06 czerwca 2013

zasnute mgłą jeziora i strumienie. . .

Ostre kontury skał, wznoszące się ponad Jomfrudal, łagodniały w zapadającym mroku jesiennego wieczoru. W głębi, za ciemniejącą masą gór, niebo rozbłysło nagle i słońce zniknęło za horyzontem, pozostawiając za sobą krwawą łunę ogni. Na wyniosłym zrębie stał ciemny jak skała niedźwiedź. Węszył. Spoglądał w dół na nisko położone tereny, na zasnute mgłą jeziora i strumienie.

Trygve Gulbranssen (fragment powieści A lasy wiecznie śpiewają, 1933)
   
   
   

kiedy traci się wiarę. . .

(...) - kiedy traci się wiarę w sprawiedliwość, w dobroć... we wszystko. Życie, moje drogie, niejedno w nas łamie, niejedną wiarę niweczy... Spotkać się... Gdyby to tak było...

 Thomas Mann (fragment powieści Buddenbrookowie, 1901)
   
   
   

wówczas wynik jest jasny: umrze. . .

W mglistych snach chorego, w płonącej jego nieprzytomności dolatuje go niekiedy wyraźny, orzeźwiający głos życia. Mocny i świeży, wiodący w cień, chłód i wypoczynek, głos ów dosięgnie ducha na obcej, gorącej drodze, po której podąża on naprzód. Człowiek wsłucha się w ów czysty, pogodny, trochę ironiczny głos, namawiający do odwrócenia się i powrotu w tę stronę, którą pozostawił tak daleko za sobą i o której już zapomniał. Jeśli wówczas zakipi w nim jakby poczucie wstydu, zaniedbanego obowiązku, nowej energii, odwagi i radości, miłości i przynależności do szyderczego, pstrego i brutalnego zgiełku, który porzucił - wówczas bez względu na to, jak głęboko zapuścił się już na obcą, gorącą ścieżkę, odwróci się i będzie żył. Ale jeśli, usłyszawszy głos życia, wzdrygnie się z trwogi i niechęci, jeśli to wspomnienie, ten wesoły, wyzywający dźwięk sprawi, iż potrząśnie on głową i odpychającym ruchem wyciągnie rękę za siebie, iż postąpi naprzód po tej drodze otwartej do ucieczki... tak, wówczas wynik jest jasny: umrze.

 Thomas Mann (fragment powieści Buddenbrookowie, 1901)
   
   
   

wrócił i objął go za szyję. - nie rozpaczaj. . .

   Na tej godzinie Kaj pisał nowy utwór, Hanno zaś prowadził w myśli uwerturę orkiestrową. Potem nastąpił koniec lekcji, spakowano książki, droga przez bramę stała otworem, szło się do domu.
   Hanno i Kaj udawali się w jedną stronę i aż do małej czerwonej willi na przedmieściu szli razem, trzymając książki pod pachą. Dalej młody hrabia Muolln musiał już iść sam; do siedziby ojca miał jeszcze daleką drogę. Nie miał na sobie nawet palta.
   Mgła panująca rano zmieniła się w śnieg, który padał teraz wielkimi miękkimi płatkami, roztapiając się w błoto. Przed furtką willi rozstali się; gdy jednak Hanno przebył już połowę maleńkiego ogródka, Kaj wrócił i objął go za szyję. - Nie rozpaczaj... I nie graj lepiej! - rzekł cicho; i jego wysmukła, zaniedbana postać zniknęła wśród śnieżycy.

