Charles Dickens (fragment powieści Klub Pickwicka, 1837)
27 lutego 2014
odnalazł go garson, z głową pomiędzy poduszkami sofy, jęczącego. . .
– Może pan opuścić trybunę – rzekł wtenczas pan Snubbin. Pan Winkle opuścił też ją bezzwłocznie
i pobiegł jak szalony do hotelu, gdzie po kilku godzinach odnalazł go garson, z
głową pomiędzy poduszkami sofy, jęczącego w sposób rozdzierający serce.
na szczęście jestem łykowaty i to mię pociesza. . .
– O, Sammy, jaki to ciężki cios w moim wieku! Na szczęście jestem łykowaty i to mię pociesza
– jak mówił stary indyk gospodarzowi, który mu oznajmił, iż musi go zabić i zanieść
na targ.
– Co jest ciężkim ciosem?
– Widzieć cię żonatym, Sammy, widzieć, że jesteś ofiarą i w niewinności swojej wyobrażasz sobie, że tak być powinno. To przerażający cios dla serca ojcowskiego, Sammy!
– Co jest ciężkim ciosem?
– Widzieć cię żonatym, Sammy, widzieć, że jesteś ofiarą i w niewinności swojej wyobrażasz sobie, że tak być powinno. To przerażający cios dla serca ojcowskiego, Sammy!
Charles Dickens (fragment powieści Klub Pickwicka, 1837)
toczyć się bez przerwy przez najdłuższy żywot ludzki. . .
Rachunek, nawiasem mówiąc, jest najznakomitszym perpetuum mobile, jakie kiedykolwiek
wymyślił umysł ludzki. Potrafi toczyć się bez przerwy przez najdłuższy żywot ludzki i
nigdy sam z siebie nie stanie.
Charles Dickens (fragment powieści Klub Pickwicka, 1837)
człowiek krwawi wewnątrz. . .
Kiedy
człowiek krwawi wewnątrz – rzecz to niebezpieczna dla niego samego. Kiedy śmieje się wewnątrz
– rzecz niebezpieczna dla bliźnich!
Charles Dickens (fragment powieści Klub Pickwicka, 1837)
od dawna już cieszył się, że będzie szedł tamtędy, była to bowiem ponura, smutna, a więc miła uliczka. . .
W starej wsi klasztornej niedaleko stąd, dawno, dawno temu, tak dawno, że chyba historia
ta musi być prawdziwa – bo przecież nasi dziadkowie już w nią wierzyli – mieszkał zakrystian
i grabarz w jednej osobie, Gabriel Grub. Nie jest wcale rzeczą konieczną, by ktoś,
dlatego tylko, że jest grabarzem i żyje w otoczeniu pomników śmierci, musiał być melancholikiem
i człowiekiem ponurym. Spotyka się między nimi najweselszych ludzi na świecie.
Sam miałem kiedyś honor przyjaźnić się z karawaniarzem, który w prywatnym życiu,
gdy nie spełniał obowiązków, był wesoły jak szczygieł, śpiewał najżartobliwsze piosenki i
jednym haustem potrafił wychylić szklankę czegoś dobrego. Ale Gabriel Grub, jakby dla
zaprzeczenia tym możliwościom, był człowiekiem ponurym i smutnym; zadowalał się towarzystwem
własnym i starej oplatanej flaszki, którą przechowywał w wielkiej kieszeni
swej kapoty. Na każdą zaś wesołą twarz patrzał z trudnym do opisania wyrazem głębokiej
pogardy i złośliwości.
Pewnego dnia wigilijnego, nieco przed zmierzchem, Gabriel wziął do rąk rydel, zapalił latarkę i poszedł na cmentarz. Jutro miał wykończyć grób, a że czuł się tego wieczora jakoś samotnie, przyszło mu na myśl, że może praca go rozerwie. Idąc dobrze znaną sobie drogą, widział przez okna domów zapalone światła w pokojach, ogień trzaskający wesoło i twarze zebrane koło kominka, widział przygotowania do następnego dnia, wdychał apetyczne zapachy, jakie buchały z kuchni. Widok ten gniewem i goryczą napełniał serce Gabriela Gruba. A kiedy na ulicy pokazała się gromadka dzieci, do których natychmiast przyłączyło się jeszcze pół tuzina kędzierzawych główek, i cała ta rozbawiona hałastra pobiegła na górę bawić się w zwykłe gry świąteczne, Grub uśmiechnął się ponuro, mocniej ścisnął rydel i przyszła mu na myśl szkarlatyna, odra grypa, koklusz i wiele jeszcze innych prawdziwych pociech dla serca grabarza.
W tym miłym usposobieniu szedł dalej. Zgryźliwie odpowiadał na pozdrowienia przechodniów, którzy go od czasu do czasu mijali, wreszcie skręcił w ciemną uliczkę prowadzącą na cmentarz. Gabriel od dawna już cieszył się, że będzie szedł tamtędy, była to bowiem ponura, smutna, a więc miła uliczka; mieszkańcy wioski omijali ją, chyba że słońce mocno świeciło. Ogarnęło go zatem wielkie oburzenie, kiedy zobaczył przed sobą ulicznika wesoło śpiewającego piosenkę! W takim miejscu! W miejscu, które nazywano ulicą Trumienną już w owych zamierzchłych czasach, kiedy włóczyli się po niej ostrzyżeni do skóry, małpiogłowi mnisi! Gabriel przyśpieszył kroku i natknął się na malca, który biegł szybko, żeby połączyć się ze swymi towarzyszami na głównej ulicy, śpiewał zaś trochę dlatego, by dodać sobie odwagi, a trochę dla wprawy! A śpieszył, ile miał tchu w piersiach! Gabriel zapędził chłopaczka w róg zaułka i uderzył go pięć czy sześć razy latarnią po głowie – niech się nauczy modulować głos! Malec uciekł, trzymając się za głowę, teraz śpiewał zupełnie z innego tonu! Gabriel roześmiał się z zadowolenia i wszedł na cmentarz, zamknąwszy za sobą furtkę.
