10 października 2015
wolność to dużo pieniędzy. . .
nowe marzenia. . .
opuszczeni w przemijaniu. . .
wprost w przepaście nieba
skaczą nocą jak koty
opuszczeni w przemijaniu
ukrywają ciche skargi
podksiężycowe profanacje życia
opuszczeni w przemijaniu
pomalutku cichym nokturnem
żegnają przypadkowy unikat ciała
opuszczeni w przemijaniu
już poza strunami swojej pamięci
zapatrzeni w oddalenie
opuszczeni w przemijaniu
majaczący przebudzenia
oglądają orficką twarz sufitu
opuszczeni w przemijaniu
nieprzystosowani do umierania
w siebie samych wracający
Mateusz Hildebrandt
oświeceni duchowo słudzy. . .
wpadacie jak po ogień / gutte nacht. . .
wytyka nam od lat
z właściwym sobie chłodem
ten niewłaściwy świat.
„Po ogień” to przesada,
lecz wpadliśmy – to fakt.
”Po ogień” to przesada,
lecz upadliśmy – to fakt.
A wypaść – nie wypada:
okazać trzeba takt.
Wypadać – nie wypada:
poza tym – nie ma jak.
Niejasno nam zagraża
i mrozi w żyłach krew
gościnność gospodarza
tych lodowatych stref.
”Pokochasz Kraj i Klimat”?
Brak na tę czelność słów.
Wokoło pustka, zima
i ujadanie psów.
Nad głową eter, zima
i chirurgiczny nów.
Miał to być dłuższy pobyt,
nie na tym jednak tle.
Śnie3g przez dwie trzecie doby,
a jedna trzecia w śnie?
Nie w takiej atmosferze
miał tlen odświeżać mózg,
kłamały w bedekerze
widoczki palm i mórz.
Źle w takiej atmosferze
kącikom spierzchłych ust:
powietrze może świeże,
lecz jest w nim mróz i mus.
Ktoś nabił nas w butelkę,
czy raczej w szkło tych kul,
gdzie prószą płatki wielkie
nad kaszlem gołych pól.
Zacisnąć zatem zęby?
Zaciśnie nam je mróz.
Nie puści pary z gęby,
nie puści tchu do ust.
Zacisnąć zatem zęby?
Zaciśnie nam je mróz.
Nie puści pary z gęby,
Nie upuści tchu do ust.
Nie upuści tchu do ust.
Stanisław Barańczak
(z tomu Podróż zimowa.
Wiersze do muzyki Franza Schuberta, 1994)
waza kreteńska. . .
murze dźwięczny, roto róż
w pochodzie mykeńskich świateł,
nie-do-statków płynna pustko
wkrąg rozsnuta.
Rozluźnienia. Ród rozwiązły
w nich się spełnia. Błędnie błyszcząc
zwierz, głaz tracą jasno cel:
smugi fiołków, łąkokwietne
stygną czaszki.
Fala bije w czyste czoła,
żar otchłannych bachanalii
znamię zniweczenia pali:
wzrost, świadomość, mózg cię woła,
spłukaj, zakurz! Dłonie chłopców,
rząd biegaczy, rozpostarty,
zagna cię do kruży wklęsłej,
gdy łeb rybi, czosnek, flety
runą różą w święto Ledy,
w spółkowanie, w płaskość, w klęskę.
leningrad. . .
Do dziecięcych obrzmiałych gruczołów, do łez.
Wróciłeś, więc spiesznymi łykami pij tran
Z leningradzkich, nad rzeką palących się lamp.
Rozpoznawaj złowrogie mgły grudnia tam, gdzie
W czarnym dziegciu jak żółtko rozbełtał się dzień...
Petersburgu, ja nie chcę umierać, nie czas -
Jeszcze przecież mój numer telefonu znasz...
Petersburgu, mam jeszcze adresy, gdzie wciąż
Zmarli na mnie czekają i słyszę ich głos.
Czyjeś kroki po schodach kuchennych się pną,
Dzwonek z mięsem wyrwany uderza mnie w skroń,
Całą noc czekam gości, aż uśpi mnie świt,
Zakutego w kajdany łańcuszków u drzwi.
grudzień 1930
Osip Mandelsztam (tłum. Stanisław Barańczak)
zmarli w europie. . .
