31 sierpnia 2014

jeszcze niedawno boskim się zdawał, dziś tworzy, jakby fabrykował. . .

Namawiam sztukę do kopnięcia - lup! - ale nie po to aby profesor poczuł się kopnięty; po to jedynie, aby artysta poczuł się kopiącym. Nie pogrążenia nauki szukam, a przywrócenia sztuce jej własnego życia, w pełnej odrębności. Niechby ugryzł wreszcie pudel, wdzięczący się a dwóch łapkach! Po wysłuchaniu koncertu "nowoczesnego", po obejrzeniu wystawy, po czytaniu dzisiejszych książek, robi mi się słabo od tej słabości, jakbym znajdował się wobec kapitulacji i mistyfikacji jednocześnie. Po prostu nie wiadomo kto do ciebie mówi: poeta - czy "człowiek wykształcony, kulturalny, zorientowany i poinformowany:? Ten twórca, którego głos jeszcze niedawno boskim się zdawał, dziś tworzy, jakby fabrykował. I tworzy, jak uczeń. I jak specjalista. I jak uczony. Dość skandalu!

Witold Gombrowicz (Dziennik 1957-1961)
   




a z rozumu pocznie się głupota wasza. . .

Czwartek

A gdyby Sokratesowi ukazała się we śnie Kasandra z taką przepowiednią: - O, śmiertelni! O rodzie człowieczy! Lepiej by wam było nie doczekać dalekiej przyszłości, która będzie pilna, skrupulatna, wysilona, gładka, płaska, nędzna... Niechby kobiety przestały rodzić - albowiem wszystko będzie się wam rodzić na opak, wielkość porodzi wam małość, siła - słabość, a z rozumu pocznie się głupota wasza. O, niechby kobiety zatłukły swoje niemowlęta!... bo funkcjonariuszy mieć będziecie za widzów i bohaterów, a poczciwcy będą u was tytanami. Wyzuci zostaniecie z piękności, namiętności i rozkoszy... czeka was czas zimny, znużony i oschły. A tego wszystkiego dokona z wami Mądrość wasza, która oderwie się od was i stanie się niepojęta, a także drapieżna. I nawet płakać nie będziecie mogli, gdyż nieszczęście wasze dziać się pędzie poza wami!

Witold Gombrowicz (Dziennik 1957-1961)
   






do góry leź. . .

Nie wolno ułatwiać! Nie wolno się zniżać! Do góry, do góry leź, bez wytchnienia, nie oglądając się za siebie, choćbyś kark miał skręcić, choćby tam, na szczycie, nie było nic prócz kamieni.

Witold Gombrowicz (Dziennik 1957-1961)
   




litery alfabetu. . .

(...)znacie wszystkie litery alfabetu, oprócz a, b, c.

Witold Gombrowicz (Dziennik 1957-1961)
   




klasycyzm. . .

(...)klasycyzm to "mistrzostwo" artystów nie mających nic do powiedzenia.

Witold Gombrowicz (Dziennik 1957-1961)
   




29 sierpnia 2014

domagam się domów śmierci. . .

Domagam się Domów Śmierci, gdzie każdy miałby do dyspozycji nowoczesne środki lekkiego zgonu. Gdzie można by umrzeć gładko, nie zaś rzucając się pod pociąg, lub wieszając na klamce. Gdzie człowiek znużony, zniszczony, skończony, mógłby oddać się przyjaznym ramionom specjalisty, aby mu zapewniona została śmierć bez tortury i hańby.
(...)
Kto wam broni ucywilizować śmierć? Religie? Ach, ta religia... dziś zabraniająca samobójstwa, wczoraj nie mniej gromko zakazująca środków znieczulających... przedwczoraj zezwalająca na handel niewolników, gnębiąca Kopernika i Galileusza... ten Kościół potępiający z hukiem piorunowym, a wycofujący się potem dyskretnie, po cichu... (...) póki co mamy umierać, jak psy, w drgawkach i rzężeniach?

Witold Gombrowicz (Dziennik 1957-1961)
   


   

klęska. . .

Dawniej mi się zdawało, żem z mroków chaosu
Wybiegł w świat - niepochwytny i wolny od losu.

Że najtrwalszy ze wszystkich przewidzeń i dziwot -
Sam o sobie śnię powieść - sam klecę mój żywot.

Że powoli, niechętnie i niepostrzeżenie
W złych snach mi się z dnia na dzień - ciuła przeznaczenie.

I że musi upłynąć bardzo dużo czasu,
Nim mrok pozna mnie w kwiatach lub stwierdzi śród lasu...

