26 listopada 2014

udaję, że wiem, iż nic nie wiem. . .

(...)zastanawialiśmy się, jak z punktu widzenia dwudziestego wieku w sercu Europy, w Pradze i dla Pragi, dopełnić zdanie Sokratesa „Wiem, że nic nie wiem...", i tak oto to zdanie dopełniliśmy: „Ja udaję, że wiem, iż nic nie wiem..." i tak przenieśliśmy ironię Sokratesa ze starożytności przez chrześcijaństwo aż do twórczego socjalizmu...

Bohumil Hrabal (fragment powieści Zaczarowany flet, 1989)
   
   
   

nienawiść. . .

Spójrzcie, jak wciąż sprawna,
Jak dobrze się trzyma
w naszym stuleciu nienawiść.
Jak lekko bierze wysokie przeszkody.
Jakie to łatwe dla niej - skoczyć, dopaść.

Nie jest jak inne uczucia.
Starsza i młodsza od nich równocześnie.
Sama rodzi przyczyny, które ją budzą do życia.
Jeśli zasypia, to nigdy snem wiecznym.

Religia nie religia -
byle przyklęknąć na starcie.
Ojczyzna nie ojczyzna -
byle się zerwać do biegu.
Niezła i sprawiedliwość na początek.
Potem już pędzi sama.
Nienawiść. Nienawiść.
Twarz jej wykrzywia grymas
ekstazy miłosnej.

Ach, te inne uczucia -
cherlawe i ślamazarne.
Od kiedy to braterstwo
może liczyć na tłumy?
Współczucie czy kiedykolwiek
pierwsze dobiło do mety?
Porywa tylko ona, która swoje wie.

Zdolna, pojętna, bardzo pracowita.
Czy trzeba mówić ile ułożyła pieśni.
Ile stronic historii ponumerowała.
Ile dywanów z ludzi porozpościerała
na ilu placach, stadionach.

Nie okłamujmy się:
potrafi tworzyć piętno.
Wspaniałe są jej łuny czarną nocą.
Świetne kłęby wybuchów o różanym świcie.
Trudno odmówić patosu ruinom
i rubasznego humoru
krzepko sterczącej nad nimi kolumnie.

Jest mistrzynią kontrastu
między łoskotem a ciszą,
między czerwoną krwią a białym śniegiem.
A nade wszystko nigdy jej nie nudzi
motyw schludnego oprawcy
nad splugawioną ofiarą.

Do nowych zadań w każdej chwili gotowa.
Jeżeli musi poczekać, poczeka.
Mówią, że ślepa. Ślepa?
Ma bystre oczy snajpera
i śmiało patrzy w przyszłość
- ona jedna.

                                     Wisława Szymborska (z tomu Koniec i początek, 1993)
 
 
 

24 listopada 2014

nad nami. . .

Chłopcy kopiący piłkę na rozległym placu pod obeliskiem
i apokaliptyczne niebo zachodu w tle
Skąd w tym widoku taka nagła groza
jakby ktoś chciał to wszystko obrócić w czerwony pył
I słońce to już wie I niebo to już wie
I woda w rzece
Z głośników bucha muzyka jak dziki śmiech
Tylko nad nami w górze gwiazda
z palcem na ustach stoi zamyślona

                                                   Julia Hartwig (z tomu Obcowanie, 1987)
 
 
 

23 listopada 2014

przechodzień. . .

Szedł ulicą osobny
Ledwo tląca latarka oddalona od tłumu o kilometry mgły
Twarz zamknięta nieruchome oczy
płaszcz mięty i nieświeży jakby nie oswojony jeszcze ze światłem
ledwo odebrany z przechowalni szpitalnej lub więziennej
zakurzone sandały pożółkła koszula
kapelusz płynący nad opustoszałą twarzą
krok zmęczony ciało naprzód podane
jakby samo siebie chciało nieśpiesznie wyprzedzić
Ten człowiek szedł na pewno dalej niż my wszyscy
naznaczony niebytem i tak zagłębiony w sobie
jak nie bywają nawet ludzie ze śmiercią u wezgłowia
Spotkałam więc zjawę pośrodku miasta
na Marszałkowskiej w pobliżu mojego domu
pośród innych przechodniów którzy mijali go
dźwigając siatki pełne jabłek chleba i mrożonego dorsza

                                                      Julia Hartwig (z tomu Czuwanie, 1978)


ależ tak. . .

