01 lutego 2014

o swojej twarzy, wyobrażałbyś ją sobie jako rodzaj zewnętrznego odbicia tego, co znajduje się w tobie. . .

   Agnes raz jeszcze przejrzała tygodnik od pierwszej do ostatniej strony i obliczyła: dziewięćdziesiąt dwa zdjęcia przedstawiające samą twarz, czterdzieści jeden z twarzą i ciałem; dziewięćdziesiąt twarzy na dwudziestu trzech zdjęciach grupowych i tylko jedenaście zdjęć, na których ludzie odgrywają rolę nieistotną albo żadną. W sumie w tygodniku były dwieście dwadzieścia trzy twarze.
   Potem do domu wrócił Paul i Agnes opowiedziała mu o swoich obliczeniach.
   - Tak - zgodził się. - Im obojętniejszy pozostaje człowiek wobec polityki, wobec problemów drugiego człowieka, tym większą obsesją staje się jego twarz. To jest indywidualizm naszych czasów.
   - Indywidualizm? Gdzie podziewa się indywidualizm, kiedy aparat robi ci zdjęcie w chwili agonii?    Przeciwnie, oczywiste jest, że jednostka już nie należy do siebie, że w całości jest własnością innych. Przypominam sobie z dzieciństwa, że gdy chciano zrobić komuś zdjęcie, zawsze pytano go o zgodę. Dorośli pytali nawet mnie: powiedz, skarbie, można ci zrobić zdjęcie? A potem, pewnego dnia, nikt już nie zapytał. Prawo kamery wyniesiono ponad wszelkie inne prawa, i od tego dnia wszystko się zmieniło, absolutnie wszystko.
   Wzięła do ręki magazyn i powiedziała: - Kiedy zamieszczasz obok siebie zdjęcia dwóch odmiennych twarzy, uderza cię to, co je różni. Ale kiedy masz przed sobą dwieście dwadzieścia trzy twarze, pojmujesz nagle, że widzisz tylko wiele odmian jednej twarzy i że żadna jednostka nigdy nie istniała.
   - Agnes - powiedział Paul z nagłą powagą w głosie - twoja twarz nie przypomina żadnej innej.
   Agnes nie zwróciła uwagi na jego ton i uśmiechnęła się.
   Paul powiedział: - Nie śmiej się. Ja mówię poważnie. Kiedy się kogoś kocha, kocha się jego twarz i w ten sposób wyodrębnia się ją całkowicie spośród innych.
   - Wiem. Znasz mnie poprzez moją twarz, znasz mnie jako twarz i nigdy nie znałeś mnie inaczej. Zatem nie mogło ci przyjść do głowy, że moja twarz nie jest mną.
   Paul odpowiedział z troskliwą cierpliwością starego lekarza: - Jak możesz sądzić, że nie jesteś własną twarzą? Kto się skrywa za twoją twarzą?
   - Wyobraź sobie, że żyłeś w świecie, w którym lustra nie istnieją. Marzyłbyś w nim o swojej twarzy, wyobrażałbyś ją sobie jako rodzaj zewnętrznego odbicia tego, co znajduje się w tobie. I załóżmy, że gdy dobiłeś czterdziestki, postawiono przed tobą lustro. Wyobraź sobie swoje przerażenie! Zobaczyłbyś zupełnie inną twarz! I dokładnie zrozumiałbyś to, czego nie chcesz uznać: że twoja twarz to nie jesteś ty!

Milan Kundera (fragment powieści Nieśmiertelność, 1990)
   
   
   

szwajcaria: śpiew ptaków na wierzchołkach drzew. . .

Znowu poczuła żywą tęsknotę za Szwajcarią. Od śmierci ojca jeździła tam dwa lub trzy razy w roku. Paul i Brigitte, uśmiechając się wyrozumiale, mówili wówczas o potrzebie higieniczno-sentymentalnej: pozbiera sobie martwe liście z grobu ojca, pooddycha czystym powietrzem przez szeroko otwarte okno alpejskiego hotelu.
Mylili się: Szwajcaria, w której nie oczekiwał jej bynajmniej żaden kochanek, była jedyną poważną i systematyczną niewiernością, jaką popełniała. Szwajcaria: śpiew ptaków na wierzchołkach drzew. Agnes marzyła, by pewnego dnia tam zostać i już nie wracać.

