniturze świadka
na okoliczność długiego na krótkie życie czekania.
A mnie tak się złożyło, że jestem przy tobie.
I doprawdy nie widzę w tym nic
zwyczajnego.
Wisława Szymborska (z tomu Wszelki wypadek, 1972)
i w owym wrześniu pełnym żalu. . .
(...)
U nas ciekawy jest Witkiewicz.
Umysł drapieżny. Jego książek
Nie czytać – prawie obowiązek.
W ciągu najbliższych stu lat chyba
Nikt w Polsce jego dzieł nie wyda,
Aż ta formacja co go znała,
Stanie się już niezrozumiała,
I jaka była w nim trucizna
Najlepszy spec się już nie wyzna.
Wiersz mój chce chronić od rozpaczy,
Tej właśnie, jaką miał Witkacy,
Kiedy część prawdy widząc trafnie
Sam w swoje własne wpadł zapadnie
I w owym wrześniu pełnym żalu,
Potężną dozą weronalu
Śmierć uznał za rzecz tak zaszczytną,
Że to, co zaczął, skończył brzytwą.
Czesław Miłosz
(fragment Traktatu Moralnego z tomu Światło dzienne, 1953)
U nas ciekawy jest Witkiewicz.
Umysł drapieżny. Jego książek
Nie czytać – prawie obowiązek.
W ciągu najbliższych stu lat chyba
Nikt w Polsce jego dzieł nie wyda,
Aż ta formacja co go znała,
Stanie się już niezrozumiała,
I jaka była w nim trucizna
Najlepszy spec się już nie wyzna.
Wiersz mój chce chronić od rozpaczy,
Tej właśnie, jaką miał Witkacy,
Kiedy część prawdy widząc trafnie
Sam w swoje własne wpadł zapadnie
I w owym wrześniu pełnym żalu,
Potężną dozą weronalu
Śmierć uznał za rzecz tak zaszczytną,
Że to, co zaczął, skończył brzytwą.
Czesław Miłosz
(fragment Traktatu Moralnego z tomu Światło dzienne, 1953)
nieznany list. . .
Ale Jezus schylił się
i pisał palcem na ziemi
potem znowu schylił się
i pisał na piasku
Matko są tak ciemni
i prości że muszę pokazywać
cuda robię takie śmieszne
i niepotrzebne rzeczy
ale ty rozumiesz
i wybaczysz synowi
zamieniam wodę w wino
wskrzeszam umarłych
chodzę po morzu
oni są jak dzieci
trzeba im ciągle
pokazywać coś nowego
wyobraź sobie
Kiedy zbliżyli się do niego
zasłonił i wymazał
litery
na wieki
Tadeusz Różewicz (z tomu Rozmowa z księciem, 1960)
i pisał palcem na ziemi
potem znowu schylił się
i pisał na piasku
Matko są tak ciemni
i prości że muszę pokazywać
cuda robię takie śmieszne
i niepotrzebne rzeczy
ale ty rozumiesz
i wybaczysz synowi
zamieniam wodę w wino
wskrzeszam umarłych
chodzę po morzu
oni są jak dzieci
trzeba im ciągle
pokazywać coś nowego
wyobraź sobie
Kiedy zbliżyli się do niego
zasłonił i wymazał
litery
na wieki
Tadeusz Różewicz (z tomu Rozmowa z księciem, 1960)
ślepa kiszka. . .
Metafizyka skonała
powiedział Witkacy
i odszedł
w nic
optymiści
którzy go przetrwali
biegają z formą
z foremką
do robienia wierszy
z piasku
oni wesołe wyrostki
robaczkowe
ślepej kiszki
Europy
Tadeusz Różewicz
powiedział Witkacy
i odszedł
w nic
optymiści
którzy go przetrwali
biegają z formą
z foremką
do robienia wierszy
z piasku
oni wesołe wyrostki
robaczkowe
ślepej kiszki
Europy
Tadeusz Różewicz
u podnóża skały stojących w słońcu nago jak bogowie albo coś. . .
