12 maja 2013

czy odnosi się do świata zewnętrznego, czy do jego własnego istnienia. . .

Kilka dni później, czując się cierpiącym, opuścił Gustaw Aschenbach Hotel Kąpielowy o późniejszej niż zwykle godzinie. Musiał walczyć z pewnymi, tylko na pół fizycznymi napadami zawrotów głowy, którym towarzyszył gwałtownie rosnący lęk, uczucie bezwyjściowości i beznadziejności, co do którego nie było rzeczą jasną, czy odnosi się do świata zewnętrznego, czy do jego własnego istnienia. W hallu zauważył wielkie mnóstwo gotowych bagaży, zapytał portiera, kto wyjeżdża, i usłyszał w odpowiedzi polskie nazwisko szlacheckie, którego dowiedział się potajemnie. Przyjął to bez zmiany w rysach zapadniętej twarzy, z owym kurczowym podniesieniem głowy, z jakim mimochodem przyjmuje się do wiadomości coś, na czym nie zależy, i spytał jeszcze: - Kiedy? - Odpowiedziano mu: - Po lunchu. - Skinął głową i poszedł nad morze.

Thomas Mann (fragment noweli Śmierć w Wenecji, 1912)
   
   
   

my, poeci, nie możemy być mądrzy ani godni? że z konieczności schodzimy na manowce. . .

- Gdyż piękno, pamiętaj, Fajdrosie, tylko piękno jest boskie i widzialne zarazem i w ten sposób jest więc drogą zmysłowości, jest, mały Fajdrosie, drogą artysty do ducha. Ale czy wierzysz, mój drogi, że może pozyskać kiedyś mądrość i prawdziwą godność męską ten, dla którego droga do duchowości prowadzi przez zmysły? Lub czy sądzisz raczej (pozostawiam ci to do rozstrzygnięcia), że jest to niebezpiecznie miła droga, zaiste droga błędu i grzechu, która musi wieść na manowce? Gdyż trzeba ci wiedzieć, że my, poeci, nie możemy iść drogą piękna, żeby nie przyłączył się Eros i nie narzucił się na przewodnika; ba, choćbyśmy byli nawet bohaterami na swój sposób i dzielnymi wojownikami, to jesteśmy jak kobiety, gdyż namiętność jest naszym wywyższeniem i naszą tęsknotą musi pozostać miłość - to jest nasza rozkosz i nasza hańba. Widzisz więc teraz, że my, poeci, nie możemy być mądrzy ani godni? Że z konieczności schodzimy na manowce, z konieczności musimy być rozpustnikami i awanturnikami uczucia? Mistrzostwo naszego stylu to kłamstwo i błazeństwo, nasza sława i godność to krotochwila, zaufanie tłumu do nas w najwyższym stopniu jest śmieszne, wychowywanie ludu i młodzieży przez sztukę jest zuchwałym i karygodnym przedsięwzięciem. Bo jakżeby miał być zdatny na wychowawcę ten, który ma niepoprawny i naturalny pociąg do przepaści? Moglibyśmy się oczywiście jej zaprzeć i zyskać godność, ale jakkolwiekbyśmy się obrócili, nęci nas ona. Więc wyrzekamy się zgubnego poznania, gdyż poznanie, Fajdrosie, nie ma żadnej godności i surowości; jest wiedzące, rozumiejące, wybaczające bez postawy i formy; ma sympatię do przepaści, j e st przepaścią. Więc odrzucamy je stanowczo i odtąd dążenie nasze ma na celu jedynie piękno, to znaczy prostotę, wielkość i nową surowość, drugą naturalność i formę. Ale forma i naturalność, Fajdrosie, prowadzą do upojenia i pożądania, prowadzą szlachetnego może człowieka do strasznej zbrodni uczucia, którą jego własna, piękna surowość odrzuca jako haniebną, prowadzą do przepaści, i one prowadzą do przepaści. Nas, poetów, powiadam, prowadzą one tam, gdyż nie jesteśmy zdolni do wzlotów, tylko do wyskoków. A teraz odchodzę, Fajdrosie, ty zostań tu; i dopiero gdy mnie już nie będziesz widział, odejdź i ty.

Thomas Mann (fragment noweli Śmierć w Wenecji, 1912)
   
   
   

on też służył, i on był żołnierzem i wojownikiem jak niejeden z nich. . .

I on też służył, i on był żołnierzem i wojownikiem jak niejeden z nich - gdyż jatka była wojną, wycieńczającą walką, do której dziś niedługo się było zdatnym. Życie przezwyciężania siebie i nieulękłości, cierpkie, stanowcze i wstrzemięźliwe życie, z którego uczynił symbol delikatnego i współczesnego heroizmu - mógł nazwać męskim, mógł nazwać dzielnym i zdawało mu się, że Eros, który nim owładnął, mógł takiemu życiu w jakiś sposób szczególnie sprzyjać i być mu życzliwy. Czyż nie cieszył się u najwaleczniejszych ludów najwyższą czcią, ba, czyż nie twierdzono, że dzięki waleczności słynął w ich miastach? Liczni bohaterowie wojenni praczasów chętnie znosili jego jarzmo, gdyż nic nie było poniżeniem, co bóg zarządził, i czyny, które ganiono jako objawy tchórzostwa, gdy dokonane były dla innych celów - padanie do nóg, przysięgi, żarliwe prośby i niewolniczość, nie przynosiły kochającemu wstydu, lecz zbierał on raczej za nie pochwały.

