10 grudnia 2012

woda. . .

Cóż takiego Bloom, miłośnik wody, czerpiący wodę, nosiwoda, powracający do płyty kuchennej, podziwiał w wodzie?

Jej uniwersalność: jej demokratyczną równość i wierność własnej naturze, przejawiającą się w poszukiwaniu swego poziomu: jej rozległość w oceanach na siatce Merkatora: jej niezmierzoną głębię w Rowie Sundajskim na Pacyfiku, przekraczającą 8000 sążni: jej nie zaznające spoczynku fale i cząsteczki w pobliżu powierzchni, odwiedzające kolejno wszystkie miejsca na jej morskich brzegach: niezależność jej fragmentów: zmienność stanów morza: jej hydrostatyczny spokój podczas ciszy: jej hydrokinetyczne wzbieranie podczas kwadrowych i wiosennych przypływów: jej opadanie po spowodowaniu zniszczeń: jej stery Iność w podbiegunowych pokrywach lodowych, arktycznych i antarktycznych: jej klimatyczne i handlowe znaczenie: jej przewagę w stosunku 3_:1 nad suchym lądem na powierzchni globu: jej bezsporną hegemonię w milach kwadratowych, rozciągającą się na całym obszarze poniżej podrównikowego zwrotnika Koziorożca: wielotysiącletnią stałość jej pierwotnego basenu: jej pomarańczowopłowe dno: jej zdolność do rozpuszczania i zatrzymywania w roztworze wszystkich rozpuszczalnych substancji, nie wyłączając milionów ton najcenniejszych metali: jej powolne erozyjne działanie na półwyspy i zapadające się przylądki: jej warstwy osadowe: jej wagę, objętość i gęstość: jej niezakłóconość w lagunach i górskich jeziorach: jej zmianę barw w gorących, umiarkowanych i zimnych strefach: jej ruchome odgałęzienia w wewnątrzlądo-wych, zawartych w jeziorach strumieniach i w zlewających się pośród oceanu rzekach, wraz z ich dopływami i transoceanicznymi prądami: golfsztromem, północnym i południowym prądem równikowym: jej gwałtowność w trzęsieniach morza, wodotryskach, studniach artezyjskich, wytryskach, rwących potokach, wirach, wezbranych strumieniach, przypływach rzek, falach dennych, zlewiskach rzek, działach wodnych, gejzerach, kataraktach, lejach, melsztromach, zalewach, potopach, oberwaniach chmur: jej rozległe, wokółziemskie zakrzywienie na widnokręgu, jej skrytość w źródłach i utajoną wilgotność, ujawnianą przez różdż-karskie i hygrometryczne przyrządy, a przykładowo widoczną w dziurze muru przy Ashtown Gate, w nasyceniu powietrza, w przekropleniu rosy: prostotę jej składu, dwie cząsteczki składowe wodoru i jedna cząsteczka składowa tlenu: jej zalety lecznicze: jej nośność w wodach Morza Martwego: jej wytrwałe przenikanie w rynnach, ściekach, nieszczelnych groblach, przeciekach na okrętach: jej własności oczyszczające, tłumiące pragnienie i ogień, odżywiające roślinność: jej niezawodność jako wzoru i jako doskonałości: jej przemiany, takie, jak para, mgła, chumura, deszcz, gołoledź, śnieg, grad: jej siłę w sztywnych hydrantach: rozmaitość jej kształtów w jeziorach i przystaniach i zatokach i zatoczkach i przesmykach i lagunach i atolach i archipelagach i cieśninach i fiordach i ujściach i odnogach morza: jej spoistość w lodowcach, górach lodowych, krze: jej uległość przy pracy w kołach młyńskich, turbinach, dynamach, elektrowniach, bielarniach, garbarniach, międlarniach: jej użyteczność w kanałach, rzekach, gdy są spławne, w pływających i suchych dokach: jej potencjalność pochodzącą z ujarzmionych przypływów lub szlaków wodnych, opadających z jednego poziomu na drugi: jej podwodną faunę i florę (anakustyczną, fotofobijną), liczebnie, jeśli nie dosłownie, będącą gospodarzami naszego globu: jej wszechobecne ść jako stanowiącej 90% ludzkiego ciała: szkodliwość jej wyziewów w nadbrzeżnych mokradłach, malarycznych moczarach, stęchłej wodzie po kwiatach, stojących sadzawkach podczas ubywającego księżyca.

 James Joyce (fragment powieści Ulisses, 1922)


   

puść mnie na niego teraz. najeździłaś się. . .

BLOOM: (Dźgnięty, przygnieciony zadem.) Och! Och! Potwory! Okrutniku! BELLO: Proś o to co dziesięć minut. Błagaj, módl się o to, jak nie modliłeś się nigdy przedtem. (Podsuwa mu pod nos zaciśniętą w figę pięść i cuchnące cygaro.) Pocałuj to. Oba. Całuj. (Siada okrakiem i, ściskając kolana po kawaleryjsku, wola ostro.) Wio! Na koniku na biegunach dojedziemy do bieguna! Dosiądę go w wyścigu o nagrodę Eciipse. (Pochyla się w bok i mocno ściska jądra swego wierzchowca, wrzeszcząc.) Ho! Start! Muszę cię dobrze wytrenować! (Podskakuje na siodle, ujeżdża swego konia na biegunach.) Jedzie, jedzie pan, pan, pan, na koniku sam, sam, sam, a za panem chłop, chłop, chłop, na koniku hop, hop, hop. FLORA: (Odciągając Bello.) Puść mnie na niego teraz. Najeździłaś się. Ja prosiłam pierwsza.

