Milan Kundera (fragment powieści Nieśmiertelność, 1990)
03 lutego 2014
jeśli lubicie określać swoje wysiłki słowem "walka", wynika z tego, że w waszym szlachetnym wysiłku kryje się pragnienie, by przewrócić kogoś na ziemię. . .
Wystarczy otworzyć słownik. Walczyć znaczy przeciwstawić swoją wolę woli
drugiej osoby, aby ją złamać, rzucić na kolana, w razie czego zabić. "Życie jest
walką" to wyrażenie, które, wypowiedziane po raz pierwszy, musiało zabrzmieć jak
melancholijne i pełne rezygnacji westchnienie. Naszemu stuleciu optymizmu i
rzezi
udało się przekształcić to straszne powiedzenie w wesołą piosenkę. Powiecie
może,
że choć walka "przeciw" komuś jest niekiedy rzeczą straszną, to walka o coś jest
szlachetna i piękna. Z pewnością pięknie jest nie szczędzić wysiłków w służbie
szczęścia (miłości, sprawiedliwości itd.), lecz jeśli lubicie określać swoje
wysiłki
słowem "walka", wynika z tego, że w waszym szlachetnym wysiłku kryje się pragnienie,
by przewrócić kogoś na ziemię. Walki "o" nie da się oddzielić od walki
"przeciw", a podczas walki walczący zawsze zapominają o przyimku o na rzecz
przyimka "przeciw".
językiem powszechnego porozumienia. . .
Nie przejmując się Hitlerem ani Wagnerem, Brigitte rozumowała dalej: - Dziecko
może się nauczyć nielogicznego języka, bo dziecko nie ma rozumu. Ale dorosły cudzoziemiec
nigdy nie zdoła się go nauczyć. Dlatego niemiecki nie jest w moim
przekonaniu językiem powszechnego porozumienia.
Milan Kundera (fragment powieści Nieśmiertelność, 1990)
nie jestem godny swojego cierpienia. . .
- Porzućmy na razie; w dodatku nie może się obyć bez szlachetności z pana strony. Tak, książę, pan musi sam
palcem dotknąć, żeby znów nie uwierzyć, cha, cha! Czy bardzo pan mną teraz gardzi, jak pan myśli?
- Za co? Za to, że pan więcej od nas cierpiał i cierpi?
- Nie, ale za to, że nie jestem godny swojego cierpienia.
- Za co? Za to, że pan więcej od nas cierpiał i cierpi?
- Nie, ale za to, że nie jestem godny swojego cierpienia.
Fiodor Dostojewski (fragment powieści Idiota, 1868)
02 lutego 2014
samotność. . .
Samotność jest jak deszcz.
Z morza powstaje, aby spotkać zmierzch;
z równin niezmiernie szerokich, dalekich,
w rozległe niebo nieustannie wrasta.
Dopiero z nieba opada na miasta.
Mży nieuchwytnie w godzinach przedświtu,
kiedy ulice biegną witać ranek,
i kiedy ciała, nie znalazłszy nic,
od siebie odsuwają się rozczarowane;
i kiedy ludzie, co się nienawidzą,
spać muszą razem - bardziej jeszcze sami:
samotność płynie całymi rzekami.
Rainer Maria Rilke
Z morza powstaje, aby spotkać zmierzch;
z równin niezmiernie szerokich, dalekich,
w rozległe niebo nieustannie wrasta.
Dopiero z nieba opada na miasta.
Mży nieuchwytnie w godzinach przedświtu,
kiedy ulice biegną witać ranek,
i kiedy ciała, nie znalazłszy nic,
od siebie odsuwają się rozczarowane;
i kiedy ludzie, co się nienawidzą,
spać muszą razem - bardziej jeszcze sami:
samotność płynie całymi rzekami.
Rainer Maria Rilke
łączymy się z tym. . .
Łączymy się z tym, co nie zna nas dotąd,
z drzewami, co nas przerastają swym rozgałęzieniem,
z każdą ustronnością, z każdym milczeniem;
lecz przez to właśnie zamykamy koło,
które ponad wszystkim, co do nas nie należy,
ku nam z powrotem, Nietkniętym wciąż, płynie.
Obyście rzeczy pośród gwiazd, hen stały.
My życie pędzimy. W niczym nie przeszkadzamy...
Rainer Maria Rilke
z drzewami, co nas przerastają swym rozgałęzieniem,
z każdą ustronnością, z każdym milczeniem;
lecz przez to właśnie zamykamy koło,
które ponad wszystkim, co do nas nie należy,
ku nam z powrotem, Nietkniętym wciąż, płynie.
Obyście rzeczy pośród gwiazd, hen stały.
My życie pędzimy. W niczym nie przeszkadzamy...
Rainer Maria Rilke
wystarczy jedno nieżyczliwe określenie, by na zawsze zamienić cię w żałosną karykaturę. . .
- Naiwnym złudzeniem jest wiara, że nasz obraz jest zwykłym pozorem, za którym
skrywa się prawdziwa substancja naszego ja, niezależna od spojrzenia świata.
Imagolodzy dowodzą ze skrajnym cynizmem, że jest odwrotnie: nasze ja jest zwykłym
pozorem, nieuchwytnym, nie opisanym, niejasnym, podczas gdy jedyną rzeczywistością,
aż zbyt łatwą do uchwycenia i do opisania, jest nasz obraz w
oczach
innych. Lecz najgorsze jest to, że nie jesteś jego panem. Na początku próbujesz
sam
go namalować, następnie zachować przynajmniej na niego wpływ, kontrolować go,
lecz na próżno: wystarczy jedno nieżyczliwe określenie, by na zawsze zamienić
cię
w żałosną karykaturę.
Milan Kundera (fragment powieści Nieśmiertelność, 1990)
nic bowiem nie wymaga od myśli większego wysiłku niż argumentacja mająca usprawiedliwić brak myśli. . .