Thomas Mann (fragment noweli Śmierć w Wenecji, 1912)
   
   
   

za wskazówkami demona. . .

Nie można wszakże powiedzieć, że cierpiał. Głowa i serce były upojone i kroki jego szły za wskazówkami demona, dla którego rozkoszą jest rozum i godność ludzką deptać nogami.

Thomas Mann (fragment noweli Śmierć w Wenecji, 1912)
   
   
   

znał każdą linię i pozę tego wzniosłego, tak swobodnie ukazującego się ciała. . .

Niebawem obserwator znał każdą linię i pozę tego wzniosłego, tak swobodnie ukazującego się ciała, pozdrawiał radośnie każde znane piękno na nowo i nie znajdował kresu dla podziwu i czułej rozkoszy zmysłów. Wzywano chłopca, by przywitał się z gościem, który składał uszanowanie paniom przy budce: przybiegał, pędził mokry z morza, odrzucał loki i kiedy podawał rękę stojąc na jednej nodze, gdy druga stopa wspierała się na końcach palców, czynił uroczy ruch i zwrot ciałem, pełen wdzięcznego napięcia, zawstydzony z uprzejmości, przymilny z szlachetnego obowiązku. Leżał wyciągnięty, z prześcieradłem dookoła piersi, z delikatnie rzeźbionym ramieniem opartym na piasku, z brodą w dłoni; ten, na którego wołano „Jasiu", siedział w kucki obok niego i bawił go i nie było nic bardziej uroczego jak uśmiech oczu i ust, z jakim uprzywilejowany patrzył na maluczkiego i usłużnego. Stał na skraju morza sam, z dala od swoich, tuż obok Aschenbacha, wyprostowany, z rękoma splecionymi na karku, kołysząc się powoli w kostkach, zapatrzony marząco w błękit, gdy drobne nadbiegające fale kąpały palce jego stóp. Jego włosy barwy miodu przylegały w pierścieniach do skroni i karku, słońce oświecało puch górnej części grzbietu, a delikatny rysunek żeber, harmonijna budowa klatki piersiowej zaznaczały się pod obcisłym okryciem tułowia, pachy były jeszcze gładkie jak u posągu, zagłębienia pod kolanami lśniły i ich błękitne żyłkowanie sprawiało, że ciało chłopca zdawało się utworzone z jaśniejszego materiału. Jakaż dyscyplina, jakaż precyzja myśli wyrażała się w tym wyciągniętym, młodzieńczo doskonałym ciele! Czy jednak surowa i czysta wola, która, tajemnie czynna, zdołała wydać na światło ten boski posąg, nie była jemu, artyście, znana i swojska? Czyż nie działała ona i w nim, kiedy pełen trzeźwej namiętności z marmurowej masy języka wyzwalał smukłą formę, którą oglądał w duchu i którą przedstawiał ludziom jako posąg i zwierciadło duchowego piękna? Posąg i zwierciadło!

Thomas Mann (fragment noweli Śmierć w Wenecji, 1912)
   
   
   

burze gasiły wieczorem światło w domu i kruki, które żywił, chwiały się na wierzchołkach świerków. . .

Przyjemna jednostajność tego bytowania wciągnęła go już w swój czar, miękka i jasna łagodność tego życia urzekła go. Istotnie, cóż za miejscowość, która uroki wygodnego życia kąpielowego na południowej plaży łączy z usłużnym pobliżem dziwnie cudnego miasta! Aschenbach nie był żądny użycia. Ilekroć i gdziekolwiek chodziło o świętowanie, o spokojne wywczasy, o obracanie dni na zabawę, niepokój i niechęć zapędzały go - zwłaszcza w latach młodszych - do szczytnego trudu, do świętej, trzeźwej służby jego dnia powszedniego. Tylko ta miejscowość urzekała go, wyprzęgała jego wolę, czyniła go szczęśliwym. Czasami przed południem, pod cienistą zasłoną swej budki, błądząc spojrzeniem po błękicie południowego morza lub też w ciepłą noc, oparty o poduszki gondoli, która wiozła go z Placu Marka, gdzie dłużej zabawił, pod gwieździstym niebem do domu na Lido - a pstre światła, topniejące dźwięki serenady pozostawały poza nim -przypominał sobie swą siedzibę wiejską w górach, miejsce swoich letnich zapasów, gdzie chmury ciągnęły nisko przez ogród, straszliwe burze gasiły wieczorem światło w domu i kruki, które żywił, chwiały się na wierzchołkach świerków. Wtedy czuł się dobrze, jakby zabłądził na pola elizejskie, na krańce ziemi, gdzie dane jest ludziom najłatwiejsze życie, gdzie nie ma śniegu i zimy ani burzy i ulewnych deszczów, lecz zawiewa zawsze tylko łagodnie chłodne tchnienie oceanu i dnie upływają w błogosławionym spokoju, bez trudu, bez walki, zawsze poświęcone tylko słońcu i jego świętom.