ZOE: (Odciąga Florę.) Mnie. Mnie. Czy nie skończyłaś z nim jeszcze, pijawko'.' BLOOM: (Dusząc się.) Nie mogę.

BELLO: Nie, jeszcze nie. Zaczekajcie. (Wstrzymuje oddech.) A niech to. Uwaga. Ten czop zaraz wyskoczy. (Odkorkowuje się z tylu, a potem, z twarzą skręconą wysiłkiem, pierdzi głośno.) Chwytaj to! (Zakorkowuje się.) Tak, na Jowisza, szesnaście i trzy czwarte.

 James Joyce (fragment powieści Ulisses, 1922) 




07 grudnia 2012

dziewięć zdrowasiek za strzał z pastorału. . .

ZOE: Przedwczoraj w nocy był tu jeden ksiądz i załatwił swój interesik w płaszczu zapiętym na ostatni guzik. Nie musisz się z tym kryć, powiedziałem mu, i tak wiem, że nosisz kołnierzyk przodem do tyłu.
VIRAG: Absolutnie logiczne z jego punktu widzenia. Upadek człowieka. (Ochryple, źrenice jego oczu rozszerzają się.) Do diabła z papieżem! Nic nowego pod słońcem. Jam jest Virag, który obnażył seksualne sekrety mnichów i dziewic. Dlaczego zaparłem się Kościoła Rzymskiego. Przeczytaj: Ksiądz, Kobieta i Konfesjonał. Penrose. Rozwydrzona Dziwożona. (Wije się.) Kobieta, ze słodkim zawstydzeniem, odpina swą spódnicę z sitowia i ofiarowuje swą zwilgotniałą yoni lingamowi mężczyzny. Wkrótce mężczyzna obdarza kobietę kawałkami mięsa, upolowanego w dżungli. Kobieta okazuje radość i przyozdabia się różnobarwnymi piórami. Mężczyzna gwałtownie kocha jej yoni swym wielkim, sztywnym lingamem. (Krzyczy.) Coactus volui. Lekkomyślna kobieta zaczyna się włóczyć. Silny mężczyzna chwyta kobietę za przegub. Kobieta piszczy, kąsa, pluje. Rozwścieczony mężczyzna bije kobietę w jej tłustą yadganę. (Zaczyna kręcić się w kolko.) Pifpaf! Popo! (Nieruchomieje, kicha.) Apsik! (Drapie się w czubek nosa.) Psik! LYNCH: Mam nadzieję, że zadałaś dobremu księżulkowi pokutę. Dziewięć zdrowasiek za strzał z pastorału.

ZOE: (Wypuszcza nozdrzami kiąb dymu jak mors.) Nie mógł nawiązać łączności. Miał tylko trochę wrażeń, rozumiesz. Na sucho.
BLOOM: Biedny człowiek!

ZOE: (Swobodnie.) Biedny, ale tylko z powodu tego, co mu się przydarzyło. BLOOM: Jak to?

VIRAG: (Z diabolicznym grymasem; który rozświetla czarnym blaskiem i wykrzywia jego oblicze, wyciąga chudą szyję. Unosi tępy pysk i wyje.) Verfluchte Goim! On miał ojca, czterdziestu ojców. Nigdy nie istniał. Świński Bóg! Miał dwie lewe nogi. To był Judas lacchias, libijski eunuch, bękart papieża. (Wspiera się na swych umęczonych przednich łapach, zginając sztywno łokcie. Jego oczy, osadzone w czaszce wąskiej jak szyja, patrzą z udręką, gdy ujada pośród oniemiałego świata.) Skurwysyn. Apokalipsa. KITTY: A Mary Shortall poszła do łabaja, bo dostała francy od tego strzelca Jimmy Pidgeona, z którym miała dziecko, a ono nie mogło łykać i zadusiło się na materacyku w konwulsjach, a my wszystkie złożyłyśmy się na pogrzeb. FILIP PIJANY: (Poważnie.) Qui vous a mis dans cette fichue position, Philippe? FILIP TRZEŹWY: (Wesoło.) C'etait le sacre pigeon, Philippe. (Kitty wyciąga szpilkę z kapelusika i odkłada go spokojnie, przygładzając swe farbowane henną włosy. I nigdy chyba piękniejsza, wytworniejsza główka, ozdobiona bardziej ujmującymi lokami, nie spoczywała na ramionach kurwy. Lynch wkłada sobie jej kapelusz. Kitty strąca mu go.)

James Joyce (fragment powieści Ulisses, 1922)


. . .

o, lubieżności, ucieczko nasza i mocy nasza. . .

O kurwa, będzie wrzeszczał. Dzieweczko jasnowłosa, o ma dzieweczko jasnowłosa. Och, zamknij się! Daj mu w tę zapaćkaną jadaczkę. Miał wytypowanego zwycięzcę na dziś, ale dałem mu pewny cynk. Tu nicpoń pochwycił główkę laski Stefana, że niby poratuj mnie po tej klaczy. Uderzył roznosiciela telegramów, idącego z depeszą od grubych ryb Bassa do gospodarza zakładu. Rzuć mu cztery pensy i niech zmiata stąd. Klacz w świetnej formie. Armata przeciw pierdnięciu. To bujda. Prawdziwe jak ewangelia. Kryminalna podrywka? Tak myślę, tak. Na pewno. Wyląduje w pierdlu, jeżeli glina coś zwąchał. Maddena Madden nie poprze żaden. O, lubieżności, ucieczko nasza i mocy nasza. Wybywam. Musisz iść? Do mamusi.

