Jesień sypiąca gorzkie cynamony,
rozcierająca popiół w smagłych palcach,
rozcierająca słowa w smagłej dłoni,
zacierająca blaski dawnych dni;
jesień krocząca jak chytry wielmoża,
krająca plastry czasu niby dynię,
dymem wstająca nad kartofliskami,
ogarniająca domy mglistym płaszczem;
ogarniająca dom mój mglistym płaszczem
i śpiewająca liściom kołysankę
- zapach wanilii na wysmukłych palcach
i zapach trupi w dłoni tej Cyganki,
która przeciera liście i obłoki
i kastanietem uderza o ściany
- lecz to świerszcz może, a może klepsydra? -
nie, nie klepsydra, czas kroplami stuka.
Jarosław Iwaszkiewicz
16 października 2016
28 września 2016
kto żyje w obłąkaniu decyzji i wyborów. . .
Ten zaś, kto opowiada się po którejś ze stron, kto żyje
w obłąkaniu decyzji i wyborów, nigdy nie jest miłosierny,
bo nie jest w stanie objąć umysłem wszystkich punktów
widzenia, ogranicza go horyzont jego pragnień i zasad,
pogrążony jest w hipnozie skończoności. Gdyż wszystko
żyje i rozkwita wtedy dopiero, gdy odwróci się plecami
do tego, co uniwersalne... Bycie czymś zawsze, bezwarunkowo,
jest formą szaleństwa , z którego życie , najbardziej
uparta ze wszystkich obsesji, wyzwala się jedynie po to,
aby zmarnieć.
Emil Cioran (z pisma filozoficznego Zarys rozkładu, 1945)
dzięki zakłóceniom funkcji organicznych. . .
Wzloty ducha możliwe są tylko dzięki zakłóceniom
funkcji organicznych, umysł wznosi ę do góry w miarę ,
jak pustka rozprzestrzenia się po naszych organach.
Zdrowiem jest wszystko to, co nie stanowi o naszej
swoistości i odrębności : czynnikiem indywiduacji są
Odruchy wstrętu ; to smutek nadaje każdemu imię, utraty
na nowo czynią nas panami naszego "j a" . Stajemy ę
sob ą jedynie poprzez sumę naszych klęsk.)
Emil Cioran (z pisma filozoficznego Zarys rozkładu, 1945)
26 września 2016
zemsta. . .
Posłuchaj bicia serca i starej pordzewiałej flobertówki
Na sęku wiewiórka złotym futerkiem błyskała.
Zabiłem, zabiłem tę małą śliczną wiewiórkę.
Orzech laskowy łuskała.
Minęło lato. Koło białej kapliczki za dąbrową
wrony ciągną i mgła ku owczym stadom się skrada,
i liście padają na głowę moją
i na martwą wiewiórkę z przestrzeloną głową.
Ostatkiem sił została i wisi.
Daremnie czekałem, jej ciało nie spada.
Do góry się wspinałem
i skrzypiący szkielet gałęzi trząsłem i trząsłem.
Nie chce puścić!
Wiewiórko mała, kto ci dał tyle siły?
Poopadały liście, drzewa już łyse,
tylko wiewiórka wisi.
Wiewiórka mści się.
Rzuciłem dom. W zawiniątku małym
niewiele w świat unoszę.
Tylko z rozbitego zegara kukułkę zabrałem.
Puszczę ją na wolność
w zielonym borze
Konstantin Biebl (tłum. Jan Zych)
Na sęku wiewiórka złotym futerkiem błyskała.
Zabiłem, zabiłem tę małą śliczną wiewiórkę.
Orzech laskowy łuskała.
Minęło lato. Koło białej kapliczki za dąbrową
wrony ciągną i mgła ku owczym stadom się skrada,
i liście padają na głowę moją
i na martwą wiewiórkę z przestrzeloną głową.
Ostatkiem sił została i wisi.
Daremnie czekałem, jej ciało nie spada.
Do góry się wspinałem
i skrzypiący szkielet gałęzi trząsłem i trząsłem.
Nie chce puścić!
Wiewiórko mała, kto ci dał tyle siły?
Poopadały liście, drzewa już łyse,
tylko wiewiórka wisi.
Wiewiórka mści się.
Rzuciłem dom. W zawiniątku małym
niewiele w świat unoszę.
Tylko z rozbitego zegara kukułkę zabrałem.
Puszczę ją na wolność
w zielonym borze
Konstantin Biebl (tłum. Jan Zych)
z wojska groźny list. . .
Przyszedł do mnie dziś
z wojska groźny list,
a w nim napisano:
dwunastego rano
muszę karnie stawić się
ach, stawić się.
Mam żołnierzem być,
mam się dzielnie bić,
karabin mi dali,
trzeba więc wypalić
choćby nawet w serce swe,
ach w serce swe.
Taki jest ten list,
który przyszedł dziś,
a ja, rezerwista,
pieśniarz, anarchista,
śpiewam, no i tego klnę,
ach, tego klnę.
Wyruszę więc rad
i zaśpiewam tak:
modry rezerwista,
krwawy anarchista,
w modrej dali krwawy kwiat,
ach krwawy kwiat!
Fráňa Šrámek (tłum. Adam Włodek)
z wojska groźny list,
a w nim napisano:
dwunastego rano
muszę karnie stawić się
ach, stawić się.
Mam żołnierzem być,
mam się dzielnie bić,
karabin mi dali,
trzeba więc wypalić
choćby nawet w serce swe,
ach w serce swe.
