09 lutego 2013

ręka w rękę, nie wypuszczając się z uścisku. . .

Zamienili spojrzenia i natychmiast zrozumieli się wzajemnie: pan poszedł spać, można by zajrzeć tu i ówdzie. Natychmiast odniósłszy do pokoju frak i pantalony, Pietrek zszedł na dół i obaj poszli razem nie mówiąc jeden drugiemu nic o celu wyprawy i gawędząc po drodze o czymś zupełnie postronnym. Spacer odbyli niedaleki. Przeszli tylko na drugą stronę ulicy do domu stojącego naprzeciwko hotelu i weszli w niziutkie, szklane, zakopcone drzwi prowadzące prawie do sutereny, gdzie przy drewnianych stołach siedziało już liczne i różnorodne towarzystwo: i z ogolonymi brodami, i z nie ogolonymi, i w kożuchach bez wierzchu, i po prostu w koszulach, a niektórzy nawet w grubych szynelach. Co tam robił Pietrek z Selifanem, Bóg raczy wiedzieć, ale po godzinie wyszli stamtąd trzymając się za ręce, zachowując zupełne milczenie, okazując jeden drugiemu wielką pieczołowitość i ostrzegając się wzajemnie przed różnymi węgłami. Ręka w rękę, nie wypuszczając się z uścisku, cały kwadrans wdrapywali się na schody, w końcu przezwyciężyli je i weszli. Pietrek zatrzymał się chwilę przed swoim niziutkim łóżkiem, rozmyślając, jak się ma położyć, i położył się zupełnie na poprzek, tak że nogi pozostały na podłodze. Selifan również położył się na tym samym łóżku, umieściwszy głowę na brzuchu Pietrka i zapomniawszy, że powinien spać wcale nie tu, ale, być może, w izbie czeladnej, jeżeli nie w stajni przy koniach. Obaj zasnęli natychmiast i zaczęli chrapać niezmiernie grubo, na co pan z sąsiedniego pokoju, odpowiadał przenikliwym nosowym świstem. Wkrótce potem wszystko się uspokoiło i hotel zapadł w głęboki sen;(...)

Nikołaj Wasiljewicz Gogol (fragment powieści Martwe Dusze, 1842)


   

wszystko, co nosiło na sobie ślady czegoś osobliwego. . .

Niegdyś, dawno, w latach mej młodości, w latach bezpowrotnie minionego dzieciństwa, wesoło mi było przybywać po raz pierwszy do nieznanej miejscowości; bez względu na to, czy to była wioska, biedne miasteczko powiatowe, sioło czy futor – dziecinne, ciekawe spojrzenie odnajdywało w nim dużo ciekawych rzeczy. Każda budowla, wszystko, co nosiło na sobie ślady czegoś osobliwego, wszystko zastanawiało mnie i uderzało. Czy to murowany dom rządowy w znanym stylu, z połową okien fałszywych, sam samiuteńki, sterczący pośród drewnianej, ciosanej gromady parterowych mieszczańskich domków, czy to okrągła regularna kopuła, cała obita arkuszową białą blachą, wzniesiona nad wybieloną jak śnieg nową cerkwią, czy rynek, czy frant powiatowy spotkany na mieście – nic nie wymykało się mojej świeżej, wrażliwej uwadze.

Nikołaj Wasiljewicz Gogol (fragment powieści Martwe Dusze, 1842)

   

następowała bohaterka grecka. . .