Ależ tak ty również nadajesz się na męczennika
z tym swoim słabym zdrowiem z zadyszką
z delikatnymi przyzwyczajeniami
i upodobaniem do codziennej gorącej kąpieli
Ależ tak Nie jest nigdzie powiedziane
że zawsze będziesz chodził zamyślony
z tym swoim łagodnym uśmiechem
że któregoś dania nie rozrzucą twoich książek
że z twojej pobitej twarzy nie poleje się krew

                                            Julia Hartwig (z tomu Czuwanie, 1978)
 
 
 

22 listopada 2014

co jest za. . .

Co jest za zasłoniętym oknem? Co jest za zamkniętymi drzwiami?
Jest uwięziona kobieta, która ceruje obłok pamięci.
Jest dąb, który rośnie z nieprzebraną wolą poznania lasu.
Jest zdanie "zażyj lekarstwo", które odbija się od ściany jak gumowa piłka ścigająca się z echem.
Są na ścianach ślady uderzeń i na podłodze podarte rękopisy, ślady pośpiesznego wyjazdu.
Jest złowrogi hak, na którym wisi marynarka owinięta jak kokon w pajęczyny.

Julia Hartwig (z tomu Dwoistość, 1971)
 
 
 

21 listopada 2014

rozmiękczenie mózgu ... szczyt pustki. . .

To, co zdarzyło się mojej matce, jak piszą w akcie zgonu, że umarła na rozmiękczenie mózgu, tak ja z kolei osiągnąłem rzeczywiście szczyt pustki, i jestem tak, ale to tak sam, że właściwie znajduję się w pojedynczej celi i jestem związany w kij, i nie żyję już w czasie, ale tylko i wyłącznie w przestrzeni, której się boję i która mnie przeraża.

Bohumil Hrabal (fragment powieści Zaczarowany flet, 1989)
   
   
   

w samo jądro ciszy i spokoju. . .

(...)bałem się i nieruchomymi oczyma wpatrywałem się w samo jądro ciszy i spokoju, bogowie bowiem opuścili Ziemię i to miasto, w ten niedzielny wieczór osiągnęliśmy tę właściwą głośną samotność i szczyt pustki, osiągnęliśmy ostateczny niepokój, jaki był udziałem Kierkegaarda i Fryderyka Nietzschego.

Bohumil Hrabal (fragment powieści Zaczarowany flet, 1989)
   
   
   

jemu też pewnie świat sprawiał ból, i ból sprawiało mu jego życie. . .

Ileż to razy przechodzę na czerwonym świetle, ileż to razy przedzieram się przez potok samochodów, ale choć zadumany, nie jestem sam, jest przy mnie mój anioł stróż, mój aniołek stróż, ponieważ ten mój anioł chce, żebym był jeszcze na świecie, abym dotarł na swoje dno, abym zszedł o jeszcze jedno piętro niżej, tam gdzie jest ostateczne dno wyrzutów, dlatego sprawia mi ból cały świat i sprawia mi ból nawet ten mój anioł, ileż to razy chciałem wyskoczyć z piątego piętra, z tego mojego mieszkania, gdzie ból mi sprawia każdy pokój, ale zawsze w ostatniej chwili anioł mnie ratuje, odciąga mnie, tak chciał skoczyć z piątego piętra mój doktor Franz Kafka, tam, z Maison Oppelt, dokąd wchodzi się ze Staromiejskiego Rynku, ale pan doktor spadłby za rogiem, na ulicę Paryską, i jemu też pewnie świat sprawiał ból, i ból sprawiało mu jego życie, tak samo chciał skoczyć z piątego piętra Malte-Laurids Brigge, i jemu też w Paryżu świat sprawiał ból. Także Brigge'owi ból sprawiał cały świat, Reinerowi Marii Rilkemu również.
   A więc nazwyciężałem się, osiągnąłem szczyt pustki Nawarzyłem sobie piwa, no i teraz muszę je wypić, Konstantin Biebl wyskoczył z okna, przedtem jednak — na długo przedtem — poprosił Štyrskiego, aby mu namalował obraz człowieka wypadającego tyłem z okna, tak jak się obraca kartkę. Tak, tak I tatuś Artura Schopenhauera także skończył śmiercią samobójczą. I Seneka w Salamance również. Ale ja już nie będę wyskakiwał z okna, mój anioł stróż nie wyperswadował mi tego, ale szepnął mi, że ten, który ofiarował mi szczyt pustki, powiedział mu, że to byłoby za mało: odejść tak nazbyt łatwo, to, że ból sprawia mi cały świat, muszę przeżyć raz jeszcze, tak jak ostatni cesarz chiński, którego nie stracono, ale przez dwanaście lat prano mu mózg, aby zrozumiał to wszystko, co zrobił, aby osiągnął nie szczyt pustki, ale żeby stał się zwyczajnym człowiekiem, który chodzi robić zakupy, tak jak inni, aby się uczłowieczył.