   Hanno zostawił swoje książki w korytarzu, na tacce, którą niedźwiedź trzymał w łapach, i poszedł do gabinetu, by przywitać się z matką. Siedziała na szezlongu i trzymała książkę w żółtej papierowej okładce. Ciemnymi, blisko siebie osadzonymi, niebieskawo ocienionymi oczami patrzyła na idącego po dywanie syna; gdy stanął przed nią, ujęła w dłonie jego głowę i pocałowała go w czoło.
   Wszedł na górę do swego pokoju, gdzie panna Klementyna przygotowała dla niego skromne śniadanie, umył się i zjadł. Gdy skończył, wyjął z biurka paczuszkę owych małych, mocnych rosyjskich papierosów, które również nie były mu już obce, i zaczął palić. Następnie usiadł przy fisharmonii i odegrał trudny, surowy utwór Bacha, coś w rodzaju fugi. Wreszcie splótł ręce z tyłu głowy i wyjrzał przez okno na bezszelestnie wirujący śnieg. Nie było tam więcej na co patrzeć. Nie rozciągał się już pod jego oknem starannie utrzymany ogród z szemrzącą fontanną. Widok przecięty był szarą ścianą sąsiedniej willi.
(...)
(...)w jesieni; mały Jan (Justus Jan Kasper) leżał już prawie od sześciu miesięcy, opatrzony błogosławieństwem pastora Pringsheima, za miastem, na skraju cmentarza, pod krzyżem z piaskowca oraz rodzinnym herbem. Przed domem szumiał deszcz w na pół obnażonych drzewach alei. Od czasu do czasu wiatr miotał nim o szyby. Wszystkie panie były czarno ubrane.
(...)
Na ostatniej chorobie Jana, która miała podobno wyjątkowo straszny przebieg, ciążyła jak gdyby głęboka tajemnica. Gdy przytłumionym tonem, półsłówkami mówiono o tym, unikano wzajemnie swego wzroku. A potem wspomniano ów ostatni epizod... wizytę małego obdartego hrabiego, który prawie przemocą wdarł się do pokoju chorego... Hanno usłyszawszy jego głos, uśmiechnął się, choć nikogo już nie poznawał, a Kaj bez ustanku całował obie jego ręce.
- Całował jego ręce? - zapytały panie Buddenbrook.
- Tak, całował bez końca...

 Thomas Mann (fragmenty powieści Buddenbrookowie, 1901)
   
   
   

powinno się mnie zostawić w spokoju. . .

Ostatnio, po rozmowie ze mną, pastor Pringsheim odezwał się do kogoś, że trzeba zostawić mnie w spokoju, gdyż pochodzę ze zdegenerowanej rodziny...
- Tak powiedział? - zapytał Kaj z wielkim zainteresowaniem...
- Tak, miał na myśli mojego stryja Chrystiana, który siedzi w Hamburgu w zakładzie. Na pewno miał rację. Powinno się mnie zostawić w spokoju. Byłbym taki wdzięczny!... Tyle mam zmartwień i wszystko tak ciężko przeżywam.


 Thomas Mann (fragment powieści Buddenbrookowie, 1901)
   
   
   

przyjaźń ich od dawna była znana w całej szkole. . .

   To, o czym rozmawiali ze sobą Hanno i Kaj, brzmiało bardzo obco i dziwnie w rozgwarze głosów, napełniających zimne i wilgotne powietrze. Przyjaźń ich od dawna była znana w całej szkole. Nauczyciele znosili ją niechętnie, węszyli w niej bowiem tendencje opozycyjne i zdrożne, a koledzy, nie mogąc odgadnąć jej istoty, przyzwyczaili się tolerować ją z pewnym nieufnym wstrętem i uważać tych dwu towarzyszów za outlaws (wyjęci spod prawa - ang.) i dziwaków, których należało pozostawić samym sobie... Kaj hrabia Muolln cieszył się zresztą pewnym szacunkiem z powodu swej nieokiełznanej dzikości i braku subordynacji. Co zaś do Hanna Buddenbrooka, to nawet sam duży Heinricy, który wszystkich bił, nie mógł zdobyć się na uderzenie go, z nieokreślonego lęku przed miękkością jego włosów, delikatnością członków, przed posępnym, nieśmiałym i zimnym spojrzeniem...
   - Boję się - mówił Hanno do Kaja, zatrzymując się pod jedną z bocznych ścian dziedzińca, oparł się o mur i drżąc z zimna i ziewając, mocniej ściągnął palto... - Boję się szalenie, Kaju, aż do bólu. Czyż pan Mantelsack jest człowiekiem, którego należy obawiać się w taki sposób? Powiedz sam! Żeby ta ohydna łacina już przeszła. Żebym już miał w dzienniku zły stopień i wiedział, że zostanę, i żeby już raz było wszystko w porządku! Nie tego się boję, boję się związanej z tym awantury...