Taki jest ten list,
który przyszedł dziś,
a ja, rezerwista,
pieśniarz, anarchista,
śpiewam, no i tego klnę,
ach, tego klnę.
Wyruszę więc rad
i zaśpiewam tak:
modry rezerwista,
krwawy anarchista,
w modrej dali krwawy kwiat,
ach krwawy kwiat!
Fráňa Šrámek (tłum. Adam Włodek)
17 września 2016
u chorych, mądrych zwierząt. . .
Całe brzemię robót polnych
spadało na jej chude ramiona. Praca ponad siły i choroba, która
zaczęła się po drugim porodzie, z roku na rok coraz bardziej
podkopywały jej zdrowie. Wychudła. Twarz jej wyblakła.
Przedwczesna starość rozrzuciła na policzkach pajęczą sieć
zmarszczek. W oczach pojawił się wyraz wystraszonej pokory, która
zjawia się u chorych, mądrych zwierząt. Ona sama nie zdawała sobie
sprawy z tego, jak szybko się starzeje, jak z każdym dniem niknie
jej zdrowie, i wciąż jeszcze czegoś się spodziewała; podczas
rzadkich spotkań spoglądała na swego urodziwego męża z lękliwą
miłością i zachwytem.
Michaił Szołochow
(fragment powieści Cichy Don. Tom IV, 1928-1940)
tylko sroka lata. . .
- Nie ucz mnie, którędy mam jechać, sam wiem!
- Jak wiesz, to jedź, gdzie chcesz!
- To już mogę nie jechać wedle twego planu? Tylko sroka lata prosto, słyszałeś o tym? Wpadnę w wertepy; gdzie nawet zimą dróg nie bywa. Gdzie masz rozum takie głupstwa pleść?
- Jak wiesz, to jedź, gdzie chcesz!
- To już mogę nie jechać wedle twego planu? Tylko sroka lata prosto, słyszałeś o tym? Wpadnę w wertepy; gdzie nawet zimą dróg nie bywa. Gdzie masz rozum takie głupstwa pleść?
Michaił Szołochow
(fragment powieści Cichy Don. Tom IV, 1928-1940)
czerwone pyski!. . .
- Hej, wy, czerwone pyski! Czemu nie palicie naszych domostw?
Zapałek nie macie? Przypłyńcie do nas, to wam damy!
Wśród ciemności odpowiedziano mu dźwięcznie:
- Gdybyśmy was tu zdybali, spalilibyśmy was razem z chałupami!
- Zubożeliście? Nie ma już czym podpalić? - krzyczał choperczyk zapalczywie.
Odpowiedziano mu spokojnie i wesoło:
- Przypłyń tu, biała kurwo, to nasypiemy ci ognia w podogonie. Do śmierci będziesz się drapał!
- Gdybyśmy was tu zdybali, spalilibyśmy was razem z chałupami!
- Zubożeliście? Nie ma już czym podpalić? - krzyczał choperczyk zapalczywie.
Odpowiedziano mu spokojnie i wesoło:
- Przypłyń tu, biała kurwo, to nasypiemy ci ognia w podogonie. Do śmierci będziesz się drapał!
Michaił Szołochow
(fragment powieści Cichy Don. Tom IV, 1928-1940)
knur angielski!. . .
- Wie pan, sotniku, on mnie już zamęczył, ten knur angielski! Pije
od rana do późnej nocy. Chla po prostu nie do wiary! Wie pan, ja
sam nie jestem od tego, żeby wypić, ale takie homeryckie wymiary
są ponad moje siły. A ten - Szczegłow spojrzał na lejtenanta z
uśmiechem i niespodziewanie zaklął brudno - leje w siebie i na
czczo, i o każdej porze!
Lejtenant uśmiechnął się, kiwnął głową, mówił łamaną ruszczyzną:
- Tak, tak!... Dopsze... czeba wypicz pana strofie!
Lejtenant uśmiechnął się, kiwnął głową, mówił łamaną ruszczyzną:
- Tak, tak!... Dopsze... czeba wypicz pana strofie!
Michaił Szołochow
(fragment powieści Cichy Don. Tom IV, 1928-1940)
ostrożnie namacała spust. . .
Później Daria mówiła, że nie pamiętała, jak i skąd w rękach jej
znalazł się kawaleryjski karabin, kto go jej podsunął. Ale gdy
baby podniosły lament, uczuła w swych rękach obecność obcego
przedmiotu - nie patrząc, po omacku domyśliła się, że to karabin.
Chwyciła go, z początku za lufę, żeby uderzyć Iwana Aleksiejewicza
kolbą, ale że w dłoń jej boleśnie wraziła się muszka, więc
chwyciła palcami za okładzinę, a potem odwróciła, podrzuciła
karabin do ramienia i nawet wzięła na cel lewą stronę piersi Iwana
Aleksiejewicza.
Widziała, jak za jego plecami uskoczyli w bok Kozacy odsłoniwszy
szarą z belek ścianę spichrza; słyszała wystraszone okrzyki: "Tfu!
