12 stycznia 2013

albowiem socjalizm jest nie tylko kwestia proletariatu, czyli tak zwanego czwartego stanu, lecz w najistotniejszej swej treści zagadnieniem ateizmu. . .

Skoro tylko po surowym namyśle doszedł do przekonania, że jest Bóg i nieśmiertelność duszy, natychmiast zupełnie naturalnie powiedział sobie: „Chce żyć dla nieśmiertelności i nie przyjmuje połowicznego kompromisu.” Wiadomo również, że gdyby zdecydował, że nie ma Boga i nieśmiertelności, to niechybnie zostałby od razu ateista i socjalista (albowiem socjalizm jest nie tylko kwestia proletariatu, czyli tak zwanego czwartego stanu, lecz w najistotniejszej swej treści zagadnieniem ateizmu, zagadnieniem współczesnego ateizmu, zagadnieniem wieży Babel, Wznoszonej właśnie bez Boga, nie gwoli osiągnięcia nieba na ziemi, lecz dla ściągnięcia nieba ku ziemi).

Fiodor Dostojewski (fragment powieści Bracia Karamazow, 1880)

j'ai vu l'ombre d'une cocher, qui avec l'ombre d'une brosse frottait l'ombre d'une carrosse. . .

Dobrze, myślę sobie, widły. A skądże te widły? A z czego te widły? Z żelaza może? A gdzież kują te widły? Fabrykę tam maja czy jak? Przecież tam w monasterze mnichy pewnikiem myślą, że w piekle jest na przykład sufit. A ja, kochasiu, gotów jestem w piekło uwierzyć, ale w każdym razie bez sufitu; wygląda to jakoś delikatniej, inteligentniej, po luterańsku mianowicie. A właściwie, miedzy nami mówiąc, nie wszystko jedno, z sufitem czy bez sufitu? Masz tobie, diabelne zagadnienie! No, a jeśli nie ma sufitu, to znaczy nie ma też i wideł. A jeżeli nie ma wideł i innych rzeczy, w takim razie wszystko to duby smalone; kto mnie wówczas na widły chwyci, bo jak nie pochwyci, to i cóż wówczas będzie, gdzież prawda na świecie? Il faudrait les inventer, te widły, specjalnie dla mnie, dla mnie samego, bo gdybyś ty wiedział, Alosza, jaki ze mnie grzesznik bezecny!
- Ależ tam nie ma wideł - odrzekł Alosza cicho i poważnie, patrzac na ojca.
- Tak, tak jest, tam sa tylko cienie wideł. Wiem, wiem. To pewien Francuz tak opisywał piekło: J'ai vu l'ombre d'une cocher, qui avec l'ombre d'une brosse frottait l'ombre d'une carrosse.

Fiodor Dostojewski (fragment powieści Bracia Karamazow, 1880)




11 stycznia 2013

to i owo. . .

Tadeusz Różewicz. To i owo, 2012.




na ty z czesławem. . .

Nie "ty-kaliśmy" się
nie wypiliśmy
"bruderszaftu" ("brudzia")

zawsze mówiliśmy do siebie
"per" pan
była zgoda
że "ty" nam nie pasuje
a znaliśmy się
chyba 55 lat
ja nie mówiłem ani
Czesławie ani Czesiu
ani Cesiek
nie było to potrzebne
ani Panu ani mnie
między "panami" nie ma
pewnych form które mogą
zaistnieć między
Tadziem i Ceśkiem

                          Tadeusz Różewicz (z tomu To i owo, 2012)


08 stycznia 2013

o drogach twórcy. . .