 Thomas Mann (fragment powieści Buddenbrookowie, 1901)
   
   
   

sonata a-moll na wiolonczelę i fortepian. . .



César Frank 
Sonata A-Moll Na Wiolonczelę I Fortepian, 1886

   

05 czerwca 2013

zmartwienie, brzemię, które od początku przygniatało jego duszę. . .

Wreszcie musiał jednak przyjść koniec. Rozśpiewane, promieniejące szczęście zamilkło i zagasło, z rozgorączkowaną głową znalazł się znów w swym pokoju i pojął, że zaledwie parę godzin snu tam w łóżku dzieli go od szarej codzienności. Wówczas opanował go ów straszny, tak dobrze mu znany lęk. Znowu poczuł, jaki ból sprawia piękno, jak głęboko wtrąca we wstyd i pełną tęsknoty rozpacz, jak odbiera odwagę i zdolność do powszedniego życia. Przytłoczyło go ono tak olbrzymim, beznadziejnym ciężarem, że znowu pomyślał, iż ciąży na nim chyba coś więcej niż jego osobiste zmartwienie, brzemię, które od początku przygniatało jego duszę i które kiedyś wreszcie ją zadusi...

 Thomas Mann (fragment powieści Buddenbrookowie, 1901)
   
   
   

cóż znaczył poniedziałek?. . .

Cóż znaczył poniedziałek? Czy było prawdopodobne, że kiedykolwiek nastąpi? Nie wierzy się w żaden poniedziałek, gdy się ma w niedzielę wieczorem usłyszeć „Lohengrina”...

 Thomas Mann (fragment powieści Buddenbrookowie, 1901)
   
   
   

leży gdzieś za miastem w ziemi. . .

Przypominamy sobie taką lub inną osobę, zastanawiamy się, jak też jej się powodzi, i nagle przychodzi nam na myśl, że nie chodzi ona już po mieście, że w ogólnym koncercie głosów nie słychać już jej głosu, że po prostu znikła już na zawsze z widowni i leży gdzieś za miastem w ziemi.

 Thomas Mann (fragment powieści Buddenbrookowie, 1901)
   
   
   

jedynie śmierć zjednywa uszanowanie świata dla naszych cierpień. . .

Potem stał u łoża śmierci między siostrą a bratową. Stał tam ze swą łysą czaszką, zapadniętymi policzkami, zwieszonym wąsem i olbrzymim, garbatym nosem, na krzywych i chudych nogach, trochę zgięty, trochę podobny do znaku zapytania, a jego małe, głęboko osadzone oczy patrzyły na twarz brata, która wydawała się tak milcząca, zimna, nieprzystępna i bez zarzutu, tak zupełnie nie podlegająca już żadnym ludzkim sądom... Kąty ust Tomasza opuszczone były z pogardliwym niemal wyrazem. On, któremu Chrystian zarzucał, że nie będzie płakał po jego śmierci, teraz oto sam leżał martwy nie wymówiwszy ani słowa, umarł po prostu, zimno i nietykalnie pogrążył się w milczeniu pozostawiając innych własnemu wstydowi, jak to często czynił za życia! Czy postępował dobrze, czy też niegodnie, przeciwstawiając zawsze jedynie zimną pogardę dolegliwości Chrystiana, jego „cierpieniu”, kiwającemu człowiekowi, butelce spirytusu, otwartemu oknu? Pytanie owo upadło, straciło sens, ponieważ śmierć w swej upartej i nieobliczalnej stronniczości jego to, jego wyróżniła i usprawiedliwiła, jego przyjęła i wywyższyła, uczyniła czcigodnym - jemu to, jemu władczo zjednała ogólne, pełne szacunku zainteresowanie, podczas gdy nim, Chrystianem, wzgardziła i nadal będzie z niego drwiła dręcząc go tysiącem kpinek i szykan, dla których nikt nie ma respektu. Nigdy Tomasz Buddenbrook nie zaimponował bratu bardziej niż w tej chwili. Powodzenie decyduje o wszystkim. Jedynie śmierć zjednywa uszanowanie świata dla naszych cierpień i nawet najmniejsze cierpienia dzięki niej stają się czcigodne.

