13 czerwca 2013

czyż go prawie nie miłował?. . .

Myśli jego szły dalej tym torem, aż trafiły na przykazanie, że należy kochać swoich wrogów. Dotychczas było to dla niego najbardziej niepojęte przykazanie Boże — a jednak czyż nie odczuwał w tej chwili litości dla swego najzawziętszego wroga? Czyż go prawie nie miłował?

Trygve Gulbranssen (fragment powieści A lasy wiecznie śpiewają, 1933)
   
   
   

tu nie można było wystąpić ze sztucznymi wyrażeniami. . .

Tu nie można było wystąpić ze sztucznymi wyrażeniami i wytwornymi zwrotami. Opanował go jakiś nerwowy niepokój, nastrój ogarniający każdego, kto naraz natknie się na życie w j go najprostszej, nienaruszonej formie. Tutaj będzie zrozumiany tylko wtedy, gdy będzie przemawiał prostymi, wyraźnymi słowami. Takie myśli i refleksje chodziły mu po głowie, gdy na zewnątrz dały się słyszeć kroki i otworzyły się drzwi. Pułkownik podniósł się i wyciągnął rękę na powitanie. Ciężka ręka starego Daga spoczęła w jego dłoni. Razem z Dagiem przyszedł również kapitan Klingę. Znał pułkownika z dawniejszych lat, gdy w młodości bawił raz w gościnie w Borgland.

Trygve Gulbranssen (fragment powieści A lasy wiecznie śpiewają, 1933)
   
   
   

do światła. . .

Ludzie cisną się do światła, nie żeby widzieć lepiej, lecz żeby błyszczeć więcej. - Tego przed kim się błyszczy, chętnie uznaje się za światło.

Friedrich Nietzsche
   
  
  

12 czerwca 2013

trawa. . .

W spojeniach murów
rosnę
tam gdzie są złożone
tam gdzie się łączą
tam gdzie są sklepione

tam wnikam
przez wiatr rozrzucone
ślepe nasienie

w pęknięciach ciszy
cierpliwie się plenię
czekam aż padną mury
i powrócą na ziemię

wtedy okryję
twarze i imiona

                             Tadeusz Różewicz
 
 
   

istnienie nasze z istoty jest osobowe. . .

Czymkolwiek będziesz po śmierci - choćby to była nicość - będzie to dla ciebie równie naturalne i stosowne, jak jest dziś twoje indywidualne, ograniczone istnienie; obawiać się musisz więc najwyżej chwili przejścia. Co więcej, ponieważ przy dojrzałym rozważeniu sprawy wynika stąd, że nad istnienie takie jak nasze należałoby przedłożyć całkowite nieistnienie, zatem myśl o całkowitym końcu naszej egzystencji lub o czasie, kiedy nas już nie będzie, rozsądnie biorąc, równie mało nas zmartwi, jak myśl, że nigdy nie zaistnieliśmy. Ponieważ istnienie nasze z istoty jest osobowe, więc i kresu tej osobowości nie można uznać za stratę.

Artur Schopenhauer (z dzieła filozoficznego Parerga i Paralipomena,1851)
   
   
  

bezradosne i bez treści. . .

Adelajda była silna w nieszczęściu, w zmartwieniu i przeciw-nościach. Dla takich powodów nigdy nie wylewała łez; ale dobre słowo... Nie przykładała nigdy najmniejszej wagi do bezsensownych pochlebstw partnerów z sali balowej — ale dobre słowo z serca płynące... Kiedyż je słyszała? Teraz, kiedy ogarnął ją taki smutny nastrój, ojciec Dag powiedział jej wiele dobrych słów w ten wieczór, który znaczył tak dużo dla nich wszystkich. Straciła panowanie nad sobą i wypłakała na łóżku w pokoju panieńskim swój bezmierny żal, żal minionych lat, które przeszły obok niej bezradosne i bez treści serca. Od czasu gdy dorosła, pierwszą osobą, która przemówiła do niej życzliwymi słowy, był człowiek o najsurowszej twarzy, jaką kiedykolwiek widziała. Jakże dziwny był ten świat, jak dziwni ludzie...

Trygve Gulbranssen (fragment powieści A lasy wiecznie śpiewają, 1933)
   
   
   

ze swymi psami czuł się zawsze najlepiej. . .

Mieszkał przeważnie w starym budynku, wysuniętym na podwórze od strony dawnej izby mieszkalnej, do której przytykał ścianą. Nazywano go ,,domem"; mówiono też, że był to najstarszy budynek na obszarze dworu bjorndalskiego. Na środku izby stał kominek, ale ściany nie miały okien, jedynym otworem był dymnik. Już jako chłopiec wybrał sobie „dom" na mieszkanie i odtąd najchętniej w nim przebywał, bo właśnie tam, wśród swoich nart, broni, ekwipunku do łowienia ryb i ze swymi psami czuł się zawsze najlepiej.