O Drogach Twórcy

Chcesz, bracie mój, w osamotnienie iść? Chcesz drogi ku samemu sobie szukać? Uczyń zwłokę krótką i posłuchaj mnie.
"Kto szuka, łatwo sam się gubi. Każde osamotnienie jest przewinieniem" - tak oto mawia trzoda. A tyś długo należał do trzody.
Głos trzody długo odzywać się w tobie jeszcze będzie. I gdy nawet mówić poczniesz: "Nie mam już z wami wspólnego sumienia", będzie to głosem skargi i bólem twym.
Bo zważ, ten ból nawet porodziło owo wspólne sumienie; tego sumienia ostatnie przebłyski żarzą się jeszcze w twym smętku.
Chcesz więc drogą tego smętku pójść, jako iż jest to droga do ciebie samego? Pokażże mi swe prawo i swe siły ku temu! Czyś jest nową siłą i nowem prawem?
Czyś jest nowym ruchem? Z siebie toczącym się kołem? Czy możesz zmusić gwiazdy, aby wokół ciebie krążyły? Ach, tyle jest pochutliwości ku wyżynom! Bywa tyle pokurczy próżności! Pokaż mi, żeś nie jest z pożądliwych, a próżnych!
Ach, jest tyle wielkich myśli, co są jako miechy tylko: nadymają i jeszcze bardziej pustymi czynią.
Zwiesz się wolnym? Myśl, co tobą włada, usłyszeć pragnę, nie zaś, iż z jarzma jakiego umknąć się zdołałeś.
Czyś jest z tych, którym z- jarzma umykać się wolno? Niejeden ostatnią swą wartość precz odrzucił, gdy odrzucił swą służebność.
Wolny od czego? Lecz cóż to Zaratustrę obchodzić może! Jasno niech mi twe oczy zwiastują: ku czemu wolny? Zali zdołasz nadać sobie swe zło i dobro i zawiesić wolę swą nad sobą jako zakon?
Zali potrafisz sędzią być sobie i mścicielem własnego zakonu?
Straszne jest to sam na sam z sędzią i mścicielem własnego zakonu. Tak zostaje wyrzucona gwiazda w przestrzeń pustą i w lodowate tchnienie osamotnienia.
Dziś jeszcze cierpisz z powodu wielu, ty jeden; dziś jeszcze masz całkowitą otuchę i nadzieje wszystkie.
Lecz przyjdzie czas, gdy cię umęczy samotność, gdy się twa duma nagnie, a otucha trzeszczeć pocznie. Wówczas krzyczeć będziesz: .Jestem sam!"
Przyjdzie czas, gdy nie dojrzysz swej wybujałości, zaś na swą niskość zbyt bliskiem okiem patrzeć poczniesz; nawet twa wzniosłość straszyć cię będzie niby upiór. I krzyczeć będziesz kiedyś: "Wszystko jest fałszem!"
Są uczucia, co samotnika zamordować pragną; gdy im się to nie udaje, wówczas same zamrzeć muszą! Zali zdobędziesz się na to, zdołasz być mordercą?
 Zali poznałeś już, bracie mój, słowo "wzgarda"? Oraz męczarnię swego poczucia słuszności, gdy zechcesz być sprawiedliwym dla tych, co tobą gardzą?
 Zmuszasz wielu, aby, zbywszy dawnych o tobie mniemań, uczyli się ponownie sądzić ciebie: ciężko ci to policzą. Zbliżyłeś się do nich i minąłeś ich: tego ci nigdy nie wybaczą.
Wschodzisz ponad nich, lecz im wyżej się wspinasz, tem mniejszym widzi cię oko zawiści. Najbardziej jednak znienawidzeni bywają polotni.
"Jakżebyście wy zdołali oddać mi sprawiedliwość! - tak mawiać winieneś. - Obieram sobie waszą niesprawiedliwość jako mnie przypadający udział".
Niesprawiedliwość i brud miotają za samotnikiem: jednakże, bracie mój, jeśli gwiazdą chcesz być, musisz im mimo to świecić.
A strzeż się dobrych i sprawiedliwych! Oni zawsze radzi ukrzyżować tych, co .własną sobie wynajdują cnotę - nienawidzą samotnika.
Miej się na baczności przed świętą prostodusznością! Wszystko, co nieprostoduszne, jest dla niej nieświęte; chętnie przy tem ogniem ona igra - ogniem stosu.
I wystrzegaj się porywów swej miłości! Zbyt szybko wyciąga samotnik rękę ku temu, kogo napotyka.
Niektórym ludziom nie wolno ci podawać dłoni, lecz łapę; chcę przy tem, aby twa łapa i pazury miała.
Lecz najgorszym wrogiem, jakiego napotkać możesz, będziesz zawsze ty oto dla samego siebie; sam czyhasz na siebie po jaskiniach i lasach.
Idziesz, samotniku, drogą ku samemu sobie! Tuż obok ciebie droga twa wiedzie i tuż obok twych dyabłów!
Kacerzem będziesz dla siebie i czarownicą, będziesz i wróżbiarzem, i błaznem, i wątpicielem, i nieświętym, i złoczyńcą.
Winieneś pragnąć, abyś się spalił we własnym ogniu, bo jako odnowić się chcesz, jeśliś się wprzódy w popiół nie zamienił!
Idziesz, samotniku, drogą tworzącego: boga chcesz sobie stworzyć z siedmiu dyabłów swoich!
Idziesz, samotniku, drogą miłującego: samegoś siebie umiłował i gardzisz przeto sobą, jako gardzą, którzy kochają.
Tworzyć pragnie kochający, jako że wzgardził! Cóż ten wie o miłości, co nie musiał gardzić tem właśnie, co ukochał!
Z miłością swą idź do samotni i z twórczością swą, o bracie mój - późno powlecze się wreszcie za tobą kulawa sprawiedliwość.
I ze łzami memi idź w samotnię swą, o bracie mój! Kocham tego, co ponad siebie samego tworzyć pragnie i tak oto zanika.
Tako rzecze Zaratustra.