Wspólny grób wchłonął, chłopców przy kobietach;
Ani korona z cierni, ani monet blask,
Wrzeciona wież wytknięte w niebo, ani metal
Nie mogły nas ocalić. Matko, podnieś nas,
Porzuconych bezładnie w galarecie ognia:
W naszym dniu święta ziemia była nam przekleństwem,
Matko, czy się wzniesiemy w Twoim dniu w Twój kraj
Ze wszystkich miejsc, gdzie ciężki gruz poślubił zwłoki,
Które runęły obok siebie? Matko, daj
Rękę nam, przygniecionym przez kamienne bloki;
Kiedy w Dzień Wniebowzięcia Szatan na Twój kraj
Rzuca cień, Matko, wyrwij nasze ciała z ognia:
W naszym dniu święta ziemia była nam przekleństwem.
Matko, drżą moje kości, w głębi ziemi drży
Pogłos grzmotu i słyszę bek trąbki wśród zgiełku
Krwawiącej wokół rzezi. Powiedz, Mario, czy
Będę mógł unieść ciężar chłopca, tej kukiełki
Z prochu, świadectwo Diabła? Mario, ziemia drży,
Oblubienica wody, powietrza i ognia;
W naszym dniu święta ziemia jest naszym przekleństwem.
03 października 2015
losy wiodą. . .
01 października 2015
prośba o znak. . .
Z dzieciństwa w młodość z młodości w wiek dojrzały
z dojrzałości w starość – zdumiewa się
Dlaczego nie dany mi był żaden znak
dlaczego nikt nie udzielił mi przestrogi
dlaczego żyć musiałem bez słowa zachęty
trwałem nie wiedząc kim jestem i kiedy jest mój czas
Jeżeli wszyscy dookoła byli zajęci
dlaczego wedle obietnicy nie postawiono przy mnie skrzydlatego
z laską pasterską, który mówiłby mi o świcie:
Bacz pilnie To jest właśnie dzień na który czekałeś
dzisiaj potrafisz wszystko jutro możesz utracić tę moc
Może wówczas wzniósłbym się w górę jak on
i dokonałbym dzieła które wciąż podejmuje za mnie ktoś inny
O przyjacielu – rzekła na to postać
z oczami barwy żelaza i twarzą wytartą przez lata –
Nie opuściłem cię ani na krok
i śpiewałem hymny o wyznaczonej porze
Ale głos twój nie przyłączył się do mojego
Julia Hartwig (z tomu Obcowanie, 1987)
28 września 2015
poeta w czasie pisania. . .
Poeta w czasie pisania
to człowiek odwrócony
tyłem do świata
do nieporządku
rzeczywistości
Poeta w czasie pisania
jest bezbronny
łatwo go wtedy zaskoczyć
ośmieszyć przestraszyć
wynurzył się
wyszedł ze świata
zwierzęcego
na wędrownych piaskach
widać ślady jego ptasich
nóżek
z oddali dochodzą jeszcze
głosy słowa
ziarnisty śmiech
kobiet
ale nie wolno mu
spojrzeć
za siebie
wyrzucony na powierzchnię
pusty poniewiera się
po mieszkaniu
zakrywa twarz
na której maluje się
zdumienie
błąka uśmiech
jeszcze nie potrafi
odpowiadać
na najprostsze pytania
słyszał oddech wieczności
przyspieszony
nieregularny
listopad 1979
Tadeusz Różewicz
24 września 2015
chciałbym anioła widzieć na tym grobie. . .
Kędy sny nasze leżą pogrzebane,
Co by mi czasem zaśpiewał o tobie,
Jak śpiewa tułacz pamiątki kochane;
Co by na chwilę pochodnią schyloną
W tę noc okropną i nierozgarnianą
Rzucił skier kilka na przyszłości fale
I blaskiem chwały ozłocił me żale.
Ach, głos twój gdyby ponad twoim czołem
Ozwał się, lecąc od dalekiej strony,
Choć raz się ozwał, wiatrami niesiony,
Ten głos twój byłby mi takim aniołem!
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Przed nocą wieczną niech głos twój usłyszę,
Jak pieśń nadziei w godzinie konania,
A może wtedy ponad grobu ciszę
Wejdzie mi blady księżyc zmartwychwstania!
A jeśli, płacząc, na zgasłych źrenicach
Złożysz, jak kwiaty, twoje ciche ręce,
Grób spłonie ogniem i w stu błyskawicach
Słońc nieśmiertelnych obleją mnie wieńce...
Zygmunt Krasiński
23 września 2015
pan tu nie stał. . .