Oszalała! Swoich pozabijasz! Poczekaj, nie strzelaj!" I podniecana
zwierzęco zaczajonym oczekiwaniem tłumu, ześrodkowanymi na niej
spojrzeniami, pragnieniem pomszczenia śmierci męża i po części
próżnością, co raptem pojawiła się stąd, że oto teraz ona jest
zupełnie nie taka jak reszta bab, że na nią ze zdumieniem i nawet
ze strachem patrzą i czekają końca Kozacy, że ona musi dlatego
uczynić coś niezwykłego, wyjątkowego, co może przestraszyć
wszystkich - popychana jednocześnie wszystkimi tymi różnorodnymi
uczuciami, z przerażającą szybkością zbliżając się do czegoś
przesądzonego w głębi jej świadomości, o czym nie chciała i nawet
nie mogła w owej chwili myśleć, powoli, ostrożnie namacała spust i
nagle, nieoczekiwanie dla siebie samej, z siłą nacisnęła go.
Odrzut chybnął nią, huk strzału ogłuszył, ale poprzez zwężone
szpary oczu zobaczyła, jak momentalnie - strasznie i nieodwołalnie
- zmieniła się drgnąwszy twarz Iwana Aleksiejewicza, jak rozłożył
i złożył ręce, jak gdyby zamierzał skoczyć z dużej wysokości do
wody, a potem padł na wznak; z gorączkową szybkością zaczęła się
miotać jego głowa, poruszyły się, starannie drapiąc ziemię, palce
rozrzuconych rąk...
Michaił Szołochow
(fragment powieści Cichy Don. Tom III, 1928-1940)
pod zgubnym tchnieniem burz. . .
Jeno trawa rośnie na ziemi obojętnie przyjmując słońce i
niepogodę, karmiąc się życiotwórczymi sokami ziemi, pokornie
chyląc się pod zgubnym tchnieniem burz. A potem, na wiatr
rzuciwszy nasienie, równie obojętnie umiera, szelestem zwiędłych
swych źdźbeł witając wróżące śmierć słońce jesieni...
Michaił Szołochow
(fragment powieści Cichy Don. Tom III, 1928-1940)
przyniosła marynowanego arbuza. . .
Pantelej Prokofijewicz przykusztykał do domu, położył się na
łóżku. Gniotło go w dołku, do gardła napierały kłując mdłości. Po
wieczerzy poprosił starą, żeby przyniosła marynowanego arbuza.
Zjadł kawałek, zadygotał i ledwo doszedł do pieca. Rankiem leżał
już nieprzytomny, zżerany przez gorączkę tyfusową, rzucony w
niepamięć. Spieczone krwią wargi popękały, twarz zżółkła, białka
powlokły się błękitną emalią. Babka Drozdicha puściła mu krew,
puściła z żyły na ręku ze dwa talerze czarnej jak dziegieć krwi.
Lecz przytomność już nie wróciła, jeno twarz stała się sinoblada,
jeno szerzej rozwierały się czarnozębne wargi łapiące chrapliwie
powietrze.
Michaił Szołochow
(fragment powieści Cichy Don. Tom III, 1928-1940)
na co jemu, durniowi, te armaty. . .
I powiedz ty: na co jemu, durniowi, te armaty? Ciągnie
jak szkodna świnia kołek, nie wiedzieć po co... ciężko jej, ale
ciągnie przecie.
Michaił Szołochow
(fragment powieści Cichy Don. Tom III, 1928-1940)
własną skórę masz na sobie. . .
"Dziś jeszcze własną skórę masz na sobie, a jutro może kruki ją
będą w szczerym polu garbowały" - myślał każdy.
Michaił Szołochow
(fragment powieści Cichy Don. Tom III, 1928-1940)
01 września 2016
monadologia. . .
Jedno zaś stworzenie jest doskonalsze od drugiego, o ile znajduje się w nim to, co służy do zdania sprawy a priori z tego, co się dzieje w drugim.
Gottfried Wilhelm Leibniz (Monadologia)
26 sierpnia 2016
proletariusze wszystkich krajów, łączcie się!. . .
Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się!
Towarzysze żołnierze!
Dwa lata ciągnie się przeklęta wojna. Dwa lata mordujecie się w okopach, broniąc obcych wam interesów. Dwa lata leje się krew robotników i chłopów wszystkich narodów. Setki tysięcy - zabitych i kalek, setki tysięcy sierot i wdów - oto rezultaty tej wojny. O co wojujecie? Czyich interesów bronicie? Rząd carski postawił pod ogień miliony żołnierzy po to, żeby zagarnąć nowe ziemie i uciskać ludność tych ziem tak, jak jest uciskana ujarzmiona Polska i inne narodowości. Przemysłowcy światowi nie podzielą rynków, gdzie mogliby zbywać produkcję swoich fabryk i zakładów, nie podzielą zysków - podział dokonywa się siłą zbrojną i wy, ciemni ludzie, w walce o ich interesy idziecie na śmierć, zabijacie takich samych ludzi pracy, jak wy.
Dosyć przelano bratniej krwi. Opamiętaj się, ludu pracujący! Wróg wasz to nie austriacki i niemiecki żołnierz, taki sam oszukany, jak wy, lecz własny car, własny przemysłowiec i obszarnik. Przeciw nim odwróćcie wasze karabiny. Bratajcie się z niemieckimi i austriackimi żołnierzami. Poprzez zasieki drutów, którymi, jak zwierzęta, odgrodzili was, podajcie sobie ręce. Wy jesteście braćmi w pracy, na rękach waszych jeszcze nie zgoiły się ślady krwawych odcisków pracy, nie macie co dzielić. Precz z samowładztwem! Precz z wojną imperialistyczną! Niech żyje niewzruszona jedność ludu pracującego całego świata!
Towarzysze żołnierze!