Fryderyk Nietzsche 
(z działa filozoficznego Tako rzecze Zaratustra. Książka dla wszystkich i dla nikogo, 1885)

jednego mam wokół siebie zawsze za wiele - myślał pustelnik. . .

Jednego mam wokół siebie zawsze za wiele - myślał pustelnik. - Zawsze tylko: jeden razy jeden; gdy trwa dłużej, uczyni dwa!"
Ja i mnie są zawsze w zbyt żarliwej ze sobą gawędzie: jakżeby to wytrzymać się dało, gdyby nie było przyjaciela?
Dla pustelnika przyjaciel jest zawsze trzecim: trzeci jest korkiem, nie dopuszczającym, by rozmowa dwóch zapadła w głębie.
Och, zbyt wiele głębin czyha na wszystkich pustelników. Dlatego też tęsknią do przyjaciela i do jego wyżyn.
Nasza wiara w innych pokazuje, w co pragnęlibyśmy uwierzyć w samych sobie. Tęsknota za przyjacielem jest naszym zdrajcą.

Fryderyk Nietzsche 
(z działa filozoficznego Tako rzecze Zaratustra. Książka dla wszystkich i dla nikogo, 1885)


o muchach na rynku. . .

Uciekaj, przyjacielu, do samotni swej. Widzę, żeś ogłuszony hałasem wielkich ludzi i żądłem małych.
Godnie umieją milczeć wraz z tobą las i skała. Upodobnij się znów drzewu, które ukochałeś, drzewu gałęzistemu: ciche i zasłuchane zawisło oto nad morzem.
Gdzie samotność się kończy, tam się zaczyna targ, a gdzie się targi poczynają, tam się wszczyna hałas wielkich aktorów i rojne bzykanie much jadowitych.
(...)
Z dala od rynku i sławy dzieje się wszystko, co wielkie; z dala od rynku i sławy mieszkają z dawien dawna odkrywcy nowych wartości.
Uciekaj, przyjacielu, do samotni swej: widzę, żeć pokąsały muchy jadowite. Uciekaj tam, gdzie wieje ostre i tęgie powietrze!
Uciekaj do samotni swej! Żyłeś zbyt blisko małych i mizernych. Uciekaj od ich zemsty niewidocznej! Przeciw tobie są oni zemstą tylko.
I nie podnoś na nich ramienia! Niezliczone są ich mrowia, zaś nie twoim jest udziałem być oganką na muchy.
Niezliczeni są mali i mizerni; zaś niejedną dumną budowę zniszczyły krople deszczowe i chwasty czepne.
Głazem nie jesteś, a jednak jużeś mi wydrążon od licznych kropel. Połamiesz mi się i pokruszysz od tych kropel licznych.
Widzę, żeć umęczyły muchy jadowite, setki krwawych zadzierek na tobie widzę, a duma twa oburzać się nawet nie chce.
Krwi z ciebie pragną w całej niewinności, krwi pożądają ich bez-krwiste dusze, kłują tedy w całej niewinności.
Lecz ty, głęboki, cierpisz zbyt głęboko od drobnych nawet ran; i je-szcześ się uleczyć nie zdołał, a już taki sam robak jadowity prześlizgnął się po twej dłoni.
Zbyt dumny mi jesteś, by zabijać tych złakomionych. Strzeż się jednak, abyć się nie stało przeznaczeniem fatalnem dźwiganie wszystkich tych krzywd jadowitych!
(...)
Wszystko, co bardzo rozważane bywa, staje się wreszcie wątpliwe.
Pokarzą cię za wszystkie twe cnoty. Przebaczą ci z całej duszy tylko twe chybienia.
Ponieważ jesteś łagodny i sprawiedliwego ducha, mówisz przeto:
"Niewinni są oni drobnego istnienia swego". Lecz ich ciasna dusza myśli: "Winą jest każde wielkie życie"
(...)
Co w człowieku poznać jesteśmy w stanie, to też w nim i rozogniamy. Strzeż się więc przed małymi!
Małymi czują się przed tobą, a ich niskość tli się i żarzy zemstą niewidoczną przeciw tobie.
Czyś nie postrzegał, jako niemieją nagle, ilekroć zbliżałeś się do nich, i jak opuszczała ich siła niby dym dogasającego ogniska?
Tak więc, przyjacielu, jesteś złym sumieniem bliźnich swoich, gdyż nie są warci ciebie. Nienawidzą cię przeto i krew by twą źłopać radzi.
Bliźni twoi będą dla ciebie zawsze muchami jadowitemi; co wielkiego jest w tobie, to właśnie jadem napawać ich będzie i muchy z nich czynić.
Uciekaj, bracie, do samotni swej i tam, gdzie wieją ostre i surowe tchnienia. Nie twoim to udziałem być oganką na muchy.
Tako rzecze Zaratustra.