James Joyce (fragment powieści Ulisses, 1922)

przed szynkiem. . .

(Rozwiewa się u jego boku. Mając za sobą nieodstępnego, skomlącego psa, Bloom zbliża się ku bramom piekielnym. W sklepionym przejściu stoi na rozkraczonych nogach pochylona ku przodowi kobieta i szczy jak krowa. Przed szynkiem o zamkniętych okiennicach grupa próżniaków słucha opowiadania, które ich prowodyr o złamanym nosie wykrzykuje chrapliwie ze zgryźliwym humorem. Dwóch bezrękich opojów szarpie się, zmagając i charcząc wśród kalekiej, pijackiej niby bitki.)

James Joyce (fragment powieści Ulisses, 1922)

tułające się mydło, módl się za nami. . .

BLOOM: (W worze pokutnym, naznaczonym literami I.H.S., stoi wyprostowany pośród feniksowych plamieni.) Nie płaczcie nade mną, O córy Erynu. (Ukazuje dublińskim reporterom siady oparzeń. Córy Erynu, odziane w czarne szaty, trzymając w dłoniach wielkie modlitewniki i długie, zapalone świece, klękają i modlą się.) CÓRY ERYNU:

Nerko Blooma, módl się za nami.
Kwiecie Łaźni, módl się za nami.
Mentorze z Mentony, módl się za nami.
Akwizytorze Człowieka Wolnego, módl się za nami.
Dobroczynny Masonie, módl się za nami.
Tułające się Mydło, módl się za nami.
Słodyczy Grzechu, módl się za nami.
Pieśni bez Słów, módl się za nami.
Pogromco Obywatela, módl się za nami.
Bałwochwalco Babskiej Bielizny, módl się za nami.
Pani Położna, Pomoc Pełniąca, módl się za nami.
Ziemniaczana Zaporo przeciw Zarazom i Zarazkom, módl się za nami.

(Chór złożony z sześciuset głosów odśpiewuje Alleluia Chorus, pod przewodnictwem pana Yincent 0'Briena i przy organowym akompaniamencie Josepha Glynna. Bloom cichnie, kurczy się, zwęgla.) ZOE: Gadaj do sęka, aż ci gęba popęka.

James Joyce (fragment powieści Ulisses, 1922)




06 grudnia 2012

o mojej pustelni z nawoływaniem. . .

1

Nie jestem godzien, ściano
abyś mię ciągle syciła zdumieniem...
to samo - ty - widelcze...
to samo - wy - kurze...

Jakże jednak tu nie ulec
twojej piramidzie mojego odosobnienia?
a twoim - brzękom nazwy
która nadziewa
moje ciasto ucha?
a waszym szarym - z was samych - drogom
w które i mnie zabieracie?

Tak
w mojej pustelni kusi:
samotność
pamięć świata
i to, że mam się za poetę.

Dziwię się
i dziwię siebie,
i komentuję wciąż żywoty otoczenia.

Więc nocą
mija dni czterdzieści
albo cały anachoreta,
a owe pychy
apetyty
swawolne wole
robią ze mnie gniazdo.

2

Kruk mi chleba nie przynosi.
a grota - numerowana,
wisi drzewo ze sznurków,
kwitnie papierami,
kwitnie ówiecznik ze stołowych nóg
a drugi świecznik - prawdziwy.

Ostatecznie - mówię z ludźmi.
Nie piszę dla samych szaf.
Więdz bądź - o ja! - garbaty
garbem pokory przed ziomkami
i garbem porozumienia.

Zrozumcie po ciemku:
brzęczy srebrna korona stołu,
słychać miasto w skrótach i ukosach.
zapalcie światło:
czy nie zamiesza się
każdy z was - w żółtej szklance,
dokoła której
ociera się półtora wymiaru?
Zgaście światło:
oto magazyn kontemplacji,
cały jesteś pokryty sercem,
rozgrzesz mnie!
Włóż, włóżcie papierow kwiaty do czajników,
pociągajcie za sznury od bielizny
i za dzwony butów
na odpust poezji
na nieustanne uroczyste zdziwienie...!

                                                      Miron Białoszewski (z tomu Obroty Rzeczy, 1956)


05 grudnia 2012

popadł w sidła pewnej kurwy miłej oku. . .

Świętobliwość opowiadała mu o owej krainie, a Cnota wskazywała drogę, lecz idąc popadł w sidła pewnej kurwy miłej oku, której imię, jak mu rzekła, było Wróbel-w-Garści, i zwiodła go ona, sprowadzając z ścieżki prawdy swymi pochlebstwy, które mówiła mu, a to. Hola, piękny mężu, jeśli zboczysz, ukażę ci prześliczne miejsce, a tak go podeszła pochlebstwy, że miała go w swej grocie nazywanej Dwoje-w-Krzakach lub, przez bardziej uczonych. Chucią Cielesną.