- Paul, coś ci powiem - rzekł Grizzly z niepokojącą flegmą, tak jakby wznosił
do
ciosu swoją ciężką łapę: - Jeśli wielka kultura jest skończona, ty też jesteś
skończony,
a z tobą twoje paradoksalne pomysły, gdyż paradoks jako taki wywodzi się
z wielkiej kultury, a nie z dziecięcego gaworzenia. Przywodzisz mi na myśl młodych
ludzi, którzy wstępowali niegdyś do ruchów nazistowskich czy komunistycznych,
nie dlatego by pragnęli czynić zło, ani dlatego że byli karierowiczami,
lecz
przez nadmiar inteligencji. Nic bowiem nie wymaga od myśli większego wysiłku
niż argumentacja mająca usprawiedliwić brak myśli. Po wojnie miałem okazję
stwierdzić to na własne oczy, gdy intelektualiści i artyści jak cielęta szli do
partii
komunistycznej, która następnie likwidowała ich z wielką przyjemnością i
systematycznie.
Robisz dokładnie to samo. Jesteś błyskotliwym sprzymierzeńcem własnych
grabarzy.
Milan Kundera (fragment powieści Nieśmiertelność, 1990)
w europie wojna jest już nie do pomyślenia. . .
- Czy potrafisz sobie wyobrazić francuską młodzież rwącą się do walki za ojczyznę?
W Europie wojna jest już nie do pomyślenia. Nie politycznie; antropologicznie
nie do pomyślenia. W Europie ludzie nie są już zdolni do prowadzenia
wojny.
Milan Kundera (fragment powieści Nieśmiertelność, 1990)
każą ci umierać, gdyż podobno istnieje coś wyższego nad twoje życie. . .
- Czy wojna między Iranem i Irakiem jest rozrywką? - spytał Grizzly, a w jego
współczucie dla Paula wkradła się odrobina irytacji. - Czy uważasz za zabawną
dzisiejszą
katastrofę kolejową, tę straszliwą masakrę?
- Popełniasz pospolity błąd dostrzegając w śmierci tragedię - powiedział Paul, który był niewątpliwie w świetnej formie. - Przyznam - powiedział Grizzly lodowatym głosem - że w śmierci zawsze widziałem tragedię.
- Błąd - powiedział Paul. - Katastrofa kolejowa jest przerażająca dla tego, kto podróżuje pociągiem, albo dla tego, kto wie, że do pociągu wsiadł jego syn. Ale w wiadomościach radiowych śmierć ma dokładnie to samo znaczenie, co w powieściach Agaty Christie, która jest zresztą największym magikiem wszechczasów, gdyż potrafiła zamienić zabójstwo w rozrywkę, i nawet nie jedno zabójstwo, lecz dziesiątki zabójstw, setki zabójstw, zabójstwa taśmowe, dokonywane ku największej naszej radości w obozach zagłady jej powieści. O Oświęcimiu zapomniano, lecz powieściowe krematoria Agaty Christie wiecznie buchają dymem w niebo i tylko niezwykle prostoduszny człowiek mógłby stwierdzić, że jest to dym tragedii.
- Popełniasz pospolity błąd dostrzegając w śmierci tragedię - powiedział Paul, który był niewątpliwie w świetnej formie. - Przyznam - powiedział Grizzly lodowatym głosem - że w śmierci zawsze widziałem tragedię.
- Błąd - powiedział Paul. - Katastrofa kolejowa jest przerażająca dla tego, kto podróżuje pociągiem, albo dla tego, kto wie, że do pociągu wsiadł jego syn. Ale w wiadomościach radiowych śmierć ma dokładnie to samo znaczenie, co w powieściach Agaty Christie, która jest zresztą największym magikiem wszechczasów, gdyż potrafiła zamienić zabójstwo w rozrywkę, i nawet nie jedno zabójstwo, lecz dziesiątki zabójstw, setki zabójstw, zabójstwa taśmowe, dokonywane ku największej naszej radości w obozach zagłady jej powieści. O Oświęcimiu zapomniano, lecz powieściowe krematoria Agaty Christie wiecznie buchają dymem w niebo i tylko niezwykle prostoduszny człowiek mógłby stwierdzić, że jest to dym tragedii.
(...)
Paul powiedział: - Wolę zginąć wśród gaworzenia niż słuchając "Marsza żałobnego"
Chopina. I powiem ci jeszcze: całe zło pochodzi od tego żałobnego marsza,
który opiewa śmierć. Gdyby było mniej marszów żałobnych, może i ludzie mniej by
umierali. Zrozum, co chcę powiedzieć: szacunek, jaki wzbudza tragedia, jest o
wiele
bardziej niebezpieczny niż beztroskie gaworzenie dziecka. Co jest odwieczną
przyczyną tragedii? Istnienie ideałów, których wartość ceni się wyżej niż życie
ludzkie. A co jest przyczyną wojen? To samo. Każą ci umierać, gdyż podobno istnieje
coś wyższego nad twoje życie. Wojna może istnieć jedynie w świecie
tragedii;
od początku swej historii człowiek żył wciąż w świecie tragicznym i nie umie się
z tego świata wymknąć. Jedynie bunt frywolności potrafi położyć kres erze
tragedii.
Z "Dziewiątej Symfonii" Beethovena ludzie znają tylko cztery takty hymnu do
radości,
towarzyszące reklamie perfum Bella. To mnie nie gorszy. Tragedia zostanie
wygnana ze świata niczym stary kabotyn, który chwyta się za serce i deklamuje
wzniosłym głosem. Frywolność jest radykalną kuracją odchudzającą. Rzeczy utracą
dziewięćdziesiąt procent swego sensu i staną się lekkie. W tak rozrzedzonej
atmosferze
zniknie fanatyzm. Wojna stanie się niemożliwa.
Milan Kundera (fragment powieści Nieśmiertelność, 1990)
władza dziennikarza nie opiera się na prawie do stawiania pytań, lecz na prawie do "wymagania" odpowiedzi. . .
