Milan Kundera (fragment powieści Powolność, 1997)
10 czerwca 2014
człowiek bezczynny jest sfrustrowany. . .
Dlaczego niknęła przyjemność powolności? Ach, gdzież są niegdysiejsi włóczędzy? Gdzież są owi niespieszni bohaterowie ludowych pieśni, łaziki wędrujący od jednego młyna do drugiego i śpiący pod gołym niebem? (...) Czeskie przysłowie określa ich słodkie nieróbstwo metaforą: wpatrują się w okna dobrego Boga. Ten, kto wpatruje się w okna dobrego Boga, nie nudzi się; jest szczęśliwy. W naszym świcie nieróbstwo przemieniło się w bezczynność, która jest czymś zupełnie innym: człowiek bezczynny jest sfrustrowany, nudzi się, wciąż poszukuje brakującego mu ruchu.
źródło strachu leży w przyszłości. . .
Cóż powiedzieć? Może to: człowiek pochylony nad motocyklem może się skupić jedynie na danej sekundzie swego lotu; chwyta się cząstki czasu odciętej i od przeszłości, i od przyszłości; est wyrwany z ciągłości czasu; jest poza czasem; mówiąc inaczej, jest w stanie ekstazy wstanie tym nie wie, ile ma lat, nie wie nic o swej żonie, o swych dzieciach, o swych troskach, przeto się nie boi, gdyż źródło strachu leży w przyszłości, a ten, kto jest wony od przyszłości, nie ma się czego obawiać.
Milan Kundera (fragment powieści Powolność, 1997)
09 czerwca 2014
życie jest ciągle odkrywane i kochane, chociaż staniolowy mózg płodzi pokraczne obraz. . .
Teraz często widzę wielką gwiazdę i myślę, że to gwiazda wieczorna.
A to jest języczek palnika spawarki, niebieski i tęskny płomyczek,
zstąpienie Ducha Świętego, które czerwienieje przy zetknięciu z
metalem. Uchylam okienko baraku i patrzę na faceta, który stoi na
stercie złomu wojennego, zaciska w palcach jutrzenkę i ciągnie za sobą
przewody, a z palnika pryskają świąteczne choinki. W hucie Poldi ludzie
bez nadziei dźwigają zabłocone pozory. Dziwne, że życie jest ciągle
odkrywane i kochane, chociaż staniolowy mózg płodzi pokraczne
obrazy, a rozdeptana klatka piersiowa wypluwa nieszczęście. Nadal jest to jeszcze piękne, kiedy człowiek zostawia jadłospis, listę lokatorów i
rodziny, i rusza za wspaniałą gwiazdą. Ciągle jeszcze życie jest
cudowne, gdy człowiek ma iluzję, że jest zdolny na metrze
kwadratowym stworzyć, cały świat. Kiedy do końca brygady brakuje sto
dni, kupuje się żółty składany metr i każdego dnia odetnie się jeden
centymetr, a gdy wypadnie z palców ten ostatni, człowiek przejdzie
szyjką butelki gdzieś indziej, naprzeciw innym przygodom.
Bohumil Hrabal
(z tomu Sprzedam dom, w którym już nie chcę mieszkać;
Piękna Poldi, 1966)
gdyby miał charakter, to by skoczył z tego okna dzwonnicy jak z trampoliny. . .
A potem się wychylił i patrzył w dół, na podwórze składnicy i
pomyślał, że gdyby miał charakter, to by skoczył z tego okna dzwonnicy
jak z trampoliny, z rozbiegiem, z głową uniesioną, by wszyscy robotnicy
na wszystkich piętrach konstrukcji widzieli, że to nie jest wypadek ani
przypadek, a potem by poszybował głową w dół, z wyprostowanymi
rękami, spadałby na podwórze, roztrzaskałby się w przegrodzie na stare
żelazo o tablice generalissimusowych alej i ulic, i placów, i parków, a
gdyby miał szczęście, to by się doczołgał do sterty starego papieru i tam
skonał między tymi siedmioma metrami listów, które pisały praskie
dzieci na konkurs radiowy: Jak upiększyć ojczyznę.
Bohumil Hrabal
(z tomu Sprzedam dom, w którym już nie chcę mieszkać;
Zdrada luster, 1966)
wznieć między moimi nogami płonącą ofiarę. . .