że nigdy nie stał pan za nami
murem, na stanowisku naszym też
pan nie stał, już nie mówiąc, że na naszym czele
nie stał pan nigdy, pan tu nie stał, panie,
nas na to nie stać, żeby pan tu stał
obiema nogami na naszej ziemi, ona stoi
przed panem otworem, a pan co,
stoi pan sobie na uboczu
wspólnego grobu, panie tam jest koniec,
nie stój pan w miejscu, nie stawiaj się pan, stawaj
pan w pąsach na szarym końcu, w końcu
znajdzie się jakieś miejsce i dla pana
21 września 2015
czarodziejska góra. . .
Ani kiedy Chen. Rok temu czy dawniej.
Wkrótce po naszym przyjeździe Budberg, melancholijnie łagodny,
Powiedział, że z początku trudno się przyzwyczaić,
Bo nie ma tutaj ni wiosny i lata, ni jesieni i zimy.
Śnił mi się ciągle śnieg i brzozowe lasy.
Gdzie prawie nie ma pór roku, ani spostrzec, jak upływa czas.
To jest, zobaczy Pan, "Czarodziejska góra".
Budberg: w dzieciństwie domowe nazwisko.
Dużo znaczyła w kiejdańskim powiecie
Ta rosyjska rodzina, z bałtyckich Niemców.
Nie czytałem żadnej z jego prac, zanadto specjalne.
A Chen był podobno znakomitym poetą.
Muszę to przyjąć na wiarę, bo pisał tylko po chińsku.
*
Upalny październik, chłodny lipiec, w lutym kwitną drzewa.
Godowe loty kolibrów nie zwiastują wiosny.
Tylko wierny klon zrzucał co roku liście bez potrzeby,
Bo tak nauczyli się jego przodkowie.
*
Czułem, że Budberg ma rację, i buntowałem się.
Więc nie dostanę potęgi, nie uratuję świata?
I sława mnie ominie, ni tiary, ani korony?
Czyż na to ćwiczyłem siebie, Jedynego,
Żeby układać strofy dla mew i mgieł od morza,
Słuchać, jak buczą tam nisko okrętowe syreny?
Aż minęło. Co minęło? Życie.
Teraz nie wstydzę się mojej przegranej.
Jedna pochmurna wyspa ze szczekaniem fok
Albo sprażona pustynia, i tego nam dosyć,
Żeby powiedzieć yes, tak, si.
„Nawet śpiąc, pracujemy nad stawaniem się świata".
Tylko z wytrwałości bierze się wytrwałość.
Gestami stwarzałem niewidzialny sznur.
I wspinałem się po nim, i trzymał mnie.
Jaka procesja! Quelles délices!
Jakie birety i z wyłogami togi!
Mnogouważajemyj Professor Budberg,
Most Distinguished Professor Chen,
Ciemno Wielmożny Profesor Milosz,
Który pisywał wiersze w bliżej nieznanym języku.
Kto ich tam zresztą policzy. A tu słońce.
Tak, że bieleje płomień ich wysokich świec
I ileż pokoleń kolibrów im towarzyszy,
Kiedy tak posuwają się. Po czarodziejskiej górze.
I zimna mgła od morza znaczy, że znów lipiec.
1975 Berkeley
Czesław Miłosz (z tomu Hymn o Perle, 1982)
20 września 2015
skoro już musisz krzyczeć, rób to cicho. . .
mają
uszy), skoro już musisz się kochać,
zgaś światło (sąsiad
ma
lornetkę), skoro już musisz
mieszkać, nie zamykaj drzwi (władza
ma
nakaz), skoro już
musisz cierpieć, rób to we własnym domu (życie
ma
swoje prawa), skoro
już musisz żyć, ogranicz się we wszystkim (wszystko
ma
swoje granice).
19 września 2015
wariatka. . .
W jej oczach widzę, jak u moich ramion stoją dwaj aniołowie: blady, złośliwy anioł Ironii i potężny, miłujący anioł Schizofrenii.
ścigany. . .
wciąga mnie
w głąb.
Płynę w dłoniach jak w łodzi
Odpływam stąd.
Ukryty,
owinięty prześcieradłem,
drżę nagi
wyrzucony
na wierzch, na pościel
jak na groźny ląd.
jak liść.
to dzwonek
to zwykła rozmowa.
Uciekam od ściany do ściany
krzyczę szeptem:
jestem!
12 września 2015
epizod z saint-benoît. . .
w starym opactwie nad Loarą
(wszystkie soki z drzew spłynęły tą rzeką)
przed wejściem do bazyliki
(nie jest to nartex ale kamienna alegoria)
na jednym z kapitelów
nagi Max Jacob
którego wydzierają sobie
szatan i czteroskrzydły archangelus
wynik tych zapasów
nie został ogłoszony
jeśli nie wziąć pod uwagę
sąsiedniego kapitelu
szatan trzyma mocno
oderwaną rękę Jacoba
pozwalając reszcie
wykrwawić się między
czterema niewidocznymi skrzydłami
Zbigniew Herbert (z tomu Napis, 1962)
blues kaina. . .