Pewnego dnia wigilijnego, nieco przed zmierzchem, Gabriel wziął do rąk rydel, zapalił latarkę i poszedł na cmentarz. Jutro miał wykończyć grób, a że czuł się tego wieczora jakoś samotnie, przyszło mu na myśl, że może praca go rozerwie. Idąc dobrze znaną sobie drogą, widział przez okna domów zapalone światła w pokojach, ogień trzaskający wesoło i twarze zebrane koło kominka, widział przygotowania do następnego dnia, wdychał apetyczne zapachy, jakie buchały z kuchni. Widok ten gniewem i goryczą napełniał serce Gabriela Gruba. A kiedy na ulicy pokazała się gromadka dzieci, do których natychmiast przyłączyło się jeszcze pół tuzina kędzierzawych główek, i cała ta rozbawiona hałastra pobiegła na górę bawić się w zwykłe gry świąteczne, Grub uśmiechnął się ponuro, mocniej ścisnął rydel i przyszła mu na myśl szkarlatyna, odra grypa, koklusz i wiele jeszcze innych prawdziwych pociech dla serca grabarza.
W tym miłym usposobieniu szedł dalej. Zgryźliwie odpowiadał na pozdrowienia przechodniów, którzy go od czasu do czasu mijali, wreszcie skręcił w ciemną uliczkę prowadzącą na cmentarz. Gabriel od dawna już cieszył się, że będzie szedł tamtędy, była to bowiem ponura, smutna, a więc miła uliczka; mieszkańcy wioski omijali ją, chyba że słońce mocno świeciło. Ogarnęło go zatem wielkie oburzenie, kiedy zobaczył przed sobą ulicznika wesoło śpiewającego piosenkę! W takim miejscu! W miejscu, które nazywano ulicą Trumienną już w owych zamierzchłych czasach, kiedy włóczyli się po niej ostrzyżeni do skóry, małpiogłowi mnisi! Gabriel przyśpieszył kroku i natknął się na malca, który biegł szybko, żeby połączyć się ze swymi towarzyszami na głównej ulicy, śpiewał zaś trochę dlatego, by dodać sobie odwagi, a trochę dla wprawy! A śpieszył, ile miał tchu w piersiach! Gabriel zapędził chłopaczka w róg zaułka i uderzył go pięć czy sześć razy latarnią po głowie – niech się nauczy modulować głos! Malec uciekł, trzymając się za głowę, teraz śpiewał zupełnie z innego tonu! Gabriel roześmiał się z zadowolenia i wszedł na cmentarz, zamknąwszy za sobą furtkę.
Charles Dickens (fragment powieści Klub Pickwicka, 1837)
25 lutego 2014
spojrzał po okolicy, jakby okolica powinna była być niezmiernie uradowana tym, że on na nią patrzy. . .
Kapitan Boldwig był to mały, gwałtowny człowieczek w niebieskim surducie, zapiętym
aż po sam podbródek, wznoszący się nad czarnym stojącym kołnierzem. Gdy raczył przechadzać
się po swojej posiadłości, czynił to zawsze w towarzystwie wielkiej laski z ołowianą
gałką oraz ogrodnika i jego pomocnika, współzawodniczących z sobą w płaszczeniu
się przed panem. Tej to (ekipie, nie lasce) wydawał kapitan Boldwig rozkazy szorstko i z
należytym poczuciem własnej dostojności. Siostra bowiem żony kapitana była za markizem,
więc dom jego nazywał się willą, jego pola – majątkiem ziemskim i wszystko u kapitana
było bardzo wielmożne, bardzo imponujące i bardzo pańskie.
Zaledwie upłynęło pół godziny od czasu, jak pan Pickwick zasnął, gdy nadszedł mały kapitan ze swą eskortą, robiąc tak wielkie kroki, na jakie pozwalały mu krótkie nogi i wielkie poczucie dostojności. Stanąwszy pod dębem, wydął policzki bardzo pańsko i wypuścił z nich powietrze niezmiernie dostojnie, potem zaś spojrzał po okolicy, jakby okolica powinna była być niezmiernie uradowana tym, że on na nią patrzy; wreszcie, uderzywszy mocno kijem o ziemię, przywołał ogrodnika.
Zaledwie upłynęło pół godziny od czasu, jak pan Pickwick zasnął, gdy nadszedł mały kapitan ze swą eskortą, robiąc tak wielkie kroki, na jakie pozwalały mu krótkie nogi i wielkie poczucie dostojności. Stanąwszy pod dębem, wydął policzki bardzo pańsko i wypuścił z nich powietrze niezmiernie dostojnie, potem zaś spojrzał po okolicy, jakby okolica powinna była być niezmiernie uradowana tym, że on na nią patrzy; wreszcie, uderzywszy mocno kijem o ziemię, przywołał ogrodnika.
Charles Dickens (fragment powieści Klub Pickwicka, 1837)
wyjąwszy ostrożnie szlafmycę wsunął ją sobie na głowę, wiążąc pod brodą tasiemki. . .
Łóżka stały na prawo i na lewo od drzwi. Od ściany dzieliło je wąskie przejście, akurat
tak szerokie, by można było swobodnie wejść i rozebrać się – jeżeli ktoś wolał tę stronę.
Stało tam również trzcinowe krzesło. Zasunąwszy starannie firanki łóżka od zewnątrz, pan
Pickwick przykucnął na twardym krzesełku i leniwie uwolnił się z trzewików i pończoch.
