Śni się żółwiowi listek sałaty,
a koło listka – sam Cesarz, znienacka,
zaistniał żywy jak przed stu laty.
Żółw nawet nie wie, jaka to sensacja.
Cesarz zaistniał co prawda nie cały,
w czarnych trzewikach przegląda się słońce,
wyżej dwie łydki, zgrabne dość, w pończochach białych.
Żółw nawet nie wie, że to wstrząsające.
Dwie nogi na przystanku z Austerlitz do Jeny,
a w górze mgła, skąd śmiechu słychać terkot.
Możecie wątpić w prawdziwość tej sceny
i czy cesarski ten trzewik z klamerką.
Trudno osobę poznać po fragmentach:
po stopie prawej albo stopie lewej.
Żółw niezbyt wiele z dzieciństwa pamięta
i kogo wyśnił – nie wie.
Cesarz nie cesarz. Czy przez to się zmienia
fenomen snu żółwiego? Ktoś, postać nieznana,
potrafi urwać się na chwilkę z zatracenia
i światem się przemyka! Od pięt po kolana.
Wisława Szymborska (z tomu Wielka liczba, 1976)
30 listopada 2014
28 listopada 2014
każdy z nas ma schronienie. . .
Każdy z nas ma schronienie w betonie,
oprócz tego po jednym balkonie,
na nim skrzynkę, gdzie sadzi begonie;
odbywamy śmierci i porody,
oglądamy prognozę pogody,
aby żyć, mamy powody;
jednocześnie nam biją godziny,
jednakowo się kłócimy, godzimy,
odpoczynek nasz jest jaki? - godziwy;
z okna widać w porze szarówki
stuwatowe w innych oknach żarówki;
a pod blokiem kredens z ciężarówki
właśnie znosi firma transportowa
i ktoś dźwiga - ależ się zmordował -
sofę, która jest jak zawsze bordowa.
oprócz tego po jednym balkonie,
na nim skrzynkę, gdzie sadzi begonie;
odbywamy śmierci i porody,
oglądamy prognozę pogody,
aby żyć, mamy powody;
jednocześnie nam biją godziny,
jednakowo się kłócimy, godzimy,
odpoczynek nasz jest jaki? - godziwy;
z okna widać w porze szarówki
stuwatowe w innych oknach żarówki;
a pod blokiem kredens z ciężarówki
właśnie znosi firma transportowa
i ktoś dźwiga - ależ się zmordował -
sofę, która jest jak zawsze bordowa.
Stanisław Barańczak
(z tomu Tryptyk z betonu, zmęczenia i śniegu /
Kątem u siebie (wiersze mieszkalne), 1980)
27 listopada 2014
nie wahać się. . .
kiedy nic nie rozwiązane
nieustannie zadawać pytania
uwolnić się od pozorów dzieła sztuki
nie bać się widzieć twórczość jako zadanie
szanować ukryty ład istnienia
poza granicami materialnego świata
być pojedynczym
ale nie samotnikiem
wyprowadzić się z brudnej rzeki
do czystego oceanu
Julia Hartwig (z tomu Zapisane, 2013)
nieustannie zadawać pytania
uwolnić się od pozorów dzieła sztuki
nie bać się widzieć twórczość jako zadanie
szanować ukryty ład istnienia
poza granicami materialnego świata
być pojedynczym
ale nie samotnikiem
wyprowadzić się z brudnej rzeki
do czystego oceanu
Julia Hartwig (z tomu Zapisane, 2013)
26 listopada 2014
nad tym tekstem jeszcze popracować. . .
(...)zacząłem czytać „Angielskiego
króla", żeby widzowie mogli posmakować wdzięku czeszczyzny...
bałem się tego tekstu, pociłem się, że to wszystko z mojej strony
oszustwo, że powinienem był nad tym tekstem jeszcze popracować,
że mnóstwo tam błędów, że może tylko niebiosa ulitują się
nade mną, że może przekład Wilsona, tego, co był w Pradze
i grał z Plastic People, tak że go wydalono z Pragi, jedynie ten
jego przekład uczyni ten mój potoczny tekst znośnym i do przyjęcia.