Wszedłszy do salonu Sobakiewicz wskazał na fotel mówiąc znowu: – Proszę! – Siadając Cziczikow spojrzał na ściany i na wiszące na nich obrazy. Na obrazach były same zuchy, wodzowie greccy sztychowani w całej okazałości: Maurokordatos w czerwonym mundurze i spodniach, w okularach na nosie, Kolokotronis, Miaulis, Kanaris. Wszyscy ci bohaterowie mieli takie grube uda i takie niesłychane wąsy, że patrzącemu ciarki przebiegały po skórze. Między silnymi Grekami, nie wiadomo jak i po co, ulokował się Bagration, szczuplutki, chudziutki, z maleńkimi sztandarami i armatkami u dołu, w bardzo wąziutkich ramkach. Potem znowu następowała bohaterka grecka, Bobelina, której – jedna noga wydawała się większa od całego korpusu tych wytwornisiów, co zapełniają współczesne salony. Gospodarz, będąc sam człowiekiem mocnym i zdrowym, chciał, zdaje się, żeby i jego pokój zdobili ludzie mocni i zdrowi. Obok Bobeliny, koło samego okna, wisiała klatka, z której wyglądał drozd ciemno upierzony, biało nakrapiany, również bardzo do Sobakiewicza podobny. Gość i gospodarz nie zdążyli jeszcze dwóch minut pomilczeć, gdy drzwi salonu otworzyły się i weszła pani domu, dama dość wysoka, w czepku ze wstążkami przefarbowanymi domową farbą. Weszła z godnością, trzymając głowę prosto jak palma.


 Nikołaj Wasiljewicz Gogol (fragment powieści Martwe Dusze, 1842)

   

08 lutego 2013

wyciskali taki omdlewający i długi pocałunek. . .

Jego żona... zresztą byli oni z siebie wzajemnie bardzo zadowoleni. Pomimo iż minęło więcej niż osiem lat ich małżeństwa, każde z nich wciąż jeszcze przynosiło drugiemu kawałek jabłuszka albo cukierek, albo orzeszek, mówiąc wzruszająco tkliwym głosem, wyrażającym idealną miłość: „Otwórz, kochanie, buzię, włożę ci ten kąsek”. Nie potrzeba dodawać, że buzia otwierała się przy tym bardzo wdzięcznie. Na urodziny robiono niespodzianki – jakiś futerał z masy perłowej do wykałaczki. I bardzo często, siedząc na kanapie, nagle zupełnie nie wiadomo z jakiego powodu, jedno odkładało swą fajkę, a drugie robótkę, jeżeli ta była w danej chwili w rękach, i wyciskali taki omdlewający i długi pocałunek, że w czasie jego trwania można by z łatwością wypalić małe słomkowe cygaro. 

Nikołaj Wasiljewicz Gogol (fragment powieści Martwe Dusze, 1842)

   

trzeba będzie bardzo pogłębić już wyćwiczone w nauce obserwacji spojrzenie. . .

O wiele łatwiej rysować charaktery wielkich rozmiarów: tam po prostu rzuca się pełną garścią farby na płótno – czarne pałające oczy, nawisłe brwi, przecięte zmarszczką czoło, przerzucony przez ramię czarny albo purpurowy jak ogień płaszcz – i portret gotowy; ale ci wszyscy panowie, których jest wielu na świecie, z wyglądu są bardzo do siebie podobni, a jednak, jeśli się przyjrzeć, zobaczy się wiele nieuchwytnych cech – ci panowie są strasznie trudni do portretowania. Tu trzeba będzie mocno wytężać uwagę, zanim się wydobędzie wszystkie delikatne, prawie niewidzialne rysy i w ogóle trzeba będzie bardzo pogłębić już wyćwiczone w nauce obserwacji spojrzenie.

 Nikołaj Wasiljewicz Gogol (fragment powieści Martwe Dusze, 1842)

   

w angielskich ogrodach rosyjskich ziemian. . .