(...)chciałabym spotkać takiego mężczyznę który Boże nie
tylko ciągle tych innych hołotę poza tym jest młody ci świetni młodzi ludzie których
widziałam na plaży w Margate kąpiących się u podnóża skały stojących w słońcu nago jak
bogowie albo coś a potem skaczący do morza głową w dół dlaczego wszyscy mężczyźni nie
są tacy byłoby trochę pociechy dla kobiety jak ta piękna mała figurka którą kupił mogłabym
na nią patrzeć przez cały dzień kręcone włosy i unosi palec żebyś posłuchała oto prawdziwe
piękno i poezja dla ciebie często czułam że chcę go całego całować i tego jego cudnego
młodego kutasika tam tak po prostu nie miałabym nic przeciw temu żeby go wziąć w usta
gdyby nikt nie patrzył i gdyby poprosił żeby go ssać taki był czysty i biały ze swoją chłopięcą
twarzyczką a zrobiłabym to w 1/2 minuty nawet jeżeli trochę bym połknęła to co tylko jakby
kleik albo rosa nie ma żadnego niebezpieczeństwa poza tym byłby taki czysty w porównaniu
z tymi świniami mężczyznami(...)
James Joyce (fragment powieści Ulisses, 1922)
ballada o drwiącym jezusie. . .
Ja jestem najbardziej cudacznym chłopakiem
Mam matkę Żydówkę, a ojciec jest ptakiem.
Z tym cieślą Józefem, żyć w zgodzie nie mogę,
Więc zdrowie Kalwarii i uczniów i – w drogę.
Jeżeli ktoś w boskość mą wątpi, to sobie
Nie łyknie za darmo, gdy wina narobię,
Lecz będzie pił wodę i modlił się o to
Bym wino oddając, znów zrobił je wodą.
Żegnajcie, żegnajcie. Zapiszcie me słowa.
Powiedzcie tym czterem, że żyję od nowa.
Co boskim jest we mnie, uniesie w dal mnie
Na górze Oliwnej wiatr wieje... Adièu!
(z powieści Jamesa Joycea Ulisses, 1922)
Mam matkę Żydówkę, a ojciec jest ptakiem.
Z tym cieślą Józefem, żyć w zgodzie nie mogę,
Więc zdrowie Kalwarii i uczniów i – w drogę.
Jeżeli ktoś w boskość mą wątpi, to sobie
Nie łyknie za darmo, gdy wina narobię,
Lecz będzie pił wodę i modlił się o to
Bym wino oddając, znów zrobił je wodą.
Żegnajcie, żegnajcie. Zapiszcie me słowa.
Powiedzcie tym czterem, że żyję od nowa.
Co boskim jest we mnie, uniesie w dal mnie
Na górze Oliwnej wiatr wieje... Adièu!
(z powieści Jamesa Joycea Ulisses, 1922)
przedstaw sobie mój smutek. . .
Panie, zgrzeszyło oko moje, więc wyłupiłem je.
Przedstaw sobie mój smutek
kiedy obraza trwała dalej.
Wyłupiłem
drugie; ale obraza trwała dalej.
Teraz, w ciemności, i po omacku,
zgoliłem głowę.
(Obraza trwała dalej.)
Usunąłem ucho,
potem drugie, rozprawiłem się z nosem.
Obraza trwała dalej.
Przedstaw sobie mój smutek.
Dalej, długimi pasmami, skórę -
odjąłem brzytwą język, palce u nóg
i osobiste centrum wstrętu.
Obraza trwała dalej.
Lecz teraz, gdy rzecz nabrała rozpędu
i to tym bardziej, że
obraza trwała dalej.
wkroczyłem w dłuższy okres
lobotomii i wiwisekcji
redukując moje ja
do gruzowiska narządów, usypiska kości
wśród których, gdzieś,
obraza trwała dalej.
Wtedy na kości gaszone wapno, żrący kwas
na zatwardziałe trzewia;
zrównanie powierzchni ziemi,
zaoranie jej
i obsianie jęczmieniem.
Oblanie naftą metryki urodzenia, świadectw
po grypie i poronionych szkołach,
cudacznych pocztówek, czeków
tańczących jak grad,
ocalałych egzemplarzy wierszy, publikowanych
i niepublikowanych; skalpel
do nieobliczalnych przejęzyczeń wyrytych
w umysłach innych;
rozpylacz chemiczny do wiszących w powietrzu
zbłąkanych myśli
i dla tych, co wdychali je.
