14 lipca 2022

zburzyć zraków!. . .

I dopieroż Młodziakowa z satysfakcją, z gotowością, w to jej graj:

— Epoka, profesorze, epoka! Nie zna pan współczesnego pokolenia. Głębokie przemiany. Wielka rewolucja obyczajowa, ten wiatr, który burzy, podziemne wstrząsy, a my na nich. Epoka! Wszystko trzeba przebudować od nowa! Zburzyć w ojczyźnie wszystkie miejsca stare, pozostawić tylko młode miejsca, zburzyć Kraków!

— Kraków! — wykrzyknął Pimko.


Witold Gombrowicz (Ferdydurke, 1937)

   

   

   

i kult łydki. szatańska część ciała!. . .

 — Nogi — podniecał do nowoczesności — nogi, znam was, znam wasze sporty, obyczaj nowego zamerykanizowanego pokolenia, wolicie nogi niż ręce, dla was nogi najważniejsze, łydki! Kultura ducha dla was niczym, tylko łydki. Sporty! łydki, łydki — pochlebiał mi strasznie — łydki, łydki, łydki! I tak jak na pauzie podsunął szkolarzom problem niewinności, który ich rozjątrzył i zwiększył stokrotnie niedojrzałość, tak teraz mnie podsuwał łydki nowoczesne. A ja z przyjemnością słucham, jak łączy me łydki z łydkami pokolenia, i czuję już okrucieństwo młodości wobec starych łydek! I było w tym jakieś koleżeństwo łydek z pensjonarką, plus tajne rozkoszne porozumienie łydczane, plus patriotyzm nogi, plus zuchwalstwo łydki młodej, plus poezja nogi, plus młodzieńcza duma łydczana i kult łydki. Szatańska część ciała! Nie potrzebuję dodawać, że wszystko działo się cicho na tyłach pensjonarki, która stała w oknie na łydkach swoich rówieśnych i skubała skórę, niczego się nie domyślając.

Witold Gombrowicz (Ferdydurke, 1937)

   

   

   

a tobą nie ma nic, tylko ja jestem przy tobie. . .

     — Do pensjonarki! — krzyknął. — Do pensjonarki' Do młodości! Do Miedziaków! Wsadził mię w dorożkę i uwiózł do pensjonarki kłusem przez rojne ulice, pełne pojazdów, ludzi, śpiewu ptasząt.

    — Jedźmy, jedźmy, czemu się oglądasz, za tobą nie ma nic, tylko ja jestem przy tobie. I  ściskając mi rękę mruczał, cały ośliniony:

    — Do pensjonarki, do pensjonarki nowoczesnej! Już tam pensjonarka potrafi zakochać go w młodości! Już tam Młodziakowie potrafią go zdrobnić! Już tam pupę mu zrobią doskonałą! Cu, cu, cu! — zawołał, aż koń zaczął wierzgać, a dorożkarz zasiadł się na koźle plecami do Pimki z bezmierną pogardą ludu. Pimko siedział jednak w sposób najzupełniej absolutny.


Witold Gombrowicz (Ferdydurke, 1937)

   

   

   

wyższa istota kluska. . .

Doktor i mistrz Analizy rzekł:

— Kluski!

Syntetolog odpowiedział:

— Klusek! 

Anty-Filidor zaryczał:

— Kluski, kluski, czyli kombinacja mąki, jaj i wody! 

Filidor zaś odparował momentalnie:

— Klusek, czyli wyższa istota Kluska, sam najwyższy Klusek!


Witold Gombrowicz (Ferdydurke, 1937)

   

   

   

inne słowa równie nieistotne, wygłaszane na lekcjach przez nauczycieli. . .

 Rozdział IV


PRZEDMOWADO FILIDORA DZIECKIEM PODSZYTEGO


    Zanim podejmę dalszy ciąg tych prawdziwych wspomnień, pragnę tytułem dygresji zamieścić w następnym rozdziale opowiadanie pod nazwą Filidor dzieckiem podszyty. Widzieliście, jak złośliwie dydaktyczny Pimko mnie upupił; widzieliście idealistyczne zakamarki inteligenckiej młodzieży naszej, niemożność życia, rozpacz dysproporcji, żałość sztuczności, ponurość nudy, śmieszność fikcji, mękę anachronizmu, szaleństwo pupy, twarzy oraz innych części ciała. Słyszeliście słowa, słowa, słowa ordynarne, walczące ze słowami wzniosłymi i inne słowa równie nieistotne, wygłaszane na lekcjach przez nauczycieli — i byliście niemymi świadkami, jak rzecz złożona ze słów nieistotnych skończyła się podle cudacznym grymasem. Tak już w zaraniu młodości człowiek wsiąka we frazes i w grymas. W takiej kuźni wykuwa się dojrzałość nasza.