Następnie zdjął surdut, kamizelkę, chustkę na szyję i wyjąwszy ostrożnie szlafmycę wsunął
ją sobie na głowę, wiążąc pod brodą tasiemki, które zawsze zdobią tę część garderoby.
Podczas tej czynności przypomniał sobie swoją wędrówkę po korytarzach i roześmiał się
tak serdecznie, że zaiste, miło byłoby każdemu patrzeć, jak uśmiech rozjaśnia jego łagodną
twarz wychylającą się ze szlafmycy.
Charles Dickens (fragment powieści Klub Pickwicka, 1837)
22 lutego 2014
nowy zaułek. . .
Czemuż miałbym składać broń? Jeszcze nie przeżyłem wszystkich sprzeczności, nadal mam nadzieję na jakiś nowy zaułek bez wyjścia.
Emil Cioran (z pisma filozoficznego Sylogizmy goryczy, 1952)
21 lutego 2014
koniec wszystkich cierpień!. . .
– Miał pan wiele smutnych przejść? – zapytał pan Pickwick ze współczuciem.
– Miałem – odrzekł Jakub Ponury drżącym głosem – więcej, niżby można przypuszczać, patrząc na mnie.
Zatrzymał się przez chwilę, a potem zapytał nagle:
– Czy nigdy w taki piękny poranek nie przychodziła panu myśl, że byłoby rzeczą bardzo miłą i błogą – utopić się?
– Nie! Niech mię Bóg uchowa! – zawołał pan Pickwick, cofając się nieco z obawy, by nieznajomemu nie przyszła chętka zepchnąć go na próbę do wody.
– Ja często o tym myślałem – mówił dalej Ponury, który, zdawało się, nie dostrzegł tego ruchu. – Ta woda, zimna i spokojna, szmerem swym zdaje się wzywać mię, bym w niej szukał pokoju i zapomnienia. Jeden skok!... Buch!... Szamotanie przez chwilę... Fala wznosi się nad głową... odmęt... Woda się wygładza... i koniec wszystkich cierpień!
– Miałem – odrzekł Jakub Ponury drżącym głosem – więcej, niżby można przypuszczać, patrząc na mnie.
Zatrzymał się przez chwilę, a potem zapytał nagle:
– Czy nigdy w taki piękny poranek nie przychodziła panu myśl, że byłoby rzeczą bardzo miłą i błogą – utopić się?
– Nie! Niech mię Bóg uchowa! – zawołał pan Pickwick, cofając się nieco z obawy, by nieznajomemu nie przyszła chętka zepchnąć go na próbę do wody.
– Ja często o tym myślałem – mówił dalej Ponury, który, zdawało się, nie dostrzegł tego ruchu. – Ta woda, zimna i spokojna, szmerem swym zdaje się wzywać mię, bym w niej szukał pokoju i zapomnienia. Jeden skok!... Buch!... Szamotanie przez chwilę... Fala wznosi się nad głową... odmęt... Woda się wygładza... i koniec wszystkich cierpień!
Charles Dickens (fragment powieści Klub Pickwicka, 1837)
19 lutego 2014
klęska, dzięki której biorąc w posiadanie własny byt, wyrywamy się z powszechnego otępienia. . .
Dopóki człowiek wznosi się, prosperuje i idzie naprzód, dopóty nie wie, kim jest, gdyż powodzenie oddala go od niego samego; odstaje on od rzeczywistości. Nie jest. Siebie poznaje w chwili, w której zaczyna się nasz upadek, gdy niemożliwy staje się jakikolwiek sukces wśród ludzi: dalekowzroczna klęska, dzięki której biorąc w posiadanie własny byt, wyrywamy się z powszechnego otępienia. Aby móc lepiej pojąć własny lub czyjś upadek, należy przejść przez zło(...)
Emil Cioran (fragment pisma filozoficznego Historia i utopia, 1960)
a po co żyć? jeżeli nie ma żadnego celu, jeżeli życie jest nam dane dla życia - nie ma po co żyć. . .
Powiadasz pan: naturalne! Naturalną rzeczą jest jedzenie.
Jemy z radością, ochotą, przyjemnością, nie wstydząc się, ale
tamto jest i obmierzle, i zawstydzające, i bolesne. Tamto nie jest
naturalne! I dziewczyna nie zepsuta, przekonałem się o tym,
zawsze tego nienawidzi.
- Jak to! - zawołałem. - A jakżeby inaczej przetrwał rodzaj ludzki?
- No pewnie, tylko o to się martwicie, by nie zaginął rodzaj ludzki!-powiedział ze złośliwą ironią, jakby oczekiwał znanego mu nierzetelnego argumentu. - Wolno głosić wstrzymywanie się od rodzenia dzieci w imię tego, żeby lordowie angielscy mogli się obżerać. Wolno głosić powstrzymywanie się od rodzenia dzieci w imię tego, żeby mieć więcej przyjemności. Ale piśnij tylko słówko, żeby się powstrzymywać od rodzenia dzieci w imię moralnoś- ci - rety, jaki zaraz krzyk się podniesie: żeby czasem rodzaj ludzki się nie skończył dlatego, że kilkudziesięciu ludzi chce skończyć ze świństwem. Zresztą mniejsza o to. Razi mnie światło - czy można zasłonić? - spytał wskazując na lampę.
Odrzekłem, że jest mi to obojętne. Wówczas pospiesznie, jak robił wszystko, stanął na ławce i zasłoni! lampę wełnianą firanką.
- A jednak - odezwałem się - gdyby wszyscy uznali to za swój obowiązek, rodzaj ludzki przestałby istnieć.
Odpowiedział nie od razu.