Stąd, choć to smutne, zgładzenie wielu ludzi
nad biurkami, w łóżkach, przy śniadaniu,
w autobusach i katamaranach;
zniszczenie ich maszyn i architektury,
wszelkiego dowodu
kultury i myśli,
śmiechu i łez.
Destrukcja wszystkiego, czym
karmiła się ta myśl,
ptaków i roślin;
erozja wszystkich skał
od najświętszej góry
do najmniejszego kamienia;
odparowanie wszystkich mórz,
zgaszenie ciał niebieskich -
aż wreszcie w tej ciszy bez granic,
obraza przestała trwać.
Dopiero wtedy nadawałem się do ludzkiej społeczności.
Derek Mahon
Przedstaw sobie mój smutek
kiedy obraza trwała dalej.
Wyłupiłem
drugie; ale obraza trwała dalej.
Teraz, w ciemności, i po omacku,
zgoliłem głowę.
(Obraza trwała dalej.)
Usunąłem ucho,
potem drugie, rozprawiłem się z nosem.
Obraza trwała dalej.
Przedstaw sobie mój smutek.
Dalej, długimi pasmami, skórę -
odjąłem brzytwą język, palce u nóg
i osobiste centrum wstrętu.
Obraza trwała dalej.
Lecz teraz, gdy rzecz nabrała rozpędu
i to tym bardziej, że
obraza trwała dalej.
wkroczyłem w dłuższy okres
lobotomii i wiwisekcji
redukując moje ja
do gruzowiska narządów, usypiska kości
wśród których, gdzieś,
obraza trwała dalej.
Wtedy na kości gaszone wapno, żrący kwas
na zatwardziałe trzewia;
zrównanie powierzchni ziemi,
zaoranie jej
i obsianie jęczmieniem.
Oblanie naftą metryki urodzenia, świadectw
po grypie i poronionych szkołach,
cudacznych pocztówek, czeków
tańczących jak grad,
ocalałych egzemplarzy wierszy, publikowanych
i niepublikowanych; skalpel
do nieobliczalnych przejęzyczeń wyrytych
w umysłach innych;
rozpylacz chemiczny do wiszących w powietrzu
zbłąkanych myśli
i dla tych, co wdychali je.
Stąd, choć to smutne, zgładzenie wielu ludzi
nad biurkami, w łóżkach, przy śniadaniu,
w autobusach i katamaranach;
zniszczenie ich maszyn i architektury,
wszelkiego dowodu
kultury i myśli,
śmiechu i łez.
Destrukcja wszystkiego, czym
karmiła się ta myśl,
ptaków i roślin;
erozja wszystkich skał
od najświętszej góry
do najmniejszego kamienia;
odparowanie wszystkich mórz,
zgaszenie ciał niebieskich -
aż wreszcie w tej ciszy bez granic,
obraza przestała trwać.
Dopiero wtedy nadawałem się do ludzkiej społeczności.
Derek Mahon
07 marca 2013
była zima. . .
Była zima, taka jak w tej dolinie.
Po ośmiu suchych miesiącach spadły deszcze
I góry koloru słomy zazieleniły się na krótko.
Także w jarach, gdzie łączy z granitem
Kamienne swoje korzenie szare drzewo laurowe,
Na pewno prąd znów zajął dawne łożyska.
Eukaliptusy pienił morski wiatr
I spod chmur, przełamanych kryształem budowli,
Kolczastymi światłami jarzyły się doki.
Nie jest to miejsce, gdzie na taflach piazza
Pod markizą kawiarni patrzy się na tłum
Ani gdzie gra się na flecie w oknie nad wąską ulicą,
Kiedy sandałki dzieci stukają w sklepionej sieni.
Usłyszeli o kraju obszernym i zupełnie pustym,
Odgrodzonym górami, więc szli, zostawiając krzyże
Z cierniowego drzewa i ślady ognisk.
Zdarzało się im zimować w śniegach przełęczy
I ciągnąć losy, i gotować kości towarzyszy.