Witold Gombrowicz (Ferdydurke, 1937)

   

   

   

nie ma to jak szkoła, gdy chodzi o wdrożenie uwielbienia. . .

 — Nic. A cóż z nogami? Machać? I cóż z tego? Po kwadransie sam Gałkiewicz zajęczał, że dosyć, że już uznaje, że uchwycił, że cofa, zgadza się, przeprasza i może.

— A widzi Gałkiewicz?! Nie ma to jak szkoła, gdy chodzi o wdrożenie uwielbienia dla wielkich geniuszów!


Witold Gombrowicz (Ferdydurke, 1937)

   

   

   

tylko prawdziwie niemiły pedagog zdoła wszczepić w uczniów tę miłą niedojrzałość, tę sympatyczną nieporadność i niezręczność, tę nieumiejętność życia. . .

 — To najtęższe głowy w stolicy — odparł dyrektor — żaden z nich nie ma jednej własnej myśli; jeśliby zaś i urodziła się w którym myśl własna, już ja przegonię albo myśl, albo myśliciela. To zgoła nieszkodliwe niedołęgi, nauczają tylko tego, co w programach, nie, nie postoi w nich myśl własna. —Pupa, pupa — rzekł Pimko — widzę, że oddaję mego Józia w dobre ręce. Bo niema nic gorszego od nauczycieli osobiście sympatycznych, zwłaszcza jeśli przypadkiem mają osobiste zdanie. Tylko prawdziwie niemiły pedagog zdoła wszczepić w uczniów tę miłą niedojrzałość, tę sympatyczną nieporadność i niezręczność, tę nieumiejętność życia, które cechować winny młodzież, by stanowiła obiekt dla nas, rzetelnych pedagogów z powołania. Tylko za pomocą odpowiednio dobranego personelu zdołamy wtrącić w zdziecinnienie cały świat, a — Tsss, tsss, tsss — odparł dyrektor Piórkowski ciągnąc go za rękaw — pewnie, pupa, ale ciszej, nie trzeba o tym zbyt głośno.


Witold Gombrowicz (Ferdydurke, 1937)

   

   

   

ta sensacja, gdy malejecie w kimś. . .

    Czy znana wam jest ta sensacja, gdy malejecie w kimś? Ach, maleć w ciotce to coś przedziwnie nieprzyzwoitego, lecz maleć w wielkim belfrze zdawkowym jest szczytem nieprzyzwoitej małości. I zauważyłem, że belfer jak krowa pasie się moją zielonością. Przedziwne uczucie — gdy zieloność twoją belfer skubie na łące, a jednak w mieszkaniu, siedząc na krześle i czytając — jednak skubie i pasie się. Coś okropnego działo się ze mną, lecz poza mną coś głupiego, coś bezczelnie irrealnego. — Duch! — krzyknąłem. — Ja! Duch! Nie autorek! Duch! Sam żywy! Ja! — Lecz on siedział, a siedząc siedział i siedział jakoś tak siedząc, tak się zasiedział w siedzeniu swoim, tak był absolutny w tym siedzeniu, że siedzenie, będąc skończenie głupim, było jednak zarazem przemożnej I zdjąwszy z nosa binokle przetarł je chusteczką, po czym nałożył na nos, a nos był czymś nie do zwalczenia. Był to nos nosowy, zdawkowy i banalny, belfrowaty, długi dosyć, złożony z dwu rurek równoległych, ostatecznych. I rzekł:

— Jaki duch znowu? 

Krzyknąłem:— Mój!

On zapytał wówczas:

— Swojski? Ojczysty?

— Nie swojski, a swój!