 Thomas Mann (fragment powieści Buddenbrookowie, 1901)
   
   
   

w was... z wami wszystkimi, we wszystkich was!. . .

Czyż kiedy nienawidziłem życia, tego czystego, okrutnego, mocnego życia? Szaleństwo i nieporozumienie! Tylko siebie nienawidziłem za to, że nie mogłem znieść życia. Ale kocham was... kocham was wszystkich, szczęśliwi, i wkrótce przestanie dzielić mnie od was ciasne więzienie; wkrótce to we mnie, co was kocha, moja miłość ku wam, będzie wyzwolona, będzie z wami, w was... z wami wszystkimi, we wszystkich was!”

 Thomas Mann (fragment powieści Buddenbrookowie, 1901)
   
   
   

wykorzystywanie sytuacji bez uczucia wstydu. . .

Odczuwał to ze wstrętem, z owym rozpaczliwym wstrętem, jaki co dzień przeciwstawiać musiał swej skrupulatnej naturze, gdy znowu, jeszcze raz nie mógł pojąć, nie mógł przejść nad tym do porządku dziennego, jak można poznawszy sytuację, przejrzawszy ją, pomimo to bezwstydnie ją wykorzystać... Ale wykorzystywanie sytuacji bez uczucia wstydu, mówił sobie, jest właśnie życiową prężnością!

 Thomas Mann (fragment powieści Buddenbrookowie, 1901)
   
   
   

04 czerwca 2013

szło się za trumną rozmiękłymi dróżkami. . .

   I w rozciągniętym, powolnym pochodzie ruszył długi, czarny kondukt przez szare, wilgotne ulice, za bramę miasta, wzdłuż nagiej, drżącej w drobnym, zimnym deszczu alei, aż do cmentarza, gdzie przy dźwiękach rozbrzmiewającego zza obnażonych krzewów marsza żałobnego szło się za trumną rozmiękłymi dróżkami do miejsca, gdzie na skraju wznosiła się zakończona krzyżem z piaskowca gotycka tablica Buddenbrookowskiego grobowca... Kamienna płyta grobu, ozdobiona rodzinnym herbem, leżała obok czarnego, otoczonego wilgotną zielenią otworu.
   Było to miejsce przygotowane dla nowego przybysza. Senator dopilnował w ostatnich dniach, by wszystko na tym miejscu doprowadzono do porządku, a szczątki dawnych Buddenbrooków usunięto na bok. Przy dźwiękach muzyki opuszczono na sznurach trumnę do obmurowanego grobu; z przytłumionym łoskotem oparła się o dno(...)

 Thomas Mann (fragment powieści Buddenbrookowie, 1901)
   
   
   

w tingel-tanglu piątego rzędu. . .

(...)opowiadanie o pewnym wieczorze wigilijnym, spędzonym w Londynie w tingel-tanglu piątego rzędu, gdy nagle przeniknęła go panująca w pokoju kościelna cisza(...)

 Thomas Mann (fragment powieści Buddenbrookowie, 1901)
   
   
   

musisz zrozumieć to raz na zawsze, że o muzyce jako o sztuce nigdy nie będziesz miał żadnego pojęcia. . .