Więc po tym gorąca dolina, gdzie można uprawiać indygo,
Wydała się im piękna, a dalej, w zwiniętych mgłach
Pełznących w pieczary brzegu, pracował ocean.
Śpij, a ułożą się w tobie przylądki i skały,
Rady wojenne nieruchomych zwierząt w pustkach,
Bazyliki jaszczurów, musująca biel.
Śpij na płaszczu, kiedy koń szczypie trawę,
A orzeł zdejmuje pomiary przepaści.
Budząc się, będziesz miał swoje cztery strony świata.
Zachód, pusta muszla z wody i powietrza.
Wschód, zawsze za tobą, niebyła pamięć ośnieżonej jodły.
I tylko, w przedłużeniu rozpostartych rąk,
Mosiężna trawa, północ i południe.
Jesteśmy biedni ludzie, doświadczeni.
Koczowaliśmy pod różnymi gwiazdami.
Gdzie można zaczerpnąć w kubek wody z mętnej rzeki
I ukroić podróżnym nożem kromkę chleba,
Tam jest miejsce, przyjęte, nie wybrane.
Pamiętaliśmy, że tam skąd jesteśmy, były ulice i domy,
Więc i tutaj musiały być domy, szyld siodlarza,
Galeryjka i krzesło. Ale głuche obszary,
Pod zmarszczoną skórą ziemi przechadzający się grom,
Przybój i patrol pelikanów niweczyły nas.
Jak odkopany w glinie grot przepadłych plemion
Żywiących się jaszczurkami i mąką z żołędzi
Była waza, przywieziona znad innego morza.
A tutaj idę ja, po wiecznej ziemi,
Malutki, podpierając się laseczką.
Mijam park wulkaniczny i leżę u źródła,
Nie wiedząc, jak wyrazić co zawsze i wszędzie:
Pod moimi piersiami i brzuchem ona, tak istniejąca,
Że za każdy jej kamyk jestem wdzięczny.
Przywieram do niej, mój puls czy jej słyszę?
A, niewidzialne, przesuwają się nade mną rąbki jedwabnych szat,
Ręce, gdziekolwiek były, dotykają mego ramienia.
Albo i drobny śmiech raz kiedyś, przy winie,
Nad lampionami w magnoliach, bo wielki mój dom.
Berkeley, 1964
Czesław Miłosz (z tomu Gucio zaczarowany, 1965)
Po ośmiu suchych miesiącach spadły deszcze
I góry koloru słomy zazieleniły się na krótko.
Także w jarach, gdzie łączy z granitem
Kamienne swoje korzenie szare drzewo laurowe,
Na pewno prąd znów zajął dawne łożyska.
Eukaliptusy pienił morski wiatr
I spod chmur, przełamanych kryształem budowli,
Kolczastymi światłami jarzyły się doki.
Nie jest to miejsce, gdzie na taflach piazza
Pod markizą kawiarni patrzy się na tłum
Ani gdzie gra się na flecie w oknie nad wąską ulicą,
Kiedy sandałki dzieci stukają w sklepionej sieni.
Usłyszeli o kraju obszernym i zupełnie pustym,
Odgrodzonym górami, więc szli, zostawiając krzyże
Z cierniowego drzewa i ślady ognisk.
Zdarzało się im zimować w śniegach przełęczy
I ciągnąć losy, i gotować kości towarzyszy.
Więc po tym gorąca dolina, gdzie można uprawiać indygo,
Wydała się im piękna, a dalej, w zwiniętych mgłach
Pełznących w pieczary brzegu, pracował ocean.
Śpij, a ułożą się w tobie przylądki i skały,
Rady wojenne nieruchomych zwierząt w pustkach,
Bazyliki jaszczurów, musująca biel.
Śpij na płaszczu, kiedy koń szczypie trawę,
A orzeł zdejmuje pomiary przepaści.
Budząc się, będziesz miał swoje cztery strony świata.
Zachód, pusta muszla z wody i powietrza.
Wschód, zawsze za tobą, niebyła pamięć ośnieżonej jodły.
I tylko, w przedłużeniu rozpostartych rąk,
Mosiężna trawa, północ i południe.
Jesteśmy biedni ludzie, doświadczeni.