Pojedynki były znakiem czasu: sytuacja się zmieniła i dziennikarze pojęli, że
zadawanie
pytań jest nie tylko metodą pracy reportera, pokornie zbierającego
materiał
z notatnikiem w ręku, lecz prawdziwym sposobem sprawowania władzy. Dziennikarzem
nie jest ten, kto stawia pytania, lecz ten, kto zachowuje święte prawo do
ich
stawiania, stawiania ich komukolwiek i na jakikolwiek temat. Czy jednak wszyscy
nie mamy tego prawa? Czy wszelkie pytanie nie jest pomostem zrozumienia przerzucanym
od człowieka do człowieka? Być może. Uściślam zatem moje twierdzenie:
władza dziennikarza nie opiera się na prawie do stawiania pytań, lecz na
prawie
do "wymagania" odpowiedzi.
Zechciejcie, proszę, zauważyć, że Mojżesz nie umieścił "nie kłam" wśród dziesięciu przykazań Boga. To żaden przypadek! Albowiem ten, kto mówi: "nie kłam", musiał wcześniej powiedzieć: "odpowiedz!", a przecież Bóg nie przyznał nikomu prawa do wymagania od bliźniego odpowiedzi. "Nie kłam!", "mów prawdę!" to rozkazy, jakich człowiek nie powinien wydawać drugiemu człowiekowi, póki uważa go za sobie równego. Mógłby to czynić jedynie może Bóg, ale On nie ma żadnego powodu, by tak postępować, gdyż wie wszystko i nasze odpowiedzi w ogóle nie są mu potrzebne.
Nierówność między tym, kto rządzi, a tym, kto musi okazywać posłuszeństwo, nie jest tak głęboka jak między tym, kto ma prawo do wymagania odpowiedzi, a tym, kto ma obowiązek odpowiadać. Dlatego też prawo do wymagania odpowiedzi było zawsze przyznawane wyjątkowo. Na przykład sędziemu, który wdraża postępowanie sądowe. W naszym stuleciu prawa tego udzieliły sobie państwa komunistyczne i faszystowskie, i to nie w wyjątkowych wypadkach, lecz na stałe. Obywatele tych krajów wiedzieli, że w każdej chwili mogą być zmuszeni do odpowiedzi: co robili wczoraj? co sobie w istocie myślą? o czym rozmawiają z A? czy utrzymują intymne związki z B? I ten właśnie uświęcony nakaz: "nie kłam! mów prawdę!", to jedenaste przykazanie, którego sile nie potrafili się oprzeć, przemieniły ich w zastęp zdziecinniałych facetów. Czasami trafiał się jednak jakiś C, który z uporem odmawiał odpowiedzi na pytanie, o czym rozmawiał z A; chcąc wyrazić swój sprzeciw (często był to jedyny możliwy sprzeciw!), zamiast mówić prawdę kłamał. Ale policja wiedziała o tym i zakładała u niego podsłuch. Nie kierował nią żaden karygodny motyw, lecz zwykłe pragnienie poznania prawdy, którą kłamca C ukrywał. Trzymała się po prostu swego świętego prawa do wymagania odpowiedzi.
Zechciejcie, proszę, zauważyć, że Mojżesz nie umieścił "nie kłam" wśród dziesięciu przykazań Boga. To żaden przypadek! Albowiem ten, kto mówi: "nie kłam", musiał wcześniej powiedzieć: "odpowiedz!", a przecież Bóg nie przyznał nikomu prawa do wymagania od bliźniego odpowiedzi. "Nie kłam!", "mów prawdę!" to rozkazy, jakich człowiek nie powinien wydawać drugiemu człowiekowi, póki uważa go za sobie równego. Mógłby to czynić jedynie może Bóg, ale On nie ma żadnego powodu, by tak postępować, gdyż wie wszystko i nasze odpowiedzi w ogóle nie są mu potrzebne.
Nierówność między tym, kto rządzi, a tym, kto musi okazywać posłuszeństwo, nie jest tak głęboka jak między tym, kto ma prawo do wymagania odpowiedzi, a tym, kto ma obowiązek odpowiadać. Dlatego też prawo do wymagania odpowiedzi było zawsze przyznawane wyjątkowo. Na przykład sędziemu, który wdraża postępowanie sądowe. W naszym stuleciu prawa tego udzieliły sobie państwa komunistyczne i faszystowskie, i to nie w wyjątkowych wypadkach, lecz na stałe. Obywatele tych krajów wiedzieli, że w każdej chwili mogą być zmuszeni do odpowiedzi: co robili wczoraj? co sobie w istocie myślą? o czym rozmawiają z A? czy utrzymują intymne związki z B? I ten właśnie uświęcony nakaz: "nie kłam! mów prawdę!", to jedenaste przykazanie, którego sile nie potrafili się oprzeć, przemieniły ich w zastęp zdziecinniałych facetów. Czasami trafiał się jednak jakiś C, który z uporem odmawiał odpowiedzi na pytanie, o czym rozmawiał z A; chcąc wyrazić swój sprzeciw (często był to jedyny możliwy sprzeciw!), zamiast mówić prawdę kłamał. Ale policja wiedziała o tym i zakładała u niego podsłuch. Nie kierował nią żaden karygodny motyw, lecz zwykłe pragnienie poznania prawdy, którą kłamca C ukrywał. Trzymała się po prostu swego świętego prawa do wymagania odpowiedzi.
Milan Kundera (fragment powieści Nieśmiertelność, 1990)
dodawanie i odejmowanie. . .
Dodawanie i odejmowanie
W naszym świecie, w którym każdego dnia pojawia się coraz więcej coraz bardziej podobnych do siebie twarzy, człowiek nie ma łatwego zadania, jeśli chce potwierdzić przed sobą oryginalność swego ja i skutecznie przekonać siebie o jego niepowtarzalności. Są dwie metody uprawiania niepowtarzalności ja: metoda "dodawania" i metoda "odejmowania". Agnes odejmuje od swego ja to wszystko, co jest zewnętrzne i zapożyczone, aby w ten sposób zbliżyć się do swej czystej istoty (ryzykując, że w wyniku kolejnego odejmowania otrzyma zero). Metoda Laury jest dokładnie odwrotna: aby uwidocznić ją, ułatwić jego uchwycenie, aby zwiększyć jego objętość, nieustannie dodaje do niego nowe przymioty, z którymi próbuje się utożsamić (ryzykując, że pod sumą przymiotów utraci istotę ja).
