09 listopada 2013

serce moje jest o tysiąc mil od ich buty i przebywa w sferze zbyt wysokiej. . .

- Tylko głupiec - powiedział sobie - wpada w gniew na innych: kamień spada, bo jest ciężki. Czy zawsze będę dzieckiem? Kiedyż wreszcie nauczę się dawać ze swej duszy ludziom tylko tyle, ile się im należy za ich pieniądze? Jeśli chcę, aby mnie szanowali i abym ja szanował sam siebie, trzeba im pokazać, że to ubóstwo moje paktuje z ich bogactwem, ale że serce moje jest o tysiąc mil od ich buty i przebywa w sferze zbyt wysokiej, aby je mogły dosięgnąć drobne oznaki wzgardy lub łaski.

Stendhal (własc. Marie-Henri Beyle)
(fragment powieści Czerwone i czarne, 1831)
   
   
   

w dwudziestym roku myśl o świecie i o czekającej w nim roli przeważa wszystko. . .

Ale wzruszenie to było rozkoszą, nie miłością. Idąc do swego pokoju myślał tylko o jednym szczęściu, mianowicie: aby wrócić do swej ulubionej książki - w dwudziestym roku myśl o świecie i o czekającej w nim roli przeważa wszystko.

Stendhal (własc. Marie-Henri Beyle)
(fragment powieści Czerwone i czarne, 1831)
   
   
   

potrzebował rozpatrzyć się jasno w swej duszy. . .

Julian wymknął się szybko i zapuścił się w lasy, którymi można się dostać z Vergy do Verrieres. Nie chciał zbyt rychło przybyć do księdza Chélan: nie pilno mu było do nowej sceny obłudy. Potrzebował rozpatrzyć się jasno w swej duszy, dać głos przeróżnym uczuciom, jakie nim miotały.

Stendhal (własc. Marie-Henri Beyle)
(fragment powieści Czerwone i czarne, 1831)
   
   
   

chronił się w te skały z książką, jedyną busolą swego postępowania i przedmiotem zachwytu. . .

Zawiść braci, bliskość ojca despoty i gbura zbrzydziły Julianowi okolice Verrieres. W Vergy nie czyhały nań te gorzkie wspomnienia; pierwszy raz w życiu nie czuł w pobliżu wroga. Kiedy pan de Renal był w mieście, co mu się często zdarzało, Julian ośmielał się czytać. Zamiast czytać w nocy, i to kryjąc lampę pod doniczką, mógł się wysypiać, za to w dzień, po lekcji, chronił się w te skały z książką, jedyną busolą swego postępowania i przedmiotem zachwytu. Znajdował w niej zawsze szczęście, upojenie i pociechę w chwilach zniechęcenia.

Stendhal (własc. Marie-Henri Beyle)
(fragment powieści Czerwone i czarne, 1831)
   
   
   

jak to! dawać podarki człowiekowi, z którego jesteśmy zupełnie zadowoleni. . .

Dręczona myślą o ubóstwie Juliana, pani de Renal poddała mężowi myśl, aby mu sprawić bieliznę.
   - Cóż za niepraktyczność! - odparł. - Jak to! Dawać podarki człowiekowi, z którego jesteśmy zupełnie zadowoleni i który dobrze spełnia obowiązki? A, gdyby się zaniedbywał, wówczas trzeba by podsycić jego zapał.

Stendhal (własc. Marie-Henri Beyle)
(fragment powieści Czerwone i czarne, 1831)
   
   
   

schludny wygląd młodszego brata, wzgarda wreszcie, jaką im okazywał, obudziły zawiść w tych gruboskórnych robotnikach. . .

Och, potwory, potwory! I ja także jestem jakby podrzutkiem, znienawidzonym przez ojca, braci, rodzinę. Na kilka dni przed świętym Ludwikiem Julian przechadzając się i odmawiając brewiarz w lasku nad Aleją Wierności, na próżno starał się uniknąć braci, których ujrzał z daleka na ścieżce. Piękne czarne ubranie, schludny wygląd młodszego brata, wzgarda wreszcie, jaką im okazywał, obudziły zawiść w tych gruboskórnych robotnikach; zbili Juliana tak, iż legł na drodze zemdlony i zlany krwią. Pani de Renal, przechadzając się z panem Valenod i podprefektem, zaszła przypadkowo do lasku; ujrzała Juliana na ziemi, sądziła, że nie żyje.

Stendhal (własc. Marie-Henri Beyle)
(fragment powieści Czerwone i czarne, 1831)
   
   
   

trzeba, aby mi pani wiele wybaczyła w pierwszych dniach. . .