Trygve Gulbranssen (fragment powieści A lasy wiecznie śpiewają, 1933)
   
   
   

czarny worek. . .

zamknij drzwi
Bóg z nas drwi
przytul mnie
boję się

czarny worek trupów w bród
koniec świata
umarł Bóg

idzie zimne i nieznane
idzie wielkie mózgów pranie
czarny worek trupów w bród
koniec świata
umarł Bóg

kochaj mnie
jeszcze czas
bo za chwilę
nie ma nas

idzie straszne i nieznane
idzie snów wymazywanie
czarny worek trupów w bród
koniec świata
umarł Bóg

przytul mnie
kochaj mnie
boję się
boję się

kocham cię i nie przestanę
ale teraz koniec amen
czarny worek pełna pustka
suche morze, ślepe lustra

czarny worek trupów w bród
koniec świata
umarł Bóg

przytul mnie
kochaj mnie
boję się
boję się
przytul
kochaj
przytul
kochaj

kocham cię i nie przestanę
ale teraz koniec amen
kocham cię i nie przestanę
ale teraz koniec
amen.

                                      Maria Peszek
 
 
 

11 czerwca 2013

znów skończył się jeden dzień młodości. . .

Nagle drgnęła. Popatrzyła na wskazówki zegara i szybko zgarnęła robótkę. Znów skończył się jeden dzień młodości. Szyja wyprostowała się prawie niepostrzeżenie; miękka łagodność zniknęła w jednej chwili. Podniosła się i szybko podeszła do lustra. W .pokoju panował półmrok, paliła się tylko jedna cienka świeca. Śliczna twarz dziewczyny i pewnie zarysowana szyja wyłaniały się niby świetlany portret z ciemnego tła lustra. Pod czystą linią brwi oczy jej świeciły spokojnie i cicho jak gwiazdy. Łagodnie wykrojone usta miały stanowczy wyraz. Stała długi czas w tej niemej rozmowie ze sobą...

Trygve Gulbranssen (fragment powieści A lasy wiecznie śpiewają, 1933)
   
   
   

chłodnym tchnieniem wielkich lasów. . .

   Od tego dnia ojciec Dag regularnie odbywał małe wycieczki do lasu. Nigdy nie zapuszczał się daleko, szedł tylko kawałek drogi, po czym wyszukiwał sobie miejsce, gdzie mógł usiąść i skąd mógł mieć daleki widok na okolicę. Rozkoszował się chłodnym tchnieniem wielkich lasów, przynoszących ze sobą zapach sosnowych drzew i echo dalekich poszumów, a z nimi wspomnienia czasów, kiedy był jeszcze młody.
   Szukał czegoś w sobie samym, czegoś, co już dawno zatracił, a co — miał nadzieję — może odnajdzie tutaj, w lesie. Kiedyś, owych dawnych dni zawsze tak silnie odczuwał radość i strapienie, gniew, nienawiść i wstyd, i wszystkie więzy łączące go z rodziną, dworem i osiedlem. Tak, tego w sobie szukał — szukał człowieka. Ale szukał daremnie. Może wspomnienia owych dawnych leśnych wędrówek dopomogą mu trochę i sprawią, że te wyschnięte korzenie prawdziwego życia zakiełkują w nim na nowo. W rzeczy samej miał już uczucie, jak gdyby coś się w nim rodziło, co może nabrać sił i życia, jeśli tylko będzie powracał do owego świeżego i życiodajnego świata swej młodości.

Trygve Gulbranssen (fragment powieści A lasy wiecznie śpiewają, 1933)
   
   
   

dniem i nocą dolatywał stamtąd płacz i łkania. . .

   Żadne oko ludzkie nie mogło przeniknąć przepaścistych głębi po wschodniej stronie drogi. Przesłaniały je drzewa i krzaki oraz gęste podszycie. Z przepaści zaś dochodziły dniem i nocą dziwne tony. Niektórzy uważali, że było to szemranie i bulgotanie potoku, skrytego w cieniu głębokiego jaru, ale starzy wiedzieli lepiej... W całej okolicy mówiono o owej dolinie ze strachem. Żaden prawdziwy chrześcijanin nie śmiałby teraz tamtędy przechodzić. W dawnych czasach nieraz znaleźli się tacy przemądrzali, którzy odważyli się iść tamtą drogą o wieczornym zmierzchu. Nikt ich już potem więcej nie widział.
   Tak, starzy mieli coś do powiedzenia...
   Zhańbione dziewice, które same sobie lub swoim dzieciom odbierały życie, i inni nieszczęśliwi, którzy nie spoczywali w poświęconej ziemi — te wszystkie istoty zamieszkiwały przepaść Doliny Dziewicy. Dlatego to oko ludzkie nie mogło przeniknąć zalegających ją cieni, dlatego też dniem i nocą dolatywał stamtąd płacz i łkania.