Fryderyk Nietzsche 
(z działa filozoficznego Tako rzecze Zaratustra. Książka dla wszystkich i dla nikogo, 1885)
 
 

niełatwo cudzą krew zrozumieć. . .

Ze wszystkiego, co czytam, lubię to tylko, co krwią było pisane. Pisz krwią, a dowiesz się, że krew jest duchem.
Niełatwo cudzą krew zrozumieć; nienawidzę też czytających leniwców.
Kto zna czytelnika, ten dla niego nic robić nie będzie. Jeszcze jedno stulecie czytelników - i duch nawet śmierdzieć zacznie.
Że każdemu wolno nauczyć się czytać, to psuje z czasem nie tylko pisanie, lecz i myśli.
Niegdyś duch był bogiem, potem przedzierzgnął się w człowieka, dziś staje się motłochem.
Kto krwią i w przypowieściach pisze, nie chce, by go czytano, żąda, by się go na pamięć uczono.
W górach najbliższą drogą jest droga od wierzchołka do wierzchołka, lecz na to trzeba mieć długie nogi. Przypowieści niechaj tu będą wierzchołkami, a ci, do których się mówi, wielcy i rośli.
Powietrze rzadkie i czyste, niebezpieczeństwo bliskie i duch pełen radosnej złośliwości: to godzi się dobrze jedno z drugiem.
Chcę mieć psotne duchy wokół siebie, gdyż odważny jestem. Odwaga, co upiory wystrasza, sama psotne duchy sobie stwarza - odwaga śmiać się chce.

Fryderyk Nietzsche 
(z działa filozoficznego Tako rzecze Zaratustra. Książka dla wszystkich i dla nikogo, 1885)
 
 

07 stycznia 2013

tak się poczęło znijście zaratustry. . .

Mówił to Zaratustra do serca swego, gdy słońce na południu stało. Nagle spojrzał pytająco w górę, gdyż usłyszał ostry krzyk ptaka. Patrzy
- oto orzeł ciągnie górą, szerokie zataczając koliska; zawisa na nim wąż, wszakże nie jako łup, lecz jako druh; gdyż owija mu się wokół szyi pierściennymi kręgi.
- Moje to zwierzęta! - wołał Zaratustra, radując się serdecznie.
- Najmądrzejsze zwierzę pod słońcem i najroztropniejsze zwierzę pod słońcem - na wywiady wyruszyły one.
Wywiedzieć się pragną, zali Zaratustra żyje jeszcze. Zaprawdę, żywięź ja jeszcze?
Niebezpieczniej było mi śród ludzi niźli pośród zwierząt, niebez-piecznemi drogi idzie Zaratustra. Niechże mię zwierzęta moje wiodą!
Gdy Zaratustra te słowa wyrzekł, wspomniał nagle na słowa świętego z lasu, westchnął i rzekł do swego serca:
"Obym był rozważniejszy! Obym był aż do głębi rozważny jako wąż mój! Lecz o niemożebną upraszam ja rzecz: błagam więc mą dumę, aby zawsze szła w parze z mą roztropnością!
A gdy mię ma roztropność opuści - och, lubi ona odlatywać! - wówczas niech się ma duma z szaleństwem mem poniesie!"
Tak się poczęło znijście Zaratustry.



Fryderyk Nietzsche 
(z działa filozoficznego Tako rzecze Zaratustra. Książka dla wszystkich i dla nikogo, 1885)

ziarno swej najwyższej nadziei. . .

- Czas, by człowiek cel sobie wytknął. Czas, by zasiał ziarno swej najwyższej nadziei. Jeszcze ziemia dość bogata, lecz przyjdzie czas, gdy się stanie tak biedna i oswojona, że z tego ziarna nadziei żadne wyższe drzewo już nie wyrośnie. Biada! Zbliża się czas, gdy człowiek niezdolny będzie wyrzucić strzały tęsknoty ponad człowieka, gdy zwiotczeje cięciwa łuku jego! Powiadam wam, trzeba mieć chaos w sobie, by porodzić gwiazdę tańczącą. Powiadam wam, wiele chaosu jest jeszcze w was. Biada! Zbliża się czas, gdy człowiek żadnej gwiazdy porodzić nie będzie zdolen; Biada! Zbliża się czas po tysiąckroć wzgardy godnego człowieka, człowieka, co nawet samym sobą już gardzić nie zdoła.



Fryderyk Nietzsche 
(z działa filozoficznego Tako rzecze Zaratustra. Książka dla wszystkich i dla nikogo, 1885)
 
 
   

bóg już umarł!. . .