Dwór stał samotnie na wzgórzu,otwartym na wszystkie wiatry, jakim tylko zechce się powiać; spadek góry, na której stał, był odziany strzyżoną darniną. Na niej rozrzucone były po angielsku dwa czy trzy klomby z krzewami bzu i żółtej akacji; pięć czy sześć brzóz tu i ówdzie wznosiło swoje rzadkie, drobnolistne wierzchołki. Pod dwiema spośród nich widać było altankę z płaską zieloną kopułką, drewnianymi niebieskimi kolumienkami i napisem: „Świątynia samotnego dumania”; niżej staw pokryty rzęsą, co zresztą nic jest rzadkością w angielskich ogrodach rosyjskich ziemian. U podnóża tej wyniosłości i po części na samym zboczu ciemniały wzdłuż i w poprzek szare drewniane chaty, które nasz bohater, nie wiadomo z jakiego powodu, natychmiast zaczął rachować i narachował ich więcej niż dwieście. Nigdzie pomiędzy nimi nie było rosnącego drzewka ani jakiejkolwiek zieloności; zewsząd wyglądały same tylko bierwiona. Widok ożywiały dwie baby, które malowniczo podniósłszy spódnice i poobtykawszy je ze wszystkich stron, brnęły po kolana w stawie,wlokąc za dwa drewniane kołki porwaną sieć, w której było widać dwa zaplątane raki i błyszczała złapana płotka; baby, zdaje się, kłóciły się o coś i wymyślały sobie. W pobliżu, z boku, ciemniał jakimś mdłoniebieskawym kolorem sosnowy las. Nawet pogoda wypadła odpowiednia. Dzień nie był ani jasny, ani ciemny, ale jakiegoś jasnoszarego koloru – jaki bywa tylko na starych mundurach garnizonowych żołnierzy, tego na ogół spokojnego wojska, ale trochę nietrzeźwego w dni świąteczne.

Nikołaj Wasiljewicz Gogol (fragment powieści Martwe Dusze, 1842)

   

zniechęcenie. . .

Zasnąć nareszcie, nie zbudzić się nigdy.
Spać doskonale, w pustce doskonałej.
Nie być - być pustką, która nie istnieje.
Ale istnieje,
bośmy ją nazwali.

Spać, spać - jak kamień, nie zbudzić się nigdy.
Już do niczego. Niech tam rajskie raje
trwają w wieczności.
Spać, być wiecznością,
więc być doskonałym.
Być wieczną pustką, cokolwiek to znaczy.

Nie wstać już nigdy, do niczego, po co.
Nie zmartwychwstawać ni w ciele, ni w kwiatach.
Już nie być deszczem ni podmuchem wiatru.
Żmiją, jaszczurką.
W ogóle nie być,
nie być już nigdy.

                                         Jan Rybowicz

   

07 lutego 2013

niech żyje karamazow!. . .

- No, chodźmy! Oto już idziemy ręka w rękę.
 - I wiecznie tak, przez całe życie, ręka w rękę! Niech żyje Karamazow!

Fiodor Dostojewski (fragment powieści Bracia Karamazow, 1880)

 

oto mój pogląd. . .

Wiesz przecie, że cię nie okłamuję. Słuchaj więc: nie jesteś gotów i nie dla ciebie jest taki krzyż. To nic jeszcze: taki krzyż męczeński jest tobie, nieprzygotowanemu,zupełnie niepotrzebny. Gdybyś zabił ojca, ubolewałbym, że odtrącasz od siebie swój krzyż. Ale jesteś niewinny i krzyż taki jest dla ciebie za ciężki. Chciałeś przez mękę odrodzić w sobie nowego człowieka; moim zdaniem, pamiętaj tylko zawsze, całe życie i gdzie tylko będziesz, o tym nowym człowieku - to wystarczy. To, żeś nie przyjął wielkiej krzyżowej męki, sprawi, że poczujesz w sobie większą odpowiedzialność, a dzięki temu poczuciu będziesz się odradzał może nawet bardziej, niż gdybyś tam poszedł. Bo przecież nie ścierpisz i zbuntujesz się, i może naprawdę powiesz w końcu: „Skwitowałem się.” Adwokat w tym wypadku miał słuszność. Nie dla wszystkich to brzemię jest ciężkie, dla niektórych jest nie do zniesienia... Oto mój pogląd, jeśli ci się może przydać.

Fiodor Dostojewski (fragment powieści Bracia Karamazow, 1880)

  

jeszcze zastało wiele domów. . .

