10 sierpnia 2022

są rzeczy zbyt skomplikowane, by je wyjaśnić w jakimkolwiek języku. . .

     „W życiu są rzeczy zbyt skomplikowane, by je wyjaśnić w jakimkolwiek języku”, powiedziała Olga.

    Rzeczywiście tak jest, pomyślał Tsukuru, pijąc wino. Nie chodzi tylko o tłumaczenie innym. Nawet samemu sobie za trudno jest je wytłumaczyć. Jeżeli się na silę próbuje, gdzieś rodzi się kłamstwo. Tak czy inaczej, jutro wiele rzeczy powinno się wyjaśnić. Wystarczy poczekać. A jeśli się nie wyjaśni to też nic takiego. Nie ma rady. Bezbarwny Tsukuru Tazaki będzie dalej żył bez barw. Przecież to nikomu nie przeszkadza.


Haruki Murakami (Bezbarwny Tsukuru Tazaki i lata jego pielgrzymstwa 

色彩を持たない多崎つくると、彼の巡礼の年, 2013)

   

   

   

talent przypomina naczynie. . .

    — Biała prawdopodobnie miała problemy z głową —  powiedział Czerwony, podnosząc z biurka zapalniczkę i uważnie dobierając słowa. — Nie wiem, czy to było tymczasowe, czy taką miała skłonność. Ale przynajmniej wtedy coś jej się w głowie p o mi e s z a ł o. Niewątpliwie miała wybitny talent muzyczny i świetną technikę. Jej wykonania brzmiały pięknie. Z naszego punktu widzenia to była naprawdę duża rzecz. Niestety, jej ten poziom nie wystarczał. Mogła błyszczeć na małą skalę, ale brakowało jej sił, by podbić szeroki świat. Choć ćwiczyła z wielkim zapałem, nie mogła osiągnąć poziomu, o jakim marzyła. Jak wiesz, była pracowita i zamknięta w sobie. W konserwatorium presja się wzmogła. I Biała zaczęła się dziwnie zachowywać. 

Tsukuru przytaknął, lecz milczał.

    — Często się słyszy takie historie — ciągnął Czerwony. —  Żal jej, ale w świecie artystycznym takie rzeczy są na porządku dziennym. Talent przypomina naczynie. Choćby się człowiek strasznie starał, nie da rady zmienić jego kształtu. I można tam wlać tylko określoną ilość wody.


Haruki Murakami (Bezbarwny Tsukuru Tazaki i lata jego pielgrzymstwa 

色彩を持たない多崎つくると、彼の巡礼の年, 2013)

   

   

   

kurs błyskawicznego prania mózgu ... Zamiast świętych ksiąg używają instrukcji. . .

Firma nazywa się BEYOND. Brzmi to jakoś w stylu New Age, nie uważasz?

    — Creative business seminars?

    — Nazwa jest nowatorska, ale zasadniczo nie różni się to od zwykłych kursów samorozwoju — powiedziała Sara.

    — Czyli prosty kurs błyskawicznego prania mózgu mający na celu wychowanie korporacyjnych wojowników. Zamiast świętych ksiąg używają instrukcji, a zamiast oświecenia i raju obiecują im karierę i wysokie dochody. Nowa religia czasów pragmatyzmu. W odróżnieniu od religii, niema w tym elementów transcendentalnych, wszystko jest konkretnie uteoretyzowane i wyrażone liczbami.


Haruki Murakami (Bezbarwny Tsukuru Tazaki i lata jego pielgrzymstwa 

色彩を持たない多崎つくると、彼の巡礼の年, 2013)

   

   

   

zniknięciu ... dotkliwie uświadomił sobie, jak ważny był. . .

    Po zniknięciu Haidy Tsukuru dotkliwie uświadomił sobie, jak ważny był on dla niego, jak dodawał barw jego codziennemu życiu. Nostalgicznie wspominał rozmowy, które toczyli, jego charakterystyczny lekki śmiech. Muzykę, którą lubił, książki, które mu czasem czytał, jego wyjaśnienia na temat różnych zjawisk społecznych, specyficzne poczucie humoru, trafne cytaty, gotowane przez niego posiłki, kawę, którą parzył. Wszędzie w codziennym życiu dostrzegał luki powstałe po zniknięciu Haidy. Nie mógł uniknąć myślenia o tym, czy sam zrobił coś dla Haidy w zamian za to wszystko, czym obdarzał go kolega. Co mu się udało ofiarować przyjacielowi?


Haruki Murakami (Bezbarwny Tsukuru Tazaki i lata jego pielgrzymstwa 

色彩を持たない多崎つくると、彼の巡礼の年, 2013)

   

   

   

ludzie, którym odebrano wolność, zawsze zaczynają kogoś nienawidzić. . .

 — To nie jest takie proste.

— Nie jest proste. Zgadzam się. Jednak ja już się zdecydowałem. Chcę zawsze mieć swobodę. Lubię gotować, ale nie chciałbym tkwić w kuchni tylko dlatego, że wymagałaby tego moja praca. Gdybym cały czas tam siedział, szybko bym zaczął kogoś nienawidzić.

— Kogoś?

— Kucharze nienawidzą kelnerów, a jedni i drudzy nienawidzą klientów — powiedział Haida. 

— To ze sztuki pod tytułem Kuchnia Arnolda Weskera. Ludzie, którym odebrano wolność, zawsze zaczynają kogoś nienawidzić. Nie uważasz? Ja nie chcę tak żyć.

— Nigdy nie być uwiązanym i swobodnie sobie rozmyślać. O tym marzysz?

— Zgadza się.

— Ale mnie się zdaje, że swobodne myślenie wcale nie jest takie proste.

— Swobodne myślenie oznacza, krótko mówiąc, oddalenie się od własnego ciała. Uwolnić się od własnego ciała, zrzucić okowy, dać się po prostu ponieść logice. Pozwolić logice naturalnie się rozwijać. W tym jest właśnie sedno wolności myślenia.

— To wydaje się bardzo trudne.