Dwa lata ciągnie się przeklęta wojna. Dwa lata mordujecie się w okopach, broniąc obcych wam interesów. Dwa lata leje się krew robotników i chłopów wszystkich narodów. Setki tysięcy - zabitych i kalek, setki tysięcy sierot i wdów - oto rezultaty tej wojny. O co wojujecie? Czyich interesów bronicie? Rząd carski postawił pod ogień miliony żołnierzy po to, żeby zagarnąć nowe ziemie i uciskać ludność tych ziem tak, jak jest uciskana ujarzmiona Polska i inne narodowości. Przemysłowcy światowi nie podzielą rynków, gdzie mogliby zbywać produkcję swoich fabryk i zakładów, nie podzielą zysków - podział dokonywa się siłą zbrojną i wy, ciemni ludzie, w walce o ich interesy idziecie na śmierć, zabijacie takich samych ludzi pracy, jak wy.
Dosyć przelano bratniej krwi. Opamiętaj się, ludu pracujący! Wróg wasz to nie austriacki i niemiecki żołnierz, taki sam oszukany, jak wy, lecz własny car, własny przemysłowiec i obszarnik. Przeciw nim odwróćcie wasze karabiny. Bratajcie się z niemieckimi i austriackimi żołnierzami. Poprzez zasieki drutów, którymi, jak zwierzęta, odgrodzili was, podajcie sobie ręce. Wy jesteście braćmi w pracy, na rękach waszych jeszcze nie zgoiły się ślady krwawych odcisków pracy, nie macie co dzielić. Precz z samowładztwem! Precz z wojną imperialistyczną! Niech żyje niewzruszona jedność ludu pracującego całego świata!
Michaił Szołochow
(fragment powieści Cichy Don. Tom II, 1928-1940)
gotuj się ... uruchomić ... narzędzia śmierci i zniszczenia przeciw. . .
Dzisiaj nie ma sytuacji rewolucyjnej, nie ma warunków do fermentu
w masach, do podniesienia ich aktywności, dzisiaj dają ci do ręki
kartkę wyborczą - bierz ją, umiej organizować się po to, żeby bić
nią swoich wrogów, a nie po to, żeby wprowadzać do parlamentu, na
dobre posadki, ludzi trzymających się kurczowo foteli poselskich
ze strachu przed więzieniem. Jutro odbiorą ci kartkę wyborczą,
dadzą ci w rękę karabin i wspaniale, według ostatniego słowa
techniki maszynowej zbudowane, szybkostrzelne działo - bierz te
narzędzia śmierci i zniszczenia, nie słuchaj sentymentalnych
zrzędów bojących się wojny; na świecie jeszcze zbyt wiele
pozostało takich rzeczy, które powinny być zniszczone ogniem i
żelazem dla wyzwolenia klasy robotniczej, i jeżeli w masach
wzrasta gniew i rozpacz, jeżeli zaistniała sytuacja rewolucyjna -
gotuj się stworzyć nowe organizacje i uruchomić tak pożyteczne
narzędzia śmierci i zniszczenia przeciw swemu rządowi i swej
burżuazji...
Włodzimierz Lenin
człowieka rąb śmiało. . .
- Człowieka rąb śmiało. Miękki człowiek jest jak ciasto - pouczał
Czubaty śmiejąc się oczyma. - Nie myśl, jak i co. Tyś Kozak, twoja
rzecz rąbać nie pytając. W boju zabijać wroga - rzecz święta. Za
każdego zabitego zdejmuje ci Bóg jeden grzech, także samo jak za
żmiję. Zwierząt bez potrzeby gubić nie trza - ciołka, na ten
przykład, albo jeszcze co - a człowieka niszcz. Pohany on,
człowiek... Nieczysty, śmierdzi na ziemi, żyje niby grzyb
nieprawy.
Michaił Szołochow
(fragment powieści Cichy Don. Tom I, 1928-1940)
śmierć piętnowała i tych, co wieźli ze sobą modlitwy. . .
Modlitwa od oręża.
Panie, pobłogosław! Leży kamień biały na górze jak koń. W kamień nie idzie woda; tak i we mnie, raba Bożego, i w towarzyszów, i w konia mojego niech nie idzie bełt i kulka. Jak młot odskakuje od kowadła, tak i ode mnie by kula odskakiwała. Jak żarna się kręcą, tak niechaj nie przychodzi do mnie strzała, niechaj się odwróci. Słońce i miesiąc jasne bywają, tak i ja, rab Boży, nimi jestem umocniony. Za górą zamek, zamknę ten zamek, klucze w morze rzucę pod biały gorący kamień Ałtor, nie widny ani czarownikowi, ani czarownicy, ni czerńcowi, ni czernicy. Z oceanu-morza woda nie zbieży i żółtego piasku nie zliczyć; tak i mnie, raba Bożego, niczym nie wziąć. W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen.
Modlitwa od boju
Jest morze-ocean, na tym morzu-oceanie jest biały kamień Ałtor, na tym kamieniu Ałtorze jest mąż kamienny trzykroć dziewięciu pokoleń. Raba Bożego i towarzyszów moich kamienną odzieżą odziej od wschodu do zachodu, od ziemi do niebios, od ostrej szabli i miecza, od kopii, bułatu i rohatyny, od kopii hartownej i niehartownej, od noża, topora i działowego boju, od ołowianych kulek i oręża miotanego, od wszystkich strzał z brzechwą pierzoną piórem orłowym i łabędzim, i gęsim, i żurawim, i wronim. Od tureckich bojów, od krymskich i austriackich, nogajskiego nieprzyjaciela, tatarskiego i litewskiego, niemieckiego i kałmuckiego - Ojcowie święci i siły niebieskie, zachowujcie mnie, raba Bożego. Amen.