- Tomaszu, musisz zrozumieć to raz na zawsze, że o muzyce jako o sztuce nigdy nie będziesz miał żadnego pojęcia i chociaż jesteś tak inteligentny, nigdy nie zrozumiesz, że jest ona czymś więcej niż małą rozrywką po obiedzie i uciechą dla uszu. W muzyce brak ci zmysłu wyczucia banalności, jaki posiadasz w innych dziedzinach... a to jest właśnie kryterium zrozumienia sztuki. Jak bardzo obca ci jest muzyka, możesz wnosić choćby z tego, że przecież twój smak muzyczny zupełnie nie odpowiada innym twoim potrzebom i zapatrywaniom. Co w muzyce sprawia ci przyjemność? Nastrój pewnego rodzaju mdłego optymizmu, który, gdybyś go znalazł w książce, odrzuciłbyś z gniewnym rozbawieniem albo oburzeniem. Szybkie spełnienie każdego ledwie odczutego pragnienia... Natychmiastowe uprzejme zaspokojenie zaledwie pobudzonej woli... Czy może w życiu dzieje się tak jak w twojej ładnej melodii... To głupkowaty idealizm...

 Thomas Mann (fragment powieści Buddenbrookowie, 1901)
   
   
   

falując i dźwięcząc otoczył szumem i owo cis. . .

Wreszcie przyszło zakończenie, ukochane zakończenie małego Jana, które swą prymitywną wzniosłością wieńczyło całość utworu. Cichy, czysty jak dzwonek akord e-moll tremolował pianissimo, otoczony perlistymi pasażami skrzypcowymi... Wzrastał, potężniał, wzbierał powoli, powoli, w forte podciągnął Hanno dysonujące, prowadzące do głównej tonacji Cis i podczas gdy Stradivarius falując i dźwięcząc otoczył szumem i owo Cis, ze wszystkich sił wzmógł dysonans aż do fortissimo. Wzbraniał sobie rozwiązania, odwlekał je dla siebie samego i dla słuchaczy. Czymże będzie to rozwiązanie, owo oszołamiające i wyzwalające pogrążenie się w H-dur? Szczęściem nieporównanym, zadośćuczynieniem pełnym niesłychanej słodyczy.

 Thomas Mann (fragment powieści Buddenbrookowie, 1901)
   
   
   

03 czerwca 2013

bacz atoli. . .

„Synu móy, pilnuy za dnia twych interesów, bacz atoli, byś się takich nie imał, które by ci nocą sen mąciły”.

 Thomas Mann (fragment powieści Buddenbrookowie, 1901)
   
   
   

potrzeba ruchu, przestrzeni i światła. . .

Opanował go wielki niepokój, potrzeba ruchu, przestrzeni i światła. Odsunął krzesło, przeszedł do salonu i zapalił w żyrandolu nad stołem kilka gazowych płomieni. Zatrzymał się, kręcił wolno i kurczowo długi koniec wąsa i rozglądał się, nic nie widząc, po tym pokoju urządzonym ze zbytkiem.

 Thomas Mann (fragment powieści Buddenbrookowie, 1901)
   
   
   

opanować, ćwiczyć, ukrócać, wyprostowywać, niszczyć. . .

Zabawy, których głębokiego sensu ani czaru nie pojmuje nikt z dorosłych i do których nie potrzeba nic więcej, tylko trzech kamyczków lub kawałka drewna, ozdobionego może kwiatkiem lwiej paszczy zamiast hełmu - ale przede wszystkim potrzeba czystej, mocnej, szczerej, niewinnej fantazji, niezachwianej i niezmąconej strachem fantazji owego szczęśliwego wieku, w którym życie oszczędza nas jeszcze, nie śmie nałożyć na nas obowiązku ani winy, gdy wolno nam widzieć, słyszeć, śmiać się, dziwić i marzyć, nie oddając światu usług... gdy niecierpliwość tych, których wszakże chcielibyśmy kochać, nie domaga się jeszcze od nas oznak ani pierwszych dowodów, że jesteśmy gotowi gorliwie spełniać owe usługi... Ach, już niezadługo, jakże ciężko i przemożnie zwali się na nas wszystko, by nas opanować, ćwiczyć, ukrócać, wyprostowywać, niszczyć.