- Powiadasz pan, jak bez tego miałby przetrwać rodzaj ludzki? - przemówił wreszcie znów usiadłszy naprzeciw mnie, rozstawiwszy szeroko nogi i wsparłszy o nie łokcie.
- A po co ma trwać rodzaj ludzki?
- Jak to po co? Inaczej by nas nie było.
- A po co mamy być?
- Jak to po co? Ależ po to, by żyć.
- A po co żyć? Jeżeli nie ma żadnego celu, jeżeli życie jest nam dane dla życia - nie ma po co żyć. A jeżeli tak jest - mają rację różni Schopenhauerowie i Hartmannowie, a nawet buddyści. Jeżeli natomiast życie ma jakiś cel, wówczas jest jasne, że życie powinno ustać, gdy cel ten zostanie osiągnięty. To przecież logiczne — mówił z widocznym wzburzeniem, zapewne mu zale- żało na tej myśli. - To przecież logiczne. Zauważ pan: jeżeli celem ludzkości jest szczęście, dobro, miłość, co pan woli; jeżeli celem ludzkości jest to, o czym mówią proroctwa - że wszyscy ludzie zjednoczą się w miłowaniu, że przekują miecze na lemiesze itd. - to cóż przeszkadza w osiągnięciu tego celu? Przeszkadzają żądze. Z żądz najsilniejszą, najzłośliwszą i najuporczywszą jest miłość płciowa, cielesna, więc jeżeli znikną żądze i ostatnia, najsilniejsza z nich, miłość cielesna, to proroctwo się spełni, ludzie się zjednoczą, zespolą, cel ludzkości będzie osiągnięty i nie będzie miała ona po co żyć. Ale póki ludzkość żyje, ma przed sobą ideał, i rozumie się, że nie jest to ideał królików czy świń, żeby się jak najbardziej rozmnożyć, i nie małp lub paryżan, żeby z jak największym wyrafinowaniem korzystać z uciech żądzy płciowej, lecz ideał dobra, osiągany przez wstrzemięźliwość i czystość. Do niego to zawsze dążyli i dążą ludzie.
- Jak to! - zawołałem. - A jakżeby inaczej przetrwał rodzaj ludzki?
- No pewnie, tylko o to się martwicie, by nie zaginął rodzaj ludzki!-powiedział ze złośliwą ironią, jakby oczekiwał znanego mu nierzetelnego argumentu. - Wolno głosić wstrzymywanie się od rodzenia dzieci w imię tego, żeby lordowie angielscy mogli się obżerać. Wolno głosić powstrzymywanie się od rodzenia dzieci w imię tego, żeby mieć więcej przyjemności. Ale piśnij tylko słówko, żeby się powstrzymywać od rodzenia dzieci w imię moralnoś- ci - rety, jaki zaraz krzyk się podniesie: żeby czasem rodzaj ludzki się nie skończył dlatego, że kilkudziesięciu ludzi chce skończyć ze świństwem. Zresztą mniejsza o to. Razi mnie światło - czy można zasłonić? - spytał wskazując na lampę.
Odrzekłem, że jest mi to obojętne. Wówczas pospiesznie, jak robił wszystko, stanął na ławce i zasłoni! lampę wełnianą firanką.
- A jednak - odezwałem się - gdyby wszyscy uznali to za swój obowiązek, rodzaj ludzki przestałby istnieć.
Odpowiedział nie od razu.
- Powiadasz pan, jak bez tego miałby przetrwać rodzaj ludzki? - przemówił wreszcie znów usiadłszy naprzeciw mnie, rozstawiwszy szeroko nogi i wsparłszy o nie łokcie.
- A po co ma trwać rodzaj ludzki?
- Jak to po co? Inaczej by nas nie było.
- A po co mamy być?
- Jak to po co? Ależ po to, by żyć.
- A po co żyć? Jeżeli nie ma żadnego celu, jeżeli życie jest nam dane dla życia - nie ma po co żyć. A jeżeli tak jest - mają rację różni Schopenhauerowie i Hartmannowie, a nawet buddyści. Jeżeli natomiast życie ma jakiś cel, wówczas jest jasne, że życie powinno ustać, gdy cel ten zostanie osiągnięty. To przecież logiczne — mówił z widocznym wzburzeniem, zapewne mu zale- żało na tej myśli. - To przecież logiczne. Zauważ pan: jeżeli celem ludzkości jest szczęście, dobro, miłość, co pan woli; jeżeli celem ludzkości jest to, o czym mówią proroctwa - że wszyscy ludzie zjednoczą się w miłowaniu, że przekują miecze na lemiesze itd. - to cóż przeszkadza w osiągnięciu tego celu? Przeszkadzają żądze. Z żądz najsilniejszą, najzłośliwszą i najuporczywszą jest miłość płciowa, cielesna, więc jeżeli znikną żądze i ostatnia, najsilniejsza z nich, miłość cielesna, to proroctwo się spełni, ludzie się zjednoczą, zespolą, cel ludzkości będzie osiągnięty i nie będzie miała ona po co żyć. Ale póki ludzkość żyje, ma przed sobą ideał, i rozumie się, że nie jest to ideał królików czy świń, żeby się jak najbardziej rozmnożyć, i nie małp lub paryżan, żeby z jak największym wyrafinowaniem korzystać z uciech żądzy płciowej, lecz ideał dobra, osiągany przez wstrzemięźliwość i czystość. Do niego to zawsze dążyli i dążą ludzie.
Lew Tołstoj (fragment opowiadania Sonata Kreutzerowska, 1889)
czuć średniowieczem. . .
- (...) Bo
najgorzej, jak strachu nie czuje kobieta.