Weźmy dla przykładu jej kotkę. Po rozwodzie Laura pozostała sama w wielkim mieszkaniu i poczuła smutek. Chciała dzielić z kimś swą samotność, choćby z jakimś zwierzątkiem. Myślała najpierw o przygarnięciu psa, lecz wkrótce zrozumiała, że pies wymaga troski, którą nie byłaby zdolna go otoczyć. Toteż wzięła kotkę. Była to wielka kotka syjamska, piękna i złośliwa. Żyjąc z nią pod jednym dachem i wciąż opowiadając o niej przyjaciołom, Laura zaczęła przywiązywać do kotki, wybranej raczej przypadkowo i bez większego przekonania (w końcu najpierw chciała mieć psa!), coraz większe znaczenie: wychwalała wszędzie jej zalety, zmuszając wszystkich, aby ją podziwiali. Widziała w niej piękną niezależność, dumę, swobodę ruchu i trwałość uroku (zupełnie innego niż urok ludzki, którego chwile przeplatają się z momentami niezdarności i niezgrabności); widziała w kotce wzór; widziała w niej siebie.
Jest zupełnie bez znaczenia, czy Laura swym charakterem przypomina kotkę, czy też nie; ważne, że wrysowała ją w swój herb i że kotka stała się jednym z przymiotów jej ja. Ponieważ wielu jej kochanków drażnił widok tego egocentrycznego i nieżyczliwego zwierzęcia, plującego i drapiącego bez powodu, kotka stała się testem na władzę Laury, która zdawała się mówić każdemu: będziesz mnie miał, lecz taką, jaka jestem, to znaczy z moją kotką. Kotka była obrazem jej duszy i kochanek musiał najpierw uznać jej duszę, jeśli chciał następnie posiąść ciało.
Metoda dodawania jest całkiem przyjemna, gdy do własnego ja dodaje się psa, kotkę, pieczeń wieprzową, miłość do oceanu lub zimne prysznice. Rzecz staje się mniej sielankowa, jeśli do ja postanawia się dodać umiłowanie komunizmu, ojczyzny, Mussoliniego, Kościoła katolickiego, ateizmu, faszyzmu albo antyfaszyzmu. W obu przypadkach metoda pozostaje dokładnie ta sama: ten, kto uporczywie broni wyższości kotów nad innymi zwierzętami, postępuje w istocie tak samo jak ten, kto ogłasza Mussoliniego jedynym zbawicielem Włoch: wychwala przymiot swojego ja i posługuje się wszystkim, by przymiot ten (kotka bądź Mussolini) został uznany i pokochany przez całe jego otoczenie.
Tak przedstawia się dziwny paradoks, którego ofiarami padają ci wszyscy, co uprawiają swoje ja metodą dodawania: poprzez dodawanie usiłują oni stworzyć ja jedyne i niepowtarzalne; lecz stając się propagatorami dodawanych przymiotów, czynią zarazem wszystko, by jak największa liczba ludzi była do nich podobna; i wówczas niepowtarzalność ich ja (zdobywana z takim mozołem) natychmiast pryska.
Milan Kundera (fragment powieści Nieśmiertelność, 1990)
zwymiotować swoje ukochane zwierzątko. . .
Słynny malarz Salvador Dali i jego żona Gala byli już w bardzo podeszłym wieku,
gdy oswoili królika, który zamieszkał z nimi i nie odstępował ich na krok;
kochali
go bardzo. Pewnego dnia mieli wyjechać w długą podróż i zastanawiali się
do
późna w nocy, co począć z królikiem. Trudno było zabrać go ze sobą, lecz jeszcze
trudniej komuś powierzyć, gdyż królik był nieufny. Nazajutrz Gala przygotowała
obiad i Dali rozkoszował się daniem, dopóki nie zrozumiał, że zjada potrawkę
z królika. Wstał od stołu i pobiegł do muszli klozetowej zwymiotować swoje ukochane
zwierzątko, wiernego towarzysza sędziwych lat. Natomiast Gala była szczęśliwa,
że jej ukochany przeniknął w jej wnętrze, długo je żywił i stał się ciałem
swej
pani. Nie znała bardziej absolutnego spełnienia miłości niż spożycie ulubieńca.
Akt
miłosny, porównany z takim złączeniem ciał, wydawał się jej żałosną zachcianką.
Milan Kundera (fragment powieści Nieśmiertelność, 1990)
nieśmiertelność jest wiecznym procesem sądowym. . .
- No, a co pan myśli, to jest nieśmiertelność - powiedział Goethe. -
Nieśmiertelność
jest wiecznym procesem sądowym.
- Jeśli to ma być wieczny proces, trzeba prawdziwego sędziego! A nie wiejskiej nauczycielki z dyscypliną w łapie.
- Dyscyplina, którą wymachuje wiejska nauczycielka, to właśnie jest wieczny proces. A pan co sobie wyobrażał, Erneście?
- Niczego sobie nie wyobrażałem. Miałem jedynie nadzieję, że po śmierci będę mógł żyć w spokoju.
- Jeśli to ma być wieczny proces, trzeba prawdziwego sędziego! A nie wiejskiej nauczycielki z dyscypliną w łapie.
- Dyscyplina, którą wymachuje wiejska nauczycielka, to właśnie jest wieczny proces. A pan co sobie wyobrażał, Erneście?
- Niczego sobie nie wyobrażałem. Miałem jedynie nadzieję, że po śmierci będę mógł żyć w spokoju.
Milan Kundera (fragment powieści Nieśmiertelność, 1990)
świat z wolna traci przejrzystość, ciemnieje, staje się nieczytelny, pędzi ku nieznanemu, podczas gdy człowiek przez świat zdradzony ucieka w swe wnętrze, w nostalgię, w marzenia, w swój bunt i, ogłuszony bolesnym krzykiem. . .