Thomas Mann (fragment noweli Śmierć w Wenecji, 1912)
   
   
   

głosu chłopca, czystego, nieco słabego głosu, który z daleka już przesyłał pozdrowienie. . .

Jeszcze odwrócony, słuchał Aschenbach głosu chłopca, czystego, nieco słabego głosu, który z daleka już przesyłał pozdrowienie zajętym zamkami z piasku towarzyszom zabawy. Odpowiedziano mu wywołując kilkakrotnie jego imię czy spieszczenie imienia i Aschenbach nasłuchiwał z pewnym zaciekawieniem, nie mogąc nic dokładniej pochwycić prócz dwóch melodyjnych zgłosek, coś jakby „Adgio" lub częściej „Adgiu", z wołającym wydłużonym „u" na końcu. Radował go ten dźwięk, uważał, że miłe brzmienie jego odpowiada przedmiotowi, powtarzał je po cichu i zadowolony wrócił do swych listów i papierów.

Thomas Mann (fragment noweli Śmierć w Wenecji, 1912)
   
   
   

samotność jednak rodzi też to, co opaczne, nieproporcjonalne, niedorzeczne i niedozwolone. . .

Spostrzeżenia i spotkania niemego samotnika są zarazem mglistsze i natarczywsze niż człowieka towarzyskiego, jego myśli są ciężkie, dziwniejsze i mają nalot smutku. Obrazy i obserwacje, z którymi można by się załatwić jednym spojrzeniem, jednym uśmiechem, jedną wymianą zdań, zajmują go ponad miarę, pogłębiają się w milczeniu, stają się pełne znaczenia, przeżycie, przygoda, uczucie, samotność rodzą oryginalność, śmiałe i dziwne piękno, poemat. Samotność jednak rodzi też to, co opaczne, nieproporcjonalne, niedorzeczne i niedozwolone.

Thomas Mann (fragment noweli Śmierć w Wenecji, 1912)
   
   
   

w górach i gdzie spędzał dżdżyste lata. . .

Przynajmniej odkąd mógł dowolnie korzystać z przywileju włóczenia się po świecie, uważał podróże tylko za środek higieniczny, którego używał od czasu do czasu, wbrew skłonności i ochocie. Zbyt zajęty zadaniami, które wkładało nań jego Ja" i europejska dusza, zbyt obarczony zobowiązaniami tworzenia, nie bardzo chętny rozrywkom, aby być miłośnikiem wielobarwnego świata zewnętrznego, zadowalał się zupełnie pojęciem o świecie, jakie zdobyć może każdy człowiek na ziemi, nie ruszając się daleko ze swego kąta; nigdy też nie zaznał pokusy opuszczenia Europy. Odkąd zaś życie jego zaczęło się skłaniać ku zachodowi, odkąd jego lęk artysty, że nie skończy - owa troska, że zegar ustanie, zanim on dokona swego i całkowicie ukaże siebie samego - nie dał się już zepchnąć na bok jako zwykłe dziwactwo, zewnętrzne życie jego ograniczyło się prawie wyłącznie do pięknego miasta rodzinnego i do prostej siedziby wiejskiej, którą sobie urządził w górach i gdzie spędzał dżdżyste lata.


Thomas Mann (fragment noweli Śmierć w Wenecji, 1912)
   
  

11 maja 2013

ty mnie ścierwo, draniu, nie przemożesz, a może ty myślisz, że ja pluć przestanę, ale niedoczekanie twoje, już ja ci napluję i pluć będę, ile mnie się zachce!. . .

   Idę dalej. Kurytarz długi. Pojąłem, że tutaj Parobcy zatrudnieni przy gospodarstwie legowisko swoje na noc mają... co mnie i zdziwiło, bo właściwsze byłoby gdyby w zabudowaniach folwarcznych jaka im sionka wyznaczona była... ale już to każden gospodarz wedle swojej głowy rządzi i Kiepska Rada od Pana Sąsiada. Jednakowoż od tych Chłopaków nadmiaru jakaś mnie obrzydliwość zdjęła, aż splunąłem, ale myślę a na coś ty splunął? I, stanąwszy, zapałkę nową zaświeciłem Jakoż tam Chłopak czarniawy, dość duży, leżał, na którego ja, nie chcąc, naplułem i jemu po uchu plwocina ściekała On nic nie mówi, tylko na mnie spogląda. Zapałka mnie zgasła W gni ew wpadłem i myślę: co ty się będziesz we mnie Wlepiał, gdy na ciebie Pluję... i drugi raz na niego naplułem Ale nic, cicho, nie rusza się... Zapałkę tedy zaświeciłem i widz że leży a plwocina moja jemu ścieka. Ale zapałka zgasła, a j myślę, cóż do wszyst kich diabłów, ścierwo, to ja pluję na ciebie a ty nic, draniu, łajdaku, to jeszcze raz ci Napluję w pysk w mordę, żebyś wiedział!... I Naplułem, ale, gdy zapałkę zaświeciłem, widzę, że leży, nic, na mnie spogląda. I zgasła zapałka, a ja już na głos powiadam:
   — Ty taki owaki, już ty mnie ścierwo, draniu, nie przemożesz, a może ty myślisz, że ja pluć przestanę, ale niedoczekanie twoje, już ja ci Napluję i pluć będę, ile mnie się zachce! Jakoż mu Naplułem, ale ani się ruszy i, gdym zapałkę zaświecił, widzę, że na mnie spogląda. Myśl więc taka moja:
   — A może on myśli, że ja tak dla przyjemności, dla Rozkoszy mojej?... I, zdrętwiawszy, dłuższy czas na nic zdobyć się nie mogłem i stoję, stoję, on leży, leży i nic, nic, czas mija, upływa... aż wreszcie skoka przez niego dałem, uciekam jak od Morowej Zarazy i pędzę, lecę, o ścianę jakąś się rozbijam, do pokoju jakiegoś czy też sionki wpadłem i stanąłem... bo czuję, że znowuż coś przede mną leży. Cholera, draństwo, jeszcze jeden, a toż końca nie ma, a toż ja ci mordę rozkwaszę... i zapałkę świcę. Owóż na łóżku przy ścianie lgnąc leży, goły jak go matka porodziła, snem zdjęty i nic, śpi, oddycha. Ujrzawszy go, zmartwiałem. Owóż to z pozoru jak przyzwoite spał chłopię. Ale gdy on śpi, w nim śpi Łajdactwo i, o Boże, Łajda k on, nic innego, Łajdak, Łajdak, do Łajdactwa wszelkiego sposobny, a niechby tylko mu popuścić, on by Łajdakiem stał się jak tamte Łajdaki!