   - Jak panu na imię? - rzekła z wdziękiem, którego, mimo iż bezwiednie, Julian odczuł cały urok.
   - Zowię się Julian Sorel; z drżeniem przestępuję pierwszy raz w życiu próg obcego domu, trzeba mi pani dobroci, trzeba, aby mi pani wiele wybaczyła w pierwszych dniach. Nie posyłano mnie do szkół, byłem za biedny, nie rozmawiałem z nikim prócz krewniaka mego, chirurga polowego, kawalera Legii, oraz księdza Chélan.

Stendhal (własc. Marie-Henri Beyle)
(fragment powieści Czerwone i czarne, 1831)
   
   
   

nienawidził rodzinnego miasta. . .

Naraz Julian przestał mówić o Napoleonie i oznajmił, że pragnie zostać księdzem. Widywano go stale w tartaku, jak uczył się na pamięć łacińskiej Biblii pożyczonej od proboszcza. Dobry staruszek, zachwycony postępami chłopca, trawił całe wieczory kształcąc go w teologii... Julian objawiał w jego obecności same pobożne uczucia. Któż by mógł zgadnąć, że ta dziewczęca twarzyczka, tak blada i słodka, kryje niewzruszone postanowienie zrobienia kariery za wszelką cenę? Dla Juliana kariera to było przede wszystkim opuścić Verrieres: nienawidził rodzinnego miasta; wszystko tam mroziło jego wyobraźnię.

Stendhal (własc. Marie-Henri Beyle)
(fragment powieści Czerwone i czarne, 1831)
   
   
   

przywrócił nam szczęście zwlekaniem. . .

Unus homo nobis cunctando restituit rem.
(Jeden człowiek przywrócił nam szczęście zwlekaniem)

                                                                                    Ennius


se cosi e?. . .

E sera mia colpa, se cosi e? (I czyż to moja wina, że sprawy idą źle?)

               Niccolò di Bernardo dei Machiavelli
 

 

byle jej pozwolono błądzić samotnie po ogrodzie. ..

Panią de Renal, osobę nader nieśmiałą, z pozoru bardzo nierówną, raziła zwłaszcza ustawiczna ruchliwość i donośny głos pana Valenod. Niechęć do tego, co w Verrieres nazywa się wesołością, zyskała jej reputację osoby bardzo dumnej ze swego urodzenia. Nie czyniła tego rozmyślnie, ale była bardzo rada, że mieszkańcy Verrieres rzadziej ją odwiedzają. Nie będziemy ukrywali, iż w oczach miejscowych pań uchodziła za głupią, ponieważ nie uprawiała wobec męża żadnej polityki, przepuszczała najlepsze sposobności zdobycia ładnych kapeluszy z Paryża lub z Besançon. Byle jej pozwolono błądzić samotnie po ogrodzie, nie skarżyła się nigdy.

Stendhal (własc. Marie-Henri Beyle)
(fragment powieści Czerwone i czarne, 1831)
   
   
    

p r z y n o s i ć d o c h ó d. . .

   Oto wielkie słowo, które rozstrzygają o wszystkim w Verrieres: p r z y n o s i ć d o c h ó d; streszcza ono stałą myśl trzech czwartych ludności.
   P r z y n o s i ć d o c h ó d - oto argument rozstrzygający o wszystkim w miasteczku, które zdało się wam tak powabne. Obcy, zachwycony świeżością i urodą głębokich dolin, które je otaczają, wyobraża sobie zrazu, że mieszkańcy jego wrażliwi są na p i ę k n o; mówią aż nazbyt często o piękności okolicy - nie można zaprzeczyć, że przywiązują do niej wagę, ale to dlatego, że ściąga cudzoziemców, których sakiewka wzbogaca oberżystów, co znowu siłą mechanizmu podatkowego p r z y n o s i d o c h ó d miastu.

Stendhal (własc. Marie-Henri Beyle)
(fragment powieści Czerwone i czarne, 1831)
   
   
   

wzgarda mędrca. . .

Znaczenie! Panowie, alboż to nic?
Szacunek kupców, podziw dzieci,
zazdrość bogaczy, wzgarda mędrca.

                                                      Barnave

08 listopada 2013

w selennej poświacie, zaiste mistycznej. . .

Szukając noclegu minąłem kino samochodowe. W selennej poświacie, zaiste mistycznej przez kontrast z bezksiężycową, masywną nocą, na gigantycznym ekranie spoglądającym z ukosa w głąb ciemnych i sennych pól, chudy fantom uniósł pistolet, lecz ostry kąt, pod jakim widziałem ten uchodzący świat, zamienił go wraz z ręką w rozedrgane pomyje, - a po chwili rząd drzew uciął dalszy ciąg jego gestu.