Modlitwa przy natarciu
Przeczysta Pani, święta Bogarodzico, i Panie nasz, Jezu Chryste. Pobłogosław, Panie, natarciem idącego raba Bożego i towarzyszów moich; jacy ze mną są, obłokiem oblecz niebieskim, świętym, kamiennym Twoim grodem ogródź. Święty Dymitrze Sosłudzki, ustrzeż mnie, raba Bożego, i towarzyszów moich na wsze strony, żeby źli ludzie nie strzelali ani rohatyną nie kłuli, ni berdyszem nie siekli, obuchem nie tłukli, toporem nie rąbali ani szablami nie siekli, nie kłuli, ani nożem nie kłuli i rżnęli, ni stary, ni młody, ni smagły, ni czarny, ni heretyk, ni czarownik, ni wszelki czarodziej. Wszystko teraz przede mną, rabem Bożym, osierociałym i sądzonym. Na morzu, na oceanie, na ostrowiu Bujanie stoi słup żelazny. Na tym słupie mąż żelazny podparł się posochem żelaznym i hartuje on żelazo, bułat i siny ołów, i wszelką rzecz do strzelania: "Idź ty, żelazo, do swej macierzy-ziemi, raba Bożego i towarzyszy moich, i konia mojego mijając. Strzało drewniana do lasu, a pióro do swej macierzy-ptaka, a klej do ryby". Osłoń mnie, raba Bożego, tarczą złotą od oręża siecznego i od kuli, od boju działowego, pocisku i rohatyny, i noża. Niechaj będzie ciało moje krzepciejsze od pancerza. Amen.
Zawiesili Kozacy pod koszulami, na ciele, przepisane modlitwy. Przymocowywali je do sznurków, do błogosławieństw matczynych, do węzełków ze szczyptą ziemi rodzinnej, ale śmierć piętnowała i tych, co wieźli ze sobą modlitwy.
Panie, pobłogosław! Leży kamień biały na górze jak koń. W kamień nie idzie woda; tak i we mnie, raba Bożego, i w towarzyszów, i w konia mojego niech nie idzie bełt i kulka. Jak młot odskakuje od kowadła, tak i ode mnie by kula odskakiwała. Jak żarna się kręcą, tak niechaj nie przychodzi do mnie strzała, niechaj się odwróci. Słońce i miesiąc jasne bywają, tak i ja, rab Boży, nimi jestem umocniony. Za górą zamek, zamknę ten zamek, klucze w morze rzucę pod biały gorący kamień Ałtor, nie widny ani czarownikowi, ani czarownicy, ni czerńcowi, ni czernicy. Z oceanu-morza woda nie zbieży i żółtego piasku nie zliczyć; tak i mnie, raba Bożego, niczym nie wziąć. W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen.
Modlitwa od boju
Jest morze-ocean, na tym morzu-oceanie jest biały kamień Ałtor, na tym kamieniu Ałtorze jest mąż kamienny trzykroć dziewięciu pokoleń. Raba Bożego i towarzyszów moich kamienną odzieżą odziej od wschodu do zachodu, od ziemi do niebios, od ostrej szabli i miecza, od kopii, bułatu i rohatyny, od kopii hartownej i niehartownej, od noża, topora i działowego boju, od ołowianych kulek i oręża miotanego, od wszystkich strzał z brzechwą pierzoną piórem orłowym i łabędzim, i gęsim, i żurawim, i wronim. Od tureckich bojów, od krymskich i austriackich, nogajskiego nieprzyjaciela, tatarskiego i litewskiego, niemieckiego i kałmuckiego - Ojcowie święci i siły niebieskie, zachowujcie mnie, raba Bożego. Amen.
Modlitwa przy natarciu
Przeczysta Pani, święta Bogarodzico, i Panie nasz, Jezu Chryste. Pobłogosław, Panie, natarciem idącego raba Bożego i towarzyszów moich; jacy ze mną są, obłokiem oblecz niebieskim, świętym, kamiennym Twoim grodem ogródź. Święty Dymitrze Sosłudzki, ustrzeż mnie, raba Bożego, i towarzyszów moich na wsze strony, żeby źli ludzie nie strzelali ani rohatyną nie kłuli, ni berdyszem nie siekli, obuchem nie tłukli, toporem nie rąbali ani szablami nie siekli, nie kłuli, ani nożem nie kłuli i rżnęli, ni stary, ni młody, ni smagły, ni czarny, ni heretyk, ni czarownik, ni wszelki czarodziej. Wszystko teraz przede mną, rabem Bożym, osierociałym i sądzonym. Na morzu, na oceanie, na ostrowiu Bujanie stoi słup żelazny. Na tym słupie mąż żelazny podparł się posochem żelaznym i hartuje on żelazo, bułat i siny ołów, i wszelką rzecz do strzelania: "Idź ty, żelazo, do swej macierzy-ziemi, raba Bożego i towarzyszy moich, i konia mojego mijając. Strzało drewniana do lasu, a pióro do swej macierzy-ptaka, a klej do ryby". Osłoń mnie, raba Bożego, tarczą złotą od oręża siecznego i od kuli, od boju działowego, pocisku i rohatyny, i noża. Niechaj będzie ciało moje krzepciejsze od pancerza. Amen.