Trygve Gulbranssen (fragment powieści A lasy wiecznie śpiewają, 1933)
   
   
   

nauczył się patrzeć na nich w sposób właściwy bogaczom. . .

Od wczesnej młodości Dag żywił nieufność do mieszkańców otwartej równiny i do wszystkich obcych ludzi. Uczucie to wzmocniło się i potem, gdy przyszło mu załatwiać z nimi sprawy pieniężne. Gdy chodziło o pieniądze, ludzie tak prędko ujawniali swój fałsz! Płaszczyli się przed nim, starając się równocześnie go oszukać. W rezultacie nauczył się patrzeć na nich w sposób właściwy bogaczom, którzy ze swego piedestału widzą człowieka zdegradowanego moralnie, upodlonego, nie dostrzegając, że jest on niejednokrotnie tylko ofiarą gorzkiej konieczności życiowej, jeśli nawet nie gorzej: łupem ich własnej chciwości.


Trygve Gulbranssen (fragment powieści A lasy wiecznie śpiewają, 1933)
   
   
   

10 czerwca 2013

tęcza, rozpięta szerokim, mieniącym się łukiem. . .

Deszcz przestał w końcu padać, a Dag stał ciągle jeszcze na tym samym miejscu. Był przemoczony aż do samej skóry, ale nie zdawał sobie z tego sprawy. Patrzał w stronę doliny, jak gdyby widział ją po raz pierwszy w życiu. Nawet teraz na jawie zachował tak żywe wspomnienie swego sennego widzenia, że oczekiwał niemal jego powtórzenia. Ale tylko szum, jak tęskne echo, dochodził do niego sponad leśnych wzgórz — pośród śmiertelnej niemal ciszy, jaka zapanowała po burzy. Czarna warstwa chmur rozdzieliła się z wolna na zachodzie. Słońce zdążające ku wieczorowi przecisnęło się przez szczelinę, śląc długie cienie od zachodniej grani gór wskroś zamilkłej wsi. Ostatnimi promieniami złociło wierzchołki najwyższych drzew, a na wschodzie oświetlało jeszcze dalekie stoki wzgórz. Ciemne i jasne pasma światłocieni odcinały się ostro od siebie, sprawiając złudzenie nieskończonej dali i nadając osiedlu dziwny i nieziemski wygląd. Na tle ponurych, ciemnych chmur na południu widniała tęcza, rozpięta szerokim, mieniącym się łukiem ponad lasami.

Trygve Gulbranssen (fragment powieści A lasy wiecznie śpiewają, 1933)
   
   
   

w mieście przywykł do nowych, obcych dźwięków. . .

W mieście przywykł do nowych, obcych dźwięków — do turkotu kół, odgłosu kroków na wybrukowanych ulicach i gwaru rozmów. Tu w domu, w rodzinnych stronach, koła inaczej zgrzytały, ludzie ciszej chodzili, w Bjórndal zaś niewiele i rzadko mówiono. W mieście wszystkie dźwięki były głośne i przenikliwe. Tak, w domu było inaczej; szczególnie zaś w lesie, gdzie panowała taka cisza. Odgłosy miasta jeszcze teraz tętniły mu w uszach. Był nimi zupełnie ogłuszony. Teraz, gdy znalazł się w lesie, odżyły w nim wszystkie zmysły. Uświadomił sobie tysiączne, najbardziej nikłe dźwięki lasu — tchnienie wiatru w jodłach, trzask gałązek, gwizd ptaków, odgłosy strumyków i wodospadów. Równocześnie trwała tak głęboka cisza, że słyszał bicie własnego serca. Teraz poczuł się znów u siebie i przyrzekł sobie, że już nigdy na tak długi czas nie wyjedzie.

Trygve Gulbranssen (fragment powieści A lasy wiecznie śpiewają, 1933)
   
   
   

09 czerwca 2013

adaptacja i adopcja szekspira. . .

FORTYNBRAS: (wchodzi - prowadzi
za rękę kuso ubraną Dziewicę)
pozwól Mamo, że Ci przedstawię
moją partnerkę
Wandę z Krakowa
nie chciała Niemca i rzuciła
się w nurty Wisły...