Zaratustra zstępował samotny z gór, nie spotykając po drodze nikogo. Gdy jednak w las się zanurzył, stanął nagle przed nim starzec, co opuścił chatę swą świętą, aby korzonków szukać po lesie.
(...)
- I cóż robi święty w lesie? - zapytał Zaratustra.
Święty odparł: - Pieśni składam i śpiewam je, a gdy pieśni składam, śmieję się i płaczę, i pomrukuję z cicha: tak Boga chwalę.
Śpiewem, płaczem, śmiechem i pomrukiem chwalę Boga, który jest moim Bogiem. Lecz cóż to niesiesz ty nam w darze?
Gdy Zaratustra te słowa usłyszał, pokłonił się świętemu i rzekł: - Czemże was mógłbym ja obdarzyć? Pozwólcie mi jednak odejść czem prędzej, abym wam czego nie odebrał! - I tak oto rozstali się ze sobą starzec i mąż, śmiejąc się jako dwa żaki.
Gdy Zaratustra sam pozostał, rzekł do swego serca:
"Czyżby to było możliwe! Wszak ten święty starzec nic jeszcze w swem lesie nie słyszał o tem, że Bóg już umarł!"
(...)
Niegdyś było bluźnierstwo Bogu największem zuchwalstwem, lecz Bóg umarł, a z nim zmarli i ci bluźniercy. Ziemi bluźnić jest rzeczą najstraszniejszą, jako też cenić bardziej wnętrzności niezbadanego niźli treść tej ziemi!
Niegdyś spoglądała dusza wzgardliwie na ciało; naonczas była ta wzgarda czemś najwyźszem; chciała mieć dusza ciało chudem, wstręt-nem, zagłodzonem. Mniemała, iż się ciału i ziemi tak oto umknie. O, ta dusza była sama jeszcze chuda, wstrętna i zagłodzona, i okrucieństwo było rozkoszą tej duszy!

Fryderyk Nietzsche 
(z działa filozoficznego Tako rzecze Zaratustra. Książka dla wszystkich i dla nikogo, 1885)

oto się zjawił pan, wam on jest dan!. . .

C h ó r     k o b i e t

Jego służebne, Gdy legł na grobu dno, W
rańtuchy zgrzebne Tuśmy spowiły Go, Kłoniąc kolana,
Maści niesiemy Mu, Ach, ale Pana Nie ma już tu!

C h ó r     a n i o ł ó w

Pan zmartwychpowstał! Błogosławiony
Ten, który onej Niewysłowionej Próbie był sprostał.

F a u s t

Czemuż, potężne dźwięki a pieściwe, Tu mnie szukacie,
gdzie leży proch sizary? Tam dzwońcie, kędy biją serca
tkliwe!
Orędzie słyszę wprawdzie, ale brak mi wiary;
Wszak cud to wiary jest najmilsze dziecię.
Ja nie śmiem wznieść się w onych sfer ogromy,
Skąd to posianie ku mnie spływa.
Lecz dźwięk ten, od młodości tak znajomy,
Teraz mię znowu do życia przyzywa.
Ongiś niebiańskich pocałunków czar
Zlewał się na mnie w ciszę isaba.tową;
Wonczas mi tak wróżetonie dźwięczał dzwon nad głową,
A modły były jak namiętny żar.
Niepokój słodki i tęsknica
Przez łąki gnały mię i gaje,
Z oczu tryskała łez krynica,
Czułem, jak we mnie świat powstaje.
Ta pieśń wiosenne święta mi wieściła,
Szczęsnych, młodzieńczych zabaw tok;
Dziś znów, z dziecinną wiarą, wąpommień siła
Ostatni, smutny powstrzymuje krok.
O, dźwięozcie dalej, słodkie niebios tony!
Łza płynie, ziemi jestem przywrócony!

C h ó r    u c z n i ó w

Gdy pogrzebiony Wzniósł się ku górze,
Żywy wzniesiony, Zasiadł w lazurze, Gdzie wśród
twórczości sił Radosny wstaje czyn — Ach! Tu, gdzie
ziemski pył, Na ból swój rzucił gmin! Wciąż myślim o
Nim, Tęsknimy nocą, dniem; Mistrzu, łzy ronim Za
szczęściem Twem!

C h ó r    a n i o ł ó w

Pan już nie gości, Kędy grobowy smęt; Pełni radości
Zwolńcie się z pęt! Wam, miłującym, W czynach
chwalącym, Strawę dzielącym, Słowo głoszącym, Raj
zwiastującym Oto się zjawił Pan, Wam On jest dan!

                                      Johann Wolfgang von Goethe (z dramatu Faust, 1833)

  
  

twej duszy krzyk mnie wzruszył. i oto mnie masz!. . .

D u c h

Chciałeś mnie zwołać rozpacznymi modły, Aby mój głos
usłyszeć, aby ujrzeć twarz; Twej duszy krzyk mnie
wzruszył. I oto mnie masz! O nadczłowieku! Jakiż lęk cię
chwycił podły? Gdzież jest twej duszy zew, co się aż do
mnie wkradł? Gdzież pierś, co w tobie utworzyła świat I
chciała, szczęścia uniesiona snami, W pełni odetchnąć
na równi z duchami? Gdzież jest ten Faust, którego głos
mi brzmiał, Który ze wszystkich sił się ku mnie rwał?
Tyżeś to, gdy cię tknął mój wiew, Zadrżał, strwożony aż do
trzew, Robak, lękliwie lgnący w kurz!