— Swój? — zagadnął dobrotliwie. — Mówimy o swoim duchu? A czy znany nam jest przynajmniej duch króla Władysława? — I siedział. Jaki król Władysław? Byłem jak pociąg przewekslowany niespodzianie naboczny tor króla Władysława. Zahamowałem i otworzyłem usta uprzytomniwszy sobie, że nie znam ducha króla Władysława.— A ducha dziejów znamy? A ducha cywilizacji helleńskiej? A ducha galijskiej, ducha umiaru i dobrego smaku? A ducha nikomu prócz mnie nie znanego sielankopisarza z XVI wieku, który pierwszy użył wyrażenia „pępek"? A ducha języka? Jak się mówi: ,,wykonywa", czy też „wykonuje"? Pytanie zaskoczyło mnie. Sto tysięcy duchów przydusiło nagle mego ducha, bąknąłem, że nie wiem, on zaś spytał, co mi jest wiadomo o duchu Kasprowicza i jaki był stosunek poety do chłopów, po czym zapytał jeszcze o pierwszą miłość Lelewela. Chrząknąłem i rzuciłem ukradkowo wzrokiem na paznokcie — paznokcie były czyste, ściągaczki nie było. Wówczas obejrzałem się — jakbym oczekiwał, że ktoś mi podpowie. Ale z tyłu przecież nikogo niebyło. Sen mara, Bóg wiara. Co się dzieje? Boże! Czym prędzej przywróciłem głowę do zwykłej pozycji i spojrzałem na niego, ale wzrok był nie mój, był to wzrok spode łba, dziecinny i przepojony żakowską nienawiścią. Chwyciła mię niewłaściwa i anachroniczna chętka — trafić nauczyciela w sam nos papierową kulką.


Witold Gombrowicz (Ferdydurke, 1937)

   

   

   

niech kształt mój rodzi się ze mnie, niech nie będzie zrobiony mi!. . .

 Ach, stworzyć formę własną! Przerzucić się na zewnątrz! Wyrazić się! Niech kształt mój rodzi się ze mnie, niech nie będzie zrobiony mi! Wzburzenie pcha mnie do papieru. Wyciągam papier z szuflady i oto poranek nastaje, słońce zalewa pokój, służąca wnosi ranną kawę i bułeczki, a ja pośród form błyszczących i cyzelowanych zaczynam pisać pierwsze stronice dzieła mojego własnego, takiego jak ja, identycznego ze mną, wynikającego wprost ze mnie, dzieła suwerennie przeprowadzającego własną rację moją przeciw wszystkiemu i wszystkim, [...]


Witold Gombrowicz (Ferdydurke, 1937)

   

   

   

skrzywienie warg, maskujące napięcie lęku. . .

    Tym razem nie był to sen — naprawdę pod piecem stał sobowtór. Spostrzegłem jednak, że boi się jeszcze bardziej ode mnie; stał z głową pochyloną, ze wzrokiem opuszczonym, z rękami wzdłuż boków — lęk jego dodał mi odwagi. Ukradkiem spod kołdry patrzyłem jakby nie na siebie i widziałem tę twarz, która była moją i nie moją. Wyłamała się ona z głębokiej i ciemnej zieleni, sama zielona jaśniej — to oblicze, które nosiłem na sobie. Oto nos mój... oto moje usta... oto uszy moje, dom mój. Witajcie, znajome kąty! Jak znajome! Jak znałem to skrzywienie warg, maskujące napięcie lęku. Oto kąciki ust — oto podbródek —ucho, które ongi naderwał mi Zdziś — znaki i symptomy dwojakich wpływów, twarz, którą dwie siły, zewnętrzna i wewnętrzna, utarły pomiędzy sobą. Było to moje — czy też to ja tym byłem — czy też było to cudze — a ja tym byłem jednak.

Nagle wydało mi się nieprawdopodobne, żebym to miał być ja. Jak w lustrze, gdy się ujrzymy niespodzianie przez chwilę nie jesteśmy pewni, czy to my, tak też zdziwiła mnie i obraziła zaskakująca konkretność tego kształtu


Witold Gombrowicz (Ferdydurke, 1937)

   

   

   

albo wiersze pisać i poetą stać się i wierzyć. . .

Dlaczegóż nie każdemu dozwolono napisać jeszcze jedną powieść o miłości albo w ciężkich bólach rozdrapać jakąś społeczną bolączkę i zostać Bojownikiem sprawy uciśnionych? Albo wiersze pisać i Poetą stać się i wierzyć „w świetlaną przyszłość poezji"? Utalentowanym być i duchem swym karmić i podnosić szerokie rzesze duchów nieutalentowanych? A, cóż za przyjemność dręczyć się i męczyć, poświęcać i spalać w ofierze, lecz zawsze w zakresie wyższym, w kategoriach tak wysublimowanych, tak — dorosłych.