Koczowaliśmy pod różnymi gwiazdami.
Gdzie można zaczerpnąć w kubek wody z mętnej rzeki
I ukroić podróżnym nożem kromkę chleba,
Tam jest miejsce, przyjęte, nie wybrane.
Pamiętaliśmy, że tam skąd jesteśmy, były ulice i domy,
Więc i tutaj musiały być domy, szyld siodlarza,
Galeryjka i krzesło. Ale głuche obszary,
Pod zmarszczoną skórą ziemi przechadzający się grom,
Przybój i patrol pelikanów niweczyły nas.
Jak odkopany w glinie grot przepadłych plemion
Żywiących się jaszczurkami i mąką z żołędzi
Była waza, przywieziona znad innego morza.
A tutaj idę ja, po wiecznej ziemi,
Malutki, podpierając się laseczką.
Mijam park wulkaniczny i leżę u źródła,
Nie wiedząc, jak wyrazić co zawsze i wszędzie:
Pod moimi piersiami i brzuchem ona, tak istniejąca,
Że za każdy jej kamyk jestem wdzięczny.
Przywieram do niej, mój puls czy jej słyszę?
A, niewidzialne, przesuwają się nade mną rąbki jedwabnych szat,
Ręce, gdziekolwiek były, dotykają mego ramienia.
Albo i drobny śmiech raz kiedyś, przy winie,
Nad lampionami w magnoliach, bo wielki mój dom.
Berkeley, 1964
Czesław Miłosz (z tomu Gucio zaczarowany, 1965)
05 marca 2013
a mówiąc to pragnął gorąco, by na nią liczyć nie mógł. . .
– Snodgrass – rzekł pan Winkle, gdy znaleźli się na ulicy – Snodgrass, mój przyjacielu!
Powiedz mi, czy mogę liczyć na twoją dyskrecję?
A mówiąc to pragnął gorąco, by na nią liczyć nie mógł.
– Możesz – odparł pan Snodgrass. – Przysięgam...
– Nie, nie! – przerwał mu Winkle, przerażony myślą, iż przyjaciel jego najniepotrzebniej może się zobowiązać do niewydania go. – Nie przysięgaj! To zbyteczne.
Pan Snodgrass opuścił rękę, którą podniósł był poetycznie ku niebu, i przybrał postawę wyczekującą.
– Potrzebuję, mój przyjacielu, twych usług w sprawie honorowej.
– Gotów jestem – odparł pan Snodgrass, ściskając rękę swego towarzysza.
– Z doktorem, doktorem Slammerem, z 97 pułku – dorzucił pan Winkle, chcąc przedstawić rzecz jak można najpoważniej. – Sprawa jest z oficerem, który będzie miał za świadka innego oficera. Dziś przed zachodem słońca, w ustronnym miejscu, poza warownią Pitt.
– Możesz liczyć na mnie – odrzekł pan Snodgrass, zdziwiony, ale nie przejęty. I rzeczywiście, nie masz nic godniejszego uwagi nad obojętność, z jaką dowiadujemy się o podobnego rodzaju sprawach, gdy sami nie jesteśmy główną stroną działającą. Pan Winkle zapomniał o tym. Sądził o uczuciach swego przyjaciela według własnych uczuć.
– Skutki mogą być okropne – przemówił pan Winkle.
– Spodziewam się, że nie.
– Doktor, jak sądzę, strzela bardzo dobrze.
– Większa część wojskowych strzela dobrze – zauważył pan Snodgrass ze spokojem – ale i ty strzelasz doskonale?
A mówiąc to pragnął gorąco, by na nią liczyć nie mógł.
– Możesz – odparł pan Snodgrass. – Przysięgam...
– Nie, nie! – przerwał mu Winkle, przerażony myślą, iż przyjaciel jego najniepotrzebniej może się zobowiązać do niewydania go. – Nie przysięgaj! To zbyteczne.
Pan Snodgrass opuścił rękę, którą podniósł był poetycznie ku niebu, i przybrał postawę wyczekującą.
– Potrzebuję, mój przyjacielu, twych usług w sprawie honorowej.
– Gotów jestem – odparł pan Snodgrass, ściskając rękę swego towarzysza.