                                      Johann Wolfgang von Goethe (z dramatu Faust, 1833)


U m o j e j s f e r y — według filozofa szwedzkiego E, Swedenborga każdy duch ma swoją „sferę", swój zasiąg działania.

i wiem, że człowiek nic wiedzieć nie może!. . .

F a u s t

Ach, oto wszystkie fakultety
Przebyłem: filozofię, prawo
I medycynę -— i niestety
Też teologię pracą krwawą!
A tyle przyniósł mi ten trud,
Żem jest tak mądry jak i wprzód!
Zwę się magistrem i doktorem też,
I już lat dziesięć wzdłuż i wszerz,
W górę i na dół, wspak i w skos
Prowadzę uczniów swych za nos —
I wiem, że człowiek nic wiedzieć nie może!
Od tego serce mi nieomal zgorze.
Choć jestem bardziej niż te błazny bystry,
Te skryby, klechy, doktory, magistry,
Zwątpień nie trapią mnie skrupułów roje
I piekieł ani diabła się nie boję —
Lecz za to wszelką radość mi wydarto;
Nie wmawiam sobie, że wiem, co znać warto,
Ani mnie nawet nadzieja nie łudzi,
Bym mógł poprawić i nawrócić ludzi.
Pieniędzy też ml nie dostaje
Ani zaszczytów, co świat daje;

(...)

Hej! W świat uciekaj z tej udręki!
A owa księga tajemnicza,
Spod Nostradama własnej ręki
Czyż dość wskazówek nie użycza?
Kiedy rozpoznasz gwiazd koleje
I gdy naturze dasz posłuchy,
To siłą ducha ci rozdnieje,
Jak rozmawiają z duchem duchy.
Zmysł trzeźwy darmo dociec usiłuje,
Co w świętych znakach zachowane skrycie.
Jesteście, duchy, bliskość waszą czuję,
Odpowiadajcie, jeśli mnie słyszycie!

                                      Johann Wolfgang von Goethe (z dramatu Faust, 1833)


N o s t r a d am, właśc. Nostradamus, Michel Notredame, (1503—1566) — francuski lekarz, astrolog, meteorolog, wróżbita. Znane jego przepowiednie (Les vrayes centuries et propheties) wydane zostały w 1555 r.

...I g d y naturze... z d u c h em d u c h y — obraz ten zdradza wpływy szwedzkiego spirytysty, teozofa l matematyka Emanuela Swedenborga (1688—1772), którego Goethe poznał osobiście. Według Swedenborga całe niebo składa się z duchów, z których każdy ma swój zasiąg działania. Zstępują one i ukazują się tylko tym, którzy im sprzyjają i są im pokrewni.

...ś w i ę t y c h z n a k a c h — magiczne znaki, hieroglify,

...m a k r o k o smo s (makros — duży, kosmos — świat, gr.) — wszechświat w porówna,niu do człowieka (mikrokos-

więc działać musi, gdy działać rozpocznie. . .

D y r e k t o r

Jużeście dosyć czczych słów zamienili;
Czynów potrzeba mi w tej chwili!
Miast komplementy prawić grzecznie
Można czas zająć użytecznie.
Po co tu czekać na nastroje?
Kto zwykł się wahać, ten ich nie odczuje.
Kto za poetę się uważa,
Poezją niech komenderuje.
Poznaliście żądania moje:
Mocne dawajcie nam napoje;
Lecz spełńcie prędko swe zadanie
Nie będzie jutro, co się dziś nie zdarza,
I wnet się zemści odkładanie,
Postanowienie niechaj więc niezwłocznie
Uchwyci mocno możliwość za poły,
Bo że przebyło już owe mozoły,
Więc działać musi, gdy działać rozpocznie. —
Wiadomo, że na naszej scenie
Kto zechce, byle co próbuje.
Więc na dzisiejsze przedstawienie
Niech maszynami się szafuje.
Dajcie horyzont mały, wielki,
Gwiazdami zapełnijcie nieba;
Wody i ognia w bród potrzeba,
Pokażcie ptaki i stwór wszelki.
Takim sposobem w sceny ciasne ramy
Okręg stworzenia pomieśćcie nam cały
Krok kierujcie w roztropności śmiały
Nieba przez świat ten aż do piekieł bramy!

                                      Johann Wolfgang von Goethe (z dramatu Faust, 1833)

co tylko błyszczy, dla chwili się rodzi. . .