Witold Gombrowicz (Ferdydurke, 1937)

   

   

   

nie jesteśmy samoistni, jesteśmy tylko funkcją innych ludzi. . .

Zaprawdę, w świecie ducha odbywa się gwałt permanentny, nie jesteśmy samoistni, jesteśmy tylko funkcją innych ludzi, musimy być takimi, jakimi nas widzą, a już moją osobistą klęską było, że z jakąś niezdrową rozkoszą uzależniałem się najchętniej od niedorostków, wyrostków, podlotków oraz ciotek kulturalnych. A, ciągle, ciągle mieć na karku ciotkę — być naiwnym dlatego, iż ktoś naiwny sądzi, że jesteś naiwny— być głupim dlatego, że głupi ma cię za głupiego — być zielonym dlatego, że ktoś niedojrzały zanurza cię i kąpie we własnej zieleni — a, toż można by oszaleć, gdyby nie słówko „a", które jakoś żyć pozwala! Ocierać się o ten świat wyższy i dorosły i nie móc dostać się do niego, być o krok od dystynkcji, elegancji, rozumu, powagi, od sądów dojrzałych, od wzajemnego uznania, hierarchii, wartości i jeno przez szybę lizać te cukierki, nie mieć dojścia do tych spraw, być dodatkowym. Obcować z dorosłymi i wciąż, jak w szesnastu latach, mieć wrażenie, że się jedynie udaje dorosłego? Udawać pisarza i literata, parodiować styl literacki i dojrzałe, wyszukane zwroty?


Witold Gombrowicz (Ferdydurke, 1937)

   

   

   

jednym znaczny, drugim ledwie dostrzegalny. . .

I nieraz, wychodząc z miejsc świątynnych i wspaniałych, gdziem był fetowany mile poważaniem, spotykałem na ulicy jakąś inżynierową albo pensjonarkę, które poufale traktowały mię jak swego, jak niedojrzałego pobratymca i swojaka, klepały po ramieniu i wołały: — Serwus, Józiek, ty głupi, ty — ty niedojrzały! — I tak jednym byłem mądry, drugim głupi, jednym znaczny, drugim ledwie dostrzegalny, jednym pospolity, drugim arystokratyczny. Rozpięty pomiędzy wyższością i niższością, spoufalony zarówno z tym i z tamtym, poważany i lekceważony, pyszny i wzgardzony, zdolny i niezdolny, jak popadnie, jak się ułoży sytuacja! Życie moje stało się odtąd rozdarte bardziej, niż było za dni spędzanych w zaciszu domowym. Inie wiedziałem, czyj jestem — czy tych, co mnie cenią, czy tych, co nie cenią mnie.


Witold Gombrowicz (Ferdydurke, 1937)

   

   

   

człowiek jest najgłębiej uzależniony od swego odbicia w duszy drugiego człowieka, chociażby ta dusza była kretyniczna ... odi profanum vulgus. . .

    Wspomnienia! Przekleństwem ludzkości jest, iż egzystencja nasza na tym świecie nie znosi żadnej określonej i stałej hierarchii, lecz że wszystko ciągle płynie, przelewa się, rusza i każdy musi być odczuty i oceniony przez każdego, a pojęcie o nas ciemnych, ograniczonych i tępych jest nie mniej doniosłe niż pojęcie bystrych, światłych i subtelnych. Gdyż człowiek jest najgłębiej uzależniony od swego odbicia w duszy drugiego człowieka, chociażby ta dusza była kretyniczna. I stanowczo przeczę zdaniu tych moich kolegów po piórze, którzy w odniesieniu do opinii tępych przyjmują postawę arystokratyczną i wyniosłą głosząc, że odi profanum vulgus. Cóż to za tani, uproszczony sposób uchylania się rzeczywistości, jakże nędzna ucieczka w kłamaną wyniosłość! Wręcz przeciwnie, twierdzę, że im bardziej opinia jest tępa i ciasna, tym bardziej jest dla nas ważka i paląca, zupełnie tak samo, jak ciasny trzewik dotkliwiej daje się we znaki niż trzewik dobrze dopasowany do nogi. O, te sądy ludzkie, ta otchłań sądów i opinii o twoim rozumie, sercu, charakterze, o wszystkich szczegółach twej organizacji — otwierająca się przed śmiałkiem, który swoje myśli ubrał drukiem i puścił między ludzi na papierze, o, papier, papier, druk, druk!