– Z doktorem, doktorem Slammerem, z 97 pułku – dorzucił pan Winkle, chcąc przedstawić rzecz jak można najpoważniej. – Sprawa jest z oficerem, który będzie miał za świadka innego oficera. Dziś przed zachodem słońca, w ustronnym miejscu, poza warownią Pitt.
– Możesz liczyć na mnie – odrzekł pan Snodgrass, zdziwiony, ale nie przejęty. I rzeczywiście, nie masz nic godniejszego uwagi nad obojętność, z jaką dowiadujemy się o podobnego rodzaju sprawach, gdy sami nie jesteśmy główną stroną działającą. Pan Winkle zapomniał o tym. Sądził o uczuciach swego przyjaciela według własnych uczuć.
– Skutki mogą być okropne – przemówił pan Winkle.
– Spodziewam się, że nie.
– Doktor, jak sądzę, strzela bardzo dobrze.
– Większa część wojskowych strzela dobrze – zauważył pan Snodgrass ze spokojem – ale i ty strzelasz doskonale?
Charles Dickens (fragment powieści Klub Pickwicka, 1837)
rozkoszować się spokojem kilku poobiednich godzin. . .
– Bardzo bym chciał pójść na ten bal – rzekł pan Tupman – bardzo bym chciał.
– Bilety, panie, mamy w kantorze, po pół gwinei – rzekł garson.
Pan Tupman powtórnie wyraził życzenie, że chce być obecny na tej uroczystości, ale nie znajdując żadnej odpowiedzi w pociemniałym oku pana Snodgrassa ani w roztargnionym wzroku pana Pickwicka, rzucił się z nowym zajęciem do wina porto i do deseru, który przyniesiono. Garson oddalił się, a towarzystwo mogło rozkoszować się spokojem kilku poobiednich godzin.
– Bilety, panie, mamy w kantorze, po pół gwinei – rzekł garson.
Pan Tupman powtórnie wyraził życzenie, że chce być obecny na tej uroczystości, ale nie znajdując żadnej odpowiedzi w pociemniałym oku pana Snodgrassa ani w roztargnionym wzroku pana Pickwicka, rzucił się z nowym zajęciem do wina porto i do deseru, który przyniesiono. Garson oddalił się, a towarzystwo mogło rozkoszować się spokojem kilku poobiednich godzin.
Charles Dickens (fragment powieści Klub Pickwicka, 1837)
coś w rodzaju interpunkcji. . .
Nie przestawał mówić w ten sposób przez całą drogę, zatrzymując się tylko na przystankach
dla przełknięcia szklanki piwa; coś w rodzaju interpunkcji.
dla przełknięcia szklanki piwa; coś w rodzaju interpunkcji.
Charles Dickens (fragment powieści Klub Pickwicka, 1837)
04 marca 2013
z wyjątkiem stroopa, który wstępował na szafot. . .
Według moich sprawdzonych informacji Stroopa powieszono punktualnie o godzinie
19.00 tegoż 6 marca 1952 roku - w półtorej godziny po zachodzie słońca, gdy zapadł mrok, gdy warsztaty, magazyny, kuchnie i inne urządzenia Mokotowa były
nieczynne, a na podwórzach i korytarzach tylko nieliczni funkcjonariusze
więzienia. O tej porze wszyscy więźniowie musieli się znajdować w swoich celach,
stojąc na apelach wieczornych lub przygotowując posłania do snu.
Wszyscy - z wyjątkiem Stroopa, który wstępował na szafot.
Kazimierz Moczarski (fragment utworu literatury faktu Rozmowy z katem, 1974)
stale trzymał się w postawie żołnierskiej. . .
W jakiś czas potem (w październiku 1961 roku) wręczono mi
w gmachu Generalnej Prokuratury pięciopunktowy dokument, stanowiący odpowiedź na
moje pytania. Podaję jej pełną treść:
,,1) Wyrok w stosunku do Stroopa został wykonany przez powieszenie go w dniu 6 marca 1952 r. w Centralnym Więzieniu Warszawa I (Mokotów).