Milan Kundera (fragment powieści Nieśmiertelność, 1990)
   
   
   

samotność: słodki brak spojrzeń. . .

   Być może teraz lepiej rozumiemy, dlaczego Agnes czuła się tego ranka tak szczęśliwa w łóżku, w którym nie było Paula, oraz dlaczego bezszelestnie, tak by nie przyciągnąć uwagi Brigitte, przeszła później przez przedpokój. Odczuła nawet tkliwość dla kapryśnej windy, ponieważ dostarczyła jej kilku chwil samotności. Również samochód dał jej nieco szczęścia, ponieważ w środku nikt do niej nie mówił, nikt na nią nie patrzył. Tak, to było najważniejsze, nikt na nią nie patrzył.
   Samotność: słodki brak spojrzeń. Któregoś dnia jej dwaj biurowi koledzy zachorowali i przez dwa tygodnie pracowała w biurze sama. Wieczorem spostrzegała zdumiona, że prawie nie czuje zmęczenia. Pozwoliło jej to zrozumieć, że spojrzenia są miażdżącym ciężarem, wampirzymi pocałunkami; że to sztylet obcych spojrzeń wyżłobił zmarszczki na jej twarzy.

Milan Kundera (fragment powieści Nieśmiertelność, 1990)
   
   
   

po jego śmierci milczenie istotnie rozrosło się, wypełniło duszę agnes, i było to piękne. . .

Ojciec leżał i czoło pokrywał mu pot; ujęła jego rękę i, powstrzymując łzy, powtórzyła powoli wraz z nim: "warte nur, balde ruhest du auch". Ty także wkrótce odpoczniesz. I zdała sobie sprawę, że poznaje głos śmierci ojca: było to milczenie ptaków śpiących na wierzchołkach drzew.
   Po jego śmierci milczenie istotnie rozrosło się, wypełniło duszę Agnes, i było to piękne; powiem raz jeszcze: było to milczenie ptaków śpiących na wierzchołkach drzew. I wewnątrz tego milczenia, niczym myśliwski róg w głębi lasu, rozbrzmiewało ostatnie przesłanie ojca, z upływem czasu coraz wyraźniejsze. Co chciał jej powiedzieć swoim darem? Żeby była wolna. Żeby żyła, jak chce żyć, szła tam, dokąd chce iść. On nigdy się nie ośmielił. I dlatego córce dał wszystkie środki na to, by ona się ośmieliła.

Milan Kundera (fragment powieści Nieśmiertelność, 1990)
   
   
   

powołaniem poezji. . .

Idea wiersza jest bardzo prosta: las zasypia, ty także zaśniesz. Powołaniem poezji nie jest olśniewanie zaskakującą ideą, lecz sprawienie, że chwila bytu staje się niezapomniana i godna nieukojonej tęsknoty.

Milan Kundera (fragment powieści Nieśmiertelność, 1990)
   
   
   

pułapką nienawiści jest to, że zbyt ściśle wiąże nas z przeciwnikiem. . .