Bohumil Hrabal (fragment powieści Zaczarowany flet, 1989)
   
   
   

budzę się, odzyskuję przytomność, sprawia mi ból całe mieszkanie. . .

Kiedy wstaję, kiedy budzę się, odzyskuję przytomność, sprawia mi ból całe mieszkanie, cały mój pokój, sprawia mi ból widok z okna, dzieci idą do szkoły, ludzie idą po zakupy, każdy wie, dokąd ma iść, tylko ja nie wiem, dokąd mógłbym pójść, ubieram się tępo, zataczam się podskakując w jednej nogawce, gdy wciągam spodnie, idę i golę się maszynką elektryczną, od iluż to już lat goląc się nie patrzę na siebie w lustrze, golę się po ciemku albo zza węgla, siedząc na krześle w przedpokoju, a kontakt jest w łazience, me lubię już na siebie patrzeć, ból sprawia mi już nawet własny wygląd, w oczach dostrzegam wczorajsze pijaństwo, nie jem nawet śniadania, a jeśli już, to tylko kawka i papieros, siedzę więc przy stole, czasami nawet załamuję nad sobą ręce i powtarzam kilka razy: Hrabalu, Bohumilu Hrabalu, a więc nazwyciężałeś się, osiągnąłeś szczyt pustki, jak nauczał mój Lao-Cy, osiągnąłem pustkę i wszystko sprawia mi ból, ból sprawia mi nawet droga do autobusu, boli mnie nawet cały ten autobus, z poczuciem winy spuszczam wzrok, boję się spojrzeć ludziom w oczy, czasami krzyżuję dłonie i nastawiam przeguby, wyciągam ręce, aby mnie ludzie aresztowali i zaprowadzili do policjantów, bo mam poczucie winy nawet z powodu tej mojej niegłośnej samotności, bo sprawiają mi ból nie tylko te schody ruchome, które porywają mnie w dół, do piekła, sprawiają mi ból nawet spojrzenia ludzi idących w górę, każdy ma dokąd iść, podczas gdy ja osiągnąłem szczyt pustki i nie wiem, dokąd miałbym pójść.

Bohumil Hrabal (fragment powieści Zaczarowany flet, 1989)
   
   
   

sprzeciw. . .

Był poetą ale raz po raz odbierana mu była łaska pisania
Wówczas słabnął bo widzenie jego traciło blask
a chwile zachwytu zalewała piana bylejakości
Nadejście zmiany było jak głos trąbki
porywający duszę do zbudzenia
Wchodziła w niego siła światła
jego własna słabość nabierała nowych praw

                                                                         Julia Hartwig (z tomu Nie ma odpowiedzi, 2001)
 
 
 

wbrew sobie. . .

Wszyscy poeci świata piszą jeden wiersz
opisują tę samą skałę na której rozpryskuje się morze
tę samą utratę której żadnemu z nich nie oszczędzono
w tej samej chwili zaznają ekstazy istnienia
w tej samej nocy układają się w łozu ciemności

Znają zwątpienie tak wszechogarniające
że świat przestaje dla nich istnieć
a kiedy próbują go odbudować
pękają od jego nadmiaru

W tej wielkiej symfonii którą wykonują
tylko pierwsi skrzypkowie zaszczycani są uściskiem ręki dyrygenta
i choć wszyscy poddani są prawom tej samej harmonii
każdy z nich chciałby być kochany z osobna

                                                                                   Julia Hartwig (z tomu Nie ma odpowiedzi, 2001)
 
 
 

20 listopada 2014

epitafium. . .

Ja
niżej podpisany
Jerzy Ficowski
przenosząc się dnia 9 maja 2006 roku
do Wieczności
(wersja równouprawniona: do Nicości)
zakończyłem tutejszą egzystencję
nie ukończywszy niczego
zgodnie z Regulaminem Stwórcy
i z odwieczną praktyką
mieszkańców tego źle pomyślanego
i jeszcze gorzej prowadzącego się świata
- usilnie proszę
moich Bliskich i moich Dalekich
o błogosławieństwo uśmiechu
i łaskę pogody ducha
zamiast westchnień i smutku,
bowiem nie stało się
nic nadzwyczajnego.
Za spełnienie tej prośby
z góry wszystkim dziękuję
i za kłopot przepraszam

                                     Jerzy Ficowski

Warszawa
Poza zasięgiem czasu
 
 
 

17 listopada 2014

z kultury do natury. . .