Tego właśnie cała ta kompanija siedząca pospólnie w owym Dworze Matek pożądała najbardziej, a jeśliby napotkali kurwę ową Wróbel-w-Garści (która kryła w sobie wszelakie plagi, potworności i diabelstwa), wytężyliby sił ostatek, byle jeno przybliżyć się ku niej i posiąść ją. Gdyż, jeśli w grę wchodził Wierz-we-Mnie, był on niczym więcej, jeno wyobrażeniem, a nie umieli zrozumieć go, gdyż, po pierwsze, Dwoje-w-Krzakach, gdzie wabiła ich, była najprzedniejszą z grot, a najdowało się w niej poduszek czworo, a na nich bileciki, na których wypisano takie oto słowa: Na Jeźdźca i Po Francusku, Język w Futerku i Buzia w Buzię, a po wtóre, jeśli rzecz tyczy owej plagi Wszechfrancy i inszych smoków, nie dbają o nie, gdyż Prezerwatywa dała im puklerz mocarny z jelita wołowego uczyniony, a po trzecie, nie mogli także szkody nijakiej ponieść ze strony Potomstwa, które było owym diabelstwem jej, a to dzięki cnotom onegoż puklerza, co go zwą Dzieciobój. I tak grzęźli w zaślepieniu swoim pan Krętacz i pan Niegdyś Bogobojny, pan Małpiwożłop, pan Kłamliwy Kmieć, Dworny Dixon, Młody Pyszałek i pan Roztropny Ukoiciel. W czym, o nieszczęsna kompani-jo, wszyscyście byli oszukani, gdyż był to głos boga ogarniętego tak wszechpotężną wściekłością, że wzniesie on ramię swe i zetrze ich dusze za bluźnierstwa ich i upuszczanie nasienia, przeciwko słowu jego, które płodzić pilnie przykazuje.

James Joyce (fragment powieści Ulisses, 1922)

piszę wiersz. . .

Siedzę w kącie
w swoim pokoju
zamknięty na klucz

Od czasu do czasu
by sprawdziæ
czy żyję jeszcze
szpilką się nakłuwam
a do wnętrza czaszki
wprowadzam świderek

Ale albo te sposoby
są zawodne
albo już nie żyję.

Siedzę w kałuży krwi
to jest moja krew mówiê
ale wcale nie jestem tego pewny

W takim razie krew
moich zwierząt
psa miłego
i innego psa mojego
krew mojej fauny spokojnej.

Maczam palec w tej cieczy
ciemniejącej gęstniejącej
i wypisuję na ścianie
paradoks:
         pierwszy lepszy trup jest lepszy
         od żywego byle martwy

Przyglądam się długo dziełu
każdemu słowu
każdej literze z osobna
nagle zauważam
że ściana jest czysta
biała

marzec 1965

                          Rafał Wojaczek (z tomu Sezon, 1969)


04 grudnia 2012

trzy kły w gębie. . .

(...)ten awanturnik u Barney Kiernana. Nie dałem się tam. Pijani pyskacze. Aż skręciło go po tym, co powiedziałem o jego Bogu. To błąd oddawać ciosy. Albo? Nie. Powinni później iść do domu i drwić z samych siebie. Zawsze chcą chlać całą bandą. Boją się samotności jak dwuletnie dzieci. Ale gdyby mnie uderzył. Spójrzmy na to z jego punktu widzenia. Wówczas nie wygląda to tak źle. Może nie chciał mi zrobić krzywdy. Trzykrotne hurra na cześć Izraela. Trzykrotne hurra dla szwagierki, którą zachwalał, a która ma trzy kły w gębie. Ten sam rodzaj urody. Wyjątkowo urocze towarzystwo do wychylenia filiżanki herbaty. Siostra żony dzikusa z Borneo właśnie przybyła do miasta. Wyobraź to sobie wczesnym rankiem z bliska. Każdy według swego gustu, jak powiedział Moryc, całując krowę. Ale Dignam mi dał radę. Domy żałoby są tak przygnębiające, ponieważ nigdy nie wiesz, kiedy. Bądź co bądź, ona potrzebuje pieniędzy.

James Joyce (fragment powieści Ulisses, 1922)


żeby patrzeć. . .

A Jacky Caffrey krzyknął, żeby patrzyli, ukazała się nowa, i odchyliła się do tyłu, a podwiązki były niebieskie, żeby pasowały do tych przezroczystych, i wszyscy ją zobaczyli i krzyczeli, żeby patrzeć, patrz, tam jest, i odchyliła się jeszcze bardziej do tym, żeby widzieć fajerwerki, a coś dziwnego fruwało w powietrzu, coś miękkiego, to tu, to tam, ciemnego. I zobaczyła długą rzymską świecę wznoszącą się ponad drzewa, wysoko, wysoko, i w napiętej ciszy wszyscy wstrzymali oddech z podniecenia i szła wyżej, i wyżej i musiała odchylić się jeszcze i jeszcze, żeby patrzeć w górę za nią, wysoko, wysoko, niemal zniknęła z oczu, a twarz jej oblał boski, zachwycający rumieniec napięcia przy tym odchyleniu i mógł zobaczyć inne jej rzeczy tez, nansukowe majtki, materiał, który pieści skórę, lepsze niż te drugie, wąskie, zielone, za cztery szylingi i jedenaście pensów, ponieważ były białe, i pozwoliła mu, i zobaczyła, że zobaczył, a potem poleciała tak wysoko, że na chwilę znikła z oczu, i drżały wszystkie jej członki od tego przegięcia się tak głęboko w tył, że miał pełny widok wysoko ponad jej kolanem, gdzie nikt nigdy, nawet na huśtawce albo przy brodzeniu przez wodę, i nie wstydziła się, i on także nie, żeby patrzeć w tak nieskromny sposób, ponieważ nie mógł oprzeć się widokowi objawiającemu mu się cudownie, na pół dobrowolnie, jak te tancerki w spódniczkach, zachowujące się tak nieskromnie przed patrzącymi panami, i nadal patrzył, patrzył. Posłałaby mu zdławiony okrzyk, wyciągnęłaby ku niemu swe smukłe, śnieżne ramiona, by zbliżył się, by uczuć jego wargi na swym białym czole, okrzyk miłosny młodej dziewczyny, cichy, zdławiony okrzyk, wydarty z niej, okrzyk, który brzmi przez wieki. A wówczas rakieta śmignęła w górę i z hukiem wystrzeliła i Och! A później wybuchła rzymska świeca i było to jak westchnienie Och!, i wszyscy zawołali Och! Och! w zachwycie, i wytrysnął z niej potokami deszcz złotych włosów, i rozwiały się, i Ach! przemieniły się wszystkie w zielone, rosiste gwiazdy, spadające złociście. Och, jak pięknie! Och, jak miękko, słodko, miękko!

