31 lipca 2015

zwyczajnie pragnie odbyć stosunek płciowy. . .

   –  Nie  ma  problemu,  żadnego  problemu  –  powiedziała  Aomame  ostro.  –  Tylko  ja  po prostu  osobiście  lubię  duże  fiutki.  Tak  wizualnie.  Nie  chodzi  o  to,  że  jak  nie  jest  duży,  to  nic nie  czuję,  czy  coś  w  tym  rodzaju.  I  sam  duży  rozmiar  też  nie  wystarczy.  Mówię  tylko,  że  w zasadzie  wolę  większe.  Taki  mam  gust.  Chyba  mi  wolno?  Przecież  każdy  ma  jakieś upodobania.  Ale  nie  lubię  takich  strasznie  wielkich.  Bo  tylko  boli.  Rozumiesz?
(...)
   –  Do  tej  pory  w  ważnych  momentach  nigdy  mnie  nie  zawiódł  –  powiedział  mężczyzna. –  Czy ty  jesteś  zawodową...  to  znaczy,  czy  to  jest  twoja  praca? 
   –  Nie.  Daj  spokój.  Nie  jestem  żadną  zawodową.  Nie  jestem  też  zboczona.  Jestem  zwykłą szarą  obywatelką.  Szara  obywatelka  po  prostu  i  zwyczajnie  pragnie  odbyć  stosunek  płciowy  z mężczyzną.  Nic  szczególnego,  normalny  stosunek.  I  co  w  tym  złego?  Wykonałam  trudne zadanie,  dzień  dobiega  końca,  trochę  wypiłam  i  chcę  się  zrelaksować,  idąc  do  łóżka  z nieznajomym.  Chcę  dać  odpocząć  nerwom.  Potrzebuję  tego.

Haruki Murakami (fragment powieści 1Q84, tom 1, 2009)
   
   
   

poprawki naniesione na wydruku ołówkiem. . .

Dokładnie  taki  sam  tekst  widziany  na  ekranie  robił  nieco  inne  wrażenie  niż wydrukowany  na  papierze.  Zmieniał  się  charakter  słów.  Konieczne  więc  było  sprawdzenie obu  wersji.  Włączył  word  processor  i  kolejno  wprowadzał  poprawki  naniesione  na  wydruku ołówkiem.  Następnie  ponownie  przeczytał  tekst  na  ekranie. (...)
Oczywiście to  nie  był  koniec.  Kiedy  przeczyta  to  po  paru  dniach,  na  pewno  znowu  znajdzie  kilka  miejsc, które  będzie  trzeba  pozmieniać.

Haruki Murakami (fragment powieści 1Q84, tom 1, 2009)
   
   
   

dziwny wypadek na rogu nowowiejskiej. . .

Szło ich prawie czterdziestu.
Normalnie. Przy niedzieli.
I nagle jeden westchnął.
I wszyscy przystanęli.

Bo ogarnął ich zachwyt,
ze księżyc świecił niebu.
Więc patrzeli nań, jakby
sroka patrzała w rebus.

Księżyc ma ten styl pracy,
no - że schodzi i świeci,
lecz poeci są tacy.

Eech, poeci, poeci.

                             Konstanty Ildefons Gałczyński (1949)
 
 
 

29 lipca 2015

głupków z tak zwanych kręgów literackich. . .

Chciałbym  nabrać  tych  głupków  z  tak  zwanych  kręgów literackich.  Roją  się  w  jakiejś  ciemnej  piwnicy,  wychwalają  się  nawzajem,  liżą  sobie nawzajem  rany,  podkładają  sobie  świnie,  a  jednocześnie  chrzanią  dumnie  coś  o  misji literatury  –  właśnie  z  tych  palantów  chcę  zrobić  pośmiewisko.  Przechytrzę  system  i  zrobię  z tego  wszystkiego  cyrk.  Nie  sądzisz,  że  to  będzie  dobra  zabawa?

Haruki Murakami (fragment powieści 1Q84, tom 1, 2009)
   
   
   

wszystkie wydarzenia to niezrozumiały chaos. . .