Pamiętam, Polu, kiedy mi powiedziałaś: Ciebie nienawidzę najmniej. W
twojej ślinie czuję nieskończoną dziurę, którą drążyła miłość, w twoich
zębach dotykam ściany, po której ścieka smutek. Kochany, jadłeś na
kolację kiełbasę, bo na ustach mam kawałek mięsa, ale to nie szkodzi,
całuj mnie ciągle, ciągle. I powtarzaj, że nawet Salomon w całej swej
chwale nie był tak ubrany, że nawet ptactwo niebieskie, nawet polne
kwiaty nie są tak piękne jak ja. Mów to ciągle, wznieć między moimi
nogami płonącą ofiarę i rozniecaj żar w moich biodrach. I kiedy
pójdziesz rano do domu i zobaczysz wiszącą w oknie suknię kobiecą, nic
się nie przejmuj. To ja obejmuję przepełniony słodkim wspomnieniem
dom. Podobno w balustradach można wyczuć dotykiem zagubione
szpilki słońca.
To powiedziała mi wtedy Pola i zeszła ku rzece, w której miasto chodzi na rękach. Dziwiłem się wtedy, dlaczego odwrócone samochody jeżdżą po rzece kołami do góry, jakby sunęły na płozach przymocowanych do dachów, dlaczego przechodnie kłaniają się sobie, jakby kapeluszami czerpali wodę.
— Człowieku, gdzie znalazłeś tyle siły, by oferować te zwariowane zabawki, te szczoteczki i grzebienie, a przy tym tak obłędnie marzyć?
A ja powiedziałem: — Polu, ty jedna zrozumiałaś słowa, którymi zatopiłem twoje usta, włosy, powietrze twoich płuc, słówka jak z popołudniówki. Polu, ty jedna zawsze odgadywałaś, kiedy skraca się knot w moich oczach, i ty jedyna zrozumiesz, co pozostanie, gdy odejdę z twarzą blaszaną i głuchą, bo tak jak ty, także i ja nigdy nie chciałem się cieszyć według recepty, nigdy, tak samo jak ty, nie chciałem nie mieć prawa do bólu i cierpienia... Ale, Polu, ty łotrzyco łotrowska i wyuzdana, dlaczego wprowadzasz w moje życie panikę, tak jak stalaktyt, jak nietoperz?
To powiedziała mi wtedy Pola i zeszła ku rzece, w której miasto chodzi na rękach. Dziwiłem się wtedy, dlaczego odwrócone samochody jeżdżą po rzece kołami do góry, jakby sunęły na płozach przymocowanych do dachów, dlaczego przechodnie kłaniają się sobie, jakby kapeluszami czerpali wodę.
— Człowieku, gdzie znalazłeś tyle siły, by oferować te zwariowane zabawki, te szczoteczki i grzebienie, a przy tym tak obłędnie marzyć?
A ja powiedziałem: — Polu, ty jedna zrozumiałaś słowa, którymi zatopiłem twoje usta, włosy, powietrze twoich płuc, słówka jak z popołudniówki. Polu, ty jedna zawsze odgadywałaś, kiedy skraca się knot w moich oczach, i ty jedyna zrozumiesz, co pozostanie, gdy odejdę z twarzą blaszaną i głuchą, bo tak jak ty, także i ja nigdy nie chciałem się cieszyć według recepty, nigdy, tak samo jak ty, nie chciałem nie mieć prawa do bólu i cierpienia... Ale, Polu, ty łotrzyco łotrowska i wyuzdana, dlaczego wprowadzasz w moje życie panikę, tak jak stalaktyt, jak nietoperz?
Bohumil Hrabal
(z tomu Sprzedam dom, w którym już nie chcę mieszkać;
Zupełny Kafka, 1966)
gdyby pana nie ogarnęła ta chmura, piękne rzeczy by pan tworzył. . .
Mówię do starej:
— Czy znała pani Franciszka Kafkę?
— Matko Święta — powiedziała — ja jestem Kafkowa Franciszka. A mój tatuś był rzeźnikiem i nazywał się Franciszek Kafka. Poza tym znałam jednego kelnera z restauracji dworcowej — powiedziała i nachyliła się, a jedyny ząb świecił jej w ustach jak wiedźmie — ale panie, jakby pan chciał coś ekstra, pan i tak nie umrze naturalną śmiercią, niech się pan każe spopielić i zapisze mi ten swój popiół, a ja będę panem czyścić widelce i noże, żeby się z panem coś ciekawego działo, tak jak z darem, jak z nieszczęściem, jak z miłością... hehehehe...— powiedziała i obracała widelcem skwierczące i pryskające tłuszczem kiełbaski.
— Wróżę też z kart — ciągnęła dalej. — Panie, gdyby pana nie ogarnęła ta chmura, piękne rzeczy by pan tworzył... ale zmykaj, zmykaj, znowu tu jest! — wołała i otrzepywała spódnicę, i odpychała coś spod nóg.