Witold Gombrowicz (Ferdydurke, 1937)

   

   

   

bądź że ... ale niech będzie wiadomo...

     [...]— byłem niczym— a rówieśnicy, którzy już się pożenili oraz pozajmowali określone stanowiska, nie tyle wobec życia, ile po rozmaitych urzędach państwowych, odnosili się do mnie z uzasadnioną nieufnością. Ciotki moje, te liczne ćwierćmatki doczepione, przyłatane, ale szczerze kochające, już od dawna usiłowały na mnie wpływać, abym się ustabilizował jako ktoś, a więc jako adwokat albo jako biuralista —nieokreśloność moja była im niezwykle przykra, nie wiedziały, jak rozmawiać zemną nie wiedząc, kim jestem, co najwyżej marniały tylko.

    — Józiu — mówiły pomiędzy jednym mamlęciem a drugim — czas najwyższy, dziecko drogie. Co ludzie powiedzą? Jeżeli nie chcesz być lekarzem, bądź że przynajmniej kobieciarzem lub koniarzem, ale niech będzie wiadomo... niech będzie wiadomo...

    I słyszałem, jak jedna szeptała do drugiej, że jestem niewyrobiony towarzysko i życiowo, po czym znowu zaczynały mamiąc umęczone próżnią, jaką tworzyłem im w głowie. W istocie, stan ten nie mógł trwać wiecznie. Wskazówki zegara natury były nieubłagane i stanowcze. Gdy ostatnie zęby, zęby mądrości, mi wyrosły, należało sądzić — rozwój został dokonany, nadszedł czas nieuniknionego mordu, mężczyzna winien zabić nieutulone z żalu chłopię, jak motyl wyfrunąć, pozostawiając trupa poczwarki, która się skończyła. Z tumanu, z chaosu, z mętnych rozlewisk, wirów, szumów, nurtów, ze trzcin i szuwarów, z rechotu żabiego miałem się przenieść pomiędzy formy klarowne, skrystalizowane — przyczesać się, uporządkować, wejść w życie społeczne dorosłych i rajcować z nimi. 

    Jakże! Próbowałem już, usiłowałem — i śmieszek mną wstrząsał na myśl o rezultatach próby. Aby się przyczesać i w miarę możności wyjaśnić, przystąpiłem do napisania książki — dziwne, lecz mi się zdawało, że moje wejście w świat nie może obyć się bez wyjaśnienia, choć nie widziano jeszcze wyjaśnienia, które by nie było zaciemnieniem.

Witold Gombrowicz (Ferdydurke, 1937)

   

   

   

stanu posiadania. . .

Zbudziłem się w śmiechu i w strachu, bo mi się zdawało, że taki, jak jestem dzisiaj, po trzydziestce, przedrzeźniam i wyśmiewam sobą niewypierzonego chłystka, jakim byłem, a on znowu przedrzeźnia mnie — i równym prawem — że obaj jesteśmy sobą przedrzeźniani. Nieszczęsna pamięci, która każesz wiedzieć, jakimi drogami doszliśmy do obecnego stanu posiadania!

Witold Gombrowicz (Ferdydurke, 1937)

   

   

   

to lęk nieistnienia, strach niebytu, niepokój nieżycia, obawa nie-rzeczywistości, krzyk biologiczny. . .

    We wtorek zbudziłem się o tej porze bezdusznej i nikłej, kiedy właściwie noc się już skończyła, a świt nie zdążył jeszcze zacząć się na dobre. Zbudzony nagle, chciałem pędzić taksówką na dworzec, zdawało mi się bowiem, że wyjeżdżam — dopiero w następnej minucie z biedą rozeznałem, że pociąg dla mnie na dworcu nie stoi, nie wybiła żadna godzina. Leżałem w mętnym świetle, a ciało moje bało się nieznośnie, uciskając strachem mego ducha, duch uciskał ciało i każda najdrobniejsza fibra kurczyła się w oczekiwaniu, że nic się niestanie, nic się nie odmieni, nic nigdy nie nastąpi i cokolwiek by się przedsięwzięło, nie pocznie się nic i nic. Był to lęk nieistnienia, strach niebytu, niepokój nieżycia, obawa nie-rzeczywistości, krzyk biologiczny wszystkich komórek moich wobec wewnętrznego rozdarcia, rozproszenia i rozproszkowania. Lęk nieprzyzwoitej drobnostkowości i małostkowości, popłoch dekoncentracji, panika na tle ułamka, strach przed gwałtem, który miałem w sobie, i przed tym, który zagrażał od zewnątrz — a co najważniejsza, ciągle mi towarzyszyło, ani na krok nie odstępując, coś, co bym mógł nazwać samopoczuciem wewnętrznego, między cząsteczkowego przedrzeźniania i szyderstwa, wsobnego prześmiechu rozwydrzonych części mego ciała i analogicznych części mego ducha.