Podobno  dopiero  dzieci  trzyletnie  potrafią postrzegać  rozgrywające  się  wokół  sceny  i  są  w  stanie  je  zrozumieć  jako  mające  pewien logiczny  sens.  We  wcześniejszym  stadium  wszystkie  wydarzenia  to  niezrozumiały  chaos. Świat  przypomina  rozgotowany  kleik  ryżowy:  jest  lepki,  pozbawiony  szkieletu,  niedający  się uchwycić.  Nie  tworzy  w  mózgu  wspomnień,  przesuwa  się  tylko  za  oknem.

Haruki Murakami (fragment powieści 1Q84, tom 1, 2009)
   
   
   

nie uroda czy jej brak. . .

   Często  uwagę  i  zainteresowanie  innych  przyciąga  nie  uroda  czy  jej brak,  a  naturalność  i  urok  ożywionych  emocjami  rysów.

Haruki Murakami (fragment powieści 1Q84, tom 1, 2009)
   
   
   

że mogą przejrzeć mnie na wylot. . .

Spódnica  podwinęła  mi  się  do  bioder,  ale  nic  mnie  to  nie  obchodzi,  pomyślała. Jak  chcą  się  gapić,  niech  się  gapią.  Z  tego,  że  zobaczą  coś  pod  spódnicą,  nie  wynika,  że  mogą przejrzeć  mnie  na  wylot.  A  poza  tym  szczupłe,  piękne  nogi  były  jej  największym  powodem do  dumy.

Haruki Murakami (fragment powieści 1Q84, tom 1, 2009)
   
   
   

jeden i ten sam obiekt w jednej i tej samej chwili może być tylko w jednym miejscu. . .

   –  A  poza  tym  –  powiedział  kierowca,  patrząc  w  lusterko  –  proszę  pamiętać  o  jednej rzeczy:  nie  wszystko  jest  takie,  jak  się  wydaje. 
   Nie  wszystko  jest  takie,  jak  się  wydaje,  powtórzyła  w  myślach  Aomame.  Lekko zmarszczyła  brwi.   
   –  O co  panu  chodzi? 
   Kierowca  odpowiedział,  starannie  dobierając  słowa:  –  Krótko  mówiąc,  chodzi  mi  o  to, że  teraz  zamierza  pani  zrobić  coś  niezwykłego.  Prawda?  Zazwyczaj  w  biały  dzień  ludzie  nie schodzą  po  schodach  przeciwpożarowych  ze  stołecznej  autostrady.  Szczególnie  kobiety  nie robią  takich  rzeczy. 
   –  Pewnie  ma  pan  rację  –  odparła  Aomame. –  No  a jak  się  zrobi  coś  takiego,  to  potem  sceny  życia  codziennego,  jakby  to  powiedzieć, mogą  zacząć  wyglądać  troszeczkę  inaczej.  Mnie  też  się  coś  takiego  przydarzyło.  Więc  proszę się  nie  dać  zwieść  pozorom.  Rzeczywistość  jest  zawsze  tylko  jedna.
(...)
   –  Rzeczywistość  w  każdej  sytuacji  jest  tylko  jedna  –  powtórzył  powoli  kierowca,  jakby podkreślał  ważne  zdanie  z  jakiejś  książki.
   –  Oczywiście  –  odparła  Aomame.  Zgadza  się.  Jeden  i  ten  sam  obiekt  w  jednej  i  tej  samej
chwili  może  być  tylko  w  jednym  miejscu.  Dowiódł  tego  Einstein.  Dowiódł,  jak  bezgranicznie beznamiętna  i  samotna  jest  rzeczywistość.


Haruki Murakami (fragment powieści 1Q84, tom 1, 2009)
   
   
   

28 lipca 2015

do urodzonych już potem. . .

Wy, którzy wynurzycie się z odmętu
Kiedy my już w nim przepadniemy
Wspomnieniom
Mówiąc o naszych słabościach
Mroczne czasy
Co was ominęły.

Myśmy częściej niż buty zmieniali kraje
Chodząc na wojny klas, wpadając w rozpacz
Tam gdzie była sama krzywda i żadnego buntu.

A przecież wiemy:
Nienawiść do łajdactwa
Szpeci rysy.
Gniew choćby o krzywdę
Czyni głos szorstkim. Ach, my
Pragnący przygotować glebę pod życzliwość

Nie byliśmy sami do niej zdolni.

Ale wy, kiedy doczekacie
Aż człowiek będzie człowiekowi pomocą
Wspomnijcie nas
pobłażliwie.

                                                                       Bertolt Brecht
 
 
 

26 lipca 2015

myślimy. . .