Haida potrząsnął głową


Haruki Murakami (Bezbarwny Tsukuru Tazaki i lata jego pielgrzymstwa 

色彩を持たない多崎つくると、彼の巡礼の年, 2013)

   

   

   

czuł. . .

    Kiedy nie myślał o śmierci, nic myślał o niczym innym. Wcale nie było trudno o niczym nic myśleć. Nic czytał gazet, nie słuchał muzyki, nie czuł nawet pożądania płciowego. To, co się rozgrywało na świecie, nie miało dla niego żadnego znaczenia. Kiedy czuł się zmęczony siedzeniem w mieszkaniu, wychodził i spacerował bez celu po okolicy. Albo szedł na dworzec, siadał na ławce i w nieskończoność przyglądał się przyjeżdżającym i odjeżdżającym pociągom.

    Codziennie rano brał prysznic, starannie mył włosy, dwa razy w tygodniu robił pranie. Czystość była właśnie jedną z tych latarń i jej się uchwycił. Pranie, kąpiele i mycie zębów. Prawie nie zwracał uwagi na jedzenie. Kupował obiad w uczelnianej stołówce, a potem nie myślał już o porządnym posiłku. Gdy czuł głód, chrupał kupione w pobliskim supermarkecie jabłka czy warzywa. Albo jadł nieopieczony chleb tostowy i popijał mlekiem prosto z kartonu. Gdy przychodził czas spoczynku, wypijał szklaneczkę whisky, zupełnie jak lekarstwo. Na szczęście miał słabą głowę, więc nawet mała ilość whisky łatwo przenosiła go do świata snu. Nic mu się wówczas nie śniło, a nawet jeśli jakiś sen się zaczynał, to i tak od razu ześlizgiwał się w nicość po gładkiej powierzchni równi pochyłej jego świadomości, gdzie nie miał się czego uchwycić.


Haruki Murakami (Bezbarwny Tsukuru Tazaki i lata jego pielgrzymstwa / 色彩を持たない多崎つくると、彼の巡礼の年, 2013)

   

   

   

22 lipca 2022

nie ma żadnego ostatniego tchnienia. ani żadnej duszy. . .

30

Śmierć polskiej księżniczki, krok po kroku.

    Sprawy rozgrywają się we właściwym sobie porządku. Trudno to docenić, gdy patrzy się na nie ze sceny, na której się dzieją. Tu nic nie widać, zbyt wiele jest planów, które zasłaniają się nawzajem i sprawiają wrażenie chaosu. W zamieszaniu przepada fakt, że Gitla Gertruda Ascherbach umiera tego samego dnia co Pan. W ten sposób dopełnia się proces rozpoczęty gdzieś na Podolu, mroźną zimą, wtedy gdy jej wielka, burzliwa miłość, której owocem jest Samuel, miała swoje niesprawiedliwie krótkie trwanie, które można uznać za mgnienie oka wśród wydarzeń na tej płaskiej scenie. 

    Lecz ten porządek widzi Jenta, której ciało powoli zmienia się w kryształ w korolewskiej jaskini. Wejście do niej zarosło już prawie zupełnie czarnym bzem, bujne baldachy pełne przejrzałych dawno jagód opadły już na ziemię, a te, które ostały się ptakom, zamarzły; Jenta widzi śmierć Jakuba — nie zatrzymuje się przy niej, bo pociąga ją inna, w Wiedniu. 


Aszer, Rudolf Ascherbach, siedzi przy swojej żonie Gertrudzie, Gitli, od kiedy zasłabła. Już dwa, trzy miesiące temu zrozumiał wszystko, gdy obejrzał guz na jej piersi, jest w końcu lekarzem; zdaje mu się, że rozumiał to nawet wtedy, gdy Gitla jeszcze chodziła i w dziwnej nerwowości próbowała zarządzać domem. Piekliła się na przykład o cebulę na zimę, którą zamówili w grubych lnianych workach — że jest zgniła w środku i nie przetrzyma do wiosny. Ze praczka niszczy mankiety i że lód z lodziarni dziwnie pachnie, tak jak pachniało w Busku — stojącą wodą. Nad gazetami pomstowała na głupotę polityków i jej siwa głowa tonęła w dymie tureckiej fajki, którą do końca paliła. 

    Teraz głównie leży na kanapie, nie chce pójść do łóżka. Aszer odmierza jej coraz większe dawki laudanum i obserwuje wszystko dokładnie i uważnie. Obserwacja, chłodna i beznamiętna, niesie mu ulgę i chroni go przed rozpaczą. Na przykład na kilka dni przed śmiercią skóra Gitlirobi się gęsta, sztywna i matowa, inaczej odbija dzienne światło. Wpływa to na rysy twarzy — stają się ostre. Na koniuszku nosa pojawia się podłużne zagłębienie. Aszer widzi je w poniedziałkowy wieczór, w świetle świec, kiedy Gitla, choć bardzo słaba, siada, by porządkować papiery. Wyciąga z szuflad wszystko, co miała, co napisała, wszystkie listy do ojca we Lwowie pisane po hebrajsku, artykuły, rysunki, projekty. Rozdziela to na kupki i wkłada w miękkie papierowe teczki. Co rusz pyta o coś Aszera, ale Aszer nie może się skupić. Zobaczył już tę bruzdę i ogarnął go strach. Ona wie, że umrze, myśli przerażony, wie, że jej choroba jest nieuleczalna i nic się już nie da zrobić. Ale nie spodziewa się śmierci, to zupełnie co innego. Wie to swoim rozumem, potrafi to powiedzieć słowami, napisać, ale w gruncie rzeczy jej ciało, zwierzę, jakim jest, w ogóle w to nie wierzy. 

    W tym sensie śmierci rzeczywiście nie ma, myśli Aszer, nikt jej doświadczenia nie opisał. Zawsze jest cudza. Nie ma się jej co bać, ponieważ boimy się czego innego, niż jest naprawdę. Boimy się jakiejś ś m i e r c i (albo Śmierci), wyimaginowanej, która jest wytworem naszego umysłu, splątaniem myśli, opowieści, rytuałów. Jest zakontraktowanym smutkiem, uzgodnioną cezurą, która wprowadza w ludzkie życie porządek. 