Witold Gombrowicz (Ferdydurke, 1937)

   

   

   

13 lipca 2022

jest w byciu obcym coś pociągającego. . .

 [...]skupiliśmy się na tym trzymaniu jak Ślepcy, wbrew smutkowi i zacinającemu deszczowi, który nas smagał. Parliśmy do tego płaszcza Jakubowego, każdy chciał go potrzymać choć chwilę, więc zmienialiśmy się całą drogę z cmentarza do pałacu. Ludzie ustępowali przed nami, dziwacznymi niczym owady, ludźmi o twarzach mokrych od łez. Któż to jest? szeptali, gdy wąskimi uliczkami miasta zdążaliśmy do pałacu, trzymając się Jakubowego płaszcza. Im bardziej byli nami zdziwieni, im dziwniej na nas patrzyli, tym było lepiej. Oddzielaliśmy się od nich naszą rozpaczą, naszą żałobą. Znów byliśmy inni. I tak miało być. Jest w byciu obcym coś pociągającego, w czym się można rozsmakować, co wydaje się jak słodycz. Dobrze jest nie rozumieć języka, nie rozumieć zwyczajów, sunąć jak duch pomiędzy innymi, którzy są dalecy i nierozpoznawalni. Wtedy budzi się szczególna mądrość — umiejętność domysłu, chwytania spraw nieoczywistych. Budzą się też wówczas bystrość i przenikliwość. Człowiek, który jest obcy, zyskuje nowy punkt widzenia, staje się, chcąc nie chcąc, swoistym mędrcem. Kto nam wszystkim wmówił, że być swoim jest tak dobrze i tak wspaniale? Tylko obcy naprawdę rozumie, czym jest Świat.


Olga Tokarczuk (Księgi Jakubowe, 2014)
   
   
   

o czym się nie mówi, przestaje istnieć. . .

    Pinkas jest głęboko przekonany, że rację ma stara tradycja ojców,   sprawach związanych z Szabłajem Cwi nic nie mówić; ani dobrze, ani źle; ani przeklinać, ani błogosławić. Coś, o czym się nie mówi, przestaje istnieć. Kontempluje tę mądrość, siedząc na trzęsącej się furze przykrytej płachtą barchanu. Oto jak wielka jest siła słowa: tam gdzie go zabraknie, znika świat. Obok niego siedzą jakieś wystrojone chłopki, wygląda, że jadą na wesele, i dwoje starszych Żydów, on i ona. Zaczepiają go nieśmiało, ale Pinkasowi nie spieszy się do rozmowy.

    Po co mówić? Gdyby chcieć się kogoś pozbyć ze świata, to nie za pomocą miecza ani ognia, ani żadnego gwałtu. Trzeba o tym kimś milczeć, nigdy nie nazywać go po imieniu. W ten sposób sczeźnie na zawsze w nie-pamięci. A każdemu, kto by się chciał o niego dopytywać, trzeba pogrozić cheremem.


Olga Tokarczuk (Księgi Jakubowe, 2014)
   
   
   

świat bowiem został stworzony ze słowa. . .

    Największą moc mają jednak nie czyny cielesne, lecz te, które wiążą się ze słowem, świat bowiem został stworzony ze słowa i jego fundamenty są ze słów. Największym więc Cudzym Uczynkiem, Aktem Wyjątkowym — jest wypowiedzenie głośno Imienia Boga Szem ha-Meforasz.

Olga Tokarczuk (Księgi Jakubowe, 2014)
   
   
   

podnieca go to, że ... mokradła pachną rozkładem i mułem. . .