Myślimy o duchach. Że mogą się nam kiedyś pokazać.
A one już zawołały do nas tamtej mglistej, wietrznej nocy: Hamlecie, Hamlecie!
Myślimy o truciźnie. Że będziemy musieli ją wypić.
Wypiliśmy ją już.
Myślimy, że nadejdzie chwila próby.
A tymczasem pielgrzymi, których wieźliśmy od dawna spoczywają na dnie morza i są już nie do rozpoznania.
Myślimy: od jutra będziemy żyli naprawdę.
A przecież to już życie i niejeden z nas jest już martwy na dobre.


Julia Hartwig (z tomu Chwila postoju, 1980)
   
   
   

22 lipca 2015

głosy niepotrzebnych ludzi. . .

I

JEDEN Z WIELU

Ja jeden z wielu
ukryty wśród miliarda
Wstydzę się że jestem

Uczeni panowie
profesorowie Vogt Burch i inni
mówią że miliard ludzi
jest na świecie niepotrzebny
Za dużo jest ludzi
więc człowiekowi wstyd że żyje

Tyle tego
biali żółci czarni czerwoni
wszyscy chcą jeść
ubierać się oddychać kochać

Ach oni mają sny marzenia
oni mają pragnienia
oni walczą powstają
Więc co zrobimy z tym miliardem
martwią się panowie
Vogt Burch i inni
Co zrobimy z tym i z tymi

Co zrobicie
z tym chłopcem
który wkleja do szarego zeszytu
czerwony liść dębu
z tym który trzyma w dłoni jabłko
i z tym który biegnie przez łąkę
który leci przez gwiazdę śniegu
Co zrobicie z moim ojcem i matką
co zrobicie
co zrobicie z tym miliardem
niepotrzebnym.

II

KRÓL

Król Faruk wieprz
nadziany brylantami ananasami
dolarami krabami rajskimi ptakami
i innymi dziwami
których nie poznałem
nawet we śnie

Tarza się w błocie
kapitalistycznego świata
darmozjad od urodzenia do śmierci
jadający na złotych półmiskach
Król Faruk właściciel
tysiąca złotych łyżek
miliona głodnych fellachów
były właściciel piramid i Nilu
właściciel dziesięciu pałaców marmurowych
trzech jachtów itd.
Wydzielina waszego świata
obwieszona gwiazdami
i tęczami orderów


Ten jest potrzebny
ten jest bardzo potrzebny
niezastąpiony
brylant w koronie
waszego świata
jego nie przeznaczycie na śmierć
nie udusicie
nie spalicie
dobrzy panowie
uczeni panowie
pełni troski o przyszłość
miliarda robaków
on jest potrzebny i wy jesteście potrzebni
martwicie się co zrobić z nami

a wiecie co my zrobimy z wami
a wiecie co my zrobimy
a wiecie co my...

III

ZŁY DUCH

Straszono ludzi
złym duchem demonem
o imionach tak licznych
jak gwiazdy na niebie

Występował w stu maskach
ukrywał się w osobach zwierzętach i rzeczach
wodził na pokuszenie
i znikł

Widziałem go
bez maski
szedł obok mnie
dobrze ubrany i wypasiony
i mówił mówił mówił
mówił tak aż ślina
zbierała się w kącikach warg:
„Miliard ludzi jest na świecie niepotrzebny
Kiedy oni wreszcie użyją
bomby atomowej
czarni wydają podobno woń niemiłą
dla białego człowieka
Azjaci mnożą się jak króliki
W Indiach ludzie umierają jak muchy”
Na widok dzieci które przechodziły
z białymi gołąbkami na kijkach
wybuchnął śmiechem zaśmiewał się
aż z oczu wytrysła, mu krew

Szedł przez tłum
jak przez powietrze
potrącony
mruknął „bydło”
i była w tym słowie
nienawiść zimna i szczera jak złoto.

IV

WYZNANIE

Małemu chłopcu w białym ubranku
dano poznać
smak Boga
którego nie ma
I zostałem sam

Ja głupiec chciałem
połknąć świat
Ja mięso kości włosy
Ciemny podłużny kształt
Ja który wypowiedziałem
wiele słów

Mówiłem że niosę
a byłem niesiony
Mówiłem że żyję
a to była śmierć
mówiłem mówiłem.