James Joyce (fragment powieści Ulisses, 1922)



nessun dorma. . .

Kalaf:
Niechaj nikt nie śpi! Niechaj nikt nie śpi!
Ty też, o, Księżniczko,
w swej zimnej izbie patrzysz na gwiazdy,
które drżą z miłości i nadziei.

Lecz moja tajemnica jest zamknięta we mnie,
nikt nie pozna mojego imienia!
Nie, nie, na twoje usta ją złożę,
gdy światło zaświeci.
A mój pocałunek roztopi
ciszę, która czyni cię moją.

Chór:
Nikt nie pozna jego imienia.
A my, niestety, będziemy musieli umrzeć, umrzeć!

Kalaf:
Rozprosz się, o, nocy! Zajdźcie, gwiazdy!
O świcie zwyciężę!
Zwyciężę!

                                          Aria Nessun Dorma
                                          z opery Turandot
                                          z muzyką Giacomo Pucciniego 
                                          i librettem Giuseppe Adamiego oraz Renato Simoni 
                                          na podstawie sztuki Turandot Carla Gozziego

 


03 grudnia 2012

a jakaś dziwka woła. . .

- Deus, cuius verbo sanctificantur omnia, benedictionem tuam effunde super creaturas istas: et praesta ut quisquis eis secundum legem et voluntatem Tuam cum gratiarum actione ususfuerit per inwcationem sanctissimi nominis Tui corporis sanitatem et animae tutelam Te auctore precipiat per Christum Dominum nostrum.

- Wszyscy tak myślimy, powiada Jack.

- Tysiąc funtów rocznie, Lambert, powiada Crofton czy Crawford.

- Słusznie, powiada Ned, unosząc swoją John Jameson. I masełka na chlebuś. Właśnie rozglądałem się, żeby zobaczyć, czy komu nie wpadła szczęśliwa myśl do głowy, kiedy, niech mnie przeklną, a znów wbiega on, udając, że mu się piekielnie speszy.

- Byłem właśnie za rogiem w sądzie, powiada, i szukałem ciebie. Mam nadzieję, że się nie...

- Nie, powiada Martin. Jesteśmy gotowi.

Sąd mi w oko, a kieszenie obrywa ci srebro i złoto. Parszywy obrzynek. Postaw nam kielicha. Boi się jak diabeł! Oto macie żyda! Wszystko dla numeru pierwszego. Cwany jak szczur w sraczu. Sto za pięć.

- Nie mów nikomu, powiada Obywatel.

- Przepraszam pana bardzo, powiada on.

- Chodźcie, chłopcy, powiada Martin widząc, że na coś się zanosi. No, chodźcie.

- Nie mów nikomu, powiada Obywatel, ale już wrzeszczy. To tajemnica. A przeklęty pies wstał i zawarczał.

- Do widzenia wszystkim, powiada Martin.

I wyprowadził ich tak prędko, jak umiał, do tej pieprzonej dwukółki, Jacka Powera i Croftona czy jak mu tam, z nim pośrodku, udającym, że nie wie, o co chodzi.

- Jazda, powiada Martin do woźnicy.

Mlecznobiały delfin potrząsnął grzywą, a sternik powstawszy na złocistej rufie rozpostarł wzdęty żagiel na wietrze, żagle wszystkie rozwinęły się i spinaker skierował ku bakburcie. Wiele nadobnych nimf przybliżyło się ku sterburcie i ku bakbur-cie, a uczepiwszy się z obu stron dostojnej barki połączyły w łańcuch swe lśniące kształty, podobnie jak to czyni przemyślny kołodziej, gdy formuje wokół osi swego koła równoodległe od niego siostrzane promienie i łączy je kręgiem zewnętrznym, aby wzmóc prędkość stóp mężów, gdy podążają w gościnę lub współzawodniczą o uśmiech pięknych dam. Tak właśnie uczyniły przybywszy nimfy owe uczynne, siostry nieśmiertelne. I śmiały się, igrając w kręgu pian: a barka pruła fale.

Ale, na Boga, właśnie dopijałem kufelek do dna, kiedy zobaczyłem, że Obywatel idzie zataczając się ku drzwiom, dysząc od puchliny i prychając i miotając nań po irlandzku klątwę Cromwella na księgę, dzwon i świecę, plując i parskając, a Joe i mały Alf czepiają się go jak krasnoludki, starając się go uspokoić.