Zląkłem się, przeraziłem się... mój głos brzmiał nienaturalnie,
zacinałem się... a potem umilkłem... wówczas Arnošt Lustig
przeczytał to samo po angielsku, i znów zebrałem oklaski i nie
wiedziałem, dlaczego i za co...(...)
Bohumil Hrabal (fragment powieści Zaczarowany flet, 1989)
udaję, że wiem, iż nic nie wiem. . .
(...)zastanawialiśmy się, jak z punktu widzenia dwudziestego wieku
w sercu Europy, w Pradze i dla Pragi, dopełnić zdanie Sokratesa
„Wiem, że nic nie wiem...", i tak oto to zdanie dopełniliśmy: „Ja
udaję, że wiem, iż nic nie wiem..." i tak przenieśliśmy ironię
Sokratesa ze starożytności przez chrześcijaństwo aż do twórczego
socjalizmu...
Bohumil Hrabal (fragment powieści Zaczarowany flet, 1989)
nienawiść. . .
Spójrzcie, jak wciąż sprawna,
Jak dobrze się trzyma
w naszym stuleciu nienawiść.
Jak lekko bierze wysokie przeszkody.
Jakie to łatwe dla niej - skoczyć, dopaść.
Nie jest jak inne uczucia.
Starsza i młodsza od nich równocześnie.
Sama rodzi przyczyny, które ją budzą do życia.
Jeśli zasypia, to nigdy snem wiecznym.
Religia nie religia -
byle przyklęknąć na starcie.
Ojczyzna nie ojczyzna -
byle się zerwać do biegu.
Niezła i sprawiedliwość na początek.
Potem już pędzi sama.
Nienawiść. Nienawiść.
Twarz jej wykrzywia grymas
ekstazy miłosnej.
Ach, te inne uczucia -
cherlawe i ślamazarne.
Od kiedy to braterstwo
może liczyć na tłumy?
Współczucie czy kiedykolwiek
pierwsze dobiło do mety?
Porywa tylko ona, która swoje wie.
Zdolna, pojętna, bardzo pracowita.
Czy trzeba mówić ile ułożyła pieśni.
Ile stronic historii ponumerowała.
Ile dywanów z ludzi porozpościerała
na ilu placach, stadionach.
Nie okłamujmy się:
potrafi tworzyć piętno.
Wspaniałe są jej łuny czarną nocą.
Świetne kłęby wybuchów o różanym świcie.
Trudno odmówić patosu ruinom
i rubasznego humoru
krzepko sterczącej nad nimi kolumnie.
Jest mistrzynią kontrastu
między łoskotem a ciszą,
między czerwoną krwią a białym śniegiem.
A nade wszystko nigdy jej nie nudzi
motyw schludnego oprawcy
nad splugawioną ofiarą.
Do nowych zadań w każdej chwili gotowa.
Jeżeli musi poczekać, poczeka.
Mówią, że ślepa. Ślepa?
Ma bystre oczy snajpera
i śmiało patrzy w przyszłość
- ona jedna.
Wisława Szymborska (z tomu Koniec i początek, 1993)
Jak dobrze się trzyma
w naszym stuleciu nienawiść.
Jak lekko bierze wysokie przeszkody.
Jakie to łatwe dla niej - skoczyć, dopaść.
Nie jest jak inne uczucia.
Starsza i młodsza od nich równocześnie.
Sama rodzi przyczyny, które ją budzą do życia.
Jeśli zasypia, to nigdy snem wiecznym.
Religia nie religia -
byle przyklęknąć na starcie.
Ojczyzna nie ojczyzna -
byle się zerwać do biegu.
Niezła i sprawiedliwość na początek.
Potem już pędzi sama.
Nienawiść. Nienawiść.