Zawiesili Kozacy pod koszulami, na ciele, przepisane modlitwy. Przymocowywali je do sznurków, do błogosławieństw matczynych, do węzełków ze szczyptą ziemi rodzinnej, ale śmierć piętnowała i tych, co wieźli ze sobą modlitwy.
Michaił Szołochow
(fragment powieści Cichy Don. Tom I, 1928-1940)
24 sierpnia 2016
wśród dzikiego, gorącego bólu ...swą lodową niewolę. . .
Potykając się na nierównym bruku Natalia doszła do przedsionka. Za
nią niby kamień pobiegło brudne, hańbiące słowo. Wśród chichotów
dziewcząt stojących w przedsionku Natalia przeszła do drugiej
furtki i chwiejąc się jak pijana pobiegła do domu. Odetchnęła
dopiero przy wrotach, weszła, nogi plątały się jej w spódnicy,
gryzła aż do krwi nabrzmiałe wargi. W bzowej ciemności, obozującej
nad podwórzem, czerniały na pół otwarte wrota szopy. Natalia
zebrała resztki sił w jednym gniewnym wysiłku, dobiegła do niej i
przekroczyła z pośpiechem próg. W szopie sucha przewiewność,
zapach uprzęży i zleżałej słomy. Omackiem, bez myśli, bez czucia,
pogrążona w ciemnym żalu, szarpiącym duszę, wypełnioną hańbą i
rozpaczą, dobrnęła do kąta.
Wzięła do ręki kosisko i zdjęła z niego kosę (ruchy jej były powolne, pewne, dokładne), i odrzuciwszy głowę, z siłą i radosną stanowczością, która ją nagle opadła, przeciągnęła ostrzem po gardle. Upadła wśród dzikiego, gorącego bólu, jak od uderzenia, i odczuwając, rozumiejąc niejasno, że nie skończyła tego, co zaczęła, uniosła się na rękach, a potem na kolanach; z pośpiechem (przestraszyła ją krew zalewająca piersi) zrywała drżącymi rękami guziki rozpinając nie wiadomo czemu bluzkę. Jedną ręką odsunęła jędrną, niepodatną pierś, a drugą skierowała ostrze kosy. Na kolanach doczołgała się do ściany, opierając o nią tępy koniec, który nakłada się na kosisko, i załamawszy ręce na odrzuconą w tył głowę, podała się stanowczo naprzód. Słyszała wyraźnie, odczuwała wstrętny, kapuściany chrzęst krajanego ciała; narastająca fala ostrego bólu przeszła jak płomień od piersi do gardła, wpełzła w uszy.
W kureniu zaskrzypiały drzwi. Łukiniczna schodziła z ganku macając nogami stopnie. Z dzwonnicy, spadały miarowe uderzenia. Z nie milknącym zgrzytem chodziły po Donie sążniowe kry stając dęba. Radosny, obfity, swobodny Don niósł ku Morzu Azowskiemu swą lodową niewolę.
Wzięła do ręki kosisko i zdjęła z niego kosę (ruchy jej były powolne, pewne, dokładne), i odrzuciwszy głowę, z siłą i radosną stanowczością, która ją nagle opadła, przeciągnęła ostrzem po gardle. Upadła wśród dzikiego, gorącego bólu, jak od uderzenia, i odczuwając, rozumiejąc niejasno, że nie skończyła tego, co zaczęła, uniosła się na rękach, a potem na kolanach; z pośpiechem (przestraszyła ją krew zalewająca piersi) zrywała drżącymi rękami guziki rozpinając nie wiadomo czemu bluzkę. Jedną ręką odsunęła jędrną, niepodatną pierś, a drugą skierowała ostrze kosy. Na kolanach doczołgała się do ściany, opierając o nią tępy koniec, który nakłada się na kosisko, i załamawszy ręce na odrzuconą w tył głowę, podała się stanowczo naprzód. Słyszała wyraźnie, odczuwała wstrętny, kapuściany chrzęst krajanego ciała; narastająca fala ostrego bólu przeszła jak płomień od piersi do gardła, wpełzła w uszy.
W kureniu zaskrzypiały drzwi. Łukiniczna schodziła z ganku macając nogami stopnie. Z dzwonnicy, spadały miarowe uderzenia. Z nie milknącym zgrzytem chodziły po Donie sążniowe kry stając dęba. Radosny, obfity, swobodny Don niósł ku Morzu Azowskiemu swą lodową niewolę.
Michaił Szołochow
(fragment powieści Cichy Don. Tom I, 1928-1940)
pieśń o Polsce ... roku 1831. . .
W zeszłym roku Gawryła przyjechał z pułku,
przywiózł żonie polskiego perkalu, gościł krótko; piątego dnia
spił się, przeklinał po polsku i po niemiecku i z płaczem
wyśpiewywał starodawną kozacką pieśń o Polsce, ułożoną jeszcze w
roku 1831. Obok niego siedzieli przyjaciele i bracia, przybyli, by
odprowadzić wojaka, doili wódkę aż do obiadu i podśpiewywali:
Mówili o Polsce, że to ziemia żyzna,
A myśmy tu zobaczyli, że sama chudzizna.
Siedzą w Polsce onej, w karczmie pobielonej,
w tej karczemce polskiej, własności królewskiej,
Trzy dzielne chwaty, przy pitce kamraty:
Jeden z Prus, drugi z Polski, trzeci - Kozak doński.