Subiekt popatrzył i na adwokata, i na panią, i na mnie wyraźnie powstrzymując uśmiech, gotów bądź wyśmiać, bądź poprzeć słowa kupca zależnie od tego, jak będą przyjęte.
- Strachu? - zdziwiła się pani.
- A tak! Każda kobieta ma się bać swego męża - i basta!
- E, te czasy, dobrodzieju, już dawno minęły - rzekła pani niemal ze złością
- Starej daty dziadek - odezwał się subiekt.
- Czuć średniowieczem - dodała pani. - Co za dzikie poglądy na kobietę i małżeństwo!
Subiekt popatrzył i na adwokata, i na panią, i na mnie wyraźnie powstrzymując uśmiech, gotów bądź wyśmiać, bądź poprzeć słowa kupca zależnie od tego, jak będą przyjęte.
- Strachu? - zdziwiła się pani.
- A tak! Każda kobieta ma się bać swego męża - i basta!
- E, te czasy, dobrodzieju, już dawno minęły - rzekła pani niemal ze złością
(...)
Ledwo kupiec wyszedł, zaczęła się rozmowa na kilka głosów.- Starej daty dziadek - odezwał się subiekt.
- Czuć średniowieczem - dodała pani. - Co za dzikie poglądy na kobietę i małżeństwo!
Lew Tołstoj (fragment opowiadania Sonata Kreutzerowska, 1889)
18 lutego 2014
aż do dnia, kiedy wola, żeby być królem, opuściła go. . .
Changi przypominało perłę w szmaragdowej muszli, niebieskobiałą perłę pod
kopułą nieba tropików... Zajmowało niewielkie wzniesienie, otoczone zewsząd pasem
zieleni; nieco dalej zieleń ustępowała miejsca zielonkawoniebieskiemu morzu, a morze
gubiło się w nieskończoności horyzontu.
Marlowe odwrócił głowę i tak jak inni nie obejrzał się więcej.
Tej nocy było w Changi pusto. Ludzie odjechali. Zostały tylko owady.
I szczury.
Były tam, gdzie zawsze. Pod barakiem. Wiele ich padło, bo ci, którzy je schwytali, zapomnieli o nich. Ale najsilniejsze żyły nadal.
Adam darł pazurami siatkę, żeby przedrzeć się na drugą stronę, do jedzenia. Rzucał się na nią i szarpał z tą samą zawziętością, z jaką robił to niezmiennie od dnia, w którym go zamknięto. I wytrwałość jego została nagrodzona. Ścianka klatki puściła, a on dopadł jedzenia i pożarł je. A kiedy odpoczął, ze zdwojoną siłą rzucił się na następną klatkę, aż z czasem pożarł znajdujące się w niej mięso.
Przyłączyła się do niego Ewa i nasycił się nią, a ona nim, i zaczęli buszować razem. Później z jednej strony rów się zawalił, wiele klatek otwarło i żywi karmili się martwymi, słabi stawali się pokarmem dla silnych, aż ci, którzy przetrwali, byli równi siłą. I buszowali, i walczyli między sobą.
A rządził Adam, bo był Królem. Aż do dnia, kiedy wola, żeby być Królem, opuściła go. Wówczas padł, służąc za pokarm silniejszemu. Bo Królem jest zawsze najsilniejszy, nie tylko dzięki samej sile, ale dzięki sile, sprytowi i szczęściu. Królem wśród szczurów.
Marlowe odwrócił głowę i tak jak inni nie obejrzał się więcej.
Tej nocy było w Changi pusto. Ludzie odjechali. Zostały tylko owady.
I szczury.
Były tam, gdzie zawsze. Pod barakiem. Wiele ich padło, bo ci, którzy je schwytali, zapomnieli o nich. Ale najsilniejsze żyły nadal.
Adam darł pazurami siatkę, żeby przedrzeć się na drugą stronę, do jedzenia. Rzucał się na nią i szarpał z tą samą zawziętością, z jaką robił to niezmiennie od dnia, w którym go zamknięto. I wytrwałość jego została nagrodzona. Ścianka klatki puściła, a on dopadł jedzenia i pożarł je. A kiedy odpoczął, ze zdwojoną siłą rzucił się na następną klatkę, aż z czasem pożarł znajdujące się w niej mięso.
Przyłączyła się do niego Ewa i nasycił się nią, a ona nim, i zaczęli buszować razem. Później z jednej strony rów się zawalił, wiele klatek otwarło i żywi karmili się martwymi, słabi stawali się pokarmem dla silnych, aż ci, którzy przetrwali, byli równi siłą. I buszowali, i walczyli między sobą.
A rządził Adam, bo był Królem. Aż do dnia, kiedy wola, żeby być Królem, opuściła go. Wówczas padł, służąc za pokarm silniejszemu. Bo Królem jest zawsze najsilniejszy, nie tylko dzięki samej sile, ale dzięki sile, sprytowi i szczęściu. Królem wśród szczurów.
James Clavell (fragment powieści Król Szczurów, 1962)
uciekając od szyderstw. . .
Coraz więcej jeńców chodziło się kąpać w morzu. Ale nadal wszystko na zewnątrz
ogrodzenia budziło lęk i kąpiący się oddychali z ulgą, wróciwszy do obozu. Sean także
wybrał się nad morze. Szedł na plażę wraz z innymi, niosąc w ręku zawiniątko. Kiedy
grupa dotarła na brzeg morza, Sean odwrócił się tyłem, a wtedy prawie wszyscy zaczęli
się wyśmiewać i szydzić ze zboczeńca, który nie chciał się rozebrać jak reszta.
- Pedzio!
- Parowa!
- Pedał!
- Ciota!