Twarz jej wykrzywia grymas
ekstazy miłosnej.
Ach, te inne uczucia -
cherlawe i ślamazarne.
Od kiedy to braterstwo
może liczyć na tłumy?
Współczucie czy kiedykolwiek
pierwsze dobiło do mety?
Porywa tylko ona, która swoje wie.
Zdolna, pojętna, bardzo pracowita.
Czy trzeba mówić ile ułożyła pieśni.
Ile stronic historii ponumerowała.
Ile dywanów z ludzi porozpościerała
na ilu placach, stadionach.
Nie okłamujmy się:
potrafi tworzyć piętno.
Wspaniałe są jej łuny czarną nocą.
Świetne kłęby wybuchów o różanym świcie.
Trudno odmówić patosu ruinom
i rubasznego humoru
krzepko sterczącej nad nimi kolumnie.
Jest mistrzynią kontrastu
między łoskotem a ciszą,
między czerwoną krwią a białym śniegiem.
A nade wszystko nigdy jej nie nudzi
motyw schludnego oprawcy
nad splugawioną ofiarą.
Do nowych zadań w każdej chwili gotowa.
Jeżeli musi poczekać, poczeka.
Mówią, że ślepa. Ślepa?
Ma bystre oczy snajpera
i śmiało patrzy w przyszłość
- ona jedna.
Wisława Szymborska (z tomu Koniec i początek, 1993)
24 listopada 2014
nad nami. . .
Chłopcy kopiący piłkę na rozległym placu pod obeliskiem
i apokaliptyczne niebo zachodu w tle
Skąd w tym widoku taka nagła groza
jakby ktoś chciał to wszystko obrócić w czerwony pył
I słońce to już wie I niebo to już wie
I woda w rzece
Z głośników bucha muzyka jak dziki śmiech
Tylko nad nami w górze gwiazda
z palcem na ustach stoi zamyślona
Julia Hartwig (z tomu Obcowanie, 1987)
i apokaliptyczne niebo zachodu w tle
Skąd w tym widoku taka nagła groza
jakby ktoś chciał to wszystko obrócić w czerwony pył
I słońce to już wie I niebo to już wie
I woda w rzece
Z głośników bucha muzyka jak dziki śmiech
Tylko nad nami w górze gwiazda
z palcem na ustach stoi zamyślona
Julia Hartwig (z tomu Obcowanie, 1987)
23 listopada 2014
przechodzień. . .
Szedł ulicą osobny
Ledwo tląca latarka oddalona od tłumu o kilometry mgły
Twarz zamknięta nieruchome oczy
płaszcz mięty i nieświeży jakby nie oswojony jeszcze ze światłem
ledwo odebrany z przechowalni szpitalnej lub więziennej
zakurzone sandały pożółkła koszula
kapelusz płynący nad opustoszałą twarzą
krok zmęczony ciało naprzód podane
jakby samo siebie chciało nieśpiesznie wyprzedzić
Ten człowiek szedł na pewno dalej niż my wszyscy
naznaczony niebytem i tak zagłębiony w sobie
jak nie bywają nawet ludzie ze śmiercią u wezgłowia
Spotkałam więc zjawę pośrodku miasta
na Marszałkowskiej w pobliżu mojego domu
pośród innych przechodniów którzy mijali go
dźwigając siatki pełne jabłek chleba i mrożonego dorsza
Julia Hartwig (z tomu Czuwanie, 1978)
Ledwo tląca latarka oddalona od tłumu o kilometry mgły
Twarz zamknięta nieruchome oczy
płaszcz mięty i nieświeży jakby nie oswojony jeszcze ze światłem
ledwo odebrany z przechowalni szpitalnej lub więziennej
zakurzone sandały pożółkła koszula
kapelusz płynący nad opustoszałą twarzą
krok zmęczony ciało naprzód podane
jakby samo siebie chciało nieśpiesznie wyprzedzić
Ten człowiek szedł na pewno dalej niż my wszyscy
naznaczony niebytem i tak zagłębiony w sobie
jak nie bywają nawet ludzie ze śmiercią u wezgłowia
Spotkałam więc zjawę pośrodku miasta
na Marszałkowskiej w pobliżu mojego domu
pośród innych przechodniów którzy mijali go
dźwigając siatki pełne jabłek chleba i mrożonego dorsza
Julia Hartwig (z tomu Czuwanie, 1978)
ależ tak. . .