Dziś wiem, że w zło się trzeba jak w szelest zasłuchać -
Że je łatwiej wykrwawić niźli udobruchać.

Mgła mi z ręki wróżyła... Pamiętam szept cienia...
Nim cios we mnie uderzył - wprzód zbrakło zbawienia.

A gdym wołał o pomoc - tak nagle się stało,
Jakbym najpierw miał ranę, a później - to ciało...

Bo między mną a klęską - żaden czas nie płynął
I nie było tych godzin, gdym jeszcze nie zginął.

                                                                   Bolesław Leśmian
   
   
   

gdy jakaś myśl staje się dominująca. . .

W zamęcie życia mojego, w tym nieładzie zdarzeń, zauważyłem od dawna pewną logikę w narastaniu wątków. Gdy jakaś myśl staje się dominująca, zaczynają mnożyć się fakty zasilające ją z zewnątrz, to wygląda jakby rzeczywistość zewnętrzna zaczynała współpracować z wewnętrzną.

Witold Gombrowicz (Dziennik 1957-1961)
   


   

proust jest po trosze wszystkim. . .

(...) trochę we fraku, a trochę w szlafroku, z flaszką mikstury, z odrobiną homoseksualno-histerycznej szminki, z fobiami, newrozami, słabościami, snobizmami, z całą nędzą wysubtelnionego Francuza.
(...)
Dlatego Proust jest po trosze wszystkim, głębią i płyciznami, oryginalnością i banałem, przenikliwością i prostodusznością... cyniczny i naiwny, wykwintny i niesmaczny, zręczny i niezręczny, zabawny i nudny, lekki i ciężki...

Witold Gombrowicz (Dziennik 1957-1961)
   


   

28 sierpnia 2014

zatrzymać maszynę bólu!. . .

   Trzeci anty-pies. Ja. Dla mnie  nie ma żadnej wyższej instancji. Nawet psa nie ma. Jest tylko przede mną kawałek umęczonej materii. Rzecz nieznośna. Nie mogę wytrzymać. Zdybany tą męką w tej stajni, żądam żeby temu położono kres. Zabić! Zabić! Zatrzymać maszynę bólu! Niech tego nie będzie! Nic innego nie można zrobić, tylko to! Ale to możemy!

Witold Gombrowicz (Dziennik 1957-1961)
   


   

co nas łączyło z tym stworzeniem, to zrozumienie bólu. . .

   Scena, która mnie zaniepokoiła: noc, ta stajnia, my prawie po ciemku nad rozpętanym diabelstwem bólu. W naszych rękach było natychmiastowe zakończenie tego... Wystarczyłoby strzelić. Czy strzelimy? My, cztery istoty ludzkie "z innego świata", wyższego, cztery demony z anty-natury, cztery anty-psy. Jedyne co nas łączyło z tym stworzeniem, to zrozumienie bólu - ten smak znaliśmy.

Witold Gombrowicz (Dziennik 1957-1961)
   


   

nie potrzebuję formy. . .

Gdyż ja sam dla siebie nie potrzebuję formy, ona mi jest potrzebna po to tylko, aby ten drugi mógł mnie zobaczyć, odczuć, doznać.

Witold Gombrowicz (Dziennik 1957-1961)
   


   

człowiek jest stwarzany także przez pojedynczego człowieka. . .

   Jednego wszakże nie dostrzegli. Mianowicie, iż ten proces urabiania człowieka przez ludzi jest w Ferdydurce pojęty nieskończenie szerzej. Nie przeczę, że istnieje zależność jednostki od środowiska - ale dla mnie o wiele ważniejsze, artystycznie bardziej twórcze, psychologicznie bardziej przepaściste, filozoficznie bardziej niepokojące jest to, że człowiek jest stwarzany także przez pojedynczego człowieka, przez inną osobę. W przypadkowym zetknięciu. W każdej chwili. Mocą tego, ze ja jestem zawsze "dla niego", obliczony na cudze widzenie, mogący istnieć w sposób określony tylko dla kogoś i przez kogoś, egzystujący - jako forma - poprzez innego.

Witold Gombrowicz (Dziennik 1957-1961)
   
   

dziecinne majtki.. . .

(...) tryskający radością, która zaiste jest jedynym zwycięstwem naszym nad bytem i jedyną chwałą człowieczą. Czemuż jednak ta duma i chwała umieszczona jest w dwunastoletnim dziecku i trzeba się schylać do mniej? A rozwój jest drogą do hańbiącej goryczy. To bardzo szydercze, że najwyższym godłem naszym, najdumniejszym sztandarem, są dziecinne majtki.