    Więc gdy Aszer widzi bruzdę na jej nosie i ten dziwny kolor skóry, wie, że to już czas. We wtorek rano Gitla prosi, żeby pomógł jej się ubrać, właśnie jego prosi, nie Sofii, która u nich służy. Aszer sznuruje jej suknię. Gitla siada do stołu, ale nie je, potem wraca do łóżka i Aszer jej tę suknię zdejmuje. Wyciąga troki z haftek z trudem, jego dłonie są bowiem zgrubiałe i niepewne. Ma wrażenie, jakby odpakowywał cenny, kruchy Przedmiot — coś jak chińską wazę, jak delikatny kryształowy kielich, jak figurkę z porcelany — by odłożyć ów przedmiot na swoje miejsce; więcej nie będzie się go już używać. Gitla, cierpliwie to znosząc, doprasza się słabym głosem o krótki list do Samuela. Każe sobie podać papier, ale niema siły pisać, więc tylko dyktuje kilka słów, potem, po laudanum, zapada w drzemkę, nie reaguje, kiedy Aszer przerywa pisanie. Pozwala się karmić (ale tylko Aszerowi) zupą, rosołem, ale właściwie zjada tylko kilka łyżek. Aszer wysadza ją na nocnik, lecz Gitla oddaje tylko kilka kropel moczu i Aszer ma wrażenie, że jej ciało zacięło się, jak mały, skomplikowany mechanizm. Tak trwa do wieczora. W nocy Gitla się budzi, pyta go o różne rzeczy, na przykład czy zapłacony rachunek u księgarza, i napomina, żeby kwiaty na zimę schować z parapetu. Prosi, żeby odebrać materiały od krawcowej, nie będzie z nich już sukien. Dziewczętom się na pewno nie spodobają, to modnisie, a materiały dobrej jakości. Może dać je Sofii, Sofia się ucieszy. Potem wracają wspomnienia i Gitla opowiada o tej zimie, kiedy przyszła pod drzwi Aszera we Lwowie, o sannach, śniegu i orszaku Mesjasza. 

    W środę z rana sprawia wrażenie, jakby czuła się lepiej, ale koło południa jej wzrok staje się szklisty. Patrzy w jakiś odległy punkt, jakby poza ściany tego wiedeńskiego mieszkania, gdzieś w powietrze, wysoko nad domami. Ręce ma niespokojne, błądzą po pościeli, palce tworzą fałdki w adamaszku kołdry, a potem je starannie rozprostowują.

    — Popraw mi poduszkę — mówi do Adelajdy, jej przyjaciółki, którą już Aszer zawiadomił i która przybiegła tu z drugiego końca miasta. Ale poprawianie nie na długo starcza, widać, że nie jest jej wygodnie. Rudolf Ascherbach wzywa córki, ale nie wiadomo, kiedy przyjadą. Jedna mieszka w Weimarze, a druga we Wrocławiu. 

    Głos Gitli spowolnił i stracił całą melodyjność, ton zrobił się jednostajny, metaliczny, nieprzyjemny, rejestruje Ascherbach. Trudno ją zrozumieć. A pyta kilka razy, jaki to dzień tygodnia. Środa. Środa. Środa. Aszer odpowiada gestem na jej proste pytanie:

    — Umieram?

    Kiwa głową bezgłośnie, ale zaraz się poprawia i mówi ochrypłym głosem: 

    —Tak. 

    I ona, jak to Gitla, upewniona, spina się w sobie i powiedziałby ktoś, że bierze we własne ręce całe to umieranie, ten problematyczny i nieodwracalny proces, niczym kolejne zadanie do wykonania. Kiedy Aszer patrzy na jej wychudzone, wynędzniałe od choroby drobniutkie ciało, napływają mu łzy do oczu, a to jest pierwszy raz, kiedy płacze, odkąd pamięta, może nawet od tego dnia, gdy w ich domu odpoczywała polska hrabianka i kiedy wszyscy próbowali szmatami zebrać rozlaną wódkę z rozbitych beczek. 

    W nocy czuwają nad nią Adelajda i pani Bachman, sąsiadka z dołu. Aszer pyta żonę: 

    — Czy chcesz księdza? 

    Po chwili wahania dodaje: 

    — Rabina? 

    Patrzy na niego zdziwiona, może nie rozumie. Musiał ją zapytać. Ale nie będzie żadnego księdza ani żadnego rabina. Gitla by się śmiertelnie obraziła, gdyby jej to zrobił. W czwartek o świcie zaczyna się agonia i kobiety budzą Aszera, który zdrzemnął się z głową na biurku. Zapalają świece wokół łóżka. Adelajda zaczyna się modlić, ale cicho, jakby mówiła sama do siebie. Aszer widzi, że paznokcie Gitli zbielały, a potem nieodwracalnie sinieją, a gdy bierze ją za rękę, jest zupełnie zimna. Oddech Gitli staje się świszczący i utrudniony, każdy wymaga wysiłku; po godzinie zmienia się w rzężenie. Ciężko tego słuchać, dlatego i Adelajda, i pani Bachman zaczynają płakać. Ale ten oddech słabnie — a może to uszy się do niego przyzwyczaiły? Gitla robi się spokojniejsza i odpływa. Aszer jest świadkiem tego momentu — to się dzieje na długo przedtem, nim zatrzyma się serce i ustanie oddychanie, Gitla się dokądś wymyka, nie ma jej już w tym świszczącym ciele, poszła, zniknęła. Coś ją zajęło, odwróciło jej uwagę. Nawet się nie obejrzała.    

    W czwartek o trzynastej dwadzieścia serce Gitli przestaje bić. Gitla bierze ostatni haust powietrza i on w niej zostaje. Wypełnia jej piersi. 