Uciekając od szyderstw, Sean ruszył brzegiem, aż znalazł zaciszne, odludne miejsce. Zdjął szorty i koszulę, założył wieczorowy sarong, pas, pończochy, wypchany stanik, uczesał się i umalował. Niezwykle starannie. A potem dziewczyna wstała, pewna siebie i szczęśliwa. Włożyła pantofle na wysokich obcasach i weszła w morze.
Morze przyjęło ją i ukołysało do snu. Z czasem wchłonęło jej ubranie, jej ciało i wszelki po niej ślad.
- Pedzio!
- Parowa!
- Pedał!
- Ciota!
Uciekając od szyderstw, Sean ruszył brzegiem, aż znalazł zaciszne, odludne miejsce. Zdjął szorty i koszulę, założył wieczorowy sarong, pas, pończochy, wypchany stanik, uczesał się i umalował. Niezwykle starannie. A potem dziewczyna wstała, pewna siebie i szczęśliwa. Włożyła pantofle na wysokich obcasach i weszła w morze.
Morze przyjęło ją i ukołysało do snu. Z czasem wchłonęło jej ubranie, jej ciało i wszelki po niej ślad.
James Clavell (fragment powieści Król Szczurów, 1962)
bij, zabij, na tortury, na stos! byle tylko w imię boże. . .
- Mam prawo do własnego zdania i uważam, że to był kiepski żart - przerwał mu
porywczo Marlowe, a potem zwrócił się gwałtownie do Donovana: - Tylko dlatego, że
ksiądz robi z siebie męczennika, oddając innym jedzenie i śpiąc z prostymi żołnierzami,
rości sobie ksiądz, jak się zdaje, prawo, żeby być najwyższym autorytetem. Wiara to
wielkie nic! To dobre dla dzieci, tak samo jak Bóg. A na co On, do diabła, ma wpływ? Na
co? No, na co?!!!
Mac i Larkin wpatrywali się w Marlowe’a, jakby widzieli go po raz pierwszy w życiu.
- Może uzdrawiać - odparł ksiądz Donovan wiedząc, że Marlowe ma gangrenę. Wiedział o wielu rzeczach, o których wolałby nie wiedzieć.
Marlowe cisnął karty na stół.
- Gówno! - krzyknął ogarnięty szałem. - Gówno prawda i ksiądz dobrze o tym wie. I jeszcze jedno, skoro już przy tym jesteśmy: Bóg! Chce ksiądz wiedzieć, co ja o Nim myślę? Bóg to maniak, sadysta, krwiopijca...
- Czyś ty oszalał, Peter? - nie wytrzymał Larkin.
- Bynajmniej. Przyjrzyjcie się temu Bogu! - krzyczał Marlowe z nieprzytomnie wykrzywioną twarzą. - Bóg to samo zło, jeśli rzeczywiście jest Bogiem. Pomyślcie o tym morzu krwi, które przelano w Jego imię. - Przysunął twarz do twarzy Donovana. - Inkwizycja. Przypomina sobie ksiądz? Te tysiące spalonych i zamęczonych na śmierć przez katolickich sadystów? W Jego imię. A czy chociaż przyjdą nam na myśl Aztekowie, Inkowie, miliony niewinnie wymordowanych Indian? A protestanci, palący na stosach i mordujący katolików? A katolicy, Żydzi, mahometanie i znów Żydzi, i jeszcze raz Żydzi, a mormoni, a kwakrzy i reszta tej hołoty? Bij, zabij, na tortury, na stos! Byle tylko w imię boże, a wszystko jest w porządku. Co za bezgraniczna hipokryzja! Niech mnie tu ksiądz nie namawia do wiary! Wiara to wielkie nic.
Mac i Larkin wpatrywali się w Marlowe’a, jakby widzieli go po raz pierwszy w życiu.
- Może uzdrawiać - odparł ksiądz Donovan wiedząc, że Marlowe ma gangrenę. Wiedział o wielu rzeczach, o których wolałby nie wiedzieć.
Marlowe cisnął karty na stół.
- Gówno! - krzyknął ogarnięty szałem. - Gówno prawda i ksiądz dobrze o tym wie. I jeszcze jedno, skoro już przy tym jesteśmy: Bóg! Chce ksiądz wiedzieć, co ja o Nim myślę? Bóg to maniak, sadysta, krwiopijca...
- Czyś ty oszalał, Peter? - nie wytrzymał Larkin.
- Bynajmniej. Przyjrzyjcie się temu Bogu! - krzyczał Marlowe z nieprzytomnie wykrzywioną twarzą. - Bóg to samo zło, jeśli rzeczywiście jest Bogiem. Pomyślcie o tym morzu krwi, które przelano w Jego imię. - Przysunął twarz do twarzy Donovana. - Inkwizycja. Przypomina sobie ksiądz? Te tysiące spalonych i zamęczonych na śmierć przez katolickich sadystów? W Jego imię. A czy chociaż przyjdą nam na myśl Aztekowie, Inkowie, miliony niewinnie wymordowanych Indian? A protestanci, palący na stosach i mordujący katolików? A katolicy, Żydzi, mahometanie i znów Żydzi, i jeszcze raz Żydzi, a mormoni, a kwakrzy i reszta tej hołoty? Bij, zabij, na tortury, na stos! Byle tylko w imię boże, a wszystko jest w porządku. Co za bezgraniczna hipokryzja! Niech mnie tu ksiądz nie namawia do wiary! Wiara to wielkie nic.
James Clavell (fragment powieści Król Szczurów, 1962)
domani é troppo tardi. . .
- Domani é troppo tardi. - A kiedy Marlowe
spojrzał na niego tępo, nic nie rozumiejąc, wyjaśnił beznamiętnie: - Jutro może być za
późno.
James Clavell (wynotowano z powieści Król Szczurów, 1962)
kiedy poznaje się coś gruntownie, poznaje się tym samym jego granice. . .