— Czy znała pani Franciszka Kafkę?
— Matko Święta — powiedziała — ja jestem Kafkowa Franciszka. A mój tatuś był rzeźnikiem i nazywał się Franciszek Kafka. Poza tym znałam jednego kelnera z restauracji dworcowej — powiedziała i nachyliła się, a jedyny ząb świecił jej w ustach jak wiedźmie — ale panie, jakby pan chciał coś ekstra, pan i tak nie umrze naturalną śmiercią, niech się pan każe spopielić i zapisze mi ten swój popiół, a ja będę panem czyścić widelce i noże, żeby się z panem coś ciekawego działo, tak jak z darem, jak z nieszczęściem, jak z miłością... hehehehe...— powiedziała i obracała widelcem skwierczące i pryskające tłuszczem kiełbaski.
— Wróżę też z kart — ciągnęła dalej. — Panie, gdyby pana nie ogarnęła ta chmura, piękne rzeczy by pan tworzył... ale zmykaj, zmykaj, znowu tu jest! — wołała i otrzepywała spódnicę, i odpychała coś spod nóg.
Bohumil Hrabal
(z tomu Sprzedam dom, w którym już nie chcę mieszkać;
Zupełny Kafka, 1966)
rembrandt wstawał z martwych. . .
Potem acetylenowa lampa oświetlała tę staruchę, a Rembrandt
wstawał z martwych. Ręce babiny leżały na jej brzuchu, jakby dotykały pleców utraconego syna. Jedyny ząb świecił jej z ust.
Bohumil Hrabal
(z tomu Sprzedam dom, w którym już nie chcę mieszkać;
Zupełny Kafka, 1966)
06 czerwca 2014
dobrze jest doprowadzić życie do zagłady i rano na powrót je zacząć. . .
Nocna latarenka goniła cień, by go roztrzaskać o lakierowane drzwi. A ja
pytałem siebie, czy przyczyna cienia była sama, czy była tam z kimś?
Drżałem wtedy, bo nocą deszcz pada zimno i ślady nikną w błotnistej
ulewie. Jednak dobrze jest mieszkać w lęku i poprzez strach słyszeć
swoje zęby, dobrze jest doprowadzić życie do zagłady i rano na powrót
je zacząć. Dobrze jest też żegnać się na zawsze i wychwalać nieszczęście
jak cwaniak Hiob.
Bohumil Hrabal
(z tomu Sprzedam dom, w którym już nie chcę mieszkać;
Zupełny Kafka, 1966)
nieumiejętność postrzegania. . .
Negację można rozumieć
także jako nieumiejętność postrzegania.
Zresztą daję ogłoszenie o sprzedaży domu,
w którym już nie chcę mieszkać.
Viola Fischer
także jako nieumiejętność postrzegania.
Zresztą daję ogłoszenie o sprzedaży domu,
w którym już nie chcę mieszkać.
Viola Fischer
05 czerwca 2014
absurdalnej rzeczy, której by człowiek nie zrobił. . .
Nie ma takiej absurdalnej rzeczy,
której by człowiek nie zrobił, próbując nadać życiu jakiś sens.
William Wharton (fragment powieści Ptasiek, 1978)
rzeczy dzieją się bez najmniejszego powodu i nie mają żadnego znaczenia. . .
— Posłuchaj, Al. Zdaje się, że tak naprawdę chodzi mi o to, że obaj jesteśmy stuknięci. Jesteśmy
stuknięci, bo nie możemy pogodzić się z tym, że rzeczy dzieją się bez najmniejszego powodu i nie mają żadnego
znaczenia. Nie podoba nam się obraz życia jako biegu przez płotki, które jakoś tam trzeba pokonać. Wydaje mi
się, że każdy, kto nie jest wariatem, po prostu za wszelką cenę prze dalej. Żyją z dnia na dzień, tylko dlatego, że
po jednym dniu przychodzi następny, a jak już skończą im się dni, zamykają powieki i mówią, że umarli.
William Wharton (fragment powieści Ptasiek, 1978)
do głębi realnego istnienia dzielonego. . .
Poprzez iluzję tożsamości dochodzę do głębi realnego istnienia dzielonego na pół.
William Wharton (fragment powieści Ptasiek, 1978)
04 czerwca 2014
jego samego musieli gdzieś tam po drodze splugawić. . .
Jak
starej daty Sycylijczyk, któremu zgwałcili żonę; nawet jak wie, że to nie jej wina, nawet jak widać, że się
broniła, on już nie będzie dla niej taki jak kiedyś. (...)