Prusak pije wódkę - talara położył,
Polak pije wódkę - dukata przysporzył,
Kozak pije wódkę - grosza nie dołożył,
Chodzi po karczmie, wąsika poprawia,
Ostrogami brząka, szynkarkę namawia:
"Szynkareczko-duszko, jedź do moich stron!
Jedź do moich stron - aż nad cichy Don,
Inaksi tam ludzie niż u was mieszkają,
Nie sieją, nie żną, nie przędą, nie tkają,
Lecz się za to po kozacku pięknie ubierają..."
Michaił Szołochow
(fragment powieści Cichy Don. Tom I, 1928-1940)
czarnokwiat od chorób nóg. . .
Zimą i latem sypiał w stajni w pustej przegrodzie,
nikt lepiej od niego nie potrafił obchodzić się z końmi; był nie
tylko koniuchem, ale i konowałem: na wiosnę, gdy maj rozkwitał,
zbierał trawy, grzebał się w stepie, w wądołach, w bagniskach,
zbierając lecznicze korzonki. Wysoko pod dachem stajni wisiały
suszone pęczki różnolistnych ziół: jarczyca na dychawicę,
pszczelnik na ukąszenie gada, czarnokwiat od chorób nóg, jakaś
niepozorna, rosnąca na lewadach koło korzeni wierzb biała trawka
na poderwanie się - i wiele innych, nieznanych traw na różne
końskie przypadłości i choroby.
Michaił Szołochow
(fragment powieści Cichy Don. Tom I, 1928-1940)
ich ataman najgłówniejszy, karło... ... karol marks. . .
Ruszamy dalej, a tu jeden nosacz wyciąga z portmonety
dziesiątaka i powiada: "Wypijcie, Kozacy, za zdrowie mojego
tatusia nieboszczyka". Dał nam dziesiątaka i wyciągnął z woreczka
portret. "Oto, powiada, osobistość mego taty. Weźcie na pamiątkę".
No, wzięliśmy, wstyd było nie wziąć. Studenci poszli sobie i znowu: "Ha-a-a!" Wtedy, ten tego, jedziemy na Newski Prospekt. Z
bocznej bramy pałacowej pędzi do nas sotnik z Kozakami. Doskoczył:
"Co takiego?" Ja więc mówię: "Napatoczyli się studenci i zaczęli z
nami rozmowę. Myśmy, wedle regulaminu, chcieli ich wziąć na
szable. Wtedy oni się odczepili i myśmy, powiadam, odjechali". Po
zmianie powiadamy do wachmistrza: "Widzisz, Łukicz, powiadam,
zarobiliśmy dziesięć rubli i musimy je przepić za spokój duszy
tego dziadka". Pokazujemy, portret. Na wieczór wachmistrz przyniósł
wódki, i hulaliśmy przez dwa dni, a potem pokazał się podstęp; ten
nosacz student, ścierwo, zamiast taty, dał nam portret głównego
burzyciela niemieckiego rodu. Wziąłem pod rozwagę i powiesiłem go
se nad łóżkiem na pamiątkę, widzę - na portrecie broda siwa, człek
niczego sobie, jakby jakiś kupiec, czy coś w tym rodzaju; a
sotnik, powiadam, to spostrzegł i pyta się: "A skądeś ty dostał
ten portret, ty taki owaki?" Powiadam: tak i tak. A on jak nie
wydrze się na mnie, obrabia i w pysk, raz i drugi... "A ty wiesz -
wrzeszczy - że to jest ich ataman najgłówniejszy, Karło..."
Zapomniałem tamto przezwisko. Jak go tam, dalibóg, żeby sobie
przypomnieć...
- Karol Marks - powiedział Sztokman kurcząc twarz w uśmiechu.
- O, to, to!... On właśnie. Karło Marks... - ucieszył się Christonia. - Postawił mnie frontem do ratusza, niech go wszyscy diabli! Bywało też czasem, że i sam cesarzewicz Aleksy przybiegał ze swoimi wychowawcami; co by się wówczas stało, jakby wypatrzyli?...
- A ty ciągle chwalisz chłopstwo. Widzisz, jak cię wyprowadzili w pole - śmiał się Iwan Aleksiejewicz.
- Ale za to przepiliśmy dziesiątaka. Choć za Karła, za brodatego, ale piliśmy.
- Za niego warto wypić - uśmiechnął się Sztokman bawiąc się kółeczkiem przepalonego munsztuka.
- Ale co on takiego dobrego zrobił? - zapytał Koszewoj.
- Opowiem następnym razem, dziś już późno! - Sztokman uderzył dłonią wyrzucając z munsztuka zgaszony niedopałek.
- Karol Marks - powiedział Sztokman kurcząc twarz w uśmiechu.
- O, to, to!... On właśnie. Karło Marks... - ucieszył się Christonia. - Postawił mnie frontem do ratusza, niech go wszyscy diabli! Bywało też czasem, że i sam cesarzewicz Aleksy przybiegał ze swoimi wychowawcami; co by się wówczas stało, jakby wypatrzyli?...
- A ty ciągle chwalisz chłopstwo. Widzisz, jak cię wyprowadzili w pole - śmiał się Iwan Aleksiejewicz.
- Ale za to przepiliśmy dziesiątaka. Choć za Karła, za brodatego, ale piliśmy.
- Za niego warto wypić - uśmiechnął się Sztokman bawiąc się kółeczkiem przepalonego munsztuka.