    Nie ma więc żadnego ostatniego tchnienia, myśli z rosnącą złością Aszer, żadna dusza nie wymyka się z ciała, wręcz przeciwnie, to ciało ściąga ducha do siebie, żeby go zanieść do grobu. Tyle razy to widział, ale dopiero teraz w pełni zrozumiał. Właśnie tak. Nie ma żadnego ostatniego tchnienia. Ani żadnej duszy.


Olga Tokarczuk (Księgi Jakubowe, 2014)
   
   
   

w ten sposób miłosiernie zbawia nas od życia. . .

    — Bracie Piotrze — mówi do niego Czerniawski, ale Nachman nie reaguje.

    — Bracie Piotrze, on odszedł.

Zapada dłuższe milczenie i Czerniawski rozumie, że powinien zostawić staruszka samego.

    — Śmierć nie jest zła — mówi nagle Jakubowski, nie odwracając się.

I właściwie nie ma się co oszukiwać, należy do Dobrego Boga, który w ten sposób miłosiernie zbawia nas od życia.

    — Bracie, zejdziesz?

    — Nie ma takiej potrzeby.


Olga Tokarczuk (Księgi Jakubowe, 2014)
   
   
   

po koncercie, na który ledwie go było stać, że jest coś, co może przynieść pełnię szczęścia, i można o tym nie wiedzieć, żyjąc w ciągłym braku. . .

    Jeździ za to do Wiednia, włóczy się po ulicach i w tej niezręcznej sytuacji znajduje pociechę w koncertach, o co w Wiedniu nie jest trudno wszędzie tu grają. Wzruszył się, słuchając pewnego Haydna, tak wydawała mu się bliska i piękna ta muzyka. Popłakał się dyskretnie, zwilgotniały mu oczy i udało mu się przełknąć te łzy, popłynęły do środka i tam obmywały mu serce. Gdy orkiestra skończyła grać i rozległy się oklaski, poczuł, że nie zniesie jej braku, że musi ją mieć bez przerwy. Świat stał się bez niej pusty. Bo oto dowiedział się po koncercie, na który ledwie go było stać, że jest coś, co może przynieść pełnię szczęścia, i można o tym nie wiedzieć, żyjąc w ciągłym braku. Miał kupić siostrom prezenty — prosiły o koronki i obszywane jedwabiem guziki, o kapelusze i wstążki, ale Franciszek przywiezie im nuty.

    Nie udało mu się dostać na koncert tego młodego Mozarta, ale znalazł takie miejsce pod oknami opery, gdzie słyszał tak, jakby był w środku. Miał wrażenie, jakby opera się na niego przewróciła, a na nią jeszcze katedra, i jakby cały Wiedeń spadł mu na głowę, i go ogłuszył. Ta muzyka była niemożliwa jak Ewa, stała się wielkim niedościgłym marzeniem, którego nie da się ziścić w Warszawie. On jest Warszawą, a ona Wiedniem.


Olga Tokarczuk (Księgi Jakubowe, 2014)
   
   
   

tam gdzie jest coś jaskrawo oświetlone, pojawia się cień, zaciemnienie. im mocniejsze światło, tym głębszy, intensywniejszy cień. no tak, to niepokojące, milkną. . .

     Ascherbachowie, zgodnie ze swym cotygodniowym rytuałem, siedząc w niedzielne popołudnie w kawiarni, postanawiają włączyć się w dyskusję toczącą się od pewnego czasu na łamach pisma „Berlinische Monatsschrift",które regularnie czytują. To Gertrudzie przychodzi do głowy pomysł, że by tego spróbowali, i sama wyrywa się do pisania, lecz Ascherbach uważa, że ona ma zły styl, zbyt ozdobny, więc zaczyna ją poprawiać i w ten sposób zaczynają pisać oboje. W dyskusji chodzi o to, żeby zdefiniować to modne, coraz bardziej przenikające i do rozmów pojęcie „oświecenie". Wszyscy używają sobie na nim jak mogą, ale każdy rozumie je nieco inaczej. Rzecz zapoczątkował niejaki Johann Friedrich Zôllner, który w jednym ze swoich artykułów, broniąc instytucji małżeństwa kościelnego, nawiązał do tego pojęcia i nawet nie w tekście głównym, a w przypisie rzucił pytanie: „Wasist Aufklärung ?”. Niespodziewanie wywołało ono odzew wśród czytelników, i to tych o znanych nazwiskach. Jako pierwszy odpowiedział na nie Moses Mendelssohn, a z czasem artykuł na temat oświecenia opublikował w piśmie słynny filozof z Królewca, Immanuel Kant. 

    Ascherbachów pociąga swoiste wyzwanie — wyszlifować słowo tak, żeby można było przez nie wyraźnie widzieć. Gertruda, która zawsze paliw kawiarni fajkę, przez co wzbudza pewne poruszenie wśród statecznych mieszczan wiedeńskich, sporządza pierwsze notatki. Zgadzają się tylko w tym, że rozum jest najważniejszy. Przez cały jeden wieczór bawią się metaforą światła rozumu, które oświetla wszystko po równi i beznamiętnie. Gertruda zauważa zaraz inteligentnie, że tam gdzie jest coś jaskrawo oświetlone, pojawia się cień, zaciemnienie. Im mocniejsze światło, tym głębszy, intensywniejszy cień. No tak, to niepokojące, milkną. 

    I jeszcze skoro człowiek powinien posługiwać się tym, co ma najcenniejszego, czyli rozumem, to przestają być ważne kolor skóry, rodzina, z jakiej się pochodzi, czy religia, jaką się wyznaje, czy nawet płeć. 

    Ascherbach dodaje, cytując Mendelssohna, którego ostatnio namiętnie czyta (na stole leży Phâdon Oder iiber die Unsterblichkeit der Seele — „Fedon, czyli nieśmiertelność duszy”, tytuł jest wydrukowany czerwoną czcionką),że Aufklärung dla kultury jest tym samym, czym teoria dla praktyki. Oświecenie ma więcej wspólnego z nauką, z abstrakcją, kultura zaś jest doskonaleniem kontaktów międzyludzkich za pomocą słowa, literatury, obrazu, sztuk pięknych. Zgadzają się ze sobą. Kiedy Ascherbach czyta Mendelssohna, czuje się po raz pierwszy w życiu zadowolony z tego, że jest Żydem.