 Thomas Mann (fragment powieści Buddenbrookowie, 1901)
   
   
   

skandal, który po kryjomu rani człowieka i odbiera szacunek względem siebie samego. . .

Tomaszu! Teraz na mnie kolej! Teraz ty słuchaj! Co? Więc tylko to jest w życiu wstydem i skandalem, co jest głośne i o czym wszyscy wiedzą? Ach, nie! Cichy skandal, który po kryjomu rani człowieka i odbiera szacunek względem siebie samego jest o wiele gorszy! Czyż my, Buddenbrookowie, jesteśmy ludźmi, którzy na zewnątrz chcą być „tip-top”, jak wy tu mówicie, a w swoich czterech ścianach połykają upokorzenia? Tom, dziwię ci się bardzo! Wyobraź sobie ojca, jak on by dziś postąpił, a potem sądź zgodnie z jego zapatrywaniami! Tak, czystość i jawność winna panować... Mógłbyś każdego dnia pokazać twoje księgi i powiedzieć: patrzcie... Każde z nas tak powinno postępować

 Thomas Mann (fragment powieści Buddenbrookowie, 1901)
   
   
   

02 czerwca 2013

piękna melodya, góry, księżyc, morze. . .

O wskazówce życia. - Życie składa się z rzadkich oddzielnych momentów najwyższego znaczenia i nieskończonej liczby przerw, w których w najlepszym razie unoszą się wkoło nas cienie owych momentów. Miłość, wiosna, każda piękna melodya, góry, księżyc, morze – wszystko przemawia całkowicie do serca raz tylko: jeżeli w ogóle kiedykolwiek dochodzi całkowicie do słowa. Albowiem wielu ludzi zgoła nie ma owych momentów i sami są przerwami i pauzami w symfonii życia prawdziwego”

Friedrich Nietzsche (z dzieła filozoficznego Ludzkie i Arcyludzkie, 1880) 
   
   
   

dzieci. . .

Dzieci nie są zwyczajnie złośliwe, one są złe.

                                                  Zygmunt Freud


  

wołanie eurydyki. . .

Orfeuszu
Gdzie jesteś?
Pomyliłeś
Znów piętra
Ja cię czekam
Na ziemi
Piętro niżej
Od piekła

Tutaj wszystko
Jest czyjeś
Tylko łzy są
Niczyje
Orfeuszu
Na ziemi
Się żyje

Orfeuszu
Mężczyźni
Przybierali
Twą postać
Tyle rąk
Tyle ust
Tyle rozstań

Orfeuszu
Przebaczysz
Przecież sam tak
Śpiewałeś:
Tylko drzewa
Umieją
Być same

Orfeuszu
Kłamali
Skradzionymi
Słowami
Które tobie
Ukradli
Kochany

Trzeba było
Je chronić
Teraz znają
Je wszyscy
Powtarzają
Kiedy chcą
Niszczyć

Orfeuszu
Gdzie błądzisz
Piętro niżej
Zjedź windą
Orfeuszu
Nie zdążysz
A za chwilę
Znów przyjdą

Orfeuszu
Gdzie jesteś?
Pomyliłeś
Znów piętra
Ja cię czekam
Na ziemi
Piętro niżej
Od piekła

Orfeuszu
Za późno
Patrzysz czemu
Tak pusto
Orfeuszu
Zabiło
Mnie lustro

                Jonasz Kofta
 
 

01 czerwca 2013

za wybitne zasługi. . .

Na zakończenie adwokat doktor Gieseke wśród ogólnych wiwatów przypiął mu do palta duży kotylionowy order ze złotego papieru. Order ów pochodził z pewnego domu w pobliżu portu, z pewnego zajazdu, który wieczorami wywieszał nad drzwiami czerwoną latarnię - z miejsca swobodnych spotkań, w którym zawsze panowała wesołość... został zaś ofiarowany odjeżdżającemu Chrystianowi za wybitne zasługi.


 Thomas Mann (fragment powieści Buddenbrookowie, 1901)