Vladimir Nabokov (fragment powieści Lolita, 1955)
   
   
   

oczekujemy, że nasi znajomi dostosują się do tej czy innej logicznej, konwencjonalnej kliszy, którą dla nich naszykowaliśmy. . .

   Często stwierdzam, że skłonni jesteśmy przypisywać znajomym stabilność charakteru, jaką w umyśle czytelnika zyskują postaci literackie. Choć byśmy nie wiedzieć ile razy zaglądali do „Króla Lira”, nigdy nie ujrzymy tego dobrego monarchy w chwili, gdy wali kuflem w stół, rozochocony, niepomny strapień, wesoło ucztując w gronie trzech córek i ich piesków pokojowych.
   Emma nigdy nie wstanie, wskrzeszona litościwymi solami z łzy Flauberta pere, uronionej w samą porę. Jakąkolwiek ewolucję przeszedł ten czy inny popularny bohater między pierwszą a ostatnią stronicą, los jego raz na zawsze utrwalił nam się w pamięci; w podobny sposób oczekujemy, że nasi znajomi dostosują się do tej czy innej logicznej, konwencjonalnej kliszy, którą dla nich naszykowaliśmy. A zatem X nigdy nie skomponuje nieśmiertelnej muzyki, byłaby ona bowiem dysonansem w zestawieniu z drugorzędnymi symfoniami, do których nas przyzwyczaił. Y nigdy nie popełni morderstwa. Niepodobna, żeby Z nas zdradził. Wszystko to mamy poukładane w głowach, im zaś rzadziej widujemy daną osobę, z tym większą satysfakcją przekonujemy się, jak potulnie dopasowuje się ona do naszych wyobrażeń na jej temat, ilekroć o niej zasłyszymy. Każde odstępstwo od kolei losu, które sami wytyczyliśmy, wydałoby nam się nie tylko anomalią, ale czymś wręcz nieetycznym. Wolelibyśmy nie znać naszego sąsiada, emerytowanego sprzedawcy hotdogów, gdyby nagle miało się okazać, że właśnie spłodził największe arcydzieło poetyckie swoich czasów.

Vladimir Nabokov (fragment powieści Lolita, 1955)
   
   
   

konsystencję raczej wibracji. . .

Lecz nazajutrz rano dygotałem, zalewałem robaka i konałem w motelowym łóżku, z którego korzystała zaledwie parę minut, mogłem więc w tych pokrętnych i falujących okolicznościach najwyżej posłać obie walizki przez narzeczonego wdowy, krzepkiego i uczynnego kierowcę ciężarówki. Wyobrażałem sobie, jak Lo pokazuje Mary swe skarby... Niewątpliwie byłem odrobinę obłąkany i jeszcze na drugi dzień musiałem mieć konsystencję raczej wibracji niż ciała stałego(...)

Vladimir Nabokov (fragment powieści Lolita, 1955)
   
   
   

skulony w mroku, oszołomiony tą całkiem świeżą samotnością. . .

W końcu wróciłem do auta i spędziłem w nim sam nie wiem ile godzin: skulony w mroku, oszołomiony tą całkiem świeżą samotnością, gapiłem się z rozdziawionymi ustami już to na skąpo oświetlony, bardzo kwadratowy i niski budynek szpitala, przykucnięty pośród trawników, już to na powódź gwiazd i srebrzyste szczerby szańców owej haute montagne, gdzie w tejże sekundzie ojciec Mary, osamotniony Joseph Lore, śnił o Oloron, o Lagore, o Rolas - que sais-je! - albo uwodził owcę.

Vladimir Nabokov (fragment powieści Lolita, 1955)
   
   
   

07 listopada 2013

żywym światem, zamiast tkwić w starych. . .

Czyli - z całym szacunkiem dla Szekspira i reszty - chcemy, żeby nasze dziewczęta swobodnie komunikowały się z otaczającym je żywym światem, zamiast tkwić w starych stęchłych księgach.

Vladimir Nabokov (fragment powieści Lolita, 1955)
   
   
   

06 listopada 2013

saturnalia z paroma tłustymi starymi kurwami. . .

Prócz moich biednych prezentów nie bardzo było co pakować; musiałem jednak poświęcić niebezpieczną ilość czasu (czy ona aby czegoś nie broi tam na dole?), aby nadać łóżku pozór gniazdka opuszczonego przez ojca, co niespokojnie sypia, i jego córeczkę-ladaco, a nie legowiska, w którym świeżo zwolniony więzień urządził sobie saturnalia z paroma tłustymi starymi kurwami. Potem dokończyłem ubieranie i wezwałem siwowłosego boya, żeby zniósł walizki.

Vladimir Nabokov (fragment powieści Lolita, 1955)
   
   
   

rejony, przez które pełznąłem, były schedą poetów. . .