    Lecz Jankiel z Glinna okazuje się raczej odporny na wszystkie te argumenty. Taki jest — nigdy nie podchodzi zbyt blisko, lecz stoi raczej z boku ot, nie słucha nauk, ale tak sobie odpoczywa oparty o drzewo, o framugę drzwi, jakby właśnie wychodził i tylko na chwilę przystanął. Przygląda się. Od śmierci żony minęły już dwa lata i teraz on, rabin żyjący samotnie w biednym Glinnie, przeżywa niepokoje z powodu pewnej chrześcijanki, kobiety starszej od niego, guwernantki we dworze pod Buskiem. Spotkali się przypadkiem. Kobieta siedziała na brzegu rzeki i moczyła nogi w wodzie. Była naga. Gdy zobaczyła Jankiela, powiedziała po prostu: „Chodź tu". 

    A on jak zwykle, kiedy jest zdenerwowany, zrywa źdźbło trawy i wkłada ją między zęby — wierzy, że to mu dodaje pewności siebie. Teraz wie, iż powinien odwrócić się na pięcie i zniknąć sprzed oczu tej gojki, ale nie może oderwać wzroku od jej białych ud i nagle ogarnia go tak wielkie pożądanie, że traci rozum. I jeszcze podnieca go to, że są osłonięci trzcinami wysokimi jak ściany i że mokradła pachną rozkładem i mułem. Każda najmniejsza cząsteczka upalnego powietrza wydaje się nabrzmiała, pełna i soczysta jak wiśnia, zaraz pęknie i sok wyleje się na skórę. Będzie burza. 

    Nieśmiało kuca przy kobiecie, widzi, że jest już nie pierwszej młodości— jej piersi, pełne i białe, ciążą ku ziemi, jej brzuch, lekko wystający, ze znamieniem pępka, przecina w poprzek delikatna linia odgnieciona Od spódnicy. Chce coś powiedzieć, ale nie znajduje żadnych słów po polsku stosownych w takiej sytuacji. A zresztą co miałby powiedzieć? Tymczasem jej ręka wyciąga się pierwsza w jego stronę, najpierw sunie po łydce, udzie i muska krocze, a potem dotyka rąk i twarzy, gdzie palce bawią się jego brodą. Potem łagodnie, naturalnym ruchem, kobieta kładzie się na plecy, i rozsuwa nogi. Jakub, prawdę mówiąc, nie wierzy, iżby mógł istnieć ktoś kto by na jego miejscu zawrócił. Doznaje krótkiej, nieprawdopodobnej rozkoszy i leżą tak, nadal bez słowa. Ona głaszcząc go po plecach, ich rozgrzane ciała są Zlepione potem. 

    Umawiają się jeszcze kilka razy w tym samym miejscu, a kiedy nadchodzi jesień i robi się zimno, ona już. nie przychodzi, dzięki czemu Jankiel Glinna nie popełnia już więcej strasznego grzechu, za co jest jej wdzięczny, Lecz za to ogarniają go niczym nieukojona tęsknota oraz wielki żal, które nie pozwalają mu się na niczym skupić. Uświadamia sobie, że jest nieszczęśliwy.

Olga Tokarczuk (Księgi Jakubowe, 2014)
   
   
   


matka umiera. . .

    W pewien upalny dzień obudziłem się wczesnym rankiem z pragnienia, wstałem więc, by zejść do kuchni, gdzie zawsze stała konewka świeżej wody. Po drodze musiałem przejść przez sypialnię rodziców, gdzie usłyszałem dziwny jęk matki. Zbliżyłem się do jej łóżka, ona jednak nie patrzyła na mnie i mi nie odpowiadała, tylko postękiwała sucho i trwożliwie, mrugając powiekami, sino blada na twarzy. Nie przeraziło mnie to szczególnie, chociaż się nieco zaniepokoiłem. Ale po chwili ujrzałem jej dłonie spoczywające na pościeli, spokojne jak śpiące rodzeństwo. To po nich poznałem, że moja matka umiera, były bowiem śmiertelnie zmęczone i bezwolne takich rąk nie ma żaden żywy człowiek. Zapomniałem o pragnieniu, ukląkłem przy łóżku, położyłem dłoń na czole chorej i szukałem jej spojrzenia. Gdy zatrzymało się na mnie, było dobre i wolne od cierpienia, ale bliskie zgaśnięcia. Nie przyszło mi do głowy, że powinienem obudzić ojca, który spał obok, głośno oddychając. Przeklęczałem tak blisko dwie godziny, przyglądając się, jak moja matka odchodzi. Oddawała się śmierci cicho, z powagą i dzielnie, jak na nią przystało, dając mi piękny przykład.