Ależ tak ty również nadajesz się na męczennika
z tym swoim słabym zdrowiem z zadyszką
z delikatnymi przyzwyczajeniami
i upodobaniem do codziennej gorącej kąpieli
Ależ tak Nie jest nigdzie powiedziane
że zawsze będziesz chodził zamyślony
z tym swoim łagodnym uśmiechem
że któregoś dania nie rozrzucą twoich książek
że z twojej pobitej twarzy nie poleje się krew
Julia Hartwig (z tomu Czuwanie, 1978)
z tym swoim słabym zdrowiem z zadyszką
z delikatnymi przyzwyczajeniami
i upodobaniem do codziennej gorącej kąpieli
Ależ tak Nie jest nigdzie powiedziane
że zawsze będziesz chodził zamyślony
z tym swoim łagodnym uśmiechem
że któregoś dania nie rozrzucą twoich książek
że z twojej pobitej twarzy nie poleje się krew
Julia Hartwig (z tomu Czuwanie, 1978)
22 listopada 2014
co jest za. . .
Co jest za zasłoniętym oknem? Co jest za zamkniętymi drzwiami?
Jest uwięziona kobieta, która ceruje obłok pamięci.
Jest dąb, który rośnie z nieprzebraną wolą poznania lasu.
Jest zdanie "zażyj lekarstwo", które odbija się od ściany jak gumowa piłka ścigająca się z echem.
Są na ścianach ślady uderzeń i na podłodze podarte rękopisy, ślady pośpiesznego wyjazdu.
Jest złowrogi hak, na którym wisi marynarka owinięta jak kokon w pajęczyny.
Jest uwięziona kobieta, która ceruje obłok pamięci.
Jest dąb, który rośnie z nieprzebraną wolą poznania lasu.
Jest zdanie "zażyj lekarstwo", które odbija się od ściany jak gumowa piłka ścigająca się z echem.
Są na ścianach ślady uderzeń i na podłodze podarte rękopisy, ślady pośpiesznego wyjazdu.
Jest złowrogi hak, na którym wisi marynarka owinięta jak kokon w pajęczyny.
Julia Hartwig (z tomu Dwoistość, 1971)
21 listopada 2014
rozmiękczenie mózgu ... szczyt pustki. . .
To, co zdarzyło
się mojej matce, jak piszą w akcie zgonu, że umarła na rozmiękczenie
mózgu, tak ja z kolei osiągnąłem rzeczywiście szczyt pustki,
i jestem tak, ale to tak sam, że właściwie znajduję się w pojedynczej
celi i jestem związany w kij, i nie żyję już w czasie, ale tylko
i wyłącznie w przestrzeni, której się boję i która mnie przeraża.
Bohumil Hrabal (fragment powieści Zaczarowany flet, 1989)
w samo jądro ciszy i spokoju. . .
(...)bałem się i nieruchomymi oczyma
wpatrywałem się w samo jądro ciszy i spokoju, bogowie bowiem
opuścili Ziemię i to miasto, w ten niedzielny wieczór osiągnęliśmy
tę właściwą głośną samotność i szczyt pustki, osiągnęliśmy ostateczny
niepokój, jaki był udziałem Kierkegaarda i Fryderyka Nietzschego.
Bohumil Hrabal (fragment powieści Zaczarowany flet, 1989)
jemu też pewnie świat sprawiał ból, i ból sprawiało mu jego życie. . .