Marlowe zaznał w życiu wiele bólu. Kiedy poznaje się coś gruntownie, poznaje się
tym samym jego granice, barwę i odmiany. Mając doświadczenie - i odwagę - można się
poddać bólowi i wówczas nie jest on taki straszny, wprawdzie wzbiera, ale daje się go
kontrolować. Czasem nawet dobrze robi.
James Clavell (fragment powieści Król Szczurów, 1962)
16 lutego 2014
gładzi czyjeś rozgorączkowane czoło, jak podtrzymuje drżącą od malarii rękę. . .
Stojąc w ciemnościach, Marlowe widział, jak Steven gładzi czyjeś
rozgorączkowane czoło, jak podtrzymuje drżącą od malarii rękę, jak odpędza pieszczotą
nocne zmory, ucisza krzyki śniących, poprawia koce, tu komuś pomoże się napić, tam komuś zwymiotować, przez cały czas łagodny i kojący niby kołysanka. Kiedy doszedł do
łóżka numer cztery, zatrzymał się i spojrzał na trupa. Wyprostował mu nogi, złożył ręce
na krzyż, po czym zdjął z siebie fartuch i przykrył nim ciało. A każdy jego ruch był jak
błogosławieństwo. Jego szczupły, gładki tors i smukłe, gładkie nogi jaśniały w
przyćmionym świetle.
James Clavell (fragment powieści Król Szczurów, 1962)
12 lutego 2014
tropami sunąc tajemnymi. . .
Tropami sunąc tajemnymi,
W żałobnym blasku nocnej zorzy
Upiory zjawią się nad tymi,
Którzy męczyli je najsrożej.
Owieją widma chmarą nocną
Uczynki ich i myśli skryte,
I gnić za życia jeszcze poczną
Ich ciała ponad miarę syte.
Okręty ich płynące w topiel
Nie znajdą kotwic w rdzy i pleśni,
Nie zdążysz już, brzuchaty popie,
Dośpiewać pogrzebowej pieśni!
Zadowolonych syte twarze,
Niech was pogrzebią trumien wieka!
Tak los różanopalcy każe
I tak majestat dni orzeka!
Trumny napchane ścierwem zgniłym,
Wolny, z potężnych bark postrącaj!
Niech wszystko, wszystko lekkim pyłem
Uleci w żar jasnego słońca!
Aleksander Błok
W żałobnym blasku nocnej zorzy
Upiory zjawią się nad tymi,
Którzy męczyli je najsrożej.
Owieją widma chmarą nocną
Uczynki ich i myśli skryte,
I gnić za życia jeszcze poczną
Ich ciała ponad miarę syte.
Okręty ich płynące w topiel
Nie znajdą kotwic w rdzy i pleśni,
Nie zdążysz już, brzuchaty popie,
Dośpiewać pogrzebowej pieśni!
Zadowolonych syte twarze,
Niech was pogrzebią trumien wieka!
Tak los różanopalcy każe
I tak majestat dni orzeka!
Trumny napchane ścierwem zgniłym,
Wolny, z potężnych bark postrącaj!
Niech wszystko, wszystko lekkim pyłem
Uleci w żar jasnego słońca!
Aleksander Błok
zajrzeć na samo dno wszystkich pomyłek i złudzeń. . .
Zmęczenie. Nagle poczułem ochotę, by machnąć na wszystko ręką. Odejść i
przestać się tym wszystkim przejmować. Nie chcę już żyć w tym świecie realnych
spraw, których nie rozumiem i które mnie zwodzą. Istnieje jeszcze inny świat.
Świat, w którym czuję się swojsko i w którym umiem się poruszać. Jest tam
polna droga, krzak głogu, dezerter, wędrowny grajek i mama.
Przemogłem się jednak w końcu. Muszę. Muszę doprowadzić do końca swoją walkę ze światem spraw materialnych. Muszę zajrzeć na samo dno wszystkich pomyłek i złudzeń.
Przemogłem się jednak w końcu. Muszę. Muszę doprowadzić do końca swoją walkę ze światem spraw materialnych. Muszę zajrzeć na samo dno wszystkich pomyłek i złudzeń.
Milan Kundera (fragment powieści Żart, 1967)
o terra addio valle di pianti. . .
Oh Ziemio, żegnaj; żegnaj, dolino łez...
marzenie radości, co w smutku wyblakło.
Niebo otwiera się dla nas i nasze zbłąkane dusze
lecą do światła wiecznego dnia.
Ah! Niebo otwiera się dla nas!
Oh Ziemio, żegnaj; żegnaj, dolino łez...
… marzenie radości, co w smutku wyblakło.
Niebo otwiera się dla nas...
… niebo otwiera się dla nas i nasze zbłąkane dusze…
… lecą do światła wiecznego dnia
… niebo…
… niebo otwiera się dla nas!
marzenie radości, co w smutku wyblakło.
Niebo otwiera się dla nas i nasze zbłąkane dusze
lecą do światła wiecznego dnia.
Ah! Niebo otwiera się dla nas!
Oh Ziemio, żegnaj; żegnaj, dolino łez...
… marzenie radości, co w smutku wyblakło.
Niebo otwiera się dla nas...
… niebo otwiera się dla nas i nasze zbłąkane dusze…
… lecą do światła wiecznego dnia
… niebo…
… niebo otwiera się dla nas!
Duet O terra addio valle di pianti
z opery Aida (1871)
z muzyką Giuseppe Verdiego
i librettem Antonia Ghislanzoniego
(przekład własny)
08 lutego 2014
nie mogła widzieć cienia różowej parasolki, rzucanego tu z odległej epoki. . .