GERTRUDA: dziewce się nie dziwię
że woli Duńczyka, tuńczyk
też żłopie ale nie ma brzucha

HAMLET: (ściska i całuje Fortynbrasa)
witam Wandziu kłaniam się
nisko padam do nóżek całuję
rączki - widzę że koszula wyschła

                                   Tadeusz Różewicz
                                   (fragment parodii dramatycznej Adaptacja i adopcja Szekspira z tomu To i Owo, 2012)


  

08 czerwca 2013

sorry polsko. . .

gdyby była wojna
byłabym spokojna
nareszcie spokojna
wreszcie byłabym
nie musiałabym wybierać
ani myśleć jak tu żyć
tylko być
tylko być
po kanałach z karabinem
nie biegałabym
nie oddałabym ci polsko
ani jednej kropli krwi
sorry Polsko
sorry Polsko
sorry Polsko
wybacz mi
sorry Polsko
sorry Polsko
sorry Polsko
wybacz mi

sorry Polsko
sorry Polsko
sorry Polsko
wybacz mi
wystarczająco
przerażająco
jest żyć

płacę abonament
i za bilet płacę
chodzę na wybory
nie jeżdżę na gapę
tylko nie każ mi umierać
tylko nie każ nie każ mi
nie każ walczyć nie każ ginąć
nie chciej polsko mojej krwi
tylko nie każ mi wybierać
tylko nie każ, nie każ mi
nie każ walczyć
nie każ ginąć
nie chciej Polsko mojej krwi
sorry Polsko
sorry Polsko
sorry Polsko
nie każ mi
sorry Polsko
sorry Polsko
sorry Polsko
nie każ mi

sorry Polsko
sorry Polsko
sorry Polsko
wybacz mi
wystarczająco
przerażająco
jest żyć

lepszy żywy obywatel
niż martwy bohater

sorry Polsko
sorry Polsko
sorry Polsko
wybacz mi
wystarczająco
przerażająco
jest żyć

                         Maria Peszek
 
 
   

żywy. . .

Już tylko obejmujemy.
Obejmujemy żywego.
Susem już tylko serca
umiejąc go dopaść.

Ku zgorszeniu pajęczycy,
krewnej naszej po kądzieli,
on nie zostanie pożarty.

Pozwalamy jego głowie,
od wieków ułaskawionej,
spocząć na naszym ramieniu.

Z tysiąca bardzo splątanych powodów
mamy w zwyczaju
słuchać jak oddycha.

Wygwizdane z misterium.
Rozbrojone ze zbroi.
Wydziedziczone z żeńskiej grozy.

Czasem tylko paznokcie
błysną, drasną, zgasną.
Czy wiedzą,
czy choć mogą się domyslić,
jakiej fortuny są ostatnim srebrem?

On już zapomniał uciekać przed nami.
Nie zna, co to na karku
wielooki strach.

Wygląda,
jakby ledwie zdołał się urodzić.
Cały z nas.
Cały nasz.

Z błagalnym cieniem rzęsy
na policzku.
Z rzewnym strumykiem potu
między łopatkami.

Taki nam teraz jest
i taki zaśnie.
Ufny.
W uścisku przedawnionej śmierci.

                  Wisława Szymborska (z tomu Sto pociech, 1967)

  
  
  

06 czerwca 2013

tomasz mann. . .

Drogie syreny, tak musiało być,
kochane fauny, wielmożne anioły,
ewolucja stanowczo wyparła się was.
Nie brak jej wyobraźni, ale wy i wasze
płetwy z głębi dewonu, a piersi z aluwium,
wasze dłonie palczaste, a u nóg kopytka,
te ramiona nie zamiast, ale oprócz skrzydeł,
te wasze, strach pomyśleć, szkieletki - dwutworki
nie w porę ogoniaste, rogate z przekory
albo na gapę ptasie, te zlepki, te zrostki,
te składanki - cacanki, te dystychy
rymujące człowieka z czaplą tak kunsztownie,
że fruwa i nieśmiertelny jest, i wszystko wie
- przyznacie chyba same, że byłby to żart
i nadmiar wiekuisty, i kłopoty,
których przyroda mieć nie chce i nie ma.

Dobrze, że choć pozwala pewnej rybie latać
z wyzywającą wprawą. Każdy taki wzlot
to pociecha w regule, to ułaskawienie
z powszechnej konieczności, dar
hojniejszy, niż potrzeba, żeby świat był światem.