- Odczepcie się ode mnie, powiada.

I, na Boga, doszedł aż do drzwi, a oni nie puszczają go. I wrzeszczy:

- Trzykrotne hurra na cześć Izraela!

Arrah, weź dupę w troki, na Jezusa, i nie rób z siebie publicznego widowiska. Chryste Jezu, zawsze znajdzie się jakiś pieprzony błazen, który zacznie wierzgać i rwać się do pieprzonego mordowania o pieprzone nic. Na Boga, porter może ci w kichach skwaśnieć od tego.

A wszystkie oberwańce i ulicznice z całego kraju już stoją przy wejściu, a Martin woła do woźnicy, żeby jechał przed siebie, a Obywatel wrzeszczy, a Alf i Joe przy nim, żeby, no już cicho, a on zasuwa ogniste przemówienie o żydach, a oberwańcy żądają mowy, a Jack Power stara się go usadzić w dorożce i przytrzymać mu tę pieprzoną gębę, a obdartus z opaską na oku zaczyna podśpiewywać Gdyby człowiek na księżycu żydem byt, był, byl, a jakaś dziwka woła:

- Ej, panie! Rozporek ci się rozpiął! A on powiada:

- Mendelssohn był żydem i Karol Marx, i Mercadante, i Spinoza. I Zbawiciel był żydem, i jego ojciec był żydem. Wasz Bóg.

- Nie miał ojca, powiada Martin. Dosyć na teraz. Jazda.

- Czyj Bóg? powiada Obywatel.

- No, to jego wujek był żydem, powiada on. Wasz Bóg był żydem. Chrystus był żydem jak ja. Na Boga, Obywatel skoczył do sklepu.

- Na Jezusa, powiada, mózg wybiję temu pieprzonemu żydłakowi za użycie najświętszego imienia. Na Jezusa, ukrzyżuję go, tak właśnie zrobię. Dawaj mi to pudło po herbatnikach.

- Stój! Stój! woła Joe.

  James Joyce (fragment powieści Ulisses, 1922)




02 grudnia 2012

identyfikacja gry. . .

          Chociaż identyfikacja gry i prywatnej własności myślowej jest daleko posunięta, pozostaje obszerna reszta, która zmusza do czujności. Ciągłe maskowanie się, jakkolwiek stwarza aurę zbiorową trudną do zniesienia, dostarcza maskującym się pewnych, i to nie najmniejszych, satysfakcji. Mówić, że coś jest białe, a myśleć, że jest czarne; wewnętrznie uśmiechać się, a na zewnątrz okazywać uroczystą żarliwość; nienawidzić, a objawiać oznaki miłości; wiedzieć, a udawać niewiedzę; tak wyprowadzając w pole przeciwnika (który również nas wyprowadza w pole) zaczyna się cenić ponad wszystko własną przebiegłość. Sukces w grze staje się źródłem zadowolenia. Równocześnie to, co w nas jest chronione przed oczami niepowołanych, nabiera dla nas szczególnego waloru, gdyż nie jest nigdy wyraźnie formułowane, a co nie jest formułowane w słowach, posiada irracjonalny urok czysto uczuciowej jakości. Człowiek chroni się w wewnętrzne sanktuarium, które jest tym piękniejsze, im większą cenę trzeba zapłacić, aby innym zabronić doń dostępu.

 Czesław Miłosz (fragment książki Zniewolony umysł, 1953)




imperium. . .

                 Rozumowanie intelektualisty poddanego ciśnieniom władzy Imperium i Metody jest pełne sprzeczności. Uchwycić dokładnie te sprzeczności nie jest łatwo, bo mamy do czynienia z zupełnie nowym zjawiskiem, które nie występuje w tym stopniu ani u Rosjan (narodu panującego), ani u zwolenników Nowej Wiary na Zachodzie (którym pomaga niewiedz?). Nikt z obywateli krajów demokracji ludowej nie ma możności ani pisać, ani mówić głośno o tych sprawach. Na zewnątrz tam one nie istnieją. A jednak istnieją i stanowią rzeczywiste życie tych aktorów, jakimi są z konieczności wszyscy niemal ludzie w krajach zależnych od Centrum, a zwłaszcza przedstawiciele umysłowej elity. Trudno inaczej określić rodzaj panujących tam stosunków pomiędzy ludźmi jak aktorstwo, z tą różnicą, że miejscem, gdzie się gra, jest nie scena teatralna, ale ulica, biuro, fabryka, sala zebrań, a nawet pokój, w którym się mieszka. Jest to wysoki kunszt, wymagający czujności umysłu. Nie tylko każde słowo, które się wymawia, powinno być szybko ocenione, zanim wyjdzie z ust, z punktu widzenia następstw, jakie może spowodować. Uśmiech pojawiający się w niewłaściwej chwili, spojrzenie, które wyraża nie to, co wyrażać powinno, mogą być przyczyną niebezpiecznych podejrzeń i zarzutów.

Czesław Miłosz (fragment książki Zniewolony umysł, 1953)



człowiek ma na ogół skłonność . . .