[...]


    Nie opowiada Gitli-Gertrudzie o tym spotkaniu. Jednak wieczorem gdy pracują nad tym artykułem do berlińskiej gazety, wraca do niego, jak wizja, pewna noc w Rohatynie, gdy szedł w ciemnościach przez rynek do domu Szorów. Nikle światło gwiazd, które tylko obiecuje inną rzeczywistość, ale nawet nie oświetla ścieżki. Woń gnijących liści, zapach zwierząt w chlewikach. Chłód, który przenika do kości. Obcość i obojętność świata przeciwstawiona wielkiej ufności tych przygiętych do ziemi chałupek, niskich płotów obrośniętych suchymi sznurami powojnika, świateł w oknach, mizernych i niepewnych wszystko mieściło się w tym marnym porządku świata. Tak przynajmniej wtedy widział to Aszer. Dawno tym nie myślał, ale teraz nie może przestać. Więc Gitla, rozczarowana jego rozkojarzeniem, pisze sama, zadymiając przy tym niemiłosiernie cały salon. 

    Tego wieczoru Aszera ogarnia tamta melancholia. Jest rozdrażniony i każe sobie zaparzyć melisy. Nagle wydaje mu się, że oprócz tych wszystkich wzniosłych tez, które drukuje „Berlinische Monatsschrift", poza światłem i rozumem, poza ludzką mocą i wolnością pozostaje coś bardzo istotnego, jakaś kleista, ciemna i ciastowata kraina, w którą wszelkie słowai pojęcia wpadają jak w smołę, tracą kształt i znaczenie. Wzniosłe tyrady z gazety brzmią, jakby je wypowiadał brzuchomówca — niewyraźnie i groteskowo. Zewsząd dochodzi jakby chichot; może kiedyś Aszer pomyślałby że to diabeł, dziś w żadne diabły nie wierzy. Przypomina mu się to, copowiedziała Gitla — cień; coś, co jest dobrze oświetlone, rzuca cień, jest właśnie niepokojące w tym nowym pojęciu. Oświecenie zaczyna się wtedy, gdy człowiek traci wiarę w dobro i porządek świata. Oświecenie jest wyrazem nieufności.

[...]


    Gdy wraca późnym wieczorem ulicami Wiednia, wciąż jeszcze pełnymi hałasu i gwaru, przypomina mu się, jak chodził w Rohatynie do Chai Szor gdy prorokowała, rzucając się po podłodze, prężąc ciało, cala spocona.

    Rohatyn przy Wiedniu wydaje się dzisiaj Aszerowi snem śnionym pod pierzyną, w ciemnej, zadymionej izbie. Żadna z jego pacjentek nie mieszka już we wspólnej izbie, nie nosi na głowie szmate ani nie ubiera się w polski kubrak. Nikt tu nie cierpi na kołtun. Domy są wysokie, potężne, mają grube kamienne ściany, pachną wapnem, świeżym drewnem, z którego Zrobiono schody. Większość tych nowych domów ma kanalizację. Na ulicach płoną gazowe lampy, same ulice zaś są szerokie i przewiewne. Przez czyste szyby w oknach widać niebo i smyczki dymów z kominów.

    A jednak Aszer zobaczył dziś w tej chorej Chaję Szor z Rohatyna. Tamtą młodą kobietę, która teraz musi mieć już sześćdziesiątkę, jeżeli jeszcze żyje. Może ulgę przyniosłoby pani Rudnitzky prorokowanie, sprawne poruszanie się w ciemnościach rozumu, w jego cieniach i mgłach. Może tam też jest dobre miejsce do życia. Może to powinien poradzić jej mężowi: „Panie Rudnitzky, niech pańska żona zacznie prorokować, to jej pomoże”.


Olga Tokarczuk (Księgi Jakubowe, 2014)
   
   
   

cesarz, jak zwykle zimnokrwisty, zdążył jej jeszcze zwrócić uwagę, że źle upadła. „wasz majestat źle się ułożył”. . .

    Cesarzową pięknie ubrano do trumny, w pianie koronek utonęła jej potężna tusza. Ewa Frank stała wystarczająco blisko, żeby zobaczyć koniuszki jej sinych palców złożonych na piersi. Odtąd codziennie pełna obaw ogląda swoje, bojąc się, że to znak śmierci. Na pogrzebie opowiadano sobie półgłosem, jak to było z tą śmiercią Marii Teresy. Podobno cesarzowa osunęła się na fotel i zaczęła się dusić. Jedna z dworek mówiła dramatycznym szeptem, że młody cesarz, jak zwykle zimnokrwisty, zdążył jej jeszcze zwrócić uwagę, że źle upadła. „Wasz majestat źle się ułożył”, miał rzec. „Wystarczająco dobrze, żeby umrzeć”, odpowiedziała podobno cesarzowa i rzeczywiście umarła.


Olga Tokarczuk (Księgi Jakubowe, 2014)
   
   
   

mniemanie o sobie samych jest tak wysokie, że ich zupełnie zaślepia i wszędzie wokół widzą tylko siebie. . .

    Tylko przez krótką chwilę widać twarz biskupa — zmienioną, dziwnie szarą. Zaraz idzie szept, że był tam męczony, dlatego tak wygląda. Potem jego postać znika w powozie i powóz rusza po lodzie w stronę Starego Miasta. 

    Od razu po Warszawie roznoszą się plotki, że biskup Sołtyk tam, w Kałudze, w tym mroźnym piekle, postradał zmysły i jasność umysłu wraca mu tylko czasami. Niektórzy, co go znali wcześniej, twierdzą, że już wtedy, gdy go Rosjanie pojmali, nie był zdrów na umyśle. Ci mówią, że istnieją tacy, których mniemanie o sobie samych jest tak wysokie, że ich zupełnie zaślepia i wszędzie wokół widzą tylko siebie. I przekonanie o własnej ważności odbiera im rozsądek i władzę sądzenia. Z pewnością biskup Sołtyk do takich ludzi należy i nieważne, czy zmysły postradał, czy nie.