   Na myśl przyszedł jej ojciec. Odkąd cofnął się przed dwójką dwunastoletnich szczeniaków, wyobrażała go sobie często w następującej sytuacji: jest na pokładzie tonącego statku; wyraźnie widać, że łodzie ratunkowe nie będą mogły zabrać wszystkich, toteż na pokładzie panuje gorączkowy popłoch. Ojciec zaczyna biegać ze wszystkimi, lecz widząc przepychanki pasażerów gotowych zadeptać się na śmierć i otrzymawszy od jakiejś kobiety wściekły cios pięścią za to, że stanął na jej drodze, nagle przystaje, po czym odchodzi na bok; pod koniec już tylko obserwuje przeładowane łodzie, które powoli, wśród wrzasków i przekleństw, zostają spuszczone na rozszalałe fale.
   Jak nazwać taką postawę? Tchórzostwem? Nie. Tchórze boją się śmierci i potrafią zawzięcie walczyć o przeżycie. Szlachetnością? Zapewne, o ile zachowałby się tak ze względu na bliźnich. Ale Agnes nie wierzy w takie pobudki. O co zatem chodziło? Nie wiedziała. Jedno zdawało jej się pewne: na tonącym statku, gdzie trzeba walczyć, by się dostać do łodzi ratunkowej, ojciec z góry byłby przegrany.
   Tak, to było pewne. Pytanie, jakie sobie zadaje, jest następujące: czy ojciec nienawidził ludzi na statku, tak jak ona znienawidziła motocyklistkę i mężczyznę, który z niej kpił, ponieważ zasłoniła sobie uszy? Nie, Agnes nie potrafi sobie wyobrazić, by ojciec mógł nienawidzić. Pułapką nienawiści jest to, że zbyt ściśle wiąże nas z przeciwnikiem. Na przykład obsceniczność wojny: intymność wzajemnie przelanej krwi, lubieżna bliskość, oko w oko, dwóch żołnierzy zarzynających się nawzajem. Agnes jest pewna: to właśnie taka intymność odstręczała ojca; zamęt na statku napełniał go takim wstrętem, że wolał się utopić. Fizyczny kontakt z ludźmi, którzy się biją, tratują i wzajemnie wysyłają na śmierć, zdawał mu się o wiele gorszy niż samotna śmierć w przejrzystej toni.

Milan Kundera (fragment powieści Nieśmiertelność, 1990)
   
   
   

jakby spadając z firmamentu, z całą siłą rozbrzmiała pośród jazgotu fuga bacha grana na fortepianie. . .

Kolejne natarcie zgiełku przerwało jej wspomnienia: nad asfaltem pochylali się mężczyźni w kaskach, uzbrojeni w młoty pneumatyczne. Nagle, z nieokreślonej wysokości, jakby spadając z firmamentu, z całą siłą rozbrzmiała pośród jazgotu fuga Bacha grana na fortepianie. Zapewne jakiś lokator otworzył okno na ostatnim piętrze i nastawił radio na cały regulator, aby surowe piękno Bacha rozległo się jako groźne ostrzeżenie dla zagubionego świata. Ale fuga Bacha nie zdołała zwalczyć samochodów i młotów pneumatycznych; przeciwnie, to samochody i młoty pneumatyczne zawładnęły fugą Bacha wciągając ją we własną fugę. Agnes przycisnęła dłonie do uszu i nie odrywając ich szła dalej.

Milan Kundera (fragment powieści Nieśmiertelność, 1990)
   
   
   

może to wszystko. . .

Może to wszystko
dzieje się w labolatorium?
Pod jedną lampą w dzień
i miliardami w nocy?

Może jesteśmy pokolenia próbne?
Przesypywani z naczynia w naczynie,
potrząsani w retortach,
obserwowani czymś więcej niż okiem,
każdy z osobna
brany na koniec w szczypczyki?

Może inaczej:
żadnych interwencji?
Zmiany zachodzą same
zgodnie z planem?
Igła wykresu rysuje pomału
przewidziane zygzaki?

Może jak dotąd nic w nas ciekawego?
Monitory kontrolne włączane są rzadko?
Tylko gdy wojna i to raczej duża.
niektóre wzloty ponad grudkę Ziemi.
czy pokaźne wędróki z punktu A do B?

Może przeciwnie:
gustują tam wyłącznie w epizodach?
Oto mała dziewczynka na wielkim ekranie
przyszywa sobie guzik do rękawa.

Czujniki pogwizdują,
personel się zbiega.

Ach cóż to za istotka
z bijącym w środku serduszkiem!
Jaka wdzięczna powaga
w przewlekaniu nitki!
Ktoś woła w uniesieniu:
Zawiadomić Szefa,
niech przyjdzie i sam popatrzy!

                                     Wisława Szymborska (z tomu Koniec i początek, 1993)

 
 

31 stycznia 2014

jakbyś modliła się do edisona, kiedy przepali się żarówka. . .

W dzieciństwie, podczas jednego ze spacerów z ojcem, Agnes spytała go, czy wierzy w Boga. Odpowiedział: "Wierzę w komputer Stwórcy." Odpowiedź była tak dziwna, że dziecko zachowało ją w pamięci. Dziwnym słowem był nie tylko komputer, był nim również Stwórca. Bo też ojciec nigdy nie mówił o Bogu, lecz zawsze o Stwórcy, jak gdyby rolę Boga ograniczyć chciał do wykonanej pracy inżyniera. Komputer Stwórcy: ale w jaki sposób człowiek może porozumieć się z maszyną? Zapytała więc ojca, czy zdarzyło mu się modlić. Powiedział: "To tak, jakbyś modliła się do Edisona, kiedy przepali się żarówka."