V

KARMIĄCA ZYCIE

Jasna piękna
jak wydarzony bochen białego chleba
ma małe stopy i ręce
i włosy pachnące ziołami
i usta
ciepłe ukryte
pod wielkim czarnym liściem
nocy
cierpkie o świcie
Siedzi ze światłem w oczach
z mleczną piersią
w dłoni
siedzi w środku ciszy
w środku pokoju narodów
jest ziarnem owocu
jabłka ziemi
jabłka którym władali
królowie
jabłka które obejmuje
które obejmie doskonale
ręka ludów

Karmi nowonarodzonego
Patrzcie jak on ssie
jak ssie życie
wzrusza rączkami milczącą rzekę powietrza
niedługo otworzą się jego oczy
a potem otworzy się myśl
zamknięta jeszcze
pod pulsującą kością czaszki

Ziemio ziemio
jaka ukażesz się człowiekowi
dzisiaj urodzonemu.

1954

                                           Tadeusz Różewicz (z tomu Równina, wiersze z lat 1953-1954)
 
 
 

w swojej samotności sam. . .

W swojej samotności sam
Dookoła pustkę dźgam
To dźgnę tu, to dźgnę tam
No i co ja z tego mam

pustka to jest milion dziur
Lubo niewidzialny mur
Którą z dziur ślepy szczur
Może uciec stąd na dwór

gdybym złapał pustkę wpół
gdybym ją jak górnik kuł
może wół, może stół
by wypełnił pustki dół

W dźganiu tym mi nic nie sprzyja
I tak życie wartko mija
Dźgnę tu ci ja, dźgnę tam ci ja
trzeba by dłuższego kija

W swojej samotności sam
Dookoła pustkę dźgam
To dźgnę tu, to dźgnę tam
No i co ja z tego mam
To dźgnę tu, to dźgnę tam
No i gówno z tego mam

                                Wiesław Dymny
   
   
   

21 lipca 2015

objawienie. . .

dwa może trzy razy
byłem pewny
że dotknę istoty rzeczy
i będę wiedział

tkanka mojej formuły
z aluzji jak w Fedomie
miała także ścisłość
równania Heisenberga

siedziałem nieruchomo
z załzawionymi oczami
czułem jak stos pacierzowy
wypełnia trzeźwa pewność

ziemia stanęła
niebo stanęło
moja nieruchomość
była prawie doskonała

zadzwonił listonosz
musiałem wylać brudną wodę
nastawić herbatę

Sziwa podniósł palec
sprzęty nieba i ziemi
zaczęły znowu wirować

wróciłem do pokoju
gdzież ten pokój doskonały
idea szklanki
rozlewała się na stole

usiadłem nieruchomo
z załzawionymi oczami
wypełnionymi pustką
to znaczy pożądaniem

jeśli zdarzy mi się to raz jeszcze
nie ruszy mnie ani dzwonek listonosza
ani wrzask aniołów

będę siedział
nieruchomy
zapatrzony
w serce rzeczy

martwą gwiazdę

czarną kroplę nieskończoności

                                 Zbigniew Herbert (z tomu Studium przedmiotu, 1962)
  
  
  

swoboda tajemna. . .

Przekazywali sobie ściany
jak plazmę życia.

Hodowali w rodzinie
     pra-szafy
     pra-klamki.

Gdy rozkręciły się zwoje schodów
gdy poszedł dom
                         na dno,
czuli: szafa została w ich małej wątrobie,
myśleli prawie: kredens istnieje
                                             poprzez powiedzenie.
      wystarczy zskrzyczeć ustami -
      śmieją się drzwi...

Krajobraz rozłupanym na syntezy
szli do podłogi obiecanej,
którą obiecywał
każdy sam sobie.

Nie zaśpiewali Eklezjasty.

Marność jest dla wybranych.

Wybranych jest mało.

    Albowiem - wybiera
           każdy -
                 sam siebie

                                Miron Białoszewski (z tomu Obroty rzeczy, 1956)

19 lipca 2015

znajomość siebie opłacamy zawsze. . .