Olga Tokarczuk (Księgi Jakubowe, 2014)
   
   
   

arkusze papieru czynią poruszenie powietrza może niezauważalne wobec wichrów jesiennych, ale jednak znaczące w skali świata. . .

    Jenta rozumie z tego, że za paszportami kryje się wielki kosmos aparatu państwowego, z jego układami słonecznymi, orbitami, satelitami, z fenomenem komety i z tajemniczą siłą ciążenia, opisaną nie tak dawno przez Newtona. Jest to równocześnie system czujny i baczny, który wspierają setki i tysiące biurek urzędniczych i stosy papierów, rozmnażanych za pomocą pieszczoty ostrych końcówek gęsich piór i podawanych sobie z rąk do rąk, z biurka na biurko; arkusze papieru czynią poruszenie powietrza może niezauważalne wobec wichrów jesiennych, ale jednak znaczące w skali świata. Gdzieś daleko, w Afryce czy na Alasce, może wywołać huragan. Państwo to uzurpator doskonały, władca nieprzejednany, porządek ustanowiony raz na zawsze (dopóki nie zmiecie go najbliższa wojna). Kto wytyczył granicę w tym kłębowisku burzanów? Kto zabrania jej przejść? W czyim imieniu działa ten podejrzliwy oficer w rękawiczkach i skąd ta podejrzliwość? W jakim celu powstają papiery niesione przez pocztylionów i posłańców, przez pocztowe bryki, przy których na każdej stacji zmienia się zmęczone konie?


Olga Tokarczuk (Księgi Jakubowe, 2014)
   
   
   

częstochowę, miejsce najjaśniejsze i najciemniejsze zarazem. . .

 Jakub, Pan nasz, mówi: 

    „Każdy, kto szuka zbawienia, musi uczynić trzy rzeczy: zmienić miejsce zamieszkania, zmienić swoje imię i zmienić swoje uczynki”. 

    Tak i my uczyniliśmy. Staliśmy się innymi ludźmi i opuściliśmy Częstochowę, miejsce najjaśniejsze i najciemniejsze zarazem.


Olga Tokarczuk (Księgi Jakubowe, 2014)
   
   
   

bóg jest ślepcem. . .

 [...] znikąd nieoczekiwana łatwość pisania i wtedy wszystko wydaje się cudownie w y r a ż a l n e. Co to za błogi stan! Czuję się wtedy bezpiecznie, a świat cały staje się kołyską, w której ułożyła mnie ona, Szechina, i teraz pochyla się nade mną niczym matka nad niemowlęciem. 

    Na lewą drogę zasłużył sobie tylko ten, kto rozumie to, co powtarzał reb Mordkę Że Świat sam domaga się opowiedzenia, dopiero wtedy istnieje naprawdę, dopiero wtedy w pełni rozkwita. Lecz także to, iż opowiadaniem świata jest Jego zmienianie.

    Dlatego Bóg stworzył litery alfabetu, byśmy mieli możliwość opowiedzieć mu to, co sam stworzył. Reb Mordke zawsze przy tym chichotał. „Bóg jest Ślepcem. Nie wiedziałeś o tym? — mówił. Stworzył nas, żebyśmy byli jego przewodnikami, jego pięcioma zmysłami". Chichotał tak długo, aż zaczynał kaszleć od dymu.


Olga Tokarczuk (Księgi Jakubowe, 2014)
   
   
   

14 lipca 2022

przed człowiekiem schronić się można jedynie w objęcia innego człowieka. . .

 A teraz przybywajcie, gęby! Nie, nie żegnam się z wami, obce i nieznane facjaty obcych, nie znanych facetów, którzy mnie czytać będziecie, witam was, witam, wdzięczne wiązanki części ciała, teraz niech się zacznie dopiero— przybądźcie i przystąpcie do mnie, rozpocznijcie swoje miętoszenie, uczyńcie mi nową gębę, bym znowu musiał uciekać przed wami w innych ludzi i pędzić, pędzić, pędzić przez całą ludzkość. Gdyż nie ma ucieczki przed gębą, jak tylko w inną gębę, a przed człowiekiem schronić się można jedynie w objęcia innego człowieka. Przed pupą zaś w ogóle nie ma ucieczki. Ścigajcie mnie, jeśli chcecie. Uciekam z gębą w rękach.

Koniec i bomba A kto czytał, ten trąba! 

W. G.


Witold Gombrowicz (Ferdydurke, 1937)

   

   

   

czy widzę prawdę, czy dalszy ciąg ciemności — na bosaka czy można widzieć prawdę, na bosaka?. . .

 — Już my go nauczymy! Wytresujemy go! I zaczęło się, zaczęło się... aż zwątpiłem, czy nie mylą mnie zmysły. Bo nic tak nie myli jak zmysły. Czy mogło to być prawdziwe? Ukryty za portierą, na bosaka, nie byłem pewny, czy widzę prawdę, czy dalszy ciąg ciemności — na bosaka czy można widzieć prawdę, na bosaka? Zdejm buty, ukryj się za portierą i patrz! Patrz boso! Kicz przeraźliwy! Gęsto popijając dojrzałą, wytrawną starkę, rozpoczęli tresowanie parobka na wytrawnego lokajczyka. — To, tamto przynieś ! — krzyczeli. — Kieliszki! Serwety! Chleb, bułki! Zakąski ! Szynkę! Nakryj! Podaj!


Witold Gombrowicz (Ferdydurke, 1937)

   

   

   

a zresztą, czy istnieję dla niej? Niema mnie, włosy stryja edwarda, nos ojca. . .