Dobrze, że choć dopuszcza do scen tak zbytkownych,
jak dziobak mlekiem karmiący pisklęta.
Mogłaby się sprzeciwić - i któż by z nas odkrył,
że jest obrabowany?

                                             A najlepsze to,
że przeoczyła moment, kiedy pojawił się ssak
z cudownie upierzoną watermanem ręką.

                                    Wisława Szymborska (z tomu Sto pociech, 1967) 
   
   
  

byli dobrymi przyjaciółmi — w każdej okoliczności życia. . .

— Chcę pojechać do miasta i tam zostać. Torę spojrzał szybko na twarz brata; była dziwnie blada. Zdjął go wielki, zimny strach. Dag musiał się tą sprawą przejąć więcej, niż mu się zdawało, a teraz gniewał się na niego za to, że nie spotkał się z oczekiwanym poparciem. I dlatego chciał pojechać do miasta i zostać tam...
Nie, nigdy — powiedział sobie Torę — nawet gdyby Dag na złość ludziom z równiny chciał wybudować własny kościół w Bjórndal, nigdy nie wolno im się pogniewać ze sobą. Co się z nim stanie, gdy Dag wyjedzie? Wprawdzie można było dalej żyć i jakoś przetrwać, ale z kim będzie rozmawiał i kogo się radził?
(...)
Torę i Dag byli dobrymi przyjaciółmi — w każdej okoliczności życia.

Trygve Gulbranssen (fragment powieści A lasy wiecznie śpiewają, 1933)
   
   
   

słowa żyją i wędrują. . .

Słowa wędrują od człowieka do człowieka, do niewiast, do wszelkich gadatliwych istot. Słowa żyją i wędrują coraz dalej, dopóki nie dotrą tam, gdzie wyrządzają zło.

Trygve Gulbranssen (fragment powieści A lasy wiecznie śpiewają, 1933)
   
   
   

ze wzrokiem wpatrzonym w obraz słońca na płomiennym niebie. . .

Do duszy jego wsączyła się trucizna. Na nienawiść tę odpowiedział owej nocy straszliwym, żywiołowym gniewem, a twarz skamieniała mu od zaciętości. I oto teraz, ze wzrokiem wpatrzonym w obraz słońca na płomiennym niebie, ten jasny młodzian o pogodnej duszy i łagodnych, błyszczących oczach stał się zimnym i zamkniętym w sobie człowiekiem.

Trygve Gulbranssen (fragment powieści A lasy wiecznie śpiewają, 1933)
   
   
   

stara jak świat. . .

Zazdrość jest niemal tak stara jak świat i w sercach ludzkich znajduje chętne przyjęcie.

Trygve Gulbranssen (fragment powieści A lasy wiecznie śpiewają, 1933)
   
   
   

wdzięczność świata. . .

Czy teraz na równinie spoglądano innym wzrokiem na ludzi z osiedla leśnego na północy? Należałoby tak przypuszczać. Niestety, ludzie na ogół są niewdzięczni, a mieszkańcy równiny bynajmniej nie lepsi. Zostali upokorzeni odwagą tego człowieka z północy, który nie wahał się oddać nawet życia po to, aby pokonać zwierzę, opętane przez diabła. Tak, u ludzi małostkowych wstyd budzi nienawiść. Niebawem zapomniano na równinie o odwadze, a z tego samego wstydu zrodziły się zawiść i oszczerstwa przeciwko wszystkiemu, co pochodziło z północy. Następne pokolenia opowiadały to zdarzenie z różnymi dodatkami. Tych z Bjórndal okrzyczano jako grabarzy zwierząt i grabarzy ludzi.
Taka jest wdzięczność świata.

Trygve Gulbranssen (fragment powieści A lasy wiecznie śpiewają, 1933)
   
   
   

ku jasnemu niebu. . .

Patrzyli na ciemne zabudowania o dachach porosłych gęstą trawą, na wyłaniający się za nimi las i skały, które wznosiły się ku jasnemu niebu sine i pełne surowej dzikości. Wyglądały groźnie i ciężko, jak gdyby zamierzały zmiażdżyć sobą dom i ludzi.

Trygve Gulbranssen (fragment powieści A lasy wiecznie śpiewają, 1933)
   
   
   

śpiewał swą starą baśń, niosąc ją poprzez górskie wzniesienia. . .

Jednak istnieje także północ. A na północ od otwartej równiny las pozostał nietknięty. Majestatyczny i ciemny, śpiewał swą starą baśń, niosąc ją poprzez górskie wzniesienia ku nieskończonym przestrzeniom północy.

Trygve Gulbranssen (fragment powieści A lasy wiecznie śpiewają, 1933)