Rozwodzę się nad dreszczami i podchodami tej odległej nocy, postanowiłem bowiem udowodnić, że nie jestem, nie byłem i nigdy być nie mogłem brutalnym łotrem. Delikatne, marzycielskie rejony, przez które pełznąłem, były schedą poetów - nie zaś łowiskiem zbrodni. Gdybym wtedy osiągnął cel, moje upojenie byłoby jedną wielką miękkością, procesem wewnętrznego spalania, którego żar Lo ledwie by poczuła, choćby wcale nie spała. Nie traciłem jednak nadziei, że stopniowo omota ją zupełne odrętwienie, pozwalając mi skosztować czegoś więcej aniżeli tylko jej poblasku. Toteż wśród próbnych przybliżeń, w zamęcie percepcji, który przeistaczał ją w księżycowe oka lub w krzew rozkwitły puszyście, śniłem, że znów przytomnieję, śniłem; że czyham.

Vladimir Nabokov (fragment powieści Lolita, 1955)
   
   
   

naga, tylko w jednej skarpetce. . .

Naga, tylko w jednej skarpetce, z bransoletką noszoną od uroku, rozkrzyżowana na łóżku, na które powalił ją mój eliksir - tak właśnie ją sobie wyobrażałem; w dłoni wciąż jeszcze zaciskała zdjętą z włosów aksamitkę; jej ciało barwy brązowego miodu z odbijającym od opalenizny białym negatywem zdawkowego bikini ofiarowywało mi blade pączki piersi; w różanym blasku lampy lśniła na pulchnym wzgórku łonowym odrobina puszku.

Vladimir Nabokov (fragment powieści Lolita, 1955)
   
   
   

takich, co to muszą umrzeć na kilka godzin, aby żyć przez stulecia. . .

Radził grać w golfa, lecz w końcu zgodził się dać mi coś, co „naprawdę podziała”; podszedł do szafki i wyjął z niej fiolkę fiołkowo-niebieskich kapsułek z fioletową opaską na jednym końcu, twierdząc, że jest to zupełna nowość na rynku, przeznaczona nie dla neurotyków, których uspokoić może odpowiednio zaaplikowany łyk wody, lecz wyłącznie dla wielkich bezsennych artystów - takich, co to muszą umrzeć na kilka godzin, aby żyć przez stulecia. Uwielbiam wyprowadzać lekarzy w pole, więc choć w duchu byłem uradowany, chowając tabletki do kieszeni z powątpiewaniem wzruszyłem ramionami.

Vladimir Nabokov (fragment powieści Lolita, 1955)
   
   
   

niezadowolony, milknę. . .

Gdy jestem niezadowolony, milknę, i ten mój zwyczaj, a raczej łuskowaty chłód mojego niezadowolonego milczenia, Walerię przerażał do obłędu.

Vladimir Nabokov (fragment powieści Lolita, 1955)
   
   
   


05 listopada 2013

aby porastać kurzem w kącie za stosem starych książek. . .

Spieszno nam odtrącić ten właśnie palec losu, o którego względy zamierzaliśmy się starać.(...) Bardzo dokładnie wyobrażała sobie całą sytuację: Herr Humbert - zgarbiony okularnik - zjeżdża z bagażem środkowoeuropejskich kufrów, aby porastać kurzem w kącie za stosem starych książek;(...)

Vladimir Nabokov (fragment powieści Lolita, 1955)
   
   
   

tylko artysta i szaleniec, nieskończenie melancholijna istota z bańką gorącej trucizny w lędźwiach i arcylubieżnym ogniem nieustannie płonącym w subtelnym kręgosłupie, natychmiast dostrzeże. . .

Jeśli normalnemu mężczyźnie wręczymy zdjęcie grupy uczennic bądź skautek i poprosimy, aby wskazał najładniejszą, bynajmniej nie jest oczywiste, że wybierze właśnie nimfetkę. Tylko artysta i szaleniec, nieskończenie melancholijna istota z bańką gorącej trucizny w lędźwiach i arcylubieżnym ogniem nieustannie płonącym w subtelnym kręgosłupie (jakże człowiek taki musi płaszczyć się i kryć!), natychmiast dostrzeże pewne nienazwane znamiona - cokolwiek koci zarys kości policzkowej, smukłość członków pokrytych puszkiem oraz inne rysy, których rozpacz, wstyd i łzy tkliwości skatalogować mi nie pozwalają - i wyśledzi wśród zdrowych dziatek zabójczą demonisię; oto stoi w ich gronie, nierozpoznana przez nie i sama nieświadoma swej fantastycznej mocy.

 Vladimir Nabokov (fragment powieści Lolita, 1955)