Ileż to razy przechodzę
na czerwonym świetle, ileż to razy przedzieram się przez potok
samochodów, ale choć zadumany, nie jestem sam, jest przy mnie
mój anioł stróż, mój aniołek stróż, ponieważ ten mój anioł chce,
żebym był jeszcze na świecie, abym dotarł na swoje dno, abym zszedł
o jeszcze jedno piętro niżej, tam gdzie jest ostateczne dno wyrzutów,
dlatego sprawia mi ból cały świat i sprawia mi ból nawet ten mój
anioł, ileż to razy chciałem wyskoczyć z piątego piętra, z tego mojego
mieszkania, gdzie ból mi sprawia każdy pokój, ale zawsze w ostatniej
chwili anioł mnie ratuje, odciąga mnie, tak chciał skoczyć z piątego
piętra mój doktor Franz Kafka, tam, z Maison Oppelt, dokąd wchodzi
się ze Staromiejskiego Rynku, ale pan doktor spadłby za rogiem,
na ulicę Paryską, i jemu też pewnie świat sprawiał ból, i ból sprawiało
mu jego życie, tak samo chciał skoczyć z piątego piętra
Malte-Laurids Brigge, i jemu też w Paryżu świat sprawiał ból.
Także Brigge'owi ból sprawiał cały świat, Reinerowi Marii Rilkemu
również.
A więc nazwyciężałem się, osiągnąłem szczyt pustki Nawarzyłem sobie piwa, no i teraz muszę je wypić, Konstantin Biebl wyskoczył z okna, przedtem jednak — na długo przedtem — poprosił Štyrskiego, aby mu namalował obraz człowieka wypadającego tyłem z okna, tak jak się obraca kartkę. Tak, tak I tatuś Artura Schopenhauera także skończył śmiercią samobójczą. I Seneka w Salamance również. Ale ja już nie będę wyskakiwał z okna, mój anioł stróż nie wyperswadował mi tego, ale szepnął mi, że ten, który ofiarował mi szczyt pustki, powiedział mu, że to byłoby za mało: odejść tak nazbyt łatwo, to, że ból sprawia mi cały świat, muszę przeżyć raz jeszcze, tak jak ostatni cesarz chiński, którego nie stracono, ale przez dwanaście lat prano mu mózg, aby zrozumiał to wszystko, co zrobił, aby osiągnął nie szczyt pustki, ale żeby stał się zwyczajnym człowiekiem, który chodzi robić zakupy, tak jak inni, aby się uczłowieczył.
A więc nazwyciężałem się, osiągnąłem szczyt pustki Nawarzyłem sobie piwa, no i teraz muszę je wypić, Konstantin Biebl wyskoczył z okna, przedtem jednak — na długo przedtem — poprosił Štyrskiego, aby mu namalował obraz człowieka wypadającego tyłem z okna, tak jak się obraca kartkę. Tak, tak I tatuś Artura Schopenhauera także skończył śmiercią samobójczą. I Seneka w Salamance również. Ale ja już nie będę wyskakiwał z okna, mój anioł stróż nie wyperswadował mi tego, ale szepnął mi, że ten, który ofiarował mi szczyt pustki, powiedział mu, że to byłoby za mało: odejść tak nazbyt łatwo, to, że ból sprawia mi cały świat, muszę przeżyć raz jeszcze, tak jak ostatni cesarz chiński, którego nie stracono, ale przez dwanaście lat prano mu mózg, aby zrozumiał to wszystko, co zrobił, aby osiągnął nie szczyt pustki, ale żeby stał się zwyczajnym człowiekiem, który chodzi robić zakupy, tak jak inni, aby się uczłowieczył.
Bohumil Hrabal (fragment powieści Zaczarowany flet, 1989)
budzę się, odzyskuję przytomność, sprawia mi ból całe mieszkanie. . .