Milan Kundera (fragment powieści Nieśmiertelność, 1990)
   
   
   

dzięki radiu rozkoszuję się moimi ciągłymi przebudzeniami i zaśnięciami, cudownym rozkołysaniem między jawą a snem, tym drżeniem, które wystarcza, by zniknął żal, że przyszło się na świat. . .

Leżę w łóżku, zanurzony w słodyczy półsnu. O szóstej, w chwili pierwszego, lekkiego przebudzenia wyciągam rękę w stronę małego radia, stojącego przy poduszce, i wciskam guzik. Słyszę poranne wiadomości, ledwo odróżniając słowa, i na nowo zasypiam, toteż zdania, których słucham, przechodzą w senne majaki. To najpiękniejsza faza snu, najsłodsza chwila dnia: dzięki radiu rozkoszuję się moimi ciągłymi przebudzeniami i zaśnięciami, cudownym rozkołysaniem między jawą a snem, tym drżeniem, które wystarcza, by zniknął żal, że przyszło się na świat. Czy śnię, czy naprawdę jestem w operze, przed dwoma przebranymi za rycerzy aktorami, wyśpiewującymi prognozę pogody? Jak to się stało, że nie śpiewają o miłości? Wreszcie pojmuję, że to spikerzy; przestali już śpiewać i teraz dla żartu wpadają sobie nawzajem w słowo.

Milan Kundera (fragment powieści Nieśmiertelność, 1990)
   
   
   

uświadamiamy sobie własny wiek jedynie w kilku wyjątkowych chwilach, a przez większość czasu żyjemy bez wieku. . .

Kiedy w chwilę później chciałem powrócić do obserwacji, lekcja dobiegła końca. Kobieta w kostiumie kąpielowym szła wzdłuż basenu ku wyjściu i gdy znalazła się cztery czy pięć metrów za instruktorem, zwróciła ku niemu głowę, posłała mu uśmiech i skinęła dłonią. Ścisnęło mi się serce. Ten uśmiech i gest należały do dwudziestoletniej dziewczyny! Jej ręka wzniosła się z zachwycającą lekkością. Tak jakby w trakcie zabawy rzuciła do kochanka kolorową piłkę. Uśmiech i gest były pełne wdzięku, choć nie miały go już w sobie ani twarz, ani ciało. Był to wdzięk gestu zatopionego w ciele bez wdzięku. Lecz kobieta, nawet jeśli dobrze wiedziała, że nie jest już piękna, na chwilę o tym zapomniała. Pewną cząstką siebie wszyscy żyjemy poza czasem. Być może uświadamiamy sobie własny wiek jedynie w kilku wyjątkowych chwilach, a przez większość czasu żyjemy bez wieku.

Milan Kundera (fragment powieści Nieśmiertelność, 1990)
   
   
   

zapomnijcie o życiu. . .

„Czytajcie książki. Zapomnijcie o życiu".

John Irving (fragment powieści Świat według Garpa, 1978)
   
   
 

dwaj przyjaciele. . .

Było dwóch przyjaciół, którzy jednakże rozeszli się i równocześnie z obu końców zerwali węzeł swej przyjaźni: jeden w mniemaniu, że za mało poznano się na nim, drugi zaś w przypuszczeniu, iż za dobrze poznano się na nim, i pomylili się obaj! - gdyż żaden nie znał dostatecznie siebie samego.

Friedrich Nietzsche (fragment książki Jutrzenka. Myśli o przesądach moralnych, 1881)
 
 
 

większość ludzi myli głębię z trzeźwością, a szczerość z myślicielstwem. . .