Witold Gombrowicz (Dziennik 1953-1956)
   
   


ile zdolna jest uchwycić coś z muzyki. . .

Ładnych rzeczy, na przykład, dowiedzielibyśmy się, gdybyśmy zaczęli badać o ile osoba, która zachwyca się Bachem, może w ogóle zachwycać się Bachem, to jest o ile zdolna jest uchwycić coś z muzyki i z Bacha.

Witold Gombrowicz (Dziennik 1953-1956)
   
   


26 sierpnia 2014

jeżeli porcelana to wyłącznie taka. . .

Jeżeli porcelana to wyłącznie taka
Której nie żal pod butem tragarza lub gąsienicą czołgu,
Jeżeli fotel, to niezbyt wygodny, tak aby
Nie było przykro podnieść się i odejść;
Jeżeli odzież, to tyle, ile można unieść w walizce,
Jeżeli książki, to te, które można unieść w pamięci,
Jeżeli plany, to takie, by można o nich zapomnieć
gdy nadejdzie czas następnej przeprowadzki
na inną ulicę, kontynent, etap dziejowy
lub świat

Kto ci powiedział, że wolno się przyzwyczajać?
Kto ci powiedział, że cokolwiek jest na zawsze?
Czy nikt ci nie powiedział, że nie będziesz nigdy
w świecie
czuł się jak u siebie w domu?

                                                 Stanisław Barańczak 
                                                 (z tomu Tryptyk z betonu, zmęczenia i śniegu / 
                                                 Kątem u siebie (wiersze mieszkalne), 1980)



wolą ..., sprawiedliwy barłóg ... niż panoszący się na krzywdzie dobrobyt. . .

Sobota

   Estetyka marksizmu.
   Zgadzam się, że komunizm urodził się stokroć bardziej z obrażonego poczucia moralnego, niż z pragnienia poprawy bytu materialnego. Sprawiedliwość! - oto jego krzyk. Nie mogą znieść, że jeden ma pałac a drugi - barłóg. Nie mogą znieść przede wszystkim, że jeden ma możność rozwoju a drugi nie ma - że jeden ją ma kosztem drugiego. To nie zawiść, to żądza słusznego prawa. Bynajmniej nie są tak pewni, że dyktatura proletariatu zaopatrzy każdego w domek z ogródkiem. Ale w tym rzecz, że wolą nawet ogólny, sprawiedliwy barłóg i powszechną nędzę, niż panoszący się na krzywdzie dobrobyt. Prawdziwy komunizm to męczarnia poczucia moralnego, które uświadomiło sobie krzywdę społeczną i już nie może zapomnieć - ta krzywda pożera mu wątrobę jak Prometeuszowi.

Witold Gombrowicz (Dziennik 1953-1956)
   
   
 

jakbym nic nie wiedział. . .

Przecież to co wiem o naturze mojej i naturze świata jest niepełne - to tak, jakbym nic nie wiedział.

Witold Gombrowicz (Dziennik 1953-1956)
   
   
 

w panicznym strachu przed kobietą w sobie. . .

Znałem tę męskość, którą fabrykowali sobie oni, mężczyźni, miedzy sobą, podjudzając się do niej, zmuszając się do niej wzajemnie w panicznym strachu przed kobietą w sobie, znałem mężczyzn, wytężonych w dążeniu do Mężczyzny, samców kurczowych, dających sobie szkołę męskości. Mężczyzna taki sztucznie potęgował swoje cechy: był przesadny w ociężałości, brutalności, sile i powadze, był tym, który gwałci, który zdobywa przemocą - więc bał się piękności i wdzięku, które są bronią słabości, zapamiętywał się w samczej potworności, stawał się wyuzdany i trywialny, albo tępy i niezdarny. (...) Ale duch tej męskości wzmożonej objawiał się we wszystkim, rzec można - w historii. Widziałem jak takim mężczyznom ich paniczna męskość odbierała nie tylko poczucie miary, ale i wszelką intuicję w postępowaniu ze światem: tam, gdzie należało być giętkim, on się rzucał, pchał, walił całym sobą z wrzaskiem. Wszystko w niem stawało się nadmierne: bohaterstwo, heroizm, surowość, moc, cnota. Całe narody w takich paroksyzmach rzucały się, jak byk na szpadę torreadora - w obłędnym lęku iżby widownia nie przypisała im najlżejszego związku z ewig weibliche... Otóż nie miałem wątpliwości, że byk spotęgowany i na mnie zaszarżuje, gdy zwęszy z mojej strony zamach na swe bezcenne genitalia.

Witold Gombrowicz (Dziennik 1953-1956)
   
   
   

sama wielkość. . .