Dzieło Beethovena zaczyna się tam, gdzie kończy się wielka minuta Goethego.
Świat z wolna traci przejrzystość, ciemnieje, staje się nieczytelny, pędzi ku
nieznanemu,
podczas gdy człowiek przez świat zdradzony ucieka w swe wnętrze, w nostalgię,
w marzenia, w swój bunt i, ogłuszony bolesnym krzykiem, który w nim
wzbiera, nie słyszy już głosów wołających go z zewnątrz. Krzyk wewnętrzny był
dla Goethego nieznośnym zgiełkiem. Nienawidził hałasu. Jest to powszechnie wiadome.
Nie znosił nawet psiego ujadania dochodzącego z głębi odległego ogrodu.
Powiada się, że nie lubił muzyki. Nieprawda. Nie lubił orkiestr. Uwielbiał
Bacha,
który pojmował muzykę jeszcze jako przejrzyste brzmienie niezależnych i wyraźnych
głosów. Ale w symfoniach Beethovena poszczególne głosy instrumentów stapiały
się w jedną dźwiękową ciemność złożoną z krzyków i płaczu. Goethe nie znosił
wrzaskliwości orkiestry, podobnie jak nie znosił hałaśliwych szlochów duszy.
Kompani Bettiny wyczytali wstręt w oczach boskiego Goethego, który obserwował
ich, zatykając sobie uszy. Nie mogli mu tego wybaczyć i napadali na niego jako
na
wroga duszy, buntu i uczucia.
Milan Kundera (fragment powieści Nieśmiertelność, 1990)
człowiek liczy na nieśmiertelność, a zapomina liczyć się ze śmiercią. . .
Ukończyła książkę w 1835 roku i wydała ją pod tytułem "Goethes Briefwechsel
mit einem Kinde" ("Korespondencja Goethego z dzieckiem"). Nikt nie podawał
w wątpliwość autentyczności listów aż do roku 1929, w którym odkryto i wydano
korespondencję oryginalną.
Ach, dlaczego jej w porę nie spaliła?
Proszę postawić się na jej miejscu: niełatwo jest spalić intymne, drogie nam papiery; to tak jakby przyznać, że wasz czas się skończył, że jutro umrzecie; toteż akt zniszczenia odkładacie wciąż do jutra, i pewnego dnia jest już za późno.
Człowiek liczy na nieśmiertelność, a zapomina liczyć się ze śmiercią.
Ach, dlaczego jej w porę nie spaliła?
Proszę postawić się na jej miejscu: niełatwo jest spalić intymne, drogie nam papiery; to tak jakby przyznać, że wasz czas się skończył, że jutro umrzecie; toteż akt zniszczenia odkładacie wciąż do jutra, i pewnego dnia jest już za późno.
Człowiek liczy na nieśmiertelność, a zapomina liczyć się ze śmiercią.
Milan Kundera (fragment powieści Nieśmiertelność, 1990)
01 lutego 2014
żyli w transcendencji, w przekraczaniu siebie, z rękami wyciągniętymi ku dali, ku kresowi ich życia i nawet dalej, ku ogromowi niebytu. . .
O nieśmiertelności marzy się od dzieciństwa. Ponadto
Bettina
należała do pokolenia Romantyków, olśnionych przez śmierć od dnia, w którym
ujrzeli światło dzienne. Novalis nie dożył nawet trzydziestki, lecz mimo
młodego
wieku nic bodaj nie budziło w nim większego natchnienia niż śmierć, śmierć
czarodziejka,
śmierć przetworzona w alkohol poezji. Wszyscy oni żyli w transcendencji,
w przekraczaniu siebie, z rękami wyciągniętymi ku dali, ku kresowi ich
życia
i nawet dalej, ku ogromowi niebytu.
Milan Kundera (fragment powieści Nieśmiertelność, 1990)
trzymał w swym salonie otwartą trumnę; w chwilach szczęścia, gdy czuł się wyjątkowo z siebie zadowolony, kładł się w niej i wyobrażał sobie własny pogrzeb. . .
Nieśmiertelność, o której mówi Goethe, nie ma oczywiście nic wspólnego z nieśmiertelnością
duszy. Chodzi o inną, świecką nieśmiertelność tych, którzy po
śmierci
pozostają w pamięci potomnych. Każdy może osiągnąć taką nieśmiertelność,
mniejszą lub większą, krótszą czy dłuższą, i każdy od wczesnej młodości o niej
myśli. Gdy byłem małym chłopcem, w niedziele chodziłem na spacery do morawskiego
miasteczka; jego burmistrz, opowiadano, trzymał w swym salonie otwartą
trumnę; w chwilach szczęścia, gdy czuł się wyjątkowo z siebie zadowolony, kładł
się w niej i wyobrażał sobie własny pogrzeb. Nigdy nie przeżył niczego piękniejszego
nad owe chwile rozmarzenia w trumnie: zamieszkał wówczas we własnej nieśmiertelności.
Wobec nieśmiertelności ludzie nie są równi.
Wobec nieśmiertelności ludzie nie są równi.
Milan Kundera (fragment powieści Nieśmiertelność, 1990)
o swojej twarzy, wyobrażałbyś ją sobie jako rodzaj zewnętrznego odbicia tego, co znajduje się w tobie. . .
Agnes raz jeszcze przejrzała tygodnik od pierwszej
do ostatniej strony i obliczyła: dziewięćdziesiąt dwa zdjęcia
przedstawiające
samą twarz, czterdzieści jeden z twarzą i ciałem; dziewięćdziesiąt twarzy na
dwudziestu
trzech zdjęciach grupowych i tylko jedenaście zdjęć, na których ludzie
odgrywają
rolę nieistotną albo żadną. W sumie w tygodniku były dwieście dwadzieścia
trzy twarze.
Potem do domu wrócił Paul i Agnes opowiedziała mu o swoich obliczeniach.