Garp odebrał ten list jak policzek; chyba nigdy nie czuł się tak dogłębnie nie zrozumiany. Dlaczego ludzie upierają się, że skoro jesteś „komiczny", to nie możesz być jednocześnie poważny? Garp uważał, że większość ludzi myli głębię z trzeźwością, a szczerość z myślicielstwem. Wystarczy tylko robić wrażenie poważnego, żeby nim być. Przypuszczalnie inne stworzenia nie potrafią się z siebie śmiać; dla Garpa śmiech graniczył z życzliwością, a tej nigdy, nie jest za dużo. Ostatecznie jako dziecko nie miał poczucia humoru i nie był religijny — może dlatego brał komedię znacznie poważniej niż inni.

John Irving (fragment powieści Świat według Garpa, 1978)
   
   
   

podejmując w imieniu milionów decyzje. . .

   Jenny Fields miała do Garpa pretensję o „Drugi oddech rogacza". Powiedziała mu, że wybrał niewybaczalnie wąski temat bez ogólniejszego znaczenia.
    — Ma na myśli oczywiście seks — powiedział Garp. — Klasyczna historia. Kobieta, która nie wie, co to pociąg płciowy, pozwala sobie pouczać innych, co ma znaczenie ogólniejsze, a co nie. Jest jak papież, który ślubuje czystość podejmując w imieniu milionów decyzje na temat antykoncepcji. Świat jest naprawdę szalony!

John Irving (fragment powieści Świat według Garpa, 1978)
   
   
   

29 stycznia 2014

psalm XV / zagłada na ciebie / fragment. . .

Niech będzie spustoszony
Niech będzie podeptany
Niech zatracony ginie
I w poniżeniu kona

Niech wodą się rozpłynie
i wniwecz się obróci
Niech będzie jako strzała
w cięciwie połamana

Niech będzie rozproszony
wypadnie niech z pamięci
Niech będzie mu zagłada
ze świata czterech stron

Niechaj ci będzie synu, człowieku,
który źle myślisz przeciwko drugiemu,
zagłada, niechaj ci będzie synu, człowieku.

Niechaj ci będzie zagłada.

Niechaj ci będzie synu, człowieku,
który źle myślisz przeciwko drugiemu...


                                                     Jerzy Andrzejewski
   
   
   

jest się czyjąś żoną albo czyjąś dziwką. . .

Na tym sprośnym świecie — myślała — jest się czyjąś żoną albo czyjąś dziwką — albo na najlepszej drodze do stania się jednym czy drugim. A jeśli nie pasujesz do żadnej z tych kategorii, dają ci do zrozumienia,  że coś jest z tobą nie w porządku. Tylko że ze mną — myślała — wszystko jest w porządku.

John Irving (fragment powieści Świat według Garpa, 1978)
   
   
   


w gruncie rzeczy była po prostu krową przygotowaną do tego, by jej wsadzić odpowiednie urządzenie do sztucznego, zapładniania. . .

Nic bardziej mylnego. Prawdę powiedziawszy, rzuciła uniwersytet, ponieważ zaczęła podejrzewać, że rodzice posłali ją do Wellesley tylko po to, żeby ją tam skojarzyć z jakimś mężczyzną z dobrej rodziny, a w końcu wydać za mąż. Wellesley polecili jej starsi bracia, którzy zapewnili rodziców, że dziewczyn z tej uczelni nie traktuje się lekko i że są cenione na rynku matrymonialnym. Jenny uważała, że jej studia mają być tylko zawoalowaną formą wyczekiwania właściwego momentu, jak gdyby w gruncie rzeczy była po prostu krową przygotowaną do tego, by jej wsadzić odpowiednie urządzenie do sztucznego, zapładniania.

John Irving (fragment powieści Świat według Garpa, 1978)
   
   
   

rachmistrz i wędrowiec. . .

Na liczydle obłoków
Ten Który Sprawdza
dodaje ciężary Ziemi do pustek Nieba.

Z satysfakcją przypatruje się wynikowi:
zero, nic!

I zaślepia się w sobie.
A ja, liczyć nienauczony,
między obłokami chodzę po Ziemi,
po lewej stronie równania
myślę jakby nigdy nic,
po prawej stronie równiny
żyję jakby nigdy nic.

Przed sobą widzę Boski Wynik,
słoneczną spaleniznę liczb –

oślepiające Coś!

                               Piotr Matywiecki
   
   
   

25 stycznia 2014

do niezniszczalnego eonu bogów. . .