Patrzę na Ptaśka: siedzi w kucki, obserwuje mnie, bezbronny, cały miękki, oczy puste. Zaczynam się domyślać, że i jego samego musieli gdzieś tam po drodze splugawić. I on już teraz siebie nie chce.
Patrzę na Ptaśka: siedzi w kucki, obserwuje mnie, bezbronny, cały miękki, oczy puste. Zaczynam się domyślać, że i jego samego musieli gdzieś tam po drodze splugawić. I on już teraz siebie nie chce.
William Wharton (fragment powieści Ptasiek, 1978)
w najlepszym razie słuchają cię, żebyś ty potem musiał ich wysłuchać. . .
Niewielu jest ludzi, którzy się interesują tym, co kto inny myśli albo co ma do powiedzenia. W
najlepszym razie słuchają cię, żebyś ty potem musiał ich wysłuchać. I wszyscy nawzajem wciskają sobie tony
kitu. Czasami trafi się ktoś, kto wygląda, jakby słuchał, ale w końcu się wydaje, że tylko czai się na jedno twoje
słowo, takie, od którego będzie mógł odbić z własną opowieścią.
William Wharton (fragment powieści Ptasiek, 1978)
02 czerwca 2014
sra sobie w garść i rzuca gównem. . .
— Matko święta! To on naprawdę ma pierdolca! Nie umie sam jeść?
— On to jeszcze nic. Tam po drugiej stronie holu jest facet, który za skarby świata nie da się ubrać. Kuca na środku izby, tak samo jak ten tu pana przyjaciel, a jak tylko ktoś próbuje wejść, sra sobie w garść i rzuca gównem. Jego nakarmić — to jest dopiero zabawa! Na tym oddziale to więcej zoo niż szpital.
— On to jeszcze nic. Tam po drugiej stronie holu jest facet, który za skarby świata nie da się ubrać. Kuca na środku izby, tak samo jak ten tu pana przyjaciel, a jak tylko ktoś próbuje wejść, sra sobie w garść i rzuca gównem. Jego nakarmić — to jest dopiero zabawa! Na tym oddziale to więcej zoo niż szpital.
William Wharton (fragment powieści Ptasiek, 1978)
jestem zgłodniały poznania. . .
Ale muszę. Jestem głodny; jestem zgłodniały poznania. Mój mózg wiruje w jałowych obszarach
wiedzy. Wszystko za poznanie.
William Wharton (fragment powieści Ptasiek, 1978)
poznanie — koniec wiedzy. . .
Wdzieram się w środek samotności, tam gdzie poznanie — koniec wiedzy; falowanie prądu powietrza;
ruch w stronę konieczności
William Wharton (fragment powieści Ptasiek, 1978)
są ślady ptasich lotów w niebie. . .
Są ślady ptasich lotów w niebie
I nic więcej;
Coś było, coś odeszło,
Pozostało coś.
I nic więcej;
Coś było, coś odeszło,
Pozostało coś.
William Wharton
jeśli nie powiedział, to jako poeta mógł i powinien był powiedzieć. . .
- Cóż? Nie w smak ci to? - przerwał Bazarow. - Nie, bracie! Jeśli postanowiłeś wszystko
kosić, walże i siebie po nogach!... Dosyć jednak tej filozofii. „Przyroda tchnie milczeniem snu" - powiedział Puszkin.
- Nigdy Puszkin nie powiedział nic podobnego - rzekł Arkadiusz.
- Więc jeśli nie powiedział, to jako poeta mógł i powinien był powiedzieć. Ale wiesz, on na pewno służył w wojsku.
- Puszkin nigdy nie był w wojsku!
- Zlituj się, przecież znajdziesz u niego na każdej stronicy: Na bój, na bój! za honor Rosji!
- Cóż ty za bajdy zmyślasz! Przecież to po prostu oszczerstwo.
- Nigdy Puszkin nie powiedział nic podobnego - rzekł Arkadiusz.
- Więc jeśli nie powiedział, to jako poeta mógł i powinien był powiedzieć. Ale wiesz, on na pewno służył w wojsku.
- Puszkin nigdy nie był w wojsku!
- Zlituj się, przecież znajdziesz u niego na każdej stronicy: Na bój, na bój! za honor Rosji!
- Cóż ty za bajdy zmyślasz! Przecież to po prostu oszczerstwo.
Iwan Turgieniew (fragment powieści Ojcowie i dziecin, 1868)
bardzo długa droga i nie ma żadnego celu. . .
- Mam za sobą już tyle wspomnień: (...) tak jak to jest przyjęte... Mnóstwo wspomnień,
i nic, co warto by wspominać... A przede mną długa, bardzo długa droga i nie ma żadnego
celu... Nie chcę iść tą drogą.