- Tak - zgodził się. - Im obojętniejszy pozostaje człowiek wobec polityki, wobec problemów drugiego człowieka, tym większą obsesją staje się jego twarz. To jest indywidualizm naszych czasów.
- Indywidualizm? Gdzie podziewa się indywidualizm, kiedy aparat robi ci zdjęcie w chwili agonii? Przeciwnie, oczywiste jest, że jednostka już nie należy do siebie, że w całości jest własnością innych. Przypominam sobie z dzieciństwa, że gdy chciano zrobić komuś zdjęcie, zawsze pytano go o zgodę. Dorośli pytali nawet mnie: powiedz, skarbie, można ci zrobić zdjęcie? A potem, pewnego dnia, nikt już nie zapytał. Prawo kamery wyniesiono ponad wszelkie inne prawa, i od tego dnia wszystko się zmieniło, absolutnie wszystko.
Wzięła do ręki magazyn i powiedziała: - Kiedy zamieszczasz obok siebie zdjęcia dwóch odmiennych twarzy, uderza cię to, co je różni. Ale kiedy masz przed sobą dwieście dwadzieścia trzy twarze, pojmujesz nagle, że widzisz tylko wiele odmian jednej twarzy i że żadna jednostka nigdy nie istniała.
- Agnes - powiedział Paul z nagłą powagą w głosie - twoja twarz nie przypomina żadnej innej.
Agnes nie zwróciła uwagi na jego ton i uśmiechnęła się.
Paul powiedział: - Nie śmiej się. Ja mówię poważnie. Kiedy się kogoś kocha, kocha się jego twarz i w ten sposób wyodrębnia się ją całkowicie spośród innych.
- Wiem. Znasz mnie poprzez moją twarz, znasz mnie jako twarz i nigdy nie znałeś mnie inaczej. Zatem nie mogło ci przyjść do głowy, że moja twarz nie jest mną.
Paul odpowiedział z troskliwą cierpliwością starego lekarza: - Jak możesz sądzić, że nie jesteś własną twarzą? Kto się skrywa za twoją twarzą?
- Wyobraź sobie, że żyłeś w świecie, w którym lustra nie istnieją. Marzyłbyś w nim o swojej twarzy, wyobrażałbyś ją sobie jako rodzaj zewnętrznego odbicia tego, co znajduje się w tobie. I załóżmy, że gdy dobiłeś czterdziestki, postawiono przed tobą lustro. Wyobraź sobie swoje przerażenie! Zobaczyłbyś zupełnie inną twarz! I dokładnie zrozumiałbyś to, czego nie chcesz uznać: że twoja twarz to nie jesteś ty!
Potem do domu wrócił Paul i Agnes opowiedziała mu o swoich obliczeniach.
- Tak - zgodził się. - Im obojętniejszy pozostaje człowiek wobec polityki, wobec problemów drugiego człowieka, tym większą obsesją staje się jego twarz. To jest indywidualizm naszych czasów.
- Indywidualizm? Gdzie podziewa się indywidualizm, kiedy aparat robi ci zdjęcie w chwili agonii? Przeciwnie, oczywiste jest, że jednostka już nie należy do siebie, że w całości jest własnością innych. Przypominam sobie z dzieciństwa, że gdy chciano zrobić komuś zdjęcie, zawsze pytano go o zgodę. Dorośli pytali nawet mnie: powiedz, skarbie, można ci zrobić zdjęcie? A potem, pewnego dnia, nikt już nie zapytał. Prawo kamery wyniesiono ponad wszelkie inne prawa, i od tego dnia wszystko się zmieniło, absolutnie wszystko.
Wzięła do ręki magazyn i powiedziała: - Kiedy zamieszczasz obok siebie zdjęcia dwóch odmiennych twarzy, uderza cię to, co je różni. Ale kiedy masz przed sobą dwieście dwadzieścia trzy twarze, pojmujesz nagle, że widzisz tylko wiele odmian jednej twarzy i że żadna jednostka nigdy nie istniała.
- Agnes - powiedział Paul z nagłą powagą w głosie - twoja twarz nie przypomina żadnej innej.
Agnes nie zwróciła uwagi na jego ton i uśmiechnęła się.
Paul powiedział: - Nie śmiej się. Ja mówię poważnie. Kiedy się kogoś kocha, kocha się jego twarz i w ten sposób wyodrębnia się ją całkowicie spośród innych.
- Wiem. Znasz mnie poprzez moją twarz, znasz mnie jako twarz i nigdy nie znałeś mnie inaczej. Zatem nie mogło ci przyjść do głowy, że moja twarz nie jest mną.
Paul odpowiedział z troskliwą cierpliwością starego lekarza: - Jak możesz sądzić, że nie jesteś własną twarzą? Kto się skrywa za twoją twarzą?
- Wyobraź sobie, że żyłeś w świecie, w którym lustra nie istnieją. Marzyłbyś w nim o swojej twarzy, wyobrażałbyś ją sobie jako rodzaj zewnętrznego odbicia tego, co znajduje się w tobie. I załóżmy, że gdy dobiłeś czterdziestki, postawiono przed tobą lustro. Wyobraź sobie swoje przerażenie! Zobaczyłbyś zupełnie inną twarz! I dokładnie zrozumiałbyś to, czego nie chcesz uznać: że twoja twarz to nie jesteś ty!
Milan Kundera (fragment powieści Nieśmiertelność, 1990)
szwajcaria: śpiew ptaków na wierzchołkach drzew. . .
Znowu poczuła żywą tęsknotę za Szwajcarią. Od śmierci ojca jeździła tam dwa
lub trzy razy w roku. Paul i Brigitte, uśmiechając się wyrozumiale, mówili
wówczas
o potrzebie higieniczno-sentymentalnej: pozbiera sobie martwe liście z grobu
ojca,
pooddycha czystym powietrzem przez szeroko otwarte okno alpejskiego hotelu.
Mylili się: Szwajcaria, w której nie oczekiwał jej bynajmniej żaden kochanek, była jedyną poważną i systematyczną niewiernością, jaką popełniała. Szwajcaria: śpiew ptaków na wierzchołkach drzew. Agnes marzyła, by pewnego dnia tam zostać i już nie wracać.