Po drugie, krzepiąca, niewyraźnie majacząca myśl, że fatalny epilog jest jeszcze odległy, w każdym razie nie bliski, może dopiero jutro nad ranem przyjdą po niego. A więc kilka godzin - to dużo, bardzo dużo! W kilka godzin można wiele rzeczy obmyślić. Przypuszczam, że w jego duszy musiało się dziać coś takiego, co się dzieje w duszy przestępcy, którego wiozą na miejsce straceń, na szubienicę: jeszcze trzeba przejechać długą, bardzo długą ulicę, i to truchtem, na oczach tysiącznych tłumów, a potem skręcić w inną ulicę i dopiero u wylotu tej ulicy - straszliwy plac! Wydaje mi się, że skazaniec, siedząc na swym haniebnym wozie, musi chyba odczuwać, że ma jeszcze przed sobą nieskończenie długie życie. Ale oto przesuwają się domy, wóz wciąż się toczy - to nic, do zakrętu jest jeszcze tak daleko; skazaniec wciąż odważnie rozgląda się na prawo i na lewo i patrzy na te tysiące ciekawych i obojętnych widzów, którzy nie spuszczają zeń oka, i wciąż mu się wydaje, że jest takim samym człowiekiem jak oni. Lecz oto już zakręt, o! ale to nic, nic, jeszcze cała ulica. I chociaż domy przesuwają się, on wciąż myśli: „Jeszcze zastało wiele domów.” I tak do końca, aż do placu.

Fiodor Dostojewski (fragment powieści Bracia Karamazow, 1880)


ty mi mówisz co chwila, że jestem głupi. . .

„To w Boga, powiadani, wierzyć w naszych czasach jest niepostępowo, ale ja przecie jestem diabłem, we mnie można.” „Rozumiemy, powiadają, któż to w diabła nie wierzy, a jednak nie wydrukujemy, to może nam kierunek wypaczyć. Chyba w formie żartu.” „No, w formie żartu, pomyślałem sobie, to będzie niezbyt dowcipnie.” I nie wydrukowali. I czy dasz wiarę, mam to nawet dotąd na sumieniu. Najlepsze uczucia, jak na przykład wdzięczność, są mi formalnie wzbronione jedynie z powodu mojego socjalnego stanowiska.
- Znowu wdajesz się w filozofię? - nienawistnie rzekł Iwan zaciskając zęby.
- Uchowaj Boże, ale przecie nie można się czasem nie skarżyć. Jestem człowiekiem oczernionym. O, ty mi mówisz co chwila, że jestem głupi. Od razu widać, żeś młody. Przyjacielu, nie chodzi o sam rozum!

 Fiodor Dostojewski (fragment powieści Bracia Karamazow, 1880)

     

06 lutego 2013

co by było, gdyby twarz człowieka mogła dokładnie wyrazić całe wewnętrzne cierpienie. . .

Co by było, gdyby twarz człowieka mogła dokładnie wyrazić całe wewnętrzne cierpienie, gdyby zobiektywizowała się w akcie ekspresji cała wewnętrzna męka? Czy moglibyśmy jeszcze rozmawiać ze sobą? Czy nie musielibyśmy wówczas mówić, zakrywając rękoma twarz? Życie byłoby praktycznie niemożliwe, gdyby owa nieskończoność odczuć, jaką w sobie nosimy, uzewnętrzniała się w rysach twarzy. Nikt nie miałby już odwagi przejrzeć się w lustrze, bo w groteskowym i tragicznym zarazem wizerunku twarzy stapiałyby się w jedno plamy i wstęgi krwi, rany, co nigdy się nie zabliźnią i strugi łez, co nigdy nie będą powstrzymane.

Emil Cioran (Na szczytach rozpaczy (Pe culmile disperării, 1934))



 

05 lutego 2013

*** / żyjesz samymi brzegami. . .

Żyjesz samymi brzegami
chwiejnym konturem

nagła ciemność
ścina ci krew
lodem

paszcza świata z czarnym podniebieniem
już bierze cię na kieł ─
sierp
obojętnego blasku

umrzesz
umrzesz z wierszem na ustach
z wierszem na ustach wyrzeczonym znów
do nikogo.

                                  Urszula Kozioł


 

04 lutego 2013

można kochać ludzkość i bez boga. . .