Przechodziła koło restauracji "Slavia", najgorszej knajpy w kurorcie, brudnej mordowni, którą odwiedzali miejscowi, by pić piwo i spluwać na podłogę. Kiedyś był to bodajże lepszy lokal i z owych czasów pozostały jeszcze w małym ogródku trzy drewniane, pomalowane na czerwono (ale już odrapane) stoły z krzesłami, pamiątka burżuazyjnych uciech: ogródkowych kapeli, wieczorków tańcujących i damskich słonecznych parasolek, opartych o krzesła. Ale co o tych czasach wiedziała Róża, która przez życie szła tylko po wąskiej kładce teraźniejszości, bez żadnej pamięci historycznej? Nie mogła widzieć cienia różowej parasolki, rzucanego tu z odległej epoki, widziała tylko trzech mężczyzn w dżinsach, jedną ładną kobietę oraz butelkę wina pośrodku nie nakrytego stołu.
Milan Kundera (fragment powieści Walc pożegnalny, 1976)
im głupsze indywiduum, tym bardziej chce się mnożyć. . .
- Całe nieszczęście bierze się stąd - podjął Slama po dłuższej przerwie, nabrzmiałej namysłem - że człowieka otaczają głupcy. Czy ja w tym mieście mogę zwrócić się do kogoś o radę? Człowiek inteligentny od chwili przyjścia na świat skazany jest na całkowitą samotność. Nie myślę o niczym innym, bo to moja dziedzina: ludzkość produkuje niewiarygodne mnóstwo głupców. Im głupsze indywiduum, tym bardziej chce się mnożyć. Jednostki doskonałe płodzą co najwyżej jedno dziecko, a najlepsze, jak ty, dochodzą do wniosku, że wcale nie należy się rozmnażać.
Milan Kundera (fragment powieści Walc pożegnalny, 1976)
07 lutego 2014
niech nikt mi nie wmawia, ze fanatycy kierują się miłością!. . .
- Kościół Święty to nie to samo, co Jezus. A święty Pawła, jeśli pozwoli mi pan to powiedzieć, w moich oczach jest nie tylko kontynuatorem Jezusa, ale zarazem Jego falsyfikatorem. Już jego nagła przemiana z Szawła w Pawła! Czyżbyśmy nie znali aż w nadmiarze takich namiętnych fanatyków, którzy z dnia na dzień zmienili jedną wiarę na drugą? Niech nikt mi nie wmawia, ze fanatycy kierują się miłością! To moraliści klepiący swe dekalogi. Lecz Jezus nie był moralistą. proszę sobie przypomnieć, co mówił, kiedy Mu zarzucano, że nie święcił szabatu. "To szabat został ustanowiony dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu".
Milan Kundera (fragment powieści Walc pożegnalny, 1976)
posiadanie dziecka oznacza pełnię aprobaty dla człowieka. . .
- Pan doktór na pewno nam potwierdzi, że do kobiet, które leżą w szpitalu po zabiegu przerwania ciąży, lekarze i pielęgniarki odnoszą się o wiele gorzej niż do położnic i dają im odczuwać pewną pogardę, nawet jeśli im samym podobny zabieg choćby jeden raz w życiu także będzie potrzebny. Jest to w nich bowiem silniejsze do wszelkich racji rozumowych, ponieważ kult rodzenia to wynik dyktatu natury. Toteż w propagandzie rozmnażania się nie ma co szukać jakichkolwiek argumentów racjonalnych. Może panowie sądzą, w prokreacyjnej moralności Kościoła rozbrzmiewał głos Jezusa lub że w rozwijanej przez państwo komunistyczne propagandzie rodzenia przemawia Marks? Samo pragnienie zachowania gatunku sprawi, że ludność na swojej małej Ziemi niedługo się zadusi. Ale propaganda populacyjna jest prowadzona nadal i publika roni łzy, rozrzewniając się na widok karmiącej matki albo wykrzywiającego buzię niemowlęcia. Brzydzi mnie to. Gdy sobie wyobrażę, że miałbym z milionami innych entuzjastów pochylać się z bezmyślnym uśmiechem nad dziecięcym wózeczkiem, czując mróz w krzyżach.
- Dadej - rzekł Bertlef.
- I muszę oczywiście myśleć też nad tym, na jaki świat skazałbym swoje dziecko. Wkrótce zabrałaby mi je szkoła - i wbijałaby mu w głowę nieprawdę, którą ja sam przez całe życie na próżno zwalczałem. Czy mam patrzeć, jak z mojego potomka wyrasta konformistyczny dureń? Czy może powinienem przekazywać mu własny świat idei i potem widzieć, że jest nieszczęśliwy, gdyż szarpią go takie same konflikty jak mnie?
- Dadej - rzekł Bertlef.
- I muszę oczywiście myśleć też nad tym, na jaki świat skazałbym swoje dziecko. Wkrótce zabrałaby mi je szkoła - i wbijałaby mu w głowę nieprawdę, którą ja sam przez całe życie na próżno zwalczałem. Czy mam patrzeć, jak z mojego potomka wyrasta konformistyczny dureń? Czy może powinienem przekazywać mu własny świat idei i potem widzieć, że jest nieszczęśliwy, gdyż szarpią go takie same konflikty jak mnie?
(...)
- Ostatni powód jest jak ważki, że wystarczy za pięć - zareplikował Jakub. - Posiadanie dziecka oznacza pełnię aprobaty dla człowieka. Gdybym miał dziecko, byłoby to tak, jak bym stwierdził: "Urodziłem się, zakosztowałem życia i uznałem, że jest na tyle dobre, iż zasługuję, by je reprodukować".
Milan Kundera (fragment powieści Walc pożegnalny, 1976)
Subskrybuj:
Posty (Atom)