    Cisza panowała w izdebce, którą z wolna wypełniała jasność budzącego się świtu; i w domu, i we wsi wszyscy jeszcze spali, a ja miałem dość czasu, aby w myślach odprowadzić duszę umierającej, poszybować wraz z nią ponad domem, wsią, jeziorem i ośnieżonymi szczytami aż po chłodny, otwarty bezkres czystego porannego nieba. Udręki odczuwałem niewiele, ponieważ pełen byłem zdumienia i respektu, że dane jest mi widzieć, jak rozwiązuje się wielka zagadka i jak pierścień życia zamyka się z delikatnym drżeniem. Również pełne pokory męstwo odchodzącej było tak wzniosłe, że z jego gorzkiej chwały jeden orzeźwiająco jasny promień przeniknął także do mojej duszy. Nie docierało do mnie, że obok śpi ojciec, że nie ma księdza i że ani sakrament, ani modlitwa nie towarzyszą swą uświęcającą mocą duszy powracającej do domu. Czułem jedynie przejmujące dreszczem tchnienie wieczności przepływające przez rozwidniającą się izbę i łączące się z moją najgłębszą istotą.

    W ostatniej chwili, kiedy jej oczy już zgasły, pierwszy raz w życiu pocałowałem zimne, zwiędłe usta mojej matki. Obcy chłód tego dotyku przejął mnie nagłą grozą; usiadłem na skraju łóżka i poczułem, jak powoli i z ociąganiem spływa mi jedna duża łza za drugą po policzkach, brodzie i rękach.

Hermann Hesse (Peter Camenzind, 1904)

   

   

    


ach, chmury, te. . .

 Mają kształt szczęśliwych wysp i postać błogosławiących aniołów, przypominają wygrażające dłonie, łopoczące żagle, sznury żurawi. Unoszą się między bożym niebem a nędzną ziemią niby piękne alegorie wszelkich ludzkich tęsknot, przynależne im obu sny ziemi, w których tuli ona swą zbrukaną duszę do czystego nieba. Chmury są wiecznym symbolem wszelkiej wędrówki, wszelkich poszukiwań, pragnień i tęsknoty za domem. I tak jak one bojaźliwie, tęsknie i butnie wiszą między ziemią a niebem, tak dusze ludzkie zawisły bojaźliwie, tęsknie i butnie między czasem a wiecznością.

    Ach, chmury, te piękne, szybujące w dal, niepowstrzymanie sunące obłoki! Byłem nieświadomym niczego dzieckiem, kochałem je, przyglądałem się im i nie wiedziałem, że także ja przepłynę jak chmura przez życie— wędrując, wszędzie obcy, zawieszony między czasem a wiecznością. Od dziecinnych lat były mi one drogimi przyjaciółkami i siostrami. Nie potrafię przejść przez ulicę, żebyśmy nie skinęli, nie pozdrowili się nawzajem i niezastygli na chwilę wpatrzeni w siebie. Nie zapomniałem także, czego się o nich wtedy nauczyłem: o ich kształtach, kolorach, orszakach, igraszkach, korowodach, tańcach i chwilach wytchnienia oraz ile poznałem ich dziwnych ziemsko-niebiańskich opowieści.

Hermann Hesse (Peter Camenzind, 1904)

   

   

    

milczące sosny. . .

 Nasi mężczyźni i kobiety byli podobni do nich — twardzi, poorani zmarszczkami i małomówni, najlepsi z nich mówili najmniej. Dlatego nauczyłem się patrzeć na ludzi jak na drzewa i skały, zastanawiać się nad nimi oraz szanować ich nie mniej i kochać nie bardziej niż milczące sosny.

Hermann Hesse (Peter Camenzind, 1904)

   

   

    

12 czerwca 2022

byt ... niesie w sobie swoją sprzeczność, niebyt. . .

    Potencjalny samobójca przeżywa to mniej lub bardziej świadomie, z większą lub mniejszą przenikliwością. w spokoju lub z egzaltacją. histerycznie, teatralnie lub skromnie w sytuacji przed odskokiem. [...] oblężony przez te trzy wyobrażenia i miażdżony przez nie. [...] czuje tylko coś, co metaforycznie określa się jako nieznośną „presję”. [...] myśli się pozasłownie. Tu granice mojego języka nie stanowią już granic mojego świata, lecz ich delineacja ustala „off limits" języka. Byt ma trudną do badania składnię logiczną, gdyż niesie w sobie swoją sprzeczność, niebyt.

Jean Améry (Podnieść na siebie rękę, 1976)