Kto zgasił światło? I czy to pierwszy raz? I w jaki sposób przeszli... z kultury do natury?
(...)
- Jak to jest... - mówił w myślach, patrząc w niebo na gwiazdy - jak to właściwie się dzieje, że dwoje dorosłych ludzi odrzuca raptem formę i godzi się na żywioł, który ich upokarza? (Gdyby nie upokarzał, czyż gasiliby światło?) Jak do tego dochodzi? Jak można to uzgodnić, wypowiedzieć słowami?

Antoni Libera (fragment powieści Madame, 1997)
   
   
  

człowiek nie wybiera. . .

Lecz właśnie to jest straszne! Że człowiek nie wybiera! Jest on igraszką losu na pośmiewisko bogów! Miota się, płonie, cierpi, a oni czerpią z tego niewysłowioną rozkosz albo świetnie się bawią. W jękach i szlochach ofiary zdaje się czasem pobrzmiewać ich sardoniczny śmiech.

Antoni Libera (fragment powieści Madame, 1997)
   
   
  

do fikcyjnych postaci, do zmyślonego świata. . .

Spełniali-można powiedzieć - największy ideał sztuki: wzniecali uczucia do czegoś, co istniało pozornie - do fikcyjnych postaci, do zmyślonego świata, a w ślad za tym marzenie - niedorzeczne, dziecinne - by znaleźć się w owym świecie. Bo tylko w nim - w iluzji - była możliwa szansa na zadośćuczynienie. Lecz właśnie! Tylko szansa. Bo w namiastce przeżycia, jaką stanowił akt odegrania na scenie burzliwego dramatu, szansa ta była zawsze, nieodwracalnie tracona. Los owych pięknych istot był nieodmiennie tragiczny. Skazany na przegraną, na niespełnienie i śmierć. Oto Tezeusz, król Aten, mąż owiany legendą

Antoni Libera (fragment powieści Madame, 1997)
   
   
  

w istocie chodzi o to, abyś się z nią połączył i oddał jej nasienie. . .

  „A więc powiadasz, jeune homme, że zadurzyłeś się... że wielbisz panią profesor... i marzysz o jakiejś Wiktorii. - Na czym ma ona polegać, jeśli wolno zapytać? Na tym, że spojrzy na ciebie? Że powie ci coś miłego? Że ci okaże sympatię i będziecie prowadzić eleganckie dialogues... tfu! conversations? - Otóż, mój pięknoduchu, jest to słodka ułuda, którą cię wabi Natura. W istocie chodzi o to, abyś się z nią połączył i oddał jej nasienie. A to wygląda tak, jak ci tu pokazuję. Patrz, oto meta twych tęsknot, cokolwiek jest ich treścią, jakkolwiek się objawiają. Oto punkt docelowy twojej błogiej wędrówki. A pamiętaj, mój mały, że to zaledwie obrazki - sztuka, kreacja, ironia. Wżyciu rzecz jest o wiele... nieporównanie mocniejsza i mniej cywilizowana. Dzika, gwałtowna, obłędna. Deliryczna, pijana...

Antoni Libera (fragment powieści Madame, 1997)
   
   
  

16 listopada 2014

położyć się na łóżku, przykryć wełnianym kocem. . .

„Spokojnie, tylko spokojnie”, mówiłem do siebie w myślach, próbując zapanować nad rozognionym umysłem, gdy szedłem alejką dziedzińca prowadzącą do bramy. „Wyjść stąd, wrócić do domu, zasunąć story w oknach, położyć się na łóżku, przykryć wełnianym kocem i wtedy dopiero zacząć trawienie tych wszystkich wrażeń i zasadniczych zdobyczy. Nie wcześniej. Teraz odetchnąć...

Antoni Libera (fragment powieści Madame, 1997)
   
   
  

15 listopada 2014

za to się nie dziękuje. . .

   - Dziękuję panu za wszystko - powiedziałem solennie. - Zwłaszcza za zaufanie, jakim mnie pan obdarzył.
   - Za to się nie dziękuje - nie rozluźniał uścisku. - Tego się nie zawodzi. - Puścił wreszcie i zaraz naciągnął rękawiczkę.

Antoni Libera (fragment powieści Madame, 1997)
   
   
  

wszelki kontakt ze światem grozi konfliktem i walką. . .

   A jednak, mimo tej biedy, czuł się innym człowiekiem. Wolnym, nie osaczonym. Wyzwolonym z napięcia, podminowania, lęku, że wszelki kontakt ze światem grozi konfliktem i walką; że wyjdzie z nich przegrany, upokorzony, opluty. Tam nie odczuwał tego. Tam, mimo że był nikim - cudzoziemcem, ze Wschodu, niemal bez grosza przy duszy - nie bał się. Był spokojny. Był sobą. Był normalny.