Wyspiański przeto stanął przed narodem i powiedział: oto mnie macie! Żadnej małości, sama wielkość i w dodatku z greckimi kolumnami. Został przyjęty.

Witold Gombrowicz (Dziennik 1953-1956)
   
   
   

wojny nieletnie. . .

Ta arystokracja biologiczna, ten kwiat ludzkości prawie zawsze bywał przeraźliwie głodny - spoglądający przez szyby restauracji na starszych, którzy mogli się najeść, zabawić - gnany w ciemnościach nie zaspokojonymi instynktami, dręczony pięknością nienasyconą - kwiat zdeptany i odepchnięty, kwiat poniżony. Kwiat dorastającej młodzieży, musztrowanej przez oficerów i przez tychże oficerów wysyłany na śmierć, te wojny będące przeze wszystkim wojnami chłopców, wojny nieletnie... to wychowanie ich w ślepej dyscyplinie, aby umieli się krwawić gdy zajdzie potrzeba.

Witold Gombrowicz (Dziennik 1953-1956)
   
   
   

wściekłość skręcających się z obrzydzenia "męskich" mężczyzn. . .

(...) za pośrednictwem pewnych moich przyjaciół z baletu, który przybył do Argentyny na gościnne występy, wszedłem w środowisko krańcowego, szalonego homoseksualizmu. Mówię "krańcowego", gdyż o homoseksualizm "normalny" ocierałem się od dawna, światek artystyczny pod wszystkimi równoleżnikami przepojony jest tą miłością - ale tu objawiło mi się jej oblicze już do szaleństwa frenetyczne. Niechętnie dotykam tego tematu . Dużo wody upłynie zanim będzie można o tym mówić i, co więcej, pisać. Nie ma dziedziny bardziej zakłamanej i zamroczonej namiętnością. Tu nikt nie pragnie ani nie może być bezstronny. De gustibus... Wściekłość skręcających się z obrzydzenia "męskich" mężczyzn - umężczyźnionych, wzajemnie hołdujących i potęgujących w sobie męskość - klątwy moralności, wszystkie ironie, sarkazmy i gniewy kultury, pilnującej prymatu kobiecego powabu - spadają na efeba, przemykającego się chyłkiem na mrocznym pograniczu naszej oficjalnej egzystencji. I rzecz ta nabiera zjadliwości na na wyższych szczeblach rozwoju. Tam poniżej, tam, w dole, nie ujmuje się tego tak tragicznie, anie tak sarkastycznie, a najzdrowsi i najzwyklejsi chłopcy z ludu oddają się temu nieraz z braku kobiety - i to, jak się okazuje, wcale ich nie paczy i nie przeszkadza, później, w najbardziej poprawnym ożenku.

Witold Gombrowicz (Dziennik 1953-1956)
   
   
   

artysta, według freuda. . .

Artysta, według Freuda, to neurotyk, który sam się leczy - a z tego wynika, że nie możne leczyć go nikt inny.

Witold Gombrowicz (Dziennik 1953-1956)
   
   
   

ja, mężczyzna, byłem przecież poddany mężczyznom. . .

Kobiecość nie żądała ode mnie młodości, lecz męskości i ja stawałem tylko mężczyzną, zaborczym, zdolnym posiadać, anektującym cudzą biologię. Potworność męskości, nie liczącej się z własną brzydotą, nie dbającej o podobanie się, będącej aktem ekspansji i gwałtu i - przede wszystkim - panowania, ta pańskość szukająca tylko własnego zadowolenia.
(...)
   Powróciłem do Buenos Aires w przeświadczeniu, że nic mi nie pozostaje... nic przynajmniej co by nie było surogatem. Jechałem z moją upokarzającą tajemnicą, której wstydziłem się zwierzyć komukolwiek, gdyż było to "niemęskie" a ja, mężczyzna, byłem przecież poddany mężczyznom - i huczny a rubaszny śmiech tych szorstkich samców groził i za to jedno, że się wyłamałem z ich zaborczego kodeksu. W Rosario pociąg zaroił się dwudziestolatkami, to marynarze wracali do bazy w Buenos Aires.

Witold Gombrowicz (Dziennik 1953-1956)
   
   
   

felietonów nie pytając o pozwolenie. . .

(...) siebie ogłosiwszy Pisarzem i żadnego z Felietonów nie pytając o pozwolenie, nie tylko wydał powieść i dramat wyłamując się z linii i obrażając uczucia, ale w dodatku z całą bezczelnością zaczął ogłaszać Dziennik Pisarza.

Witold Gombrowicz (Dziennik 1953-1956)