             Człowiek ma na ogół skłonność do uważania porządku, w którym żyje, za  n a t u r a l n y. Domy, które ogląda idąc do pracy, przedstawiają mu się bardziej jako skały wyłonione przez samą ziemię niż jako dzieło umysłów i rąk ludzkich. Czynności, jakie wykonuje w swojej firmie czy biurze, ocenia jako ważne i stanowiące o harmonijnym funkcjonowaniu świata. Strój, jaki nosi on i jego otoczenie, jest jego zdaniem taki, jaki powinien być, i myśl, że i on, i jego znajomi mogliby równie dobrze nosić rzymskie tuniki czy średniowieczne zbroje, pobudza go do śmiechu. Pozycja społeczna ministra czy dyrektora banku wydaje mu się czymś poważnym i godnym zazdrości, a posiadanie znacznej ilości pieniędzy gwarancją spokoju i bezpieczeństwa. Nie wierzy, że na dobrze mu znanej ulicy, na której śpią koty i bawią się dzieci, może pojawić się jeździec z lassem, który będzie łapał przechodniów i wlókł ich do rzeźni, gdzie natychmiast zostaną zabici i powieszeni na hakach. Przyzwyczajony też jest zaspokajać te swoje potrzeby fizjologiczne, które uchodzą za intymne, w sposób możliwie dyskretny, z dala od oczu ludzkich, nie zastanawiając się wiele nad tym obyczajem właściwym nie wszystkim bynajmniej zbiorowiskom. Jednym słowem zachowuje się trochę jak Chaplin w “Gorączce złota”, który krzątając się po swojej chacie nie podejrzewa, że wisi ona na skraju przepaści.

Czesław Miłosz (fragment książki Zniewolony umysł, 1953)

niechlujna kurwa w czarnym płaskodennym słomianym kapeluszu. . .

Niechlujna kurwa w czarnym płaskodennym słomianym kapeluszu na bakier szła wyzywająco szklistooka pośród białego dnia po nadbrzeżu w kierunku pana Blooma. Gdy ujrzał postać jej najsłodszą. Tak, to ona. Jestem tak samotny. Wilgotny wieczór w zaułku. Ró. Kto ma ró? Rógon. Widzigona. Zeszła z rejonu. Cóż ona? Mam nadzieję, że ona nie. Psst! Nie ma pan co do uprania. Widziała Molly. Dała mi szkołę. Zażywna-jest ta pani w brązowym kostiumie, która idzie z panem. Zbiła mnie z tropu. Umówiliśmy się. Wiedząc, że nigdy, no, prawie nigdy. Za drogo, za blisko domu, słodkiego domu. Czy mnie zauważyła? Okropnie wygląda za dnia. Twarz jak z wosku. A niech ją! No cóż, musi żyć jak wszyscy inni. Patrzeć w tę stronę.

 James Joyce (fragment powieści Ulisses, 1922)


paskudny gwałtownik. . .

Jeżeli dwóch kłóci się, a jeden ma rzetelnych 55 procent racji, to bardzo dobrze i nie ma się co szarpać. A kto ma 60 procent racji? To ślicznie, to wielkie szczęście i niech Panu Bogu dziękuje! A co by powiedzieć o 75 procent racji? Mądrzy ludzie powiadają, że to bardzo podejrzane. No, a co o 100 procent? Taki, co mówi, że ma 100 procent racji, to paskudny gwałtownik, straszny rabuśnik, największy łajdak.

Stanisław Vincenz (z eposu Na wysokiej połoninie cz. 1. Prawda starowieku, 1936)


01 grudnia 2012

chwila przyjęcia porcji murti-binga w całości. . .

             Kiedy nadchodzi chwila przyjęcia porcji Murti-Binga w całości, delikwent przeżywa to boleśnie, jest zrujnowany wtedy nerwowo i nieraz choruje. Wie, że jest to rozstanie się z dawnym sobą i przekreślenie dawnych przywiązań i przyzwyczajeń. Jeżeli jest pisarzem, nie umie utrzymać pióra w ręku. Cały świat zdaje mu się czarny i bez błysku nadziei. Dotychczas pisząc spłacał daninę minimalną: w swoich artykułach czy powieściach przedstawiał zło stosunków kapitalistycznych. Krytyka życia w ustroju kapitalistycznym nie jest jednak trudna i można ją przeprowadzać uczciwie, a postacie szarlatanów giełdy, feudałów, zakłamanych artystów, przywódców nacjonalistycznych bojówek, które zna z czasów przedwojennych i wojennych, są wdzięcznym materiałem dla szyderstwa. Teraz jednak musi zacząć aprobować (w terminologii urzędowej nazywa się to przejściem z etapu realizmu krytycznego do etapu realizmu socjalistycznego; nastąpiło to w krajach demokracji ludowej w okolicach roku 1950). Operację, jakiej ma na sobie dokonać, niektórzy z jego kolegów mają już za sobą. Ci patrzą na niego i kiwają głowami ze współczuciem. Sami to przeszli, jedni ostrzej, inni słabiej, znają dobrze przebieg - i znają wynik. “Ja jestem już po przełomie - powiadają pogodnie. - Ale Z się męczy. Siedzi u siebie w przedpokoju na kufrze cały dzień, z twarzą w dłoniach.”

 Czesław Miłosz (fragment książki Zniewolony umysł, 1953)


syn nie narodzony kala piękno. . .