A mnie męczy Bóg. Tylko to mnie męczy. A co, jeżeli Go nie ma? Co, jeżeli Rakitin ma rację, że to wymyślona idea ludzkości? Jeżeli Go nie ma, to w takim razie człowiek jest panem ziemi, wszech stworzenia. Wspaniale! Tylko jak on będzie cnotliwy bez Boga? To pytanie! Wciąż tylko o tym myślę. Bo kogóż będzie kochał właśnie człowiek? Komu będzie wdzięczny, komu zaśpiewa hymn? Rakitin śmieje się. Rakitin powiada, że można kochać ludzkość i bez Boga. No, tylko ten smarkacz może tak twierdzić, ja nie mogę tego zrozumieć. Łatwo jest żyć Rakitinowi: „Ty lepiej, powiada dzisiaj do mnie, staraj się o rozszerzenie obywatelskich praw człowieka albo choćby o to, aby cena wołowiny nie wzrosła; na tej drodze prościej i lepiej okażesz miłość człowieczeństwa niż filozofowaniem.” Ja mu na to: „A ty, powiadam, bez Boga, sam podbijesz cenę wołowiny, jeśli nadarzy się okazja, i będziesz za każdą kopiejkę rubla zarabiać.” Rozgniewał się. Bo i czym jest moralność? Odpowiedz mi, Aleksy. Ja mam taką moralność, a Chińczyk taką - czyli że to rzecz względna. Może nie? Może nie względna? Zdradliwe pytanie! Nie będziesz się śmiał, jeśli ci powiem, że dwie noce przez to nie spałem? Dziwię się tylko, jak to ludziska tam żyją i wcale o tym nie myślą. Marność! Nie wierzą w Boga! Iwan ma ideę. Nie w moich wymiarach. Iwan milczy. Myślę, że jest masonem. Pytałem go - milczy. Chciałem u jego źródła wody się napić - milczy.


Fiodor Dostojewski (fragment powieści Bracia Karamazow, 1880)




  

a ty, chociaż się uczyłeś, nie jesteś filozof, tylko lokaj. . .

Powiedziałem mu: „Karamazowowie to nie łotry, lecz fi-lozofowie, a ty, chociaż się uczyłeś, nie jesteś filozof, tylko lokaj.” Śmieje się, ale złośliwie. A ja mu: De gustibus non est disputandum*, dobry żart, co? Przynajmniej i ja wdepnąłem w klasyczność - roześmiał się naraz Mitia.

Fiodor Dostojewski (fragment powieści Bracia Karamazow, 1880)

spieszę się. dlaczego się spieszę? nie wiem. . .

Ten nowy lekarz, co to go Katarzyna Iwanowna sprowadziła z Moskwy do nieszczęsnego pańskiego brata, którego jutro... Ale co będę mówić o jutrze! Umieram na myśl o jutrze! Głównie jednak z ciekawości... Słowem, ten lekarz był wczoraj u nas i zbadał Lizę... Dałam mu pięćdziesiąt rubli za wizytę. Ale to nie o to, znowu nie o to chodzi. Widzi pan, już całkiem poplątałam.Spieszę się. Dlaczego się spieszę? Nie wiem. Przestaję chwilami myśleć. Dla mnie wszystko splątało się teraz w jakiś kłębek. Boję się, że pan wybiegnie ode mnie znudzony, a ja nic jeszcze nie powiedziałam. Ach, mój Boże! Cóż tak siedzimy, przede wszystkim kawy - Julia, Głafira, kawy!

Fiodor Dostojewski (fragment powieści Bracia Karamazow, 1880)


03 lutego 2013

odpowiedź. . .

Dźwięk, dźwięk klarnetu, wypełnia fife!
Całemu zmysłowemu światu ogłasza,
Jedna godzina przepełniona wspaniałym życiem
Warta jest wieku bez nazwy

                                 Sir Walter Scott (przekład własny)

godzina z tobą. . .

Godzina z tobą! Kiedy wczesny dzień
Przeszywa złotem wschodnią szarość,
Oh, co może znieść mój umysł
Trudy i zamęt, zmartwienia i troski,
Nowe smutki, które odkrywa kolejna godzina,
I smutne wspomnienia minionych?
Jedna godzina z tobą.

Jedna godzina z tobą! Kiedy płonący lipiec
Macha swą czerwoną flagą w samo południe;
Co zwraca wiernemu wieśniakowi,
Jego praca na gorącej równinie;
Bardziej niż grota czy ocieniający konar,
Ostudzi wzburzoną krew i pulsującą skroń?
Jedna godzina z tobą.