P o e t a

Ach, co w głębinach naszych serc powstało, Co nieśmiałymi
wargi się nuciło, A co przepadło lub poklask zyskało, Jeśli
się w nurty chwili je rzuciło, Często, gdy lat już minęło
niemało, Dopiero w pełnej postaci odżyło. Co tylko
błyszczy, dla chwili się rodzi, Prawdziwa wartość w
potomność przechodzi.

                                      Johann Wolfgang von Goethe (z dramatu Faust, 1833)

gdyż się doń przywiązywał. . .

(...)nader wybitny umysł zmaga się z narzucającymi mu się absurdalnościami pewnego fałszywego pojęcia, z którego nie chce zrezygnować, gdyż się doń przywiązywał, wciąż, jednak nękają go przy tym niedorzeczności, których nie może strawić. Jest to pojęcie dalszego indywidualnego istnienia naszej całej osobowej świadomości po śmierci.

Artur Schopenhauer (z dzieła Metafizyka życia i śmierci,  ok. 1820)



06 stycznia 2013

czekał na mnie mozart. . .

Niech się pan nauczy brać serio to, co jest tego warte, a z reszty niech się pan śmieje! Czyżby pan przypadkiem sam dokonywał tego lepiej, szlachetniej, mądrzej, z większym smakiem? O nie, monsieur Harry, na pewno nie. Ze swego życia uczynił pan jakąś wstrętną historię choroby, ze swych zdolności nieszczęście. I, jak widzę, nie potrafi pan nic innego zrobić z piękną, zachwycającą, młodą dziewczyną, jak wbić jej nóż w ciało i zadać śmierć! Czy pan to uważa za słuszne?
- Słuszne? Ach, nie! - zawołałem zrozpaczony. - Mój Boże, wszystko jest takie fałszywe, tak piekielnie głupie i złe! - Jestem bydlęciem, mistrzu, głupim, złym bydlęciem, chorym i zepsutym, co do tego ma pan po tysiąckroć rację...
(...)
Przyjemnie pachniał słodki, ciężki dym. Czułem się wyczerpany i byłem gotów spać choćby przez cały rok.
Zrozumiałem wszystko, zrozumiałem Pabla, Mozarta, gdzieś za plecami słyszałem jego straszliwy śmiech, wiedziałem, że w mojej kieszeni są setki tysięcy układów gry życiowej, wstrząśnięty przeczuwałem jej sens, byłem zdecydowany rozpocząć ją raz jeszcze, raz jeszcze zakosztować jej męki, raz jeszcze wzdrygnąć się przed jej bezsensem, raz jeszcze i wiele razy przejść piekło mojej duszy.
Kiedyś będę lepiej grał w tę grę z figurkami Kiedyś nauczę się śmiać. Czekał na mnie Pablo. Czekał na mnie Mozart.

Hermann Karl Hesse (fragmenty powieści egzystencjalnej Wilk stepowy, 1927)

w to miejsce wbiłem nóż aż po rękojeść. . .

Piękni ludzie, wspaniałe obrazy, cudowne ciała. Pod lewą piersią Herminy spostrzegłem świeży, okrągły, ciemno podbarwiony ślad; miłosne ukąszenie pięknych, połyskujących zębów Pabla. W to miejsce wbiłem nóż aż po rękojeść. Krew spłynęła na białą, delikatną skórę Herminy. Scałowałbym tę krew, gdyby wszystko było inaczej, gdyby wszystko odbyło się trochę inaczej. Teraz tego nie uczyniłem; przyglądałem się tylko, jak krew płynęła, i widziałem, jak na chwilę otworzyły się oczy Herminy, boleśnie, głęboko zdziwione. Dlaczego jest zdziwiona? - pomyślałem. Potem przyszło mi na myśl, że muszę jej zacisnąć powieki. Ale zamknęły się same. Stało się. Obróciła się tylko trochę na bok, od pachy do piersi zamigotał cienki, delikatny cień, miał mi coś przypomnieć. Zapomniane! Potem leżała już spokojnie.

Hermann Karl Hesse (fragment powieści egzystencjalnej Wilk stepowy, 1927)

  

każde z nas, siedząc wygodnie w fotelu, paliło teraz powoli papierosa. . .

Z wnęki w ścianie wyjął trzy kieliszki i małą, śmieszną buteleczkę, wyjął też małe, egzotyczne pudełko z kolorowego drewna, nalał z butelki trzy kieliszki do pełna, wyciągnął z pudełka trzy cienkie, długie, żółte papierosy, wydobył z kieszeni jedwabnej bluzy zapalniczkę i podał nam ogień. Każde z nas, siedząc wygodnie w fotelu, paliło teraz powoli papierosa, z którego dym był tak gęsty jak dym kadzidła; piliśmy małymi, powolnymi łykami cierpko-słodki, przedziwnie obco i nieznajomo smakujący napój, który rzeczywiście działał niezwykle ożywczo i uszczęśliwiająco, jak gdyby napełniał nas gazem i powodował utratę ciężaru ciała. Siedzieliśmy tak, paliliśmy powoli papierosy, pociągaliśmy z kieliszków, czuliśmy się lekko i ogarniała nas wesołość.