Mylili się: Szwajcaria, w której nie oczekiwał jej bynajmniej żaden kochanek, była jedyną poważną i systematyczną niewiernością, jaką popełniała. Szwajcaria: śpiew ptaków na wierzchołkach drzew. Agnes marzyła, by pewnego dnia tam zostać i już nie wracać.
Milan Kundera (fragment powieści Nieśmiertelność, 1990)
samotność: słodki brak spojrzeń. . .
Być może teraz lepiej rozumiemy, dlaczego Agnes czuła się tego ranka tak
szczęśliwa w łóżku, w którym nie było Paula, oraz dlaczego bezszelestnie, tak by
nie przyciągnąć uwagi Brigitte, przeszła później przez przedpokój. Odczuła nawet
tkliwość dla kapryśnej windy, ponieważ dostarczyła jej kilku chwil samotności.
Również samochód dał jej nieco szczęścia, ponieważ w środku nikt do niej nie
mówił, nikt na nią nie patrzył. Tak, to było najważniejsze, nikt na nią nie
patrzył.
Samotność: słodki brak spojrzeń. Któregoś dnia jej dwaj biurowi koledzy zachorowali i przez dwa tygodnie pracowała w biurze sama. Wieczorem spostrzegała zdumiona, że prawie nie czuje zmęczenia. Pozwoliło jej to zrozumieć, że spojrzenia są miażdżącym ciężarem, wampirzymi pocałunkami; że to sztylet obcych spojrzeń wyżłobił zmarszczki na jej twarzy.
Samotność: słodki brak spojrzeń. Któregoś dnia jej dwaj biurowi koledzy zachorowali i przez dwa tygodnie pracowała w biurze sama. Wieczorem spostrzegała zdumiona, że prawie nie czuje zmęczenia. Pozwoliło jej to zrozumieć, że spojrzenia są miażdżącym ciężarem, wampirzymi pocałunkami; że to sztylet obcych spojrzeń wyżłobił zmarszczki na jej twarzy.
Milan Kundera (fragment powieści Nieśmiertelność, 1990)
po jego śmierci milczenie istotnie rozrosło się, wypełniło duszę agnes, i było to piękne. . .
Ojciec leżał i czoło pokrywał mu pot; ujęła jego
rękę
i, powstrzymując łzy, powtórzyła powoli wraz z nim: "warte nur, balde ruhest
du
auch". Ty także wkrótce odpoczniesz. I zdała sobie sprawę, że poznaje głos
śmierci
ojca: było to milczenie ptaków śpiących na wierzchołkach drzew.
Po jego śmierci milczenie istotnie rozrosło się, wypełniło duszę Agnes, i było to piękne; powiem raz jeszcze: było to milczenie ptaków śpiących na wierzchołkach drzew. I wewnątrz tego milczenia, niczym myśliwski róg w głębi lasu, rozbrzmiewało ostatnie przesłanie ojca, z upływem czasu coraz wyraźniejsze. Co chciał jej powiedzieć swoim darem? Żeby była wolna. Żeby żyła, jak chce żyć, szła tam, dokąd chce iść. On nigdy się nie ośmielił. I dlatego córce dał wszystkie środki na to, by ona się ośmieliła.
Po jego śmierci milczenie istotnie rozrosło się, wypełniło duszę Agnes, i było to piękne; powiem raz jeszcze: było to milczenie ptaków śpiących na wierzchołkach drzew. I wewnątrz tego milczenia, niczym myśliwski róg w głębi lasu, rozbrzmiewało ostatnie przesłanie ojca, z upływem czasu coraz wyraźniejsze. Co chciał jej powiedzieć swoim darem? Żeby była wolna. Żeby żyła, jak chce żyć, szła tam, dokąd chce iść. On nigdy się nie ośmielił. I dlatego córce dał wszystkie środki na to, by ona się ośmieliła.
Milan Kundera (fragment powieści Nieśmiertelność, 1990)
powołaniem poezji. . .
Idea wiersza jest bardzo prosta: las zasypia, ty także zaśniesz. Powołaniem
poezji
nie jest olśniewanie zaskakującą ideą, lecz sprawienie, że chwila bytu staje
się
niezapomniana i godna nieukojonej tęsknoty.
Milan Kundera (fragment powieści Nieśmiertelność, 1990)
pułapką nienawiści jest to, że zbyt ściśle wiąże nas z przeciwnikiem. . .
Na myśl przyszedł jej ojciec. Odkąd cofnął się przed dwójką dwunastoletnich
szczeniaków, wyobrażała go sobie często w następującej sytuacji: jest na
pokładzie
tonącego statku; wyraźnie widać, że łodzie ratunkowe nie będą mogły zabrać
wszystkich, toteż na pokładzie panuje gorączkowy popłoch. Ojciec zaczyna biegać
ze wszystkimi, lecz widząc przepychanki pasażerów gotowych zadeptać się na
śmierć i otrzymawszy od jakiejś kobiety wściekły cios pięścią za to, że stanął
na jej
drodze, nagle przystaje, po czym odchodzi na bok; pod koniec już tylko obserwuje
przeładowane łodzie, które powoli, wśród wrzasków i przekleństw, zostają spuszczone
na rozszalałe fale.
Jak nazwać taką postawę? Tchórzostwem? Nie. Tchórze boją się śmierci i potrafią zawzięcie walczyć o przeżycie. Szlachetnością? Zapewne, o ile zachowałby się tak ze względu na bliźnich. Ale Agnes nie wierzy w takie pobudki. O co zatem chodziło? Nie wiedziała. Jedno zdawało jej się pewne: na tonącym statku, gdzie trzeba walczyć, by się dostać do łodzi ratunkowej, ojciec z góry byłby przegrany.