Witold Gombrowicz (fragment powieści Trans-Atlantyk, 1953)
 
 
  

oj, wypuścić chłopaków z ojcowskiej klatki a niech i po bezdrożach polatają, niechże i do nieznanego zajrzą!. . .

Tak to przy skórze swojej się upirasz? Nie chcesz czym Innym, czym Nowym stać się? Chceszli aby wszyscy Chłopcy wasi tylko za Ojcami wszystko w kółko powtarzali? Oj, wypuścić Chłopaków z ojcowskiej klatki a niech i po bezdrożach polatają, niechże i do Nieznanego zajrzą! Owóż to Ojciec stary dotąd na źrebaku swoim oklep jechał, a nim powodował wedle myśli swojej... a niechże ten źrebak na kieł weźmie, niech Ojca swego poniesie gdzie oczy poniesą! I już Ojcu mało oko nie zbieleje bo go Syn własny ponosi, ponosi! Hajda, hajda, wypuśćcie wy Chłopaków swoich, niech Lecą, niech Pędzą, niech Ponoszą!

Witold Gombrowicz (fragment powieści Trans-Atlantyk, 1953)
 
 
  

po co ja będę do biskupa chodził, gdym kacerz, od wiary odstępca, bluźnierca. . .

Doszedłszy do gmachu tego, przystanąłem i myślę, iść, czy nie iść, bo po co ja będę do Biskupa chodził, gdym kacerz, od Wiary odstępca, bluźnierca. I zaraz najokropniejsza Pycha, Duma moja, która od lat dziecinnych mnie przeciw Kościołowi memu kierowała! Bo przecie nie na to mnie Matka urodziła, nie na toż Rozum mój, Wzniosłość, Twórczość moja i lot Natury mojej niezrównany, nie na to Wzrok przenikliwy, Czoło dumne, Myśl ostra gwałtowna, abym ja w kościółku swojskim gorszym, mniejszym od Mszy ach chyba gorszej, tańszej, w chórze tańszym, marniejszym, kadzidłem miernem, marnem się odurzał wraz tam z innemi swojskiemi Swojakami swemi!

Witold Gombrowicz (fragment powieści Trans-Atlantyk, 1953)


  

10 maja 2013

zalegalizować ten drugi biegun odczuwania, który każe jednostce bronić się przed narodem, jak przed każdą zbiorową przemocą. . .

   Ale na cóż mnie jakieś boje z umarłą Polską przedwojenną czy też z przebrzmiałym stylem dawniejszego patriotyzmu, gdy mam inne i bardziej uniwersalne kłopoty? Czyż traciłbym czas na te przeczasiałe drobiazgi? Jestem z tych ambitnych strzelców, którzy, jeśli pudłują, to tylko do grubszej zwierzyny.
   Nie przeczę; Trans-Atlantyk jest między innymi satyrą. I jest także, między innymi, dość nawet intensywnym porachunkiem... Nie z żadną poszczególną Polską, rzecz jasna, ale z Polską taką, jaką stworzyły warunki jej historycznego bytowania i jej umieszczenia w świecie (to znaczy z Polską s ł a b ą). I zgadzam się, że to statek korsarski, który przemyca sporo dynamitu, aby rozsadzić nasze dotychczasowe uczucia narodowe. A nawet ukrywa w swym wnętrzu pewien wyraźny postulat odnośnie do tegoż uczucia; przezwyciężyć polskość. Rozluźnić to nasze oddanie się Polsce! Oderwać się choć trochę! Powstać z klęczek! Ujawnić, zalegalizować ten drugi biegun odczuwania, który każe jednostce bronić się przed narodem, jak przed każdą zbiorową przemocą. Uzyskać — to najważniejsze — swobodę wobec formy polskiej, będąc Polakiem być jednak kimś obszerniejszym i wyższym od Polaka!