    Zbyt dobrotliwa. To dobroć sama. Tonę w dobroci cioci, smokczę jej słodki cukierek, dla niej — mam ciągle dwa latka, a zresztą, czy istnieję dla niej? Niema mnie, włosy stryja Edwarda, nos ojca, oczy matki, podbródek po Pifczyckich, rodzinne części ciała. Ciocia w rodzinie tonie i opatula mnie szalem. Na drogę wybiega cielak i staje, rozkraczony, szofer trąbi niczym archanioł, lecz cielak nie chce ustąpić, samochód się zatrzymuje i szofer spycha cielaka — pędzimy dalej, a ciocia opowiada, jak palcem malowałem litery na szybie, gdym miał lat dziesięć. Pamięta, czego ja nie pamiętam, zna mnie, jakim się nigdy nie znałem, ale za dobra, abym miał ją zabijać — nie darmo w dobroci utopił Bóg wiedzę ciotek o sromotnych, śmiesznych szczegółach zamazanej przeszłości dziecinnej. Pędzimy, wjeżdżamy w ogromny bór, za szybami w świetle reflektorów przelatują kawałki drzew, przez pamięć— kawałki przeszłości, okolica jest zła i złowieszcza. Jakże daleko jesteśmy! Gdzieżeśmy zajechali! Olbrzymi kawał brutalnej, czarnej prowincji, śliskiej od deszczu i ociekającej wodą, otacza nasze pudełko, w którym ciotka gaworzy o moich palcach, że kiedyś skaleczyłem się w palec i muszę dotąd mieć szramę, a Miętus z parobkiem w głowie dziwi się trzydziestakowi memu.


Witold Gombrowicz (Ferdydurke, 1937)

   

   

   

zlitujcie się, panie, ady jo nie człowiek, ostawcie. . .

 — Znowu psy? Gdzie chłop? — Okrążyliśmy dół z obu stron (a tymczasem z chat rozlegały się formalne wycia) i wykurzyliśmy chłopa oraz babę z czworaczkami, które karmiła jedną wyschłą piersią (druga bowiem od dawna była już nie do użytku), szczekających rozpaczliwie i zajadle. Rzucili się do ucieczki, lecz Miętus poskoczył i złapał chłopa. Ten tak był wynędzniały i chudy, że padł na ziemię i zajęczał: — Panoczku, panoczku., adyć zlitujcie się, adyć zaniechajcie, adyć ostawcie, panie! — Człowieku — rzekł Miętus — o co wam idzie? Dlaczego chowacie się przed nami? — Na dźwięk słowa „człowiek" ujadanie w chatach i za opłotkami rozpoczęło się z podwójną siłą, a chłopina pobladł jak chusta. — A zlitujcie się, panie, ady jo nie człowiek, ostawcie! — Obywatelu — rzekł wówczas polubownie Miętus — czyście oszaleli? Dlaczego szczekacie, wy i wasza żona? Mamy jak najlepsze intencje. — Na dźwięk tego wyrażenia „obywatel" szczekanie ozwało się z potrójną siłą, a wieśniaczka zaniosła się płaczem: — Ady zmiłujcie się, panie, on nie obywatel! Jaki ta obywatel z niego! O rety, rety, oj dola nasza, dola nieszczęśliwa! Znowuj nam Intencyje zesłało, o, zeby kto! — Przyjacielu —rzekł Miętus — o co chodzi! Nie chcemy wyrządzić wam szkody. Pragniemy waszego dobra. — Przyjaciel! — krzyknął wieśniak przerażony. — Dobra pragnie!— wrzasnęła wieśniaczka. — Ady my nie ludzie, ady my psy, psy, jesteśmy! Hau!Hau! — Nagle dziecko przy piersi — szczeknęło, chłopka zaś, rozejrzawszy się, że nas jest tylko dwóch, zawarczała i ugryzła mnie w brzuch.


Witold Gombrowicz (Ferdydurke, 1937)

   

   

   

wyzuty z ludzi, a deformacje, uczynione mi przez nich, stały się bez nich niedorzeczne. . .

     — Weź kij do ręki. Utnij gałąź. Tam znajdziemy parobka — na polach! Już go widzę oczami wyobraźni. Niczego parobek !Zaśpiewałem:

    Hej, hej, hej, zielony las Hej, hej, hej, zielony las!

    Lecz nie mogłem postąpić kroku. Śpiew zamarł mi na ustach. Przestrzeń. Na widnokręgu — krowa. Ziemia. W dali przeciąga gęś. Olbrzymie niebo. We mgle horyzont siny. Zatrzymałem się na skraju miasta i czułem, że nie mogę bez stada, bez wytworów, bez ludzkiego pomiędzy ludźmi. Złapałem Miętusa za rękę. — Miętus, nie idź tam, wróćmy, Miętus, nie wychodź z miasta. —Pośród obcych krzewów i ziół drżałem jak liść na wietrze, wyzuty z ludzi, a deformacje, uczynione mi przez nich, stały się bez nich niedorzeczne i niczym nie usprawiedliwione.


Witold Gombrowicz (Ferdydurke, 1937)

   

   

   

ku peryferiom — zawołał — tam znajdziemy parobka. . .

 Miętus nie raczył spojrzeć, a mnie znudziło strasznie, zacząłem nawet ziewać. — Ku peryferiom — zawołał — tam znajdziemy parobka, tu nie ma czego szukać, tanie to to, po dziesięć groszy sztuka, krowy ikonie inteligencji, mecenasowe z bonami i mężowie, jak szkapy dorożkarskie. Cholera, psiakrew, zaraza, krowy i muły! Patrz, jakie to nauczone — a jakie głupie! Jakie, psiakrew, wysztafirowane — a jakie ordynarne! Pupa, pupa, psiakość!


Witold Gombrowicz (Ferdydurke, 1937)

   

   

   

się dusimy i dławimy w ciasnym, wąskim, sztywnym wyobrażeniu o nas drugiego człowieka. . .