- Są oni rozdzieleni wstydem cielesnym tak trwałym, że roczniki kryminalne świata, splamione wszystkimi innymi rodzajami kazirodztwa i zezwierzęcenia, prawie nigdy nie notują tego przypadku. Synowie z matkami, ojcowie z córkami, siostry lesbijki, miłości, które nie odważą się wymówić swego imienia, bratankowie z babkami, więźniowie z dziurkami od kluczy, królowe z rozpłodowymi buhajami. Syn nie narodzony kala piękno: narodzony przynosi ból, rozdziela uczucie, powiększa troski. Jest samcem: jego wzrost jest upadkiem ojca, jego młodość jest ojca zawiścią, jego przyjaciel wrogiem jego ojca.

 James Joyce (fragment powieści Ulisses, 1922)

przemiany liwiusza. . .

Jak rozumieli Liwiusza mój dziadek mój pradziadek
bo na pewno czytali go w klasycznym gimnazjum
o mało stosownej porze
gdy w oknie staje kasztan - żarliwe kandelabry kwiatów -
a wszystkie myśli dziadka i pradziadka biegły zdyszane do Mizi
która śpiewa w ogródku pokazuje dekolt oraz boskie nogi do samych kolan
albo Gabi z wiedeńskiej opery w lokach jak cherubin
Gabi z zadartym noskiem i Mozartem w gardle
czy w końcu do poczciwej Józi ucieczki strapionych
bez urody talentu i większych wymagań
a więc czytali Liwiusza - poro kwiatostanów -
w zapachu kredy nudy nafty którą zmywano podłogę
pod portretem cesarza
bo był wówczas cesarz
a imperium jak wszystkie imperia
zdawało się wieczne

Czytając dzieje Miasta ulegali złudzeniu
że są Rzymianami lub potomkami Rzymian
ci synowie podbitych sami ujarzmieni
zapewne miał w tym udział łacinnik
w radzie radcy dworu
kolejka cnót antycznych pod wytartym tużurkiem
więc za Liwiuszem wpajał w uczniów pogardę dla motłochu
bunt ludu - res tam foeda - budził w nich odrazę
natomiast wszystkie podboje wydawały się słuszne
znaczyły po prostu zwycięstwo tego co lepsze silniejsze
dlatego bolała ich klęska nad Jeziorem Trazymeńskim
dumą napawały przewagi Scypiona
śmierć Hannibala przyjęli z niekłamaną ulgą
łatwo zbyt łatwo dali się prowadzić
przez szańce zdań ubocznych
zawiłe konstrukcje którymi rządzi imiesłów
wezbrane rzeki wymowy
pułapki składni
- do bitwy
o nie swoją sprawę

Dopiero mój ojciec i ja za nim
czytaliśmy Liwiusza przeciw Liwiuszowi
pilnie badając to co jest freskiem
dlatego nie budził w nas echa teatralny gest Scewoli
krzyk centurionów tryumfalne pochody
a skłonni byliśmy wzruszać się klęską
Samnitów Gallów czy Etrusków
liczyliśmy mnogie imiona ludów starych przez Rzymian na proch
pochowanych bez chwały dla Liwiusza
niegodne były nawet zmarszczki stylu
owych Hirpinów Apulów Lukanów Uzentyńczyków
a także mieszkańców Tarentu Metapontu Lokri

Mój ojciec wiedział dobrze i ja także wiem
że któregoś dnia na dalekich krańcach
bez znaków niebieskich
w Panonii Sarajewie czy też Trebizondzie
w mieście nad zimnym morzem
w dolinie Panszir
wybuchnie lokalny pożar

i runie imperium

                                 Zbigniew Herbert (z tomu Elegia na odejście, 1990)




gdyby hamnet shakespeare żył, byłby bliźniakiem księcia hamleta. . .

Czy jest możliwe, by ów aktor Shakespeare, będąc duchem poprzez nieobecność i odziany w zbroję pogrzebanej Danii, będąc duchem poprzez śmierć, przemawiając swymi własnymi słowami do imienia swego własnego syna (gdyby Hamnet Shakespeare żył, byłby bliźniakiem księcia Hamleta), czy jest możliwe, chcę wiedzieć, lub prawdopodobne, że nie wyciągnął lub nie przewidział wniosków z tych przesłanek: jesteś wydziedziczonym synem: ja jestem zamordowanym ojcem: twoja matka jest królową winowajczynią, Anną Shakespeare, urodzoną Hathaway?

James Joyce (fragment powieści Ulisses, 1922)


argumentować i stwarzać niezbędne warunki siłą. . .

Byłem w Polsce na zjazdach przedstawicieli różnych dziedzin sztuki, gdzie po raz pierwszy omawiano teorię socjalistycznego realizmu. Stosunek sali do mówców wygłaszających przepisowe referaty był zdecydowanie wrogi. Wszyscy uważali socjalistyczny realizm za urzędowo narzucaną teorię, prowadzącą do opłakanych wyników, jak dowodził tego przykład sztuki rosyjskiej. Próby wywołania dyskusji nie udawały się. Sala milczała. Zwykle znajdował się jeden odważny, który przypuszczał atak pełen hamowanego sarkazmu, przy milczącym, ale wyraźnym poparciu całej sali. Odpowiedź referentów miażdżyła atakującego znacznie lepiej przeprowadzoną argumentacją i aby wypadła jeszcze mocniej, zawierała całkiem dokładne pogróżki pod adresem kariery i przyszłości niesfornego osobnika. Oto schemat: argumentować i stwarzać niezbędne warunki siłą. Hubka i krzesiwo. Młot i kowadło. Pożądana iskra pojawi się. Jest to matematycznie pewne.

Czesław Miłosz (fragment książki Zniewolony umysł, 1953)