Dusza jego jest daleko. Być może, przebudzenie z wizji jest równie bolesne jak narodziny. Każdy przedmiot, jeśli wpatrzeć się weń w skupieniu, może stać się bramą prowadzącą do niezniszczalnego eonu bogów.

 James Joyce (fragment powieści Ulisses, 1922)



   

24 stycznia 2014

koledzy widzieli w wojnie coś więcej. . .

Gerhard Jäger należał do pierwszych ochotników. Ten spokojny, niezdecydowany, refleksyjny chłopiec był jakby odmieniony. Wydawał się płonąć jakimś wewnętrznym ogniem, który był jednak bardzo odległy od niepohamowanego odurzenia wojennego profesorów. On i jego koledzy widzieli w wojnie coś więcej niż tylko walkę i obronę; dla nich była ona wielkim szturmem, który miał zmieść z powierzchni ziemi przestarzałe ideały pretensjonalnie uporządkowanej egzystencji i odmłodzić starzejące się życie.

Erich Maria Remarque (fragment opowiadania Dzieje miłości Annette, 1931)
   
   
   

jak gdyby sama ziemia czuwała nad nimi i broniła ich przed rękami, które szukają. . .

   Poszukiwacze siedzą w swoich niezliczonych małych jamach i kopią jak krety. To prawda, że kości, które znajdują, są identyfikowane, gromadzone na cmentarzach, w mauzoleach, w ogromnych kamiennych grobowcach. A mimo to byłoby może lepiej, gdyby pozwolono tym żołnierzom spoczywać tam. gdzie spoczywali dotąd przez dziesięć czy dwanaście lat, gdzie wszyscy są kolegami.
   I wydaje się, jakby oni sami nie chcieli tego zmieniać. Wydaje się, jak gdyby sama ziemia czuwała nad nimi i broniła ich przed rękami, które szukają między nimi metalu i pieniędzy. Obok martwych żołnierzy śpi bowiem ich broń. I owa broń zachowała jeszcze często swoją siłę rażącą. Wystarczy jedno uderzenie motyką w ziemię. Wystarczy ostry sztych szpadla i ziemia pęka z głuchym hukiem, fruwają odłamki i śmierć wyciąga z ziemi chyżą rękę po poszukiwaczy. Wielu już zostało rozerwanych na strzępy, wielu zostało okaleczonych i co tydzień przybywa nowych. Śmierć, która kosiła najpierw żołnierzy, czuwa teraz nad grobami zabitych, a ziemia strzeże ich, jakby nie powinni leżeć we wspaniałych mauzoleach, tylko pozostać tam gdzie zginęli.
   I nad tym właśnie całunem czas się zatrzymał, wobec boleści rozpiętej między tymi horyzontami; nad tym całunem zalega milczenie, smutek i wspomnienia.

Erich Maria Remarque (fragment opowiadania Milczenie wokół Verdun, 1931)
   
   
   

13 stycznia 2014

walc. . .

Już lustra dźwięk walca powoli obraca
I świecznik kołując odpływa w głąb sal.
I patrz: sto świeczników we mgłach się zatacza,
Sto luster odbija snujący się bal.

I pyły różowe, jak płatki jabłoni,
I skry, słoneczniki chwiejących się trąb.
Rozpięte szeroko jak krzyże w agonii
Szkło ramion, czerń ramion, biel ramion i rąk.

I krążą w zmrużone swe oczy wpatrzeni,
A jedwab szeleści o nagość, ach cyt...
I pióra, i perły w huczącej przestrzeni,
I szepty, wołanie i zawrót, i rytm.

Rok dziewięćset dziesięć. Już biją zegary,
Lat cicho w klepsydrach przesącza się piach.
Aż przyjdzie czas gniewu, dopełnią się miary
I krzakiem ognistym śmierć stanie we drzwiach.

A gdzieś tam daleko poeta się rodzi.
Nie dla nich, nie dla nich napisze ich pieśń.
Do chat drogą mleczną noc letnia podchodzi
I psami w olszynach zanosi się wieś.

Choć nie ma go jeszcze i gdzieś kiedyś będzie,
Ty, piękna, nie wiedząć kołyszesz się z nim.
I będziesz tak tańczyć na zawsze w legendzie,
W ból wojen wplatana, w trzask bitew i dym.