Ale może raczej należałoby powiedzieć, że naczelną, podstawową męką jest nie co innego, tylko cierpienie, zrodzone z ograniczenia drugim człowiekiem, z tego, że się dusimy i dławimy w ciasnym, wąskim, sztywnym wyobrażeniu o nas drugiego człowieka. A może u podstawy księgi leży kapitalna i zabójcza męka
niedoludzkiej zieloności, kiełków, listków, pączków
albo męka rozwoju i niedorozwoju
a może cierpienie niedokształtowania, niedoformowania
albo męka stwarzania naszego ja przez innych ludzi
męka gwałtu fizycznego i psychicznego
męczarnia dynamizujących napięć międzyludzkich
skośna i nie wyjaśniona bliżej męka skosu psychicznego
udręka boczna zwichnięcia, skrętu, kiksu psychicznego
nieustająca męka zdrady, męka fałszu
automatyczna męczarnia mechanizmu i automatyzmu
symetryczna męka analogii i analogiczna męka symetrii
analityczna męka syntezy i syntetyczna męka analizy
a może męczarnia części ciała i zakłócenia hierarchii poszczególnych członków
cierpienie infantylizmu łagodnego
pupy, pedagogii, szkolarstwa i szkolnictwa
niewinności i naiwności nieutulonej
oddalenia od rzeczywistości
chimery, złudy, mrzonki, fikcji, bzdury
idealizmu wyższego
idealizmu niższego, obskurnego i pokątnego
marzy cię Istwa drugostolnego
a może przedziwna męka drobnostkowości, zdrobnienia
męka kandydowania
męka aspirowania
męka aplikowania
a może po prostu męczarnia podciągania się i natężania 179
nad możność i wynikająca stąd męczarnia niemożności ogólnej i szczególnej
udręka wywyższania się i podbijania bębenka
cierpienie poniżania
męka poezji wyższej i niższej
albo męczarnia głucha impasu psychicznego
opaczna męczarnia pokrętności, wykrętności, chwytu niedozwolonego
albo raczej męczarnia wieku w sensie szczególnym i ogólnym
męka staroświeckości
męka nowoczesności
cierpienie wskutek powstawania nowych warstw społecznych
męka półinteligentów
męka nieinteligentów
męczarnia inteligentów
a może po prostu męka nieprzyzwoitości drobnointeligenckiej
ból głupoty
mądrości
szpetoty
kras, uroków, wdzięków
albo może męczarnia zabójczej logiki i konsekwencji w głupstwie
udręka recytowania
rozpacz naśladowania
nudna męczarnia nudy i powtarzania w kółko
lub być może hipomaniakalna męka hipomaniakalna
niewysłowiona męczarnia niewysłowienia
boleść niewysublimowania
ból palca
paznokcia
zęba
ucha
męczarnia przeraźliwej współrzędności, zależności, wzajemnego przenikania się, uzależniania wszystkich mąk i wszystkich części oraz męka stu pięćdziesięciu sześciu tysięcy trzystu dwudziestu czterech i pół innych męczarni, nie licząc kobiet i dzieci, jak by powiedział pewien stary autor francuski z XVI stulecia.

Witold Gombrowicz (Ferdydurke, 1937)

   

   

   

warto żyć dla śmierci, by wiedzieć, że w nas umarło, że już nie ma, pusto i czczo, cicho i czysto. . .

 Nie, zniknęło, ani młody, ani stary, ani nowoczesny, ani staromodny, ani uczeń, ani chłopiec, ani dojrzały, ani niedojrzały, byłem nijaki, byłem żaden...Odchodzić idąc, iść odchodząc i nie czuć nawet wspomnienia. Zobojętnienie błogie! Bez wspomnienia! Kiedy umiera w tobie wszystko, a nikt jeszcze nie zdążył urodzić się na nowo. O, warto żyć dla śmierci, by wiedzieć, że w nas umarło, że już nie ma, pusto i czczo, cicho i czysto — i gdy odchodziłem, zdawało mi się, że nie sam idę, ale z sobą — tuż przy mnie, a może we mnie, lub naokoło mnie szedł ktoś identyczny i tożsamy, mój — we mnie, mój — ze mną i nie było między nami miłości, nienawiści, żądzy, wstrętu, brzydoty piękna, śmiechu, części ciała, żadnego uczucia ani żadnego mechanizmu, nic, nic, nic... Na setny ułamek sekundy. Bo gdy przechodziłem przez kuchnię, macając w półmroku, zawołano po cichu z alkowy służbowej.

— Józio, Józio...


Witold Gombrowicz (Ferdydurke, 1937)

   

   

   

wiat istnieje tylko dzięki temu, że zawsze za późno się cofać. . .

    — Pan jest źle wychowany! Zdumiałem się tymi słowami w nowoczesnych ustach, tym bardziej że zabrzmiały tak autentycznie, jakby dobre wychowanie było ostateczną instancją rozwydrzonych powojennych pensjonarek. Nowoczesne mistrzowsko umieją żonglować na przemian złym i dobrym wychowaniem. Poczułem się chamem. Za późno było się cofać — świat istnieje tylko dzięki temu, że zawsze za późno się cofać. Odparłem z ukłonem:

    — Podnóżek wielce szanownej pani. Wstała i skierowała się ku drzwiom. Fatalność! Jeżeli wyjdzie pozostawiając mnie z chamstwem — przepadło! Rzuciłem się naprzód, zastąpiłem drogę. Stanęła.


Witold Gombrowicz (Ferdydurke, 1937)

   

   

   

zburzyć zraków!. . .

I dopieroż Młodziakowa z satysfakcją, z gotowością, w to jej graj:

— Epoka, profesorze, epoka! Nie zna pan współczesnego pokolenia. Głębokie przemiany. Wielka rewolucja obyczajowa, ten wiatr, który burzy, podziemne wstrząsy, a my na nich. Epoka! Wszystko trzeba przebudować od nowa! Zburzyć w ojczyźnie wszystkie miejsca stare, pozostawić tylko młode miejsca, zburzyć Kraków!

— Kraków! — wykrzyknął Pimko.


Witold Gombrowicz (Ferdydurke, 1937)