Iwan Turgieniew (fragment powieści Ojcowie i dziecin, 1868)
01 czerwca 2014
*** / dotknąć. . .
Dotknąć deszczu, by stwierdzić, że pada
Nie deszcz, tylko pył z Księżyca spada
Dotknąć ściany, by stwierdzić, że mur
Nie jest ścianą, lecz kurtyną z chmur
Ugryźć kromkę, by stwierdzić, że studnia
Wyschła oraz wszystkie inne źródła
Wyrzec słowo, by stwierdzić, że głos
Jest krzykiem i nikogo to nie obchodzi
Nie deszcz, tylko pył z Księżyca spada
Dotknąć ściany, by stwierdzić, że mur
Nie jest ścianą, lecz kurtyną z chmur
Ugryźć kromkę, by stwierdzić, że studnia
Wyschła oraz wszystkie inne źródła
Wyrzec słowo, by stwierdzić, że głos
Jest krzykiem i nikogo to nie obchodzi
1969
Rafał Wojaczek
pewna komoda, czyli. . .
Ile śmierć ma szuflad! - W pierwszej
Składa sobie moje wiersze,
Którymi ją sobie skarbię.
W drugiej szufladzie najpewniej
Przechowuje kosmyk włosów
Z czasów, gdy miałem pięć lat.
W trzeciej znowu prześcieradło
Z moją pierwszą nocną zmazą
I świadectwo maturalne.
Zaś w czwartej zbiera rachunki,
Upomnienia i sentencje
"W imieniu Rzeczpospolitej".
W piątej recenzje, opinie,
Które, by się pośmiać, czyta,
Kiedy jest melancholijna.
Musi też mieć wielce skrytą,
Gdzie spoczywa, rzecz najświętsza:
Akt mojego urodzenia.
A najniższa i największa
- samej już wysunąć trudno -
Będzie dla mnie w sam raz trumną.
Składa sobie moje wiersze,
Którymi ją sobie skarbię.
W drugiej szufladzie najpewniej
Przechowuje kosmyk włosów
Z czasów, gdy miałem pięć lat.
W trzeciej znowu prześcieradło
Z moją pierwszą nocną zmazą
I świadectwo maturalne.
Zaś w czwartej zbiera rachunki,
Upomnienia i sentencje
"W imieniu Rzeczpospolitej".
W piątej recenzje, opinie,
Które, by się pośmiać, czyta,
Kiedy jest melancholijna.
Musi też mieć wielce skrytą,
Gdzie spoczywa, rzecz najświętsza:
Akt mojego urodzenia.
A najniższa i największa
- samej już wysunąć trudno -
Będzie dla mnie w sam raz trumną.
1970
Rafał Wojaczek
apocalypsis cum figuris. . .
Sól w nasze rany, cały wagon soli
By nie powiedział kto, że go nie boli
Piach w nasze oczy, cały Synaj piasku
By nie powiedział kto, że widzi jasno
Głód w nasze trzewia, suche kromki głodu
By nie powiedział kto, że nie wie, co głód
But w nasze krocza, kopniaków choć tysiąc
By nie powiedział kto, że spłodziłby co
Knut w nasze głowy, sto pałek umyślnych
By nie powiedział kto, że sobie myśli
Strach w nasze serca, tyle grozy gęstej
By nie powiedział kto, że nie zna lęku
I salwę w płuca czy też sznur na szyję
By nie powiedział kto, że jeszcze żyje
By nie powiedział kto, że go nie boli
Piach w nasze oczy, cały Synaj piasku
By nie powiedział kto, że widzi jasno
Głód w nasze trzewia, suche kromki głodu
By nie powiedział kto, że nie wie, co głód
But w nasze krocza, kopniaków choć tysiąc
By nie powiedział kto, że spłodziłby co
Knut w nasze głowy, sto pałek umyślnych
By nie powiedział kto, że sobie myśli
Strach w nasze serca, tyle grozy gęstej
By nie powiedział kto, że nie zna lęku
I salwę w płuca czy też sznur na szyję
By nie powiedział kto, że jeszcze żyje
listopad 1969
Rafał Wojaczek
rozumiałbym każdego. . .
Myślę, że byłbym najgorszym z możliwych psychiatrów, gdyż rozumiałbym każdego z moich pacjentów i przyznawałbym mu rację.
Emil Cioran
poeci myślą o śmierci. . .
To bardzo interesujące, że młodzi poeci myślą o śmierci, a stare pierdoły o nieletnich dziewczynkach.
Bohumil Hrabal
Subskrybuj:
Posty (Atom)