Witold Gombrowicz (z przedmowy do powieści Trans-Atlantyk, 1957)
 

   

09 maja 2013

chuj ci na grób zamiast krzyża. . .

TAMARKA
No, ile ci zrobiłam zastrzyków w dupę? A kretyn jak byłeś, tak zostałeś! Następny!... Boli?! Uważaj, bo uwierzę, nie pierdziel, mamuśka!... A ty coś się przyczepił z tą swoją aspiryną. Von-baron jeden! Aspiryny mi się zachciewa! Spokojnie, i tak zdechniesz, bez żadnej aspiryny! Komu ty właściwie jesteś potrzebny, jebany?!... Następny!...
(...)
No i czego się drzesz, jakby cię zarzynali? Przed tobą robiłam jednemu zastrzyk i ani słowa, spokojny jak chuj nieboszczyka... Następny! Czego?! Jaką znowu czystą powłoczkę? Nie zdechniesz od kurzu, jebany... Ty chuju niemyty! Widziałeś górę śmieci przed kuchnią? Takich jak ty mądrali zakopiemy jutro w tych śmieciach i wywieziemy na ciężarówkach... Następny!
(...)
Nie pierdol, przyjacielu, nic ci się nie stało! Bądź mężczyzną, chuju małosolny! Następny! A ty odpierdol się natychmiast, nie przeszkadzaj w pracy. Następny. Ile portek wciągnąłeś na dupę? Jaja ci sparcieją i odpadną! Długo mam czekać?... Następny... Nie bój się, stary capie, coraz lepiej wyglądasz, połazisz jeszcze ze dwa tygodnie i - chuj ci na grób zamiast krzyża - stąd do kostnicy wszystkiego trzysta metrów! Następny...
(...)
Jeszcze czego! Proszek nasenny! Dostaniesz ty, ucho od chuja... Przestań się trząść! I spróbuj tylko pisnąć, jebany!

Wieniedikt Jerofiejew (z dramatu Noc Walpurgi, albo kroki Komandora, 1985)
  
  
    

czterdzieści razy pod rząd westchnąć głęboko. . .

   Ktoś mi kiedyś mówił, że umrzeć jest bardzo łatwo - wystarczy tylko czterdzieści razy pod rząd westchnąć głęboko, głęboko, jak można najgłębiej zaczerpnąć powietrza, i tyle samo razy z głębi płuc je wytchnąć - a wtedy wyzioniesz ducha. Może by tak spróbować?...

Wieniedikt Jerofiejew (z poematu Moskwa-Pietuszki, 1970)
  
  
    

nie podoba mi się ciemność za oknem, bardzo mi się nie podoba. . . .

   Pozostałem na platformie, bezgranicznie samotny, bezgranicznie zdumiony. Było to jednak nie tyle zdumienie, co ciągle ten sam lęk, przechodzący w gorycz. Koniec końców, do cholery z tym, niech sobie będzie „miła pątniczka”, niech sobie będzie „starszy lejtnant” - ale dlaczego za oknem jest ciemno, powiedzcie mi, proszę! Dlaczego za oknem mrok, jeśli pociąg wyjechał rano i przejechał równo 100 kilometrów?... Dlaczego?...
   Przylgnąłem czołem do okna - o, jaki mrok! I co jest tam, w tym mroku - deszcz czy śnieg? A może po prostu gapię się w ten mrok przez łzy? O Boże.
   - A! To ty! - odezwał się ktoś za moimi plecami głosem tak przymilnym i tak złośliwym, że się nawet nie odwróciłem. W lot pojąłem, kto stoi za moimi plecami. „Kusić teraz zacznie, zakazana morda! Też sobie znalazł porę na kuszenie!”
   - To ty, Jerofiejew? - zapytał Szatan.
   - Oczywiście że ja. A któż by inny?...
   - Ciężko ci, Jerofiejew?
   - Oczywiście że ciężko. Tylko że tobie nic do tego. Idź do cholery, źleś trafił... - Wszystko to mówiłem, utknąwszy łbem w oknie platformy, odwrócony do niego tyłem.
   - Jak ci tak ciężko - ciągnął Szatan - pohamuj swój zapał. Uśmierz poryw swej duszy - lżej ci będzie.
   - Za nic nie uśmierzę.
   - Dureń z ciebie.
   - I tobie nic nie brakuje.
   - No, dobra, dobra... już nawet słowa nie można powiedzieć!... Lepiej zrób tak: wyskocz w biegu z pociągu. A nuż się nie zabijesz...
   Pomyślałem chwilę, a potem odparłem: - Nie, nie będę skakał, boję się. Na pewno się zabiję... I zawstydzony Szatan oddalił się.
   A ja - cóż mi innego pozostawało? - walnąłem z dzioba sześć łyków i znów przypadłem głową do okna. Mrok za szybą płynął nieustannie i nieustannie napawał lękiem. Budził mroczne myśli. Ściskałem głowę, żeby je sprecyzować, ale nie dały się sprecyzować, tylko rozlewały się niczym piwo po stole. „Nie podoba mi się ciemność za oknem, bardzo mi się nie podoba.”