- Ale co on takiego dobrego zrobił? - zapytał Koszewoj.
- Opowiem następnym razem, dziś już późno! - Sztokman uderzył dłonią wyrzucając z munsztuka zgaszony niedopałek.
Michaił Szołochow
(fragment powieści Cichy Don. Tom I, 1928-1940)
oprycznicy ... i śmiał się oczyma.
Z początku rżnięto w durnia, potem Sztokman jakoś niepostrzeżenie
podsunął książeczkę Niekrasowa. Zaczęli czytać głośno - podobała
się. Potem przeszli do Nikitina, a około Bożego Narodzenia
Sztokman zaproponował czytanię jakiegoś zniszczonego, usmarowanego zeszycika bez okładki. Koszewoj, który niegdyś skończył szkółkę cerkiewną i czytał głośno, spojrzał pogardliwie na zatłuszczony zeszyt.
- Można by na nim zacierkę gotować, taki tłusty. Christonia roześmiał się hałaśliwie.
Dawydka błysnął oślepiającym śmiechem, ale Sztokman, przeczekawszy powszechny śmiech, rzekł:
- Czytaj, Misza. To jest o Kozakach. Ciekawe.
Koszewoj pochylił nad stołem złocisty, zwisający czub i wysylabizował:
- "Krótkie dzieje kozactwa dońskiego" - i obejrzał się mrużąc oczy wyczekująco.
- Czytaj - rozkazał Iwan Aleksiejewicz.
Sylabizowali to przez trzy wieczory. O Pugaczowie, o wolnym życiu, o Stieńce Razinie i o Kondratiju Buławinie.
Dobrnęli aż do czasów najnowszych. Nieznany autor w sposób przystępny i złośliwy wyszydzał nędzę kozackiego życia, znęcał się nad porządkami i urzędami, nad władzą carską i nad samym kozactwem, zaprzedanym monarchii jak oprycznicy. (Oprycznicy - drużyna przyboczna cara Iwana Groźnego, wsławiona okrucieństwami.) Nastąpiło poruszenie. Sprzeczano się. Christonia huczał podpierając głową belkę pułapu. Sztokman siedział przy drzwiach, palił papierosa w kościanym munsztuku z kółkami i śmiał się oczyma.
Sztokman zaproponował czytanię jakiegoś zniszczonego, usmarowanego zeszycika bez okładki. Koszewoj, który niegdyś skończył szkółkę cerkiewną i czytał głośno, spojrzał pogardliwie na zatłuszczony zeszyt.
- Można by na nim zacierkę gotować, taki tłusty. Christonia roześmiał się hałaśliwie.
Dawydka błysnął oślepiającym śmiechem, ale Sztokman, przeczekawszy powszechny śmiech, rzekł:
- Czytaj, Misza. To jest o Kozakach. Ciekawe.
Koszewoj pochylił nad stołem złocisty, zwisający czub i wysylabizował:
- "Krótkie dzieje kozactwa dońskiego" - i obejrzał się mrużąc oczy wyczekująco.
- Czytaj - rozkazał Iwan Aleksiejewicz.
Sylabizowali to przez trzy wieczory. O Pugaczowie, o wolnym życiu, o Stieńce Razinie i o Kondratiju Buławinie.
Dobrnęli aż do czasów najnowszych. Nieznany autor w sposób przystępny i złośliwy wyszydzał nędzę kozackiego życia, znęcał się nad porządkami i urzędami, nad władzą carską i nad samym kozactwem, zaprzedanym monarchii jak oprycznicy. (Oprycznicy - drużyna przyboczna cara Iwana Groźnego, wsławiona okrucieństwami.) Nastąpiło poruszenie. Sprzeczano się. Christonia huczał podpierając głową belkę pułapu. Sztokman siedział przy drzwiach, palił papierosa w kościanym munsztuku z kółkami i śmiał się oczyma.
Michaił Szołochow
(fragment powieści Cichy Don. Tom I, 1928-1940)
na pływających szubienicach. . .
Siergiej Płatonowicz Mochow z daleka wywodzi swą genealogię.
Za czasów panowania Piotra I szła raz Donem do
Azowa carska barka z sucharami i prochem. Kozacy z łotrowskiego
gródka Czigonaki, zagnieżdżeni w górnym biegu Donu,
niedaleko Chopru napadli w nocy na tę barkę, wyrżnęli śpiącą
straż, zrabowali suchary i proch, a barkę zatopili.
Na rozkaz cara przyszły wojska z Woroneża. spaliły łotrowski grodek Czigonaki, Kozaków uczestniczących w rozbójniczym napadzie na barkę zniosły w boju bez litości, a wziętego do niewoli esauła Jakirkę i z nim czterdziestu Kozaków powieszono, na pływających szubienicach, zaś huśtawki te zostały puszczone Donem dla postrachu burzących się stanic w dole rzeki.
Na rozkaz cara przyszły wojska z Woroneża. spaliły łotrowski grodek Czigonaki, Kozaków uczestniczących w rozbójniczym napadzie na barkę zniosły w boju bez litości, a wziętego do niewoli esauła Jakirkę i z nim czterdziestu Kozaków powieszono, na pływających szubienicach, zaś huśtawki te zostały puszczone Donem dla postrachu burzących się stanic w dole rzeki.
Michaił Szołochow
(fragment powieści Cichy Don. Tom I, 1928-1940)
Subskrybuj:
Posty (Atom)