Znajomość siebie opłacamy zawsze bardzo słono. Jak zresztą wszelkie poznanie. Gdy człowiek dosięgnie jego dna. odechciewa mu się Ą c. W świecie wytłumaczonym nic już nie miałoby sensu, chyba tylko szaleństwo. To. cośmy spenetrowali. przestaje być ważne. A może udało nam się przeniknąć do głębi kogoś ? W takim razie najlepiej dla niego, żeby zniknął. Wszyscy żyjący noszą maski — nie tyle wskutek reakcji obronnej, ile ze wstydu, z pragnienia ukrycia swej nierzeczywistości. Zedrzyj je, a zgubisz ich — i siebie. Zaiste, nie jest dobrze marudzić zbyt długo pod Drzewem Poznania.

Emil Cioran (fragment pisma filozoficznego Na szczytach rozpaczy, 1934)
  
   
   

żądał od mądrości, by wyzwoliła go. . .

Zaiste, niezbyt przyjemna jest sytuacja kogoś, kto najpierw żądał od mądrości, by wyzwoliła go od niego samego i od świata, a potem zaczyna mieć ją w obrzydzeniu i widzieć w niej jeszcze jedne krępujące go kajdany.

Emil Cioran (fragment pisma filozoficznego Na szczytach rozpaczy, 1934)
  
   
   

rzecz, nikczemna, osądzać innych. . .

(...)niegodna to rzecz, nikczemna, osądzać innych. A jednak robią to wszyscy, toteż hamować się przed tym znaczyłoby stawiać się poza nawiasem ludzkości. Człowiek to zwierzę pełne żółci, więc wszelka jego opinia o bliźnich jest poniekąd obmową.

Emil Cioran (fragment pisma filozoficznego Na szczytach rozpaczy, 1934)
  
   
   

chcę umrzeć. . .

Chcę umrzeć, ale przykro mi, że chcę. Doznają tego uczucia wszyscy, którzy oddają się na łaskę nicości. Uczuciem najbardziej perwersyjnym jest uczucie śmierci. I pomyśleć, że są ludzie, którzy nie mogą spać na skutek perwersyjnej obsesji śmierci! Jakżebym chciał nic już więcej nie wiedzieć o sobie i o tym świecie!

Emil Cioran (fragment pisma filozoficznego Na szczytach rozpaczy, 1934)
  
   
   

18 lipca 2015

śmierć z torturami. . .

(...)śmierć z torturami  (psychicznemi  na razie) zaczynała  się już powoli,  wbrew  niemożności  jej  pojęcia  stawała się codzienną rzeczywistością.

Stanisław Ignacy Witkiewicz, ps. Witkacy (fragment powieści Pożegnanie jesieni, 1927)




   
    

nasz faszyzm to byłoby coś dopiero wspaniałego. . .

   — A cóż proletariat  żydowski....  —  wtrąciła Józia. 
   — Zobaczylibyście ten  proletariat  nie w  waszej  niewoli,  a pod  panowaniem  naszych królów:  żadnego cienia bolszewizmu  nikt by  się w  nim  nie doszukał.  Nasz faszyzm  to byłoby  coś  dopiero  wspaniałego.  Żydzi  są jedynym  narodem,  który  ma jeszcze w sobie zdrowy  nacjonalizm  —  tylko  położenie nasze czyni  z  nas,  mimo  naszej  woli, wybuchowy  materiał:  transformuje,  raczej  deformuje,  naszą  siłę  w  przestrzeni  innej struktury.

Stanisław Ignacy Witkiewicz, ps. Witkacy (fragment powieści Pożegnanie jesieni, 1927)




   
    

jestem nieszczęsnem, śmiertelnie znudzonem. . .

„Jestem  nieszczęsnem,  śmiertelnie znudzonem,  żydowskiem  niczem.  Czekam  byle zewnętrznej  sposobności,  aby  móc się zabić z  samej nędzy  duchowej.  Chce  mi  się  sankcji  wyższych  potęg  nad  mojem  życiem.  Ach  — zdobyć siebie na  nowo,  aż od  samego  dzieciństwa"
Poświećenie się  dla jakiegoś  wysokiego  celu? Boże Jedyny! Skąd  go  znaleźć?" „Zostać  komunistką"  —  szepnął znowu  głos,  ale  inny.  „Tak  —  ale nie  zostając komunistką można to  znaleźć jedynie tam,  gdzie  króluje ten  niezwyciężony  ksiądz Wyprztyk.  I od  jakich  głupstw  zależy  czasem  wszystko! Gdyby  wtedy  poddał mi  się, zostałabym  pewno  żydówką do  śmierci". Zadzwoniła  na służącą.  „Coś  musi  się zmienić  —  inaczej  znowu  przyjdzie to  straszliwe w  swej  mocy  pożądanie  śmierci  i ja nie wytrzymam  —  a ja żyć chcę,  —  chcę zobaczyć co  będzie dalej,  jak  w  następnym felietonie  powieści...