Wieniedikt Jerofiejew (z poematu Moskwa-Pietuszki, 1970)
  
  
    

kładł się na podłodze... i tutaj już do niego ani przystąp. . .

   - Mieliśmy przewodniczącego... Nazywano go Lohengrin, taki zasadniczy... i cały w czyrakach... co dzień wieczorem pływał motorówką. Wsiadał do łódki i pływał po rzece... pływał i czyraki sobie wyciskał...
   Z oczu opowiadającego sączyła się wydzielina, był przejęty.
   - A jak już sobie popływał... Wracał do siebie, do zarządu, kładł się na podłodze... i tutaj już do niego ani przystąp - milczy i milczy. A jeśli powiesz coś nie tak - odwraca się twarzą do kąta i płacze... Stoi i płacze, i sika na podłogę jak maluch...

Wieniedikt Jerofiejew (z poematu Moskwa-Pietuszki, 1970)
  
  
    

nie pracuje, nie uczy się, nie pali, nie pije, z łóżka nie wstaje, dziewczyn nie używa i przez okienko nie wygląda. . .

   Zwariował i leży. Nie pracuje, nie uczy się, nie pali, nie pije, z łóżka nie wstaje, dziewczyn nie używa i przez okienko nie wygląda... Dajcie mu tylko Olgę Erdeli - wtedy będzie jak w bajce. Nacieszę się, powiada, harfistką Olgą Erdeli, i dopiero wówczas zmartwychwstanę: wstanę z łóżka, zacznę pracować, uczyć się, pić, palić i wyjrzę przez okienko.
(...)
   A tu wpada na mnie babeczka, nie to żeby podstarzała, ale już naprana jak stodoła. „Dddaj rrrubla - powiada - daj!” I tu doznałem olśnienia. Dałem jej rubla i wszystko opowiedziałem, a ona, ta menda, okazała się pojętniejsza od Erdeli. Dla większej wiarygodności kazałem jej wziąć bałałajkę...
   Po czym zaciągnąłem ją do mojego przyjaciela. Wchodzimy, a on leży i tęskni. Najpierw cisnąłem w niego bałałajką prosto od progu. A potem - szurnąłem mu tą Olgę pod sam nos... „Masz swoją Erdeli! Jak nie wierzysz - spytaj!”
   Rano patrzę - okienko się otwiera, chłop wyjrzał i spokojnie zapalił.
   Potem - powolutku zabrał się do pracy, uczył się, popijał... I stał się normalnym człowiekiem, jak każdy. No więc widzicie...

Wieniedikt Jerofiejew (z poematu Moskwa-Pietuszki, 1970)
  
  
    

a czemuż kazał werterowi palnąć sobie w łeb?. . .

   - Tak pan powiada: tajny radca Goethe nie pił ani grama? - zwróciłem się do dekabrysty. - A wie pan, dlaczego nie pił? Co mu kazało nie pić? Wszyscy uczciwi, mądrzy ludzie pili, a on nie? Dlaczego? Oto jedziemy teraz do Pietuszek i nie wiadomo dlaczego pociąg zatrzymuje się na wszystkich stacjach oprócz Jesina. Czy nie mógłby się zatrzymać w Jesinie? Ale nie zatrzymał się. Przeleciał bez zatrzymania. A wszystko dlatego, że w Jesinie nie ma pasażerów, wszyscy wsiadają albo w Chrapunowie, albo we Friaziewie. Tak. Idą z Jesina do Chrapunowa albo do Friaziewa i tam wsiadają. Dlatego że pociąg przez Jesino i tak przeleci bez zatrzymania.
   Otóż podobnie postępował Johann Wolfgang von Goethe, stary dureń. Myślicie, że nie miał ochoty się napić? Oczywiście że miał. Ale żeby samemu uniknąć upadku, zmuszał do picia wszystkich swoich bohaterów. Weźcie chociażby Fausta. Kto tam nie pije? Wszyscy piją. Faust pije i młodnieje, Zybel pije i ciągnie do Fausta. Mefistofeles nic innego nie robi, tylko pije, częstuje burszów i śpiewa im Pchłę. Spytacie: na co to było potrzebne tajnemu radcy Goethemu? Odpowiem wam: a czemuż kazał Werterowi palnąć sobie w łeb? Dlatego że istnieją dowody, iż sam był na granicy samobójstwa, żeby jednak uniknąć pokusy zmusił Wertera, żeby to zrobił za niego. Rozumiecie już? Pozostał przy życiu, ale w pewnym sensie skończył z sobą. I był w pełni zadowolony. To znacznie gorsze niż zwyczajne samobójstwo, bo jest w tym więcej tchórzostwa, egoizmu, i fałszu literackiego... Otóż on tak samo pił, jak się strzelał, ten wasz tajny radca. Mefistofeles wypije - a jemu jest dobrze, staremu sukinsynowi. Faust zaprawia - a on, stary pierdziel, już jest urąbany. Pracował ze mną na moim odcinku wujek Kola. Był taki sam - nie pił, bo się bał, że jak strzeli kielicha, to wpadnie, pójdzie w tango na tydzień, na miesiąc. Ale nas o mało co siłą nie zmuszał do picia. Nalewał nam, odchrząkiwał za nas, delektował się, łajdak, chodził jak w transie...
   Tak samo jak wasz wychwalany Johann von Goethe! Schiller go częstuje, a on odmawia - a jakże! Goethe był alkoholikiem, och1apusem był wasz tajny radca, Johann von Goethe! I nawet ręce mu drżały!