Tak, to było pewne. Pytanie, jakie sobie zadaje, jest następujące: czy ojciec nienawidził ludzi na statku, tak jak ona znienawidziła motocyklistkę i mężczyznę, który z niej kpił, ponieważ zasłoniła sobie uszy? Nie, Agnes nie potrafi sobie wyobrazić, by ojciec mógł nienawidzić. Pułapką nienawiści jest to, że zbyt ściśle wiąże nas z przeciwnikiem. Na przykład obsceniczność wojny: intymność wzajemnie przelanej krwi, lubieżna bliskość, oko w oko, dwóch żołnierzy zarzynających się nawzajem. Agnes jest pewna: to właśnie taka intymność odstręczała ojca; zamęt na statku napełniał go takim wstrętem, że wolał się utopić. Fizyczny kontakt z ludźmi, którzy się biją, tratują i wzajemnie wysyłają na śmierć, zdawał mu się o wiele gorszy niż samotna śmierć w przejrzystej toni.
Jak nazwać taką postawę? Tchórzostwem? Nie. Tchórze boją się śmierci i potrafią zawzięcie walczyć o przeżycie. Szlachetnością? Zapewne, o ile zachowałby się tak ze względu na bliźnich. Ale Agnes nie wierzy w takie pobudki. O co zatem chodziło? Nie wiedziała. Jedno zdawało jej się pewne: na tonącym statku, gdzie trzeba walczyć, by się dostać do łodzi ratunkowej, ojciec z góry byłby przegrany.
Tak, to było pewne. Pytanie, jakie sobie zadaje, jest następujące: czy ojciec nienawidził ludzi na statku, tak jak ona znienawidziła motocyklistkę i mężczyznę, który z niej kpił, ponieważ zasłoniła sobie uszy? Nie, Agnes nie potrafi sobie wyobrazić, by ojciec mógł nienawidzić. Pułapką nienawiści jest to, że zbyt ściśle wiąże nas z przeciwnikiem. Na przykład obsceniczność wojny: intymność wzajemnie przelanej krwi, lubieżna bliskość, oko w oko, dwóch żołnierzy zarzynających się nawzajem. Agnes jest pewna: to właśnie taka intymność odstręczała ojca; zamęt na statku napełniał go takim wstrętem, że wolał się utopić. Fizyczny kontakt z ludźmi, którzy się biją, tratują i wzajemnie wysyłają na śmierć, zdawał mu się o wiele gorszy niż samotna śmierć w przejrzystej toni.
Milan Kundera (fragment powieści Nieśmiertelność, 1990)
jakby spadając z firmamentu, z całą siłą rozbrzmiała pośród jazgotu fuga bacha grana na fortepianie. . .
Kolejne natarcie zgiełku przerwało jej wspomnienia: nad asfaltem pochylali się
mężczyźni w kaskach, uzbrojeni w młoty pneumatyczne. Nagle, z nieokreślonej
wysokości, jakby spadając z firmamentu, z całą siłą rozbrzmiała pośród jazgotu
fuga
Bacha grana na fortepianie. Zapewne jakiś lokator otworzył okno na ostatnim
piętrze i nastawił radio na cały regulator, aby surowe piękno Bacha rozległo się
jako
groźne ostrzeżenie dla zagubionego świata. Ale fuga Bacha nie zdołała zwalczyć
samochodów i młotów pneumatycznych; przeciwnie, to samochody i młoty pneumatyczne
zawładnęły fugą Bacha wciągając ją we własną fugę. Agnes przycisnęła dłonie
do uszu i nie odrywając ich szła dalej.
Milan Kundera (fragment powieści Nieśmiertelność, 1990)
może to wszystko. . .
Może to wszystko
dzieje się w labolatorium?
Pod jedną lampą w dzień
i miliardami w nocy?
Może jesteśmy pokolenia próbne?
Przesypywani z naczynia w naczynie,
potrząsani w retortach,
obserwowani czymś więcej niż okiem,
każdy z osobna
brany na koniec w szczypczyki?
Może inaczej:
żadnych interwencji?
Zmiany zachodzą same
zgodnie z planem?
Igła wykresu rysuje pomału
przewidziane zygzaki?
Może jak dotąd nic w nas ciekawego?
Monitory kontrolne włączane są rzadko?
Tylko gdy wojna i to raczej duża.
niektóre wzloty ponad grudkę Ziemi.
czy pokaźne wędróki z punktu A do B?
Może przeciwnie:
gustują tam wyłącznie w epizodach?
Oto mała dziewczynka na wielkim ekranie
przyszywa sobie guzik do rękawa.
Czujniki pogwizdują,
personel się zbiega.
Ach cóż to za istotka
z bijącym w środku serduszkiem!
Jaka wdzięczna powaga
w przewlekaniu nitki!
Ktoś woła w uniesieniu:
Zawiadomić Szefa,
niech przyjdzie i sam popatrzy!
Wisława Szymborska (z tomu Koniec i początek, 1993)
dzieje się w labolatorium?
Pod jedną lampą w dzień
i miliardami w nocy?
Może jesteśmy pokolenia próbne?
Przesypywani z naczynia w naczynie,
potrząsani w retortach,
obserwowani czymś więcej niż okiem,
każdy z osobna
brany na koniec w szczypczyki?
Może inaczej:
żadnych interwencji?
Zmiany zachodzą same
zgodnie z planem?
Igła wykresu rysuje pomału
przewidziane zygzaki?
Może jak dotąd nic w nas ciekawego?
Monitory kontrolne włączane są rzadko?
Tylko gdy wojna i to raczej duża.
niektóre wzloty ponad grudkę Ziemi.
czy pokaźne wędróki z punktu A do B?
Może przeciwnie:
gustują tam wyłącznie w epizodach?
Oto mała dziewczynka na wielkim ekranie
przyszywa sobie guzik do rękawa.
Czujniki pogwizdują,
personel się zbiega.
Ach cóż to za istotka
z bijącym w środku serduszkiem!
Jaka wdzięczna powaga
w przewlekaniu nitki!
Ktoś woła w uniesieniu:
Zawiadomić Szefa,
niech przyjdzie i sam popatrzy!
Wisława Szymborska (z tomu Koniec i początek, 1993)
Subskrybuj:
Posty (Atom)