Kiedy wstaję, kiedy budzę się, odzyskuję przytomność, sprawia mi
ból całe mieszkanie, cały mój pokój, sprawia mi ból widok z okna,
dzieci idą do szkoły, ludzie idą po zakupy, każdy wie, dokąd ma iść,
tylko ja nie wiem, dokąd mógłbym pójść, ubieram się tępo, zataczam
się podskakując w jednej nogawce, gdy wciągam spodnie, idę
i golę się maszynką elektryczną, od iluż to już lat goląc się nie patrzę
na siebie w lustrze, golę się po ciemku albo zza węgla, siedząc na
krześle w przedpokoju, a kontakt jest w łazience, me lubię już na
siebie patrzeć, ból sprawia mi już nawet własny wygląd, w oczach
dostrzegam wczorajsze pijaństwo, nie jem nawet śniadania, a jeśli
już, to tylko kawka i papieros, siedzę więc przy stole, czasami nawet
załamuję nad sobą ręce i powtarzam kilka razy: Hrabalu, Bohumilu
Hrabalu, a więc nazwyciężałeś się, osiągnąłeś szczyt pustki, jak nauczał
mój Lao-Cy, osiągnąłem pustkę i wszystko sprawia mi ból, ból
sprawia mi nawet droga do autobusu, boli mnie nawet cały ten
autobus, z poczuciem winy spuszczam wzrok, boję się spojrzeć
ludziom w oczy, czasami krzyżuję dłonie i nastawiam przeguby,
wyciągam ręce, aby mnie ludzie aresztowali i zaprowadzili do
policjantów, bo mam poczucie winy nawet z powodu tej mojej
niegłośnej samotności, bo sprawiają mi ból nie tylko te schody
ruchome, które porywają mnie w dół, do piekła, sprawiają mi ból
nawet spojrzenia ludzi idących w górę, każdy ma dokąd iść, podczas
gdy ja osiągnąłem szczyt pustki i nie wiem, dokąd miałbym pójść.
Bohumil Hrabal (fragment powieści Zaczarowany flet, 1989)
sprzeciw. . .
Był poetą ale raz po raz odbierana mu była łaska pisania
Wówczas słabnął bo widzenie jego traciło blask
a chwile zachwytu zalewała piana bylejakości
Nadejście zmiany było jak głos trąbki
porywający duszę do zbudzenia
Wchodziła w niego siła światła
jego własna słabość nabierała nowych praw
Julia Hartwig (z tomu Nie ma odpowiedzi, 2001)
Wówczas słabnął bo widzenie jego traciło blask
a chwile zachwytu zalewała piana bylejakości
Nadejście zmiany było jak głos trąbki
porywający duszę do zbudzenia
Wchodziła w niego siła światła
jego własna słabość nabierała nowych praw
Julia Hartwig (z tomu Nie ma odpowiedzi, 2001)
wbrew sobie. . .
Wszyscy poeci świata piszą jeden wiersz
opisują tę samą skałę na której rozpryskuje się morze
tę samą utratę której żadnemu z nich nie oszczędzono
w tej samej chwili zaznają ekstazy istnienia
w tej samej nocy układają się w łozu ciemności
Znają zwątpienie tak wszechogarniające
że świat przestaje dla nich istnieć
a kiedy próbują go odbudować
pękają od jego nadmiaru
W tej wielkiej symfonii którą wykonują
tylko pierwsi skrzypkowie zaszczycani są uściskiem ręki dyrygenta
i choć wszyscy poddani są prawom tej samej harmonii
każdy z nich chciałby być kochany z osobna
Julia Hartwig (z tomu Nie ma odpowiedzi, 2001)
opisują tę samą skałę na której rozpryskuje się morze
tę samą utratę której żadnemu z nich nie oszczędzono
w tej samej chwili zaznają ekstazy istnienia
w tej samej nocy układają się w łozu ciemności
Znają zwątpienie tak wszechogarniające
że świat przestaje dla nich istnieć
a kiedy próbują go odbudować
pękają od jego nadmiaru
W tej wielkiej symfonii którą wykonują
tylko pierwsi skrzypkowie zaszczycani są uściskiem ręki dyrygenta
i choć wszyscy poddani są prawom tej samej harmonii
każdy z nich chciałby być kochany z osobna
Julia Hartwig (z tomu Nie ma odpowiedzi, 2001)
20 listopada 2014
epitafium. . .