Wieniedikt Jerofiejew (z poematu Moskwa-Pietuszki, 1970)
  
  
    

nalejcie mi szampana. . .

- Jak to „co dalej”? Ostatnie słowa Antoniego Czechowa przed śmiercią jak brzmiały? Pamięta pan? Powiedział: „Ich sterbe”, to znaczy „umieram”. A potem dodał: „Nalejcie mi szampana.” I dopiero wtedy umarł.
- No, no?...
- A Fryderyk Schiller - ten to nie tylko umierać, ale i żyć nie mógł bez szampana. Wie pan, jak on pisał? Nogi wsadzał do wanny z lodowatą wodą, nalewał sobie szampana - i pisał. Obalił jeden kielich i jeden akt tragedii gotowy. Obalił pięć - gotowa cała tragedia w pięciu

Wieniedikt Jerofiejew (z poematu Moskwa-Pietuszki, 1970)


   

05 maja 2013

dzień to gniewu, dzień co zburzy. . .

Dzień to gniewu, dzień co zburzy
I w popiołach świat zanurzy,
Jak z Sybillą Dawid wróży.

O, jak wielka będzie trwoga,
Gdy przed ścisłym sądem Boga
Stanie grzesznych rzesza mnoga.

Odgłos trąby archanioła
Grzmiąc wśród grobów dookoła
Wszystkich przed tron Boży zwoła.

Śmierć z przyrodą oniemiała,
Ujrzy cud, gdy ludzkość cała
Na sąd pójdzie zmartwychwstała.

Księgę ludzkich spraw otworzą:
Z niej to przed stolicą Bożą
Przeciw światu śledztwo wdrożą.

Sędzia tedy, gdy się zjawi
Co się kryło, jawnym sprawi,
Nic bez pomsty nie zostawi.

Cóż ja powiem, człek ubogi:
W czyje mi się schronić progi,
Gdy i święci nie bez trwogi?

Królu straszny w swej wielkości,
Co świat zbawiasz mimo złości,
Zbaw mnie, Zdroju łaskawości!

Pomnij, Jezu mój łaskawy,
Żem przyczyną męki krwawej:
Nie gub mnie w on dzień rozprawy.

Ty szukałeś mnie znużony,
Jam krzyż twój odkupiony:
Niech nie będzie trud stracony.

Słusznie pomsty sędzio, Panie,
Racz darować zlitowanie,
Nim rozprawy dzień nastanie.

Zbrodniarz, kajam się za winy
Twarz mi palą grzeszne czyny;
Boże, przyjm me przeprosiny.

Tyś odpuścił Magdalenie,
Dał łotrowi przebaczenie;
Ufam też i ja w zbawienie.

Choć nie umiem prosić godnie,
Wszakże osądź mnie łagodnie:
Nie karz piekłem za me zbrodnie.

Daj mi miejsce w owiec gronie
I od kozłów miej w obronie,
Stawiając mnie po prawej stronie.

Gdy już pójdą potępieni
W wiekuisty żar płomieni
Wezwij mnie, gdzie są zbawieni.

Błagam z czołem pochylonym,
Sercem też na proch skruszonym:
Czuwaj, Panie, nad mym skonem.

O dniu jęku, o dniu szlochu,
Kiedy z popielnego prochu
Człowiek winny na sąd stanie.

Bądź mu, Boże miłościwy,
Dobry Panie, Jezu, daj
Duszom zmarłych wieczny raj. Amen.

                                          Tomasz z Celano


   

03 maja 2013

p ł y w a n i e. . .

Nie udało mi się, tak jak poprzednio, skupić świadomości na jednej rzeczy. Do głowy wdzierały mi się różne myśli i przeszkadzały w skupieniu. Chcąc je odpędzić, próbowałem myśleć o basenie. O dwudziestopięciometrowym krytym basenie dzielnicowym, na który chodziłem. Wyobrażam sobie, że pływam w nim tam i z powrotem crawlem. Nie szybko, lecz powoli, niespiesznie, w nieskończoność. Spokojnie wyciągam łokcie z wody, tak by nie robić niepotrzebnego hałasu, by jej niepotrzebnie nie rozpryskiwać, i wkładam z powrotem do wody, palcami w dół. Nabieram wody do ust i powoli wypuszczam, jakbym oddychał pod wodą. Po pewnym czasie czuję, że moje ciało płynie w wodzie jak unoszone łagodnym wiatrem. Słyszę tylko własny regularny oddech. Unoszę się na wietrze jak ptak i spokojnie patrzę na ziemię w dole. Widzę dalekie miasta, małe sylwetki ludzi, płynącą rzekę. Ogarnia mnie uczucie spokoju. Jestem nieomal w transie. Pływanie to jedna z najwspanialszych rzeczy, jakich w życiu doświadczyłem. Nie rozwiązało żadnego z moich problemów, ale również niczego nie zniszczyło. I samo nie zostało przez nic zniszczone. P ł y w a n i e.