Jedna godzina z tobą! Kiedy zachodzi słońce,
Oh, co może nauczyć mnie zapomnieć
Niewdzięcznych trudów dnia;
Nadziei, marzeń, co odleciały daleko;
Rosnących pragnień, i spadających zysków,
Duma mistrza, który gardzi mym bólem?
Jedna godzina z tobą.

                                                Walter Scott (przekład własny)



 

poletko trawy. . .

Co pozostaje: obraz, książka,
Poletko trawy, by pomału
Móc spacerować i oddychać -
Teraz, gdy sił ubywa ciału -
I stary dom, gdzie w nocnej ciszy
Nic się nie rusza oprócz myszy.

Moje pokusy są stateczne.
Gdy życie kresu już dobiega,
Ani bezładna wyobraźnia,
Ani młyn mózgu mielącego
Odpadki, strzępy szmat i kości,
Żadnej mi prawdy nie ogłosi.

Niech spłynie na mnie starczy szał,
Muszę się wyrzec swej natury
I stać się Lirem i Tymonem,
Albo Williamem Blake'iem, który
Tak długo walił pięścią w ścianę,
Aż Prawda przyszła na wezwanie;

Mieć umysł - miał go Michał Anioł -
Który potrafi przez obłoki
Przenikać lub, natchniony szałem,
Zakłóca zmarłych sen głęboki;
Umysł, którego nie zapomni
Ród ludzki: starca umysł orli.

                                          William Butler Yeats      




02 lutego 2013

rozmowa z kamieniem. . .

Pukam do drzwi kamienia.
- To ja, wpuść mnie.
Chce wejść do twego wnętrza,
rozejrzeć się dokoła,
nabrać ciebie jak tchu.

- Odejdź - mówi kamień. -
Jestem szczelnie zamknięty.
Nawet rozbite na części
będziemy szczelnie zamknięte.
Nawet starte na piasek
nie wpuścimy nikogo.

Pukam do drzwi kamienia.
- To ja, wpuść mnie.
Przychodzę z ciekawości czystej.
Zycie jest dla niej jedyna okazja.
Zamierzam przejść się po twoim pałacu,
a potem jeszcze zwiedzić liść i krople wody.
Niewiele czasu na to wszystko mam.
Moja śmiertelność powinna Cię wzruszyć.

- Jestem z kamienia - mówi kamień -
i z konieczności muszę zachować powagę.
Odejdź stad.
Nie mam mięśni śmiechu.

Pukam do drzwi kamienia.
- To ja, wpuść mnie.
Słyszałam ze są w tobie wielkie puste sale,
nie oglądane, piękne nadaremnie,
głuche, bez echa czyichkolwiek kroków.
Przyznaj, ze sam niedużo o tym wiesz.

- Wielkie i puste sale - mówi kamień -
ale w nich miejsca nie ma.
Piękne, być może, ale poza gustem
twoich ubogich zmysłów.
Możesz mnie poznać, nie zaznasz mnie nigdy.
Cala powierzchnia zwracam się ku tobie,
a całym wnętrzem leże odwrócony.

Pukam do drzwi kamienia.
- To ja, wpuść mnie.
Nie szukam w tobie przytułku na wieczność
Nie jestem nieszczęśliwa.
Nie jestem bezdomna.
Mój świat jest wart powrotu.
Wejdę i wyjdę z pustymi rekami.
A na dowód, ze byłam prawdziwie obecna,
nie przedstawię niczego prócz slow,
którym nikt nie da wiary.

- Nie wejdziesz - mówi kamień. -
Brak ci zmysłu udziału.
Nawet wzrok wyostrzony aż do wszechwidzenia
nie przyda ci się na nic bez zmysłu udziału.
Nie wejdziesz, masz zaledwie zamysł tego zmysłu,
ledwie jego zawiązek, wyobraźnie.

Pukam do drzwi kamienia.
- To ja, wpuść mnie.
Nie mogę czekać dwóch tysięcy wieków
na wejście pod twój dach.