To on wynurzony z odmętu historii,
Tak szepce ci w ucho i mówi: no patrz.
A czoło ma w smutku, w dalekich lat glorii
I nie wiesz, czy śpiewa tak walc, czy twój płacz.

Stań tutaj przy oknie i uchyl zasłony,
W olsnieniu, widzeniu, na obcy spójrz świat.
Walc pełza tu liśćmi złotymi stłumiony
I w szyby zamiecią zimowy dmie wiatr.

Lodowe pole w brzasku żółtej zorzy
W nagle rozdartej nocy się otworzy,
Tłumy biegnące wśród śmiertelnej wrzawy,
Której nie słyszysz, odgadujesz z ust.

Do granic nieba siegające pole
Wre morderstwami, krew śniegi rumieni,
Na ciała skrzepłe w spokoju kamieni
Dymiące słońce rzuca ranny kurz.

Jest rzeka na wpół lodami przykryta
I niewolnicze na brzegach pochody,
Nad siną chmurę, ponad czarne wody
W czerwonym słońcu, błysk bata.

Tam, w tym pochodzie, w milczącym szeregu,
Patrz, to twój syn. Policzek przecięty
Krwawi, on idzie, małpio uśmiechnięty,
Krzycz! W niewolnictwie szczęśliwy.

Rozumiesz. Jest taka cierpienia granica,
Za którą się uśmiech pogodny zaczyna,
I mija tak człowiek, i już zapomina,
O co miał walczyć i po co.

Jest takie olśnienie w bydlęcym spokoju,
Gdy patrzy na chmury i gwiazdy, i zorze,
Choć inni umarli, on umrzeć nie może
I wtedy powoli umiera.

Zapomnij. Nic nie ma prócz jasnej tej
sali I walca, i kwiatów, i świateł, i ech.
Świeczników sto w lustrach kołysząc się pali,
I oczy, i usta, i wrzawa, i śmiech.

Naprawdę po ciebie nie sięga dłoń żadna,
Przed lustrem na palcach unosząc się stań.
Na dworze jutrzenka i gwiazda poranna,
I dzwonią wesoło dzwoneczki u sań.

                                                  Czesław Miłosz (z tomu Ocalenie, 1945)
 
 
 
 

12 stycznia 2014

nikomu nie jestem dłużny. zniszczyłem tylko samego siebie. . .

12 lutego. Noc.
Znowu płak. Skąd w nocy ta słabość, to paskudztwo?

Goriełówka, 13 lutego 1918
Nad ranem
Mogę sobie pogratulować: wytrzymałem bez zastrzyku 14 godzin! Aż 14 godzin! Niewiarygodne! Świt mętny, białawy. Za chwilę będę całkiem zdrów.
   Po dłuższym namyśle. Wcale nie potrzebuję żadnego Bomgarda i w ogóle nikogo. Byłoby hańbą przedłużać bodaj o minutę moje życie - takie życie. Nie wolno! Środek mam pod ręką. Jak mogłem nie wpaść na to wcześniej?
   Cóż, do dzieła. Nikomu nie jestem dłużny. Zniszczyłem tylko samego siebie. I Annę. Nic na to nie poradzę.
   Czas ukoi, jak śpiewała Amneris. Przy niej życie było proste i łatwe.

Michaił Bułhakow 
(fragment książki Zapiski na mankietach / Morfina, 1927)
   
   
   

samotność to głębokie, znaczące rozważania, to kontemplacja, spokój, mądrość .. .

   Morfinista ma wielkie szczęście, którego nikt nie zdoła mu odebrać - mam na myśli umiłowanie samotności. Samotność to głębokie, znaczące rozważania, to kontemplacja, spokój, mądrość...
   Noc płynie, czarna i milcząca. Gdzieś w oddali - nagi las, za nim rzeczka, słotna jesień. Daleko, bardzo daleko pozostała nastroszona burzliwa Moskwa. Nic mnie nie obchodzi, nic nie pociąga, na nic nie mam ochoty...
   Płoń, światło mojej lampy, płoń sobie spokojnie, muszę odpocząć(...)

Michaił Bułhakow 
(fragment książki Zapiski na mankietach / Morfina, 1927)