Ja
niżej podpisany
Jerzy Ficowski
przenosząc się dnia 9 maja 2006 roku
do Wieczności
(wersja równouprawniona: do Nicości)
zakończyłem tutejszą egzystencję
nie ukończywszy niczego
zgodnie z Regulaminem Stwórcy
i z odwieczną praktyką
mieszkańców tego źle pomyślanego
i jeszcze gorzej prowadzącego się świata
- usilnie proszę
moich Bliskich i moich Dalekich
o błogosławieństwo uśmiechu
i łaskę pogody ducha
zamiast westchnień i smutku,
bowiem nie stało się
nic nadzwyczajnego.
Za spełnienie tej prośby
z góry wszystkim dziękuję
i za kłopot przepraszam
Jerzy Ficowski
Warszawa
Poza zasięgiem czasu
niżej podpisany
Jerzy Ficowski
przenosząc się dnia 9 maja 2006 roku
do Wieczności
(wersja równouprawniona: do Nicości)
zakończyłem tutejszą egzystencję
nie ukończywszy niczego
zgodnie z Regulaminem Stwórcy
i z odwieczną praktyką
mieszkańców tego źle pomyślanego
i jeszcze gorzej prowadzącego się świata
- usilnie proszę
moich Bliskich i moich Dalekich
o błogosławieństwo uśmiechu
i łaskę pogody ducha
zamiast westchnień i smutku,
bowiem nie stało się
nic nadzwyczajnego.
Za spełnienie tej prośby
z góry wszystkim dziękuję
i za kłopot przepraszam
Jerzy Ficowski
Warszawa
Poza zasięgiem czasu
17 listopada 2014
z kultury do natury. . .
Kto zgasił światło? I czy to pierwszy raz? I w jaki sposób przeszli... z kultury do natury?
(...)
- Jak to jest... - mówił w myślach, patrząc w niebo na gwiazdy - jak to właściwie się dzieje, że
dwoje dorosłych ludzi odrzuca raptem formę i godzi się na żywioł, który ich upokarza? (Gdyby
nie upokarzał, czyż gasiliby światło?) Jak do tego dochodzi? Jak można to uzgodnić,
wypowiedzieć słowami?
Antoni Libera (fragment powieści Madame, 1997)
człowiek nie wybiera. . .
Lecz właśnie to jest straszne! Że człowiek nie wybiera! Jest on igraszką losu na pośmiewisko
bogów! Miota się, płonie, cierpi, a oni czerpią z tego niewysłowioną rozkosz albo świetnie się bawią. W jękach i szlochach ofiary zdaje się czasem pobrzmiewać ich sardoniczny śmiech.
Antoni Libera (fragment powieści Madame, 1997)
do fikcyjnych postaci, do zmyślonego świata. . .
Spełniali-można powiedzieć - największy ideał sztuki: wzniecali uczucia do czegoś, co istniało
pozornie - do fikcyjnych postaci, do zmyślonego świata, a w ślad za tym marzenie -
niedorzeczne, dziecinne - by znaleźć się w owym świecie. Bo tylko w nim - w iluzji - była
możliwa szansa na zadośćuczynienie. Lecz właśnie! Tylko szansa. Bo w namiastce przeżycia, jaką stanowił akt odegrania na scenie burzliwego dramatu, szansa ta była zawsze,
nieodwracalnie tracona. Los owych pięknych istot był nieodmiennie tragiczny. Skazany na
przegraną, na niespełnienie i śmierć.
Oto Tezeusz, król Aten, mąż owiany legendą
Antoni Libera (fragment powieści Madame, 1997)
w istocie chodzi o to, abyś się z nią połączył i oddał jej nasienie. . .