Ale nie przyjmuje
Kontempluje w zacisznym pokoju
Jutro rano leci
na kongres prawników
do Ottawy
wygłosi tam dwa referaty
na temat: W jaki sposób zostałem zabity
Pański bilet wizytowy przekażę
jeśli pan sobie życzy
Tymczasem Kain
przycupnął w moim mianie
Biblijny zbrodzień
Ciągle go tropią
Serce mu kołacze jak kłódka
że jeszcze ciągle go tropią:
Konstable Tłuste kelnerki
Masażyści historii Fryzjerzy ciszy
Atletyczne dzieciaki Prorocy od siedmiu boleści
Uzgodnione wolnomyślicielstwo Zwinne kurewki
Odczytywacze duszy
Kolekcjonerzy instynktów
Ciągle mu pragną dobrać się do skóry
ludzie i osy burze i kangury
Nawiedza mnie wieczorem
Pot jak aureola
Włosy sięgają ramion
Zaszczuty wiekuiście nie golony
ponieważ boi się brzytwy
i wody i Pisma i psów
i zmroku i światła
Aż dotąd Kaina rozumiem
a kiedy mu przynoszę herbatę w termosie
zasłania okno
I już zaczyna bełkotać
Myślę: Biblia wcale nie wspomina że nigdy się porządnie nie nauczył mówić że smarka w rękę że chętnie liże sól że jest nieokrzesany
coraz łatwiej rozumiem co mi po ciemku paple:
Ze ongiś dawno przed nim
każdy raju mieszkaniec żył jak chciał
na deszczu gorzej
lepiej przy upale
Czarnożółty wąż
trawił królika albowiem
było to ich wzajemnym przeznaczeniem
Olbrzymie rajskie rzeki
błyskały swymi zdrowymi trzewiami
raz skupione a raz rozprężone
zgodnie z prawem
że śmierć po nią wyciąga rękę
— — —
Pan także pije szklankę letniej wody
na czczo?
Ja daję szczyptę soli
— — —
Jak żyję nie spotkałem tak strachliwego zbrodniarza
Jego trwoga udziela się i mnie
Ale mówmy poważnie
Kainie czy to źle
pod wpływem nieczystego sumienia
budować wspaniałe cywilizacje
Pod wpływem poczucia niższości
stanąć na tylnych nogach
To wszystko obróci się znów przeciw sobie
To wszystko wróci znów skąd wyszło
Za kratami zoo siwy małpierz
wygrzewa się w niedzielnym słońcu
I myśli:
nie liczcie na nas
chytrość zabezpiecza istnienie. . .
10 września 2015
ach, ileż mam wierszy. . .
Wiersz, choć krótki,
łatwo zaczynać, trudno kończyć...
- Tak jak miłość.
za grę krwią płaci.
Albo wszystko osiąga nią,
albo też wszystko traci.
09 września 2015
pastel ironiczny. . .
i tam na górach, i tu na topolach,
i w słodkich mgłach, co w dali się zwieszają,
i w cieniach, które w światło się wplatają,
ach, wszędzie złoto, chłodne złoto wszędzie.
A drogą krętą na wzgórza krawędzi
w srebrze pajęczyn i w złocie jesieni,
w ostatniej krasie, którą świat się mieni,
i wprost ku słońcu lśniącemu w lazurze
wlecze się żebrak w podartym kapturze...
Jiři Wolker
(tłum. Kazimierz A. Jaworski)
sonet 20. . .
Jako kobieta, mych żądz pani-panie.
Kobiece ręce masz, lecz bez odmiany
Fałszywej, jaką zna kobiet kochanie
Okiem jaśniejszym niż ich wokół toczysz;
Wszystko, co ujrzą, złocą twe spojrzenia;
Mężczyzno z barwy, tysiąc barw jednoczysz,
Wzrok mężczyzn kradniesz i kobiet marzenia.
Jako kobieta zostałeś stworzony,
Ale Natura tworząc cię przysnęła
I tak zostałeś ze mną rozłączony,
Gdyż coś dodając, ciebie mi odjęła.
Lecz żeś stworzony dla kobiet radości,
Mnie kochaj, od nich bierz skarb ich miłości.
William Shakespeare