- Jeżeli mi nie wierzysz - mówi kamień -
zwróć się do liścia, powie to, co ja.
Do kropli wody, powie to, co liść.
Na koniec spytaj włosa z własnej głowy.
śmiech mnie rozpiera, śmiech, olbrzymi śmiech,
którym śmiać się nie umiem.

Pukam do drzwi kamienia.
- To ja, wpuść mnie.

- Nie mam drzwi - mówi kamień.

                                                 Wisława Szymborska (z tomu Sól, 1962)

 

01 lutego 2013

nokturn lęku. . .

Wszystko wśród nocy żywi sekretne obawy:
głucha cisza i dźwięki, czas, a także miejsce.
Uśpieni w bezruchu czy też lunatycy
bezradni jesteśmy wobec owej trwogi.

Lecz nie wystarczy zamknąć oczu w mroku
ani w sen zapaść, by więcej nie patrzeć,
gdyż w surowej ciemności i w grocie uśpienia,
to samo światło nocy znów nas obudzi.

Wtedy to, niby człowiek, co marzy na jawie,
bez celu i powodu zaczynamy biegnąć.
A noc przytłacza nas swoją tajemnicą
i mówi nam, że umrzeć to znaczy się zbudzić.

I któż pośród cieni odludnej ulicy
na jakimś murze, w sinym lustrze samotności
nie ujrzał, jak coś kroczy, podchodzi ku niemu,
i nie czuł chłodu trwogi, śmiertelnego lęku?

Lęku, że jest już tylko pustym ciałem,
które przywdziałby każdy, ten lub inny człowiek,
trwogi, że jeszcze żyjąc, jest już nieobecny,
obawy, czy to wszystko istnieje naprawdę.

                                                    Xavier Villaurrutia

 
 

jacyś ludzie. . .


Wisława Szymborska (z tomu Chwila, 2003) 

wyjście z kina. . .

Migotały sny na białym płótnie.
Dwie godziny księżycowej łuski.
Była miłość na tęskną melodię,
Był szczęśliwy powrót z wędrówki.

Świat po bajce jest siny i mgła.
Nie uczone tu twarze i role.
Partyzanckie żale śpiewa żołnierz
i dziewczyna żale swoje gra.

Wracam do was, w prawdziwy świat,
losu pełny, tłumny i ciemny -
jednoręki chłopcze pod bramą
i dziewczyno o oczach daremnych.

                                     Wisława Szymborska (z niewydanego zbioru, 1945)

grażynie. . .

Pamiętać o papierosach. Żeby zawsze były pod ręką,
gotowe do wsunięcia w kieszeń, gdy znowu go zabierają.
Grażyna Kuroń - z archiwum Ewy Dobrowolskiej
Znać na pamięć przepisy dotyczące paczek i widzeń.
Sztukę zmuszania mięśni twarzy do uśmiechu.
Jednym chłodnym spojrzeniem gasić wrzask policjanta,
zaparzać spokojnie herbatę, gdy oni bebeszą szuflady.
Z obozu albo szpitala słać listy, że wszystko w porządku.
Tyle umiejętności, taka perfekcja. Mówię poważnie.
Chociażby po to, aby się nie zmarnowały,
nagrodą za to wszystko powinna być nieśmiertelność,
a już co najmniej jej wybrakowana wersja, życie.
 Śmierć. Nie, to niepoważne, nie przyjmuję tego do wiadomości.
Z iloma trudniejszymi sprawami dawałaś sobie radę.
Jeżeli kogoś podziwiałem, to właśnie ciebie.
Jeśli coś było trwałe, to właśnie ten podziw.
Ile razy chciałem ci powiedzieć. Nie było jak.
Wstydziłem się luk w słownictwie i mikrofonu w ścianie.
Teraz słyszę, że za późno. Nie, nie wierzę.
To przecież tylko nicość. Jakże takie nic
ma stanąć pomiędzy nami. Na złość, na zawsze zapiszę
tę kreskę na tęczówce, zmarszczkę w kącie ust.
Zgoda, wiem, nie odpowiesz na moją ostatnią pocztówkę.
Ale będę za to winić coś rzeczywistego,
listonosza, katastrofę lotniczą, cenzurę,
nie nieistnienie, które, zgódź się, nie istnieje.

                                                          Stanisław Barańczak