Antoni Libera (fragment powieści Madame, 1997)
   
   
  

poeta jest więc z natury mężczyzną. . .

   Gęsie pióro to symbol sztuki pięknego pisania. Ta dziedzina z kolei to rzecz pierwotnie męska. ‘Poezja’, wyraz ‘poezja’ pochodzi z greckiego poiein, co znaczy ‘tworzyć, działać’. Tworzenie - zwłaszcza z niczego! - jest atrybutem boskim, a bóg jako siła sprawcza ma zawsze charakter męski. (Kobieta nie tworzy z niczego, kobieta przetwarza, co jest.) Poeta jest więc z natury mężczyzną, duchem męskim, nawet jeśli fizycznie należy do płci pięknej. Weźmy choćby Safonę. Wiadomo, jak to z nią było.

Antoni Libera (fragment powieści Madame, 1997)
   
   
  

monos w swej monomanii. . .

   Otóż pradawne podania, które stanowią źródło tej misternej konstrukcji, opowiadają historię Kosmicznego Podziału.
   Na początku był Monos, homogeniczny byt, zamknięty i nieskończony niczym powierzchnia kuli. Ta zasada istnienia była jednak wadliwa: Monos w swej monomanii zapadał się w głąb siebie i szukał samozagłady. Wreszcie, po osiągnięciu krytycznego momentu - jakby w ostatnim odruchu ginącej woli istnienia - wydobył z siebie głos. Powiedział ‘ja’: ‘ja jestem’, a przez to się usłyszał, a skoro się usłyszał, przestał być monolitem: stał się Głosem i Słuchem. Podzielił się, rozdwoił. Słowem, poprzez akt mowy przemienił się w Heterosa.

Antoni Libera (fragment powieści Madame, 1997)
   
   
  

kto wyjeżdżał na zachód i nie powracał. . .

Wyjechała! Na stałe! Została na Zachodzie! To brzmiało jak złowieszcze zaklęcie. Ktoś, kto wyjeżdżał na Zachód i nie powracał stamtąd, był „zdrajcą” lub „renegatem” albo, w najlepszym razie, „człowiekiem bez charakteru”, który połaszczył się na błyskotki - na ciuchy i kosmetyki, na auta i nocne lokale - słowem, którego uwiódł haniebny konsumpcjonizm.

Antoni Libera (fragment powieści Madame, 1997)
   
   
  

szukałem retardacji. . .

   Łatwy i szybki sukces, jakim zakończyła się moja pierwsza operacja detektywistyczna, podziałał na mnie dwojako. Z jednej strony, przyniósł dreszcz podniecenia i umocnienie w wierze, że plan, który powziąłem, nie jest fantasmagorią. Z drugiej, sprawiał mi zawód: skreślał zadanie, które dopiero co sobie wyznaczyłem, i stawiał mnie na nowo w martwym punkcie wyjścia. To zaś z kolei na nowo rodziło wątpliwości.
   Poddawszy te uczucia bezwzględnej analizie, stwierdziłem, że są przejawem podświadomego lęku. Zamiast bez ceregieli posuwać się do przodu, szukałem retardacji. Marząc o sytuacji, w której będę mógł wreszcie, wyposażony w odpowiednią wiedzę, rozpocząć swą Wielką Grę, bałem się jej zarazem - skory do odwleczenia, a nawet do walkowera.
   „Trzeba to w sobie przełamać”, upomniałem się w duchu, „trzeba grać ofensywnie”. I nie zastanawiając się długo, pojechałem pod znaleziony adres.

Antoni Libera (fragment powieści Madame, 1997)
   
   
  

w mgnieniu oka wydobył swój monstrualny organ. . .

I wtedy właśnie Fąfel, sam przecież niepalący, pośpieszył im z brawurową, „wiedeńską” odsieczą. Zorientowawszy się, kto wchodzi, w mgnieniu oka wydobył swój monstrualny organ i pewnym krokiem doświadczonego ekshibicjonisty ruszył naprzeciw wrogiej sile, udając, że kieruje się w stronę pisuaru. Spoza kłębów dymu dał się słyszeć krótki stłumiony okrzyk przerażenia, a w ślad za nim donośny, głęboki bas Fąfla: „Och, najmocniej panią profesor przepraszam, ale tu męska ubikacja.”

Antoni Libera (fragment powieści Madame, 1997)