Hermann Karl Hesse (fragment powieści egzystencjalnej Wilk stepowy, 1927)


nic oprócz śmierci. . .

- Zawsze tak jak dziś? Zawsze świat tylko dla polityków, paskarzy, kelnerów i hulaków, a bez powietrza dla ludzi?
- Nie wiem, nikt tego nie wie. To zresztą obojętne. Ale myślę teraz o twoim ulubieńcu, mój przyjacielu, o którym mi trochę opowiadałeś i czytałeś mi jego listy: o Mozarcie. Jak to z nim było? Kto za jego czasów rządził światem, zbierał śmietankę, nadawał ton i miał znaczenie: Mozart czy geszefciarze, Mozart czy nieciekawi, tuzinkowi ludzie? I jak umarł, jak został pochowany? Być może zawsze tak było i zawsze tak będzie, a to, co w szkołach nazywają “historią powszechną” i czego się tam trzeba uczyć na pamięć dla zdobycia wykształcenia, razem z wszystkimi bohaterami, geniuszami, wielkimi czynami i uczuciami... jest po prostu oszustwem, wymyślonym przez belfrów dla celów kształcenia i po to, żeby dzieci w ciągu obowiązkowych lat szkolnych były jednak czymś zajęte. Zawsze tak było i zawsze tak będzie, że czas i świat, pieniądze i potęga należą do ludzi małych i płaskich, a do innych, do tych właściwych ludzi, nic nie należy. Nic oprócz śmierci.
- I nic ponadto?
- Owszem, wieczność.

Hermann Karl Hesse (fragment powieści egzystencjalnej Wilk stepowy, 1927)

ludzi w pełni zadowala jedzenie, picie i robótka na drutach. . .

- Miałeś w sobie obraz życia, jakąś wiarę, jakieś żądanie, byłeś gotów do czynów, do cierpień i ofiar... a potem spostrzegałeś stopniowo, że świat nie żąda od ciebie ani czynów, ani ofiar, ani podobnych rzeczy, że życie nie jest heroicznym poematem z rolami bohaterów i tym podobnych postaci, lecz mieszczańską najlepszą izbą, gdzie ludzi w pełni zadowala jedzenie, picie i robótka na drutach, partia tarota i radio. Kto zaś pragnie czegoś innego i żywi w sobie pragnienie tego, co bohaterskie i piękne, pragnienie kultu dla wielkich poetów albo dla świętych, ten jest szaleńcem i donkiszotem.

Hermann Karl Hesse (fragment powieści egzystencjalnej Wilk stepowy, 1927)



 

w mojej świątyni dumania i w moim schronieniu, rozbrzmiewały amerykańskie szlagiery. . .

Nie mogłem sobie wyobrazić w mojej małej pracowni, wypełnionej książkami, takiego dla mnie zdecydowanie antypatycznego sprzętu, a miałem także wiele zastrzeżeń wobec samego tańca. Myślałem, że kiedyś, przy okazji można by spróbować, choć byłem przekonany, że jestem na to o wiele za stary i za sztywny i że już nigdy nie nauczę się tańczyć. Ale tak od razu to było dla mnie za szybko i za gwałtownie, czułem, że wszystko we mnie, co jako stary, wybredny znawca muzyki miałem do zarzucenia gramofonowi, jazzowi i modnym orkiestrom tanecznym, przeciwko temu się burzy. Żeby teraz w moim pokoju, obok Novalisa i Jean Paula, w mojej świątyni dumania i w moim schronieniu, rozbrzmiewały amerykańskie szlagiery, a ja żebym przy tym tańczył, to właściwie było więcej, niżby ktokolwiek mógł ode mnie wymagać.

Hermann Karl Hesse (fragment powieści egzystencjalnej Wilk stepowy, 1927)

o pokrewnych duszach i chorobach duszy. . .

Przychodziła do mnie od czasu do czasu albo ja jeździłem do niej, a ponieważ oboje jesteśmy ludźmi samotnymi i trudnymi, o pokrewnych duszach i chorobach duszy, więc mimo wszystko utrzymała się między nami jakaś więź. Ale czy nie odetchnęłaby może i nie odczuła ulgi na wiadomość o mojej śmierci?

Hermann Karl Hesse (fragment powieści egzystencjalnej Wilk stepowy, 1927)


05 stycznia 2013

nie potrafiła ukazać rzeczywistego sensu i radości płynących z literatury. . .

(...) była typowym belfrem: wymagająca i surowa, nie potrafiła ukazać rzeczywistego sensu i radości płynących z literatury, za to wtłaczała do głów gotowe formułki(...)

Tadeusz Kasprzycki