Haruki Murakami (fragment powieści Kronika ptaka nakręcacza, 1995)
 
 
   

02 maja 2013

poczuć coś żywego. . .

Wspaniale jest, kiedy można wyciągnąć rękę i dotknąć czegoś, poczuć coś żywego. Nie uświadamiałem sobie, że od dawna nie doznawałem tego uczucia.

Haruki Murakami (fragment powieści Kronika ptaka nakręcacza, 1995)
 
 
   

01 maja 2013

dziewczyna. . .

                                                                          Władysławowi Jaroszewiczowi,
                                                                          Jego entuzjastycznym zapałom
                                                                          dla dzieł twórczych i szczerym
                                                                          wyczuciom czarów poetyckich

Dwunastu braci wierząc w sny, zbadało mur od marzeń strony,
A poza murem płakał głos, dziewczęcy głos zaprzepaszczony.

I pokochali głosu dźwięk i chętny domysł o dziewczynie,
I zgadywali kształty ust po tym, jak śpiew od żalu ginie...

Mówili o niej: " Łka więc jest!" - i nic innego nie mówili,
I przeżegnali cały świat - i świat zadumał się w tej chwili...

Porwali młoty w twardą dłoń i jęli w mury tłuc z łoskotem!
I nie wiedziała ślepa noc, kto jest człowiekiem, a kto młotem?

"O, prędzej skruszmy zimny głaz, nim śmierć Dziewczynę rdzą powlecze" -
Tak, waląc w mur, dwunasty brat do jedenastu innych rzecze.

Ale daremny był ich trud, daremny ramion sprzęg i usił!
Oddali ciała swe na strwon owemu snowi, co ich kusił!

Łamią się piersi, trzeszczy kość, próchnieją dłonie, twarze bledną...
I wszyscy w jednym zmarli dniu i noc wieczystą mieli jedną!

Lecz cienie zmarłych - Boże mój! - nie wypuściły młotów z dłoni!
I tylko inny płynie czas i tylko młot inaczej dzwoni...

I dzwoni w przód ! I dzwoni wspak! I wzwyż za każdym grzmi nawrotem!
I nie wiedziała ślepa noc, kto tu jest cieniem, a kto młotem?

" O, prędzej skruszmy zimny głaz, nim śmierć Dziewczynę rdzą powlecze!" -
Tak, waląc w mur, dwunasty cień do jedenastu innych rzecze .

Lecz cieniom zbrakło nagle sił, a cień się mrokom nie opiera!
I powymarły jeszcze raz, bo nigdy dość się nie umiera...

I nigdy dość, i nigdy tak, jak tego pragnie ów co kona!...
I znikła treść - i zginął ślad - i powieść o nich już skończona!

Lecz dzielne młoty - Boże mój - mdłej nie poddały się żałobie!
I same przez się biły w mur, huczały spiżem same w sobie!

Huczały w mrok, huczały w blask i ociekały ludzkim potem!
I nie wiedziała ślepa noc, czym bywa młot, gdy nie jest młotem?

"O, prędzej skruszmy zimny głaz, nim śmierć dziewczynę rdzą powlecze!" -
Tak, waląc w mur, dwunasty młot do jedenastu innych rzecze.

I runął mur, tysiącem ech wstrząsając wzgórza i doliny!
Lecz poza murem - nic i nic! Ni żywej duszy ni Dziewczyny!

Niczyich oczu, ani ust! I niczyjego w kwiatach losu!
Bo to był głos i tylko - głos, i nic nie było, oprócz głosu!

Nic - tylko płacz i żal i mrok i niewiadomość i zatrata!
Takiż to świat! Niedobry świat! Czemuż innego nie ma świata?

Wobec kłamliwych jawnie snów, wobec zmarniałych w nicość cudów,
Potężne młoty legły w rząd na znak spełnionych godnie trudów.

I była zgroza nagłych cisz! I była próżnia w całym niebie!
A ty z tej próżni czemu drwisz, kiedy ta próżnia nie drwi z ciebie?

                                                                                                         Bolesław Leśmian


  




w ciszy koło czwartej nad ranem. . .

We wrześniu często padało. W listopadzie było kilka dni tak ciepłych, że aż się człowiek pocił. Lecz poza pogodą jeden dzień nie różnił się prawie niczym od drugiego. Nieomal codziennie przepływałem długie dystanse w dzielnicowym basenie, chodziłem na spacery, trzy razy dziennie przygotowywałem posiłki i starałem się skupiać na sprawach realnych i praktycznych. Czasem jednak czułem w sercu gwałtowne ukłucia samotności. Woda, którą piłem, nawet powietrze, które wdychałem, najeżone były długimi, ostrymi igłami. Strony książek przerażały, lśniąc bielą jak cienkie ostrza brzytew. W ciszy koło czwartej nad ranem słyszałem, jak powoli rosną korzenie samotności.

Haruki Murakami (fragment powieści Kronika ptaka nakręcacza, 1995)