2) Na dzień przed egzekucją był on spokojny, lecz stale przebijała w nim hitlerowska buta i zarozumiałość. Nie spodziewał się tego, że egzekucja nastąpi w najbliższym czasie.
3) Po ogłoszeniu mu przez prokuratora wiadomości o mającej nastąpić egzekucji, Stroop początkowo był tą wiadomością zaskoczony. Za chwilę uśmiechnął się i odpowiedział, że "teraz nareszcie połączy się mój duch z moją żoną i córką w NRF". Nie miał żadnego "ostatniego życzenia". Do końca biła od niego buta hitlerowska. Śmierci się nie bał. Był posłuszny władzy dokonującej egzekucji. Był spokojny, stale trzymał się w postawie żołnierskiej.
4) Stroop nie miał żadnych wyrzutów sumienia. Na kilka dni przed egzekucją naczelnik więzienia zapytał go, czy może się on pogodzić z własnym sumieniem, że jako wierzący chrześcijanin sam mordował i przyglądał się, jak jego podwładni mordowali dzieci i kobiety w getcie w Warszawie. Stroop na to odpowiedział, że nie ma wyrzutów sumienia z tego powodu, że mordowano Żydów.
5) Na temat Niemiec, Hitlera, Himmlera oraz na temat późniejszego odwetu Stroop nie wypowiadał się."
,,1) Wyrok w stosunku do Stroopa został wykonany przez powieszenie go w dniu 6 marca 1952 r. w Centralnym Więzieniu Warszawa I (Mokotów).
2) Na dzień przed egzekucją był on spokojny, lecz stale przebijała w nim hitlerowska buta i zarozumiałość. Nie spodziewał się tego, że egzekucja nastąpi w najbliższym czasie.
3) Po ogłoszeniu mu przez prokuratora wiadomości o mającej nastąpić egzekucji, Stroop początkowo był tą wiadomością zaskoczony. Za chwilę uśmiechnął się i odpowiedział, że "teraz nareszcie połączy się mój duch z moją żoną i córką w NRF". Nie miał żadnego "ostatniego życzenia". Do końca biła od niego buta hitlerowska. Śmierci się nie bał. Był posłuszny władzy dokonującej egzekucji. Był spokojny, stale trzymał się w postawie żołnierskiej.
4) Stroop nie miał żadnych wyrzutów sumienia. Na kilka dni przed egzekucją naczelnik więzienia zapytał go, czy może się on pogodzić z własnym sumieniem, że jako wierzący chrześcijanin sam mordował i przyglądał się, jak jego podwładni mordowali dzieci i kobiety w getcie w Warszawie. Stroop na to odpowiedział, że nie ma wyrzutów sumienia z tego powodu, że mordowano Żydów.
5) Na temat Niemiec, Hitlera, Himmlera oraz na temat późniejszego odwetu Stroop nie wypowiadał się."
Kazimierz Moczarski (fragment utworu literatury faktu Rozmowy z katem, 1974)
nigdy już stroopa i schieikego nie widziałem. . .
Nagle drzwi otwarto, cichutko, bez zgrzytów i huku. Weszło trzech oddziałowych.
Przymknęli drzwi. Padł rozkaz: "Zabierać się z rzeczami! Wszyscy trzej! Bez
sienników!" Schieike i Stroop bladzi jak papier. Ja - myślę - także. Zauważyłem,
że Stroopowi trzęsą się palce. W pięć minut byliśmy gotowi, z majdanami i
tobołkami.
Stroop podał mi rękę, mówiąc: ,,Dzisiaj jest dzień pańskiego święta narodowego i
trzydziesta pierwsza rocznica klęski Niemiec w pierwszej wojnie światowej. Do
widzenia, Herr Moczarski, do zobaczenia niedługo u świętego Piotra."
Schieike rozrzewniony. Uścisnął dłoń i rzekł: "Danke! Herr Moczarski."
Wyszli. Mnie zabrano po pół godzinie do celi na parterze nowo otwartego pawilonu
A, zwanego Oddziałem XII więzienia mokotowskiego.
Nigdy już Stroopa i Schieikego nie widziałem.
Kazimierz Moczarski (fragment utworu literatury faktu Rozmowy z katem, 1974)
Subskrybuj:
Posty (Atom)