Stanisław Ignacy Witkiewicz, ps. Witkacy (fragment powieści Pożegnanie jesieni, 1927)




   
    

gromadząc się w sercu, gęstniejąc w kłębek tępego bólu. . .

Omdlałość  i  prężność  ustępowała powoli  z  mięśni,  gromadząc się w  sercu,  gęstniejąc w kłębek  tępego  bólu.  „Cierpienie istnienia  samego  w  sobie" przemknęły  słowna bez sensu.  Dałby  wiele,  aby  w tej  chwili  leżeć  mógł  sam  na  sofie w  swoim  pokoju.  Z utęsknieniem  pomyślał  o „tamrym"  mroku,  o  „tamtych"  muchach  dookoła lampy  i o „tamtych"  myślach,  które go  nawiedzały  jedynie tam,  u  niego,  o  szarej  godzinie.  Były to  chwile,  w  których  współczesne życie,  ale dalekie jakby  i obce  samo  sobie,  jaśniało tym  tajemniczym  blaskiem,  który  normalnie miały  dlań  tylko  pewne najlepsze  okresy przeszłości.  „Zasnąć  i  zapomnieć  —  albo  nie:  wyrwać się z  tego  miasta i gdzieś  na uboczu  stworzyć choćby  kawałek  życia takiego,  jak  te najlepsze,  bezpowrotnie minione dni,  jak  le wizje teraźniejszości,  wolne  od  przypadku  i  nudy  piękne jak dzieła  sztuki  w  swej  koniecznej  harmonji,  a jednocześnie lotne w  dowolności  i  fantazji  jak  puszki  kwiatów pędzone wiatrem  nad  lakami".  Ale nieubłagane spojrzenie z  boku  odkryło  śmieszność formy  lej  myśli(...)

Stanisław Ignacy Witkiewicz, ps. Witkacy (fragment powieści Pożegnanie jesieni, 1927)




   
    

na dnie istnienia, u samych jego podstaw tkwi jakiś piekielny nonsens. . .

Jednak  na dnie istnienia,  u  samych  jego  podstaw  tkwi  jakiś  piekielny  nonsens  i  to nonsens  nudny.  Ale ta nuda jest  wynikiem  dzisiejszych  czasów.  Dawniej  było  to wielkie i piękne.  Dziś  tajemnica zeszła  na  psy  i coraz mniej  jest  ludzi,  którzy  o tem właśnie wiedzą.  Aż w  końcu  szarość jednolita  pokryje wszystko,  na wiele,  wiele lat jeszcze  przed  zgadnięciem  słońca".  Przypomniała się  Alanazemu  książka  Arrheniusa „Losy  Planet"  —  zniechęcenie,  nie metafizyczne już,  ale geologiczno-astronomiczne,  złamało  go  na chwilę zupełnie.

Stanisław Ignacy Witkiewicz, ps. Witkacy (fragment powieści Pożegnanie jesieni, 1927)




   
    

pojęcia istnienia. . .

(...)jednocześnie widzę  dwa odbicia  przeglądającego  się w  oknach  słońca.  Definicja jednoczesności implikuje przyjęcie pojęcia Istnienia Poszczególnego:  w  obrębie  samego  poglądu fizycznego  jest  niemożliwa.

Stanisław Ignacy Witkiewicz, ps. Witkacy (fragment powieści Pożegnanie jesieni, 1927)




   
    

tak przeżywa wszechświat bóg. . .

„Nie rozdzielać niczego  na ordynarne  kompleksy  przyczyn  i skutków,  nie widzieć małych  celo-wostek  —  czuć płynącą falę rozkoszy  i cierpienia w  splątanych  pokłębieniach  całości  Istnienia,  w nieskończo- nem  zazębieniu  wszystkiego  ze  wszystkiem,  graniczącem  z  Niebytem,  z  Absolutna Nicością-  Psycholog  ja ameby  jednem  słowem..." (...)  „Tak przeżywa wszechświat Bóg".

Stanisław Ignacy Witkiewicz, ps. Witkacy (fragment powieści Pożegnanie jesieni, 1927)