„A więc powiadasz, jeune homme, że zadurzyłeś się... że wielbisz panią profesor... i marzysz o
jakiejś Wiktorii. - Na czym ma ona polegać, jeśli wolno zapytać? Na tym, że spojrzy na ciebie?
Że powie ci coś miłego? Że ci okaże sympatię i będziecie prowadzić eleganckie dialogues...
tfu! conversations? - Otóż, mój pięknoduchu, jest to słodka ułuda, którą cię wabi Natura. W
istocie chodzi o to, abyś się z nią połączył i oddał jej nasienie. A to wygląda tak, jak ci tu
pokazuję. Patrz, oto meta twych tęsknot, cokolwiek jest ich treścią, jakkolwiek się objawiają.
Oto punkt docelowy twojej błogiej wędrówki. A pamiętaj, mój mały, że to zaledwie obrazki -
sztuka, kreacja, ironia. Wżyciu rzecz jest o wiele... nieporównanie mocniejsza i mniej
cywilizowana. Dzika, gwałtowna, obłędna. Deliryczna, pijana...
Antoni Libera (fragment powieści Madame, 1997)
16 listopada 2014
położyć się na łóżku, przykryć wełnianym kocem. . .
„Spokojnie, tylko spokojnie”, mówiłem do siebie w myślach, próbując zapanować nad
rozognionym umysłem, gdy szedłem alejką dziedzińca prowadzącą do bramy. „Wyjść stąd,
wrócić do domu, zasunąć story w oknach, położyć się na łóżku, przykryć wełnianym kocem i
wtedy dopiero zacząć trawienie tych wszystkich wrażeń i zasadniczych zdobyczy. Nie
wcześniej. Teraz odetchnąć...
Antoni Libera (fragment powieści Madame, 1997)
15 listopada 2014
za to się nie dziękuje. . .
- Dziękuję panu za wszystko - powiedziałem solennie. - Zwłaszcza za zaufanie, jakim mnie
pan obdarzył.
- Za to się nie dziękuje - nie rozluźniał uścisku. - Tego się nie zawodzi. - Puścił wreszcie i zaraz naciągnął rękawiczkę.
- Za to się nie dziękuje - nie rozluźniał uścisku. - Tego się nie zawodzi. - Puścił wreszcie i zaraz naciągnął rękawiczkę.
Antoni Libera (fragment powieści Madame, 1997)
wszelki kontakt ze światem grozi konfliktem i walką. . .
A jednak, mimo tej biedy, czuł się innym człowiekiem. Wolnym, nie osaczonym. Wyzwolonym z
napięcia, podminowania, lęku, że wszelki kontakt ze światem grozi konfliktem i walką; że
wyjdzie z nich przegrany, upokorzony, opluty. Tam nie odczuwał tego. Tam, mimo że był nikim -
cudzoziemcem, ze Wschodu, niemal bez grosza przy duszy - nie bał się. Był spokojny. Był
sobą. Był normalny.
Antoni Libera (fragment powieści Madame, 1997)
poeta jest więc z natury mężczyzną. . .
Gęsie pióro to symbol sztuki pięknego pisania. Ta dziedzina z kolei to rzecz pierwotnie męska.
‘Poezja’, wyraz ‘poezja’ pochodzi z greckiego poiein, co znaczy ‘tworzyć, działać’. Tworzenie -
zwłaszcza z niczego! - jest atrybutem boskim, a bóg jako siła sprawcza ma zawsze charakter
męski. (Kobieta nie tworzy z niczego, kobieta przetwarza, co jest.) Poeta jest więc z natury
mężczyzną, duchem męskim, nawet jeśli fizycznie należy do płci pięknej. Weźmy choćby
Safonę. Wiadomo, jak to z nią było.
Antoni Libera (fragment powieści Madame, 1997